Super Mario's Upodlenie - OGG

czwartek, 23 lutego 2017

Super Mario's Upodlenie

Jest parę metod na schudnięcie. Sensowne, jak na przykład niespożywanie węglowodanów (carbs baby), oraz głupie, jak po prostu niespożywanie niczego. Dzisiaj o tym drugim. Spotkamy się razem w kalorycznym raju.

Kilka słów wstępu. Przeszedłem przez prawie wszystko:
  • 11 dniowa dieta, znana również jako Dieta dla Głupków (która jest bazą mojego komiksu Denek + Kluska: Dieta)
  • Dieta Dukana. Nie żryj węgłowodanów, tylko kurczaka cały czas. Parę osób zaskarżyło Francuza Dukana, że im wątrobę zepsuł
  • Nie jedzenie po 18stej lub po 19stej.
  • Nie jedzenie w ogóle, oprócz obiadów. Wytrzymałem tydzień, jakoś w szkole średniej, kiedy obraziłem się na koleżankę z klasy, w której (jak się później okazało wszyscy wiedzieli) się kochałem.
Diety nie działają, bo są nieludzkie. Zatrzymują metabolizm i wcześniej czy później twój organizm przejmuje kontrolę i nadrabiasz za ten cały miesiąc bądź dwa, postu. Skuteczne, jeśli odchudzasz się do jakiegoś wydarzenia, na przykład ślub. Kiedy jadłem tylko obiady, zrobione przez tatę w szkole średniej, to będąc na przerwach patrzyłem na bułki i batony, spożywane przez koleżanki i kolegów, jakbym był obcym i patrzył na coś, czego nie rozumiem, a jednocześnie kurewsko pragnę. Jak pakują w siebie kolejne gryzy. Skurwieleee!

Mierzę 174cm wzrostu. Tyle mam w dowodzie i to prawda. Moja optymalna waga to tak 75-76kg. Nie wiem, czy to prawda. Ostatni raz byłem tak blisko jej dwa i pół miesiąca przed ślubem. Teraz mam tak 78-79.5 i to mnie męczy. Piję dużo wody Evian, bo mogę. Czasami robię coś głupiego i nie jem śniadania, a nawet lunchu. I potem mną miota. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Kalorie! Jak ich nie kochać? Serek, paróweczka, fryteczki, burgerek. Czipsy, żeberka, ziemniaczki, soczki. Gluten, gluten! Mrożona pizza, której jeden kawałek wymiata wieczorem i nad ranem. Fasolka z serkiem. Majonez (mayo, mayo), ketchup, musztarda dijon. Chlebek, białe pieczywo, cukry złożone. Genetycznie modyfikowana kukurydza, która jest prawie we wszystkim. Żyć nie umierać!

Pragnę zwrócić uwagę na cień miłego stworka, który uwielbia idealnych 5 plasterków salami na pizzy.
I do tego właśnie mnie ciągnie. Niestety, z serkiem się rozwiodłem. Żona mnie przekonała.

Kiedy jestem taki głodny, to właśnie do tego mnie ciągnie. W supermarkecie blisko, wieczorami wrzucają rzeczy z deli, które się nie sprzedały do toreb na gorącą powierzchnię, z którą romansuję. Jest taka gorąca, że często opakowanie się topi i żarcie się wysypuje. Dzisiaj były parówki, na które oczywiście miałem ochotę. Kupa tłuszczu. Skoro rozsypane, i tak wyrzucą. Mogłem sobie jedną skubnąć i chamsko zjeść. Ale się powstrzymałem.

Tych parówek było o 4 więcej, kiedy tam byłem godzinę wcześniej. Widać nie wszyscy mają takie skrupuły jak ja 😅


Ciąg dalszy: Więc po wielogodzinnym biciem się z myślami, ląduję w takeaway Mario's. Zaraz koło Lidla w mojej okolicy. Rzadko kiedy nie ma tam kolejki. Każdy chce swoje fryty i burgery. Smażone na głębokim jak Magda Gesler tłuszczu. Paczka frytek €1.90. 1/4 burger €3.00. Frytki jak zawsze suche jak ściana w opuszczonym magazynie, burger jak gąbka, mięsa ma tyle co kurczak z MacDonalda, czyli nic. Wszystko rakotwórcze. Kiedyś brałem moje ulubione, czyli frytki z serem i sosem czosnkowym, ale kosztuje 4.5, więc pierdolę, biorę bez sosu, którego i tak od nich nie lubię. Oszczędzam jedno euro.


W małej przestrzeni, jest miejsca wystarczająco dla tuzina takich jak ja, głodnych i chcących się upodlić. Jedyna różnica między mną i nimi jest taka, że ja robię to świadomie. Czekam grzecznie, aż mój numerek zostanie wywołany. Dziesięciolatki dostają wpierw, bo były sporo przede mną. Irlandzka kasjerka we włoskim takeaway pyta ich, czy chcą sól i ocet. Mówią, że tak. Irlandczycy tak jedzą, z solą i octem. Kochają to. Ja zawsze mówię, że tylko sól. Potem facet w dresie, po pracy, odbiera duże zamówienie. Patrzę, jak żarło się szykuje, bo widok mam na frytownicę i "kucharzy". Woła, myślę, że to ja, ale to ktoś inny odbiera. Czekam grzecznie dalej. Sprawdziłbym fejsa, ale internet mi się skończył. W końcu widzę, jak szykuje moje frytki. Bierze aluminiowy pojemnik, wrzuca mikro szpadel frytek, sypie na niego seropodobny twór. Zamyka tekturową pokrywką. Dodaje burgera i zawija w szarej papierowej torbie. Przyzywa mój numerek, ale ja już tam czekam. Chcę się wykazać, i mówię, że tylko sól. Ona coś bełkocze i mi daje torbę. Uśmiecham się głupio i wychodzę. Uświadamiam sobie, że mówiła, że to frytki z serem są, co znaczy, że ni soli, zapomnij.

Nie chcę się tak w domu pokazać. Siadam dupskiem na drewnianym kwadracie, w którym nie ma kwiatów, tuż przy Primo (która jest ich restauracją z pizzą i pastą na wynos, 50 metrów dalej). Patrzę, na zachodzące słońce i otwieram swoją zdobycz. Jem jak świnia. Czuję się, jak świnia. Wcale nie jest dobre, ale jem dalej. Wgryzam się w twór burgeropodobny, zauważam kobietę w samochodzie, parę metrów ode mnie, nie patrzy na mnie, ale na pewno widzi tą świnię. I staram się rozkoszować zachodzącym słońcem, różowym niebem. Staram się i mi nie wychodzi. Ciamam frytki na przemian z burgerem. Byłem wcześniej w Lidlu, gdzie mieli tydzień polski i kupiłem majonez Winiary. Staram się go znaleźć w mojej torbie. Znajduję i dodaję plastikowym widelcem do frytek (dlatego kupiłem tylko z serem, hah). Do kobiety w samochodzie dosiada się druga z pizzą na wynos z Primo. Zaczynają ją żreć w samochodzie. Nie czuję się tak źle. Frytka mi upada na ziemię. To nic, jakaś wrona ją potem zje.

Kończę, samochód też kończy, odjeżdża z ustami dziewczyny pożerającymi ostatni kawałek pizzy. Wracam do domu. Oto moja historia. Jakby zjadł śniadanie, to bym tak nie skończył.


Brak komentarzy:

czwartek, 23 lutego 2017

Super Mario's Upodlenie

Jest parę metod na schudnięcie. Sensowne, jak na przykład niespożywanie węglowodanów (carbs baby), oraz głupie, jak po prostu niespożywanie niczego. Dzisiaj o tym drugim. Spotkamy się razem w kalorycznym raju.

Kilka słów wstępu. Przeszedłem przez prawie wszystko:
  • 11 dniowa dieta, znana również jako Dieta dla Głupków (która jest bazą mojego komiksu Denek + Kluska: Dieta)
  • Dieta Dukana. Nie żryj węgłowodanów, tylko kurczaka cały czas. Parę osób zaskarżyło Francuza Dukana, że im wątrobę zepsuł
  • Nie jedzenie po 18stej lub po 19stej.
  • Nie jedzenie w ogóle, oprócz obiadów. Wytrzymałem tydzień, jakoś w szkole średniej, kiedy obraziłem się na koleżankę z klasy, w której (jak się później okazało wszyscy wiedzieli) się kochałem.
Diety nie działają, bo są nieludzkie. Zatrzymują metabolizm i wcześniej czy później twój organizm przejmuje kontrolę i nadrabiasz za ten cały miesiąc bądź dwa, postu. Skuteczne, jeśli odchudzasz się do jakiegoś wydarzenia, na przykład ślub. Kiedy jadłem tylko obiady, zrobione przez tatę w szkole średniej, to będąc na przerwach patrzyłem na bułki i batony, spożywane przez koleżanki i kolegów, jakbym był obcym i patrzył na coś, czego nie rozumiem, a jednocześnie kurewsko pragnę. Jak pakują w siebie kolejne gryzy. Skurwieleee!

Mierzę 174cm wzrostu. Tyle mam w dowodzie i to prawda. Moja optymalna waga to tak 75-76kg. Nie wiem, czy to prawda. Ostatni raz byłem tak blisko jej dwa i pół miesiąca przed ślubem. Teraz mam tak 78-79.5 i to mnie męczy. Piję dużo wody Evian, bo mogę. Czasami robię coś głupiego i nie jem śniadania, a nawet lunchu. I potem mną miota. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Kalorie! Jak ich nie kochać? Serek, paróweczka, fryteczki, burgerek. Czipsy, żeberka, ziemniaczki, soczki. Gluten, gluten! Mrożona pizza, której jeden kawałek wymiata wieczorem i nad ranem. Fasolka z serkiem. Majonez (mayo, mayo), ketchup, musztarda dijon. Chlebek, białe pieczywo, cukry złożone. Genetycznie modyfikowana kukurydza, która jest prawie we wszystkim. Żyć nie umierać!

Pragnę zwrócić uwagę na cień miłego stworka, który uwielbia idealnych 5 plasterków salami na pizzy.
I do tego właśnie mnie ciągnie. Niestety, z serkiem się rozwiodłem. Żona mnie przekonała.

Kiedy jestem taki głodny, to właśnie do tego mnie ciągnie. W supermarkecie blisko, wieczorami wrzucają rzeczy z deli, które się nie sprzedały do toreb na gorącą powierzchnię, z którą romansuję. Jest taka gorąca, że często opakowanie się topi i żarcie się wysypuje. Dzisiaj były parówki, na które oczywiście miałem ochotę. Kupa tłuszczu. Skoro rozsypane, i tak wyrzucą. Mogłem sobie jedną skubnąć i chamsko zjeść. Ale się powstrzymałem.

Tych parówek było o 4 więcej, kiedy tam byłem godzinę wcześniej. Widać nie wszyscy mają takie skrupuły jak ja 😅


Ciąg dalszy: Więc po wielogodzinnym biciem się z myślami, ląduję w takeaway Mario's. Zaraz koło Lidla w mojej okolicy. Rzadko kiedy nie ma tam kolejki. Każdy chce swoje fryty i burgery. Smażone na głębokim jak Magda Gesler tłuszczu. Paczka frytek €1.90. 1/4 burger €3.00. Frytki jak zawsze suche jak ściana w opuszczonym magazynie, burger jak gąbka, mięsa ma tyle co kurczak z MacDonalda, czyli nic. Wszystko rakotwórcze. Kiedyś brałem moje ulubione, czyli frytki z serem i sosem czosnkowym, ale kosztuje 4.5, więc pierdolę, biorę bez sosu, którego i tak od nich nie lubię. Oszczędzam jedno euro.


W małej przestrzeni, jest miejsca wystarczająco dla tuzina takich jak ja, głodnych i chcących się upodlić. Jedyna różnica między mną i nimi jest taka, że ja robię to świadomie. Czekam grzecznie, aż mój numerek zostanie wywołany. Dziesięciolatki dostają wpierw, bo były sporo przede mną. Irlandzka kasjerka we włoskim takeaway pyta ich, czy chcą sól i ocet. Mówią, że tak. Irlandczycy tak jedzą, z solą i octem. Kochają to. Ja zawsze mówię, że tylko sól. Potem facet w dresie, po pracy, odbiera duże zamówienie. Patrzę, jak żarło się szykuje, bo widok mam na frytownicę i "kucharzy". Woła, myślę, że to ja, ale to ktoś inny odbiera. Czekam grzecznie dalej. Sprawdziłbym fejsa, ale internet mi się skończył. W końcu widzę, jak szykuje moje frytki. Bierze aluminiowy pojemnik, wrzuca mikro szpadel frytek, sypie na niego seropodobny twór. Zamyka tekturową pokrywką. Dodaje burgera i zawija w szarej papierowej torbie. Przyzywa mój numerek, ale ja już tam czekam. Chcę się wykazać, i mówię, że tylko sól. Ona coś bełkocze i mi daje torbę. Uśmiecham się głupio i wychodzę. Uświadamiam sobie, że mówiła, że to frytki z serem są, co znaczy, że ni soli, zapomnij.

Nie chcę się tak w domu pokazać. Siadam dupskiem na drewnianym kwadracie, w którym nie ma kwiatów, tuż przy Primo (która jest ich restauracją z pizzą i pastą na wynos, 50 metrów dalej). Patrzę, na zachodzące słońce i otwieram swoją zdobycz. Jem jak świnia. Czuję się, jak świnia. Wcale nie jest dobre, ale jem dalej. Wgryzam się w twór burgeropodobny, zauważam kobietę w samochodzie, parę metrów ode mnie, nie patrzy na mnie, ale na pewno widzi tą świnię. I staram się rozkoszować zachodzącym słońcem, różowym niebem. Staram się i mi nie wychodzi. Ciamam frytki na przemian z burgerem. Byłem wcześniej w Lidlu, gdzie mieli tydzień polski i kupiłem majonez Winiary. Staram się go znaleźć w mojej torbie. Znajduję i dodaję plastikowym widelcem do frytek (dlatego kupiłem tylko z serem, hah). Do kobiety w samochodzie dosiada się druga z pizzą na wynos z Primo. Zaczynają ją żreć w samochodzie. Nie czuję się tak źle. Frytka mi upada na ziemię. To nic, jakaś wrona ją potem zje.

Kończę, samochód też kończy, odjeżdża z ustami dziewczyny pożerającymi ostatni kawałek pizzy. Wracam do domu. Oto moja historia. Jakby zjadł śniadanie, to bym tak nie skończył.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

@templatesyard