My tu wszyscy jesteśmy jak jedna wielka kochająca się rodzina. Danusię na przykład kocham właśnie za to, że jak mnie widzi, to mówi Sebastiano Italiano.
Skakanie Adasia interesowało mnie tyle, co nowe osiągnięcia w dziedzinie przedłużania i malowania paznokci, czyli wcale (choć ponoć kobity niezłą kabzę na tym nabijają, i dobrze). Jeśli o mnie chodzi, Adaś mógłby się wzbić i już nigdy nie wylądować. Moją jedyną poważniejszą myślą dotyczącą tej osoby była zazdrość, że może sobie pozwolić kończyć karierę tak prędko. No, ale najwyższy czas, będzie mógł wreszcie zeżreć te wszystkie ciężarówki czekolady, które dostał w zamian za udział w reklamach. Termin przydatności do spożycia się zbliża.
Sam natomiast szukałem klejnotów przeczesując mini grzebyczkiem dywan. Niestety, pomimo mego skupienia zamiast złota napotkałem tylko kłęby kurzu.
To nie to samo będzie bez Agnieszki i jej wspaniałej osobowości, jej maniery powtarzania tej samej myśli i zdania po trzykroć z wahaniem do po dziesięciokrotności. Z bólem serca pożegnam ją za tydzień, kiedy to po imprezie pożegnalnej (na którą zaprosiła), tu w tym magicznym i pełnym szczęścia i spełnionych marzeń domu, wrócę do siebie do groty i opublikuję ostatni post jej poświęcony. Post, na którego publikację czekam już kilka miesięcy. Post będący zapisem zaściannej rozmowy jaką przeprowadziła z matką swą na skypie, a który ja w pocie czoła podekscytowany zapisywałem na żywo przez 20 minut. Wtedy zobaczycie na własne oczy z kim miałem do czynienia. Zwlekam z tym tyle tylko dlatego, że istnieje cień szansy (jeden to ziliona), że mogłaby jakoś przeczytać tego posta na mym OGGu, a wtedy uznaliby mnie za czuba i jej męski chłopak z szybkim samochodem do którego się przeprowadza (w Galway, Aga będzie prawdziwą polską Galway Girl) obiłby mi mordę sportowym butem.
Wieśniak z niej, stąd cały ubaw. I jest to nie tylko moja opinia, żebyście nie myśleli.
Nim zaprosiła mnie na imprę pożegnalną w następną sobotę, to zadała mi kluczowe pytanie w kuchni, gdzie zwykle mamy swe gorące i pełne pary schadzki.
- Sebastian, mogę się ciebie o coś spytać?
- Wal - odrzekłem. - Wal śmiało.
- Już od kilku miesięcy nie wyjmowałam baterii z aparatu. Ona wciąż tam jest. Nic się jej nie stanie? Może powinnam ją wyjąć?
- Nie przejmuj się, nic jej się nie stanie.
- No to dobrze.
- Nic, chyba! Chyba, żeby aparat wpadł do szamba, wtedy bateria mogłaby się zalać, utopić. Umrzeć. A tak jest OK.
- No to dobrze. Dziękuję ci Sebastian. Za tydzień robię imprezę pożegnalną. Przyjdziesz?
- No nie wiem, a będą pierogi? - nie powiedziałem, ani nie pomyślałem. Ale Nina na ten tekst potem wpadła, jak jej opowiadałem. Genialny, dzięki ci, Ninku Z!
Bo Agnieszka to Pierogowa Pieroga, tzn. Pierogowa Królowa. Pierogowa Królowa ma czarodziejską moc, potrafi zapierogować cię na śmierć, więc lepiej z nią uważaj.
Wiem, wiem, czytacie tak i czytacie OGGa dzisiaj i cały czas myślicie o koniobiciu. Koniobicie jest w tytule posta, a On, Sebastiano Italiano, pisze o wszystkim innym, ale nie o tym intrygującym tytule posta, o koniobiciu. Koniobicie zostawiłem na deser. Oto on:
Każdy ma sekrety. Ja jestem świetny w ich trzymaniu, nikomu nie wygadam. W ciągu dotychczasowego życia zostało mi ich powierzonych ponad trzy. U mnie pewniej niż w banku. Jednakże dużo sekretów ma datę ważności, czasami tylko miesiąc, czasami nawet dekadę. Z różnych powodów po pewnym czasie sekret przestaje być sekretem. Są rzecz jasna takie, które sekretem będą na zawsze, jak np. to, że twój kolega zabił, pracodawca uwiódł, a kominiarz zatkał. Oto więc trzy sekrety,, uważam, że po tylu latach nic złego nikomu nie uczynię wyłaniając je wreszcie na światło dzienne.
1. W klasie podstawówki miałem kolegę Damiana, który mieszkał na tej samej ulicy co ja. Raz mi opowiedział, że go siostra przyłapała, jak sobie konia walił. Siedział u brata w pokoju, oglądał coś podniecającego w telewizji (co dokładnie nie wiem, pewnie program przyrodniczy) i sobie spokojnie walił. Walił spokojnie, bo przekręcił klucz w zamku. Niestety, nie przekręcił go do końca i go siorka przyłapał. Termin przydatności sekretu: 18 lat.
2. Fajna dziewczyna, Bożenka chyba, starsza ode mnie była. Zaprosiłem ją do kina w latach szkoły średniej. Filmu "Antz" gdzie głos podkładał Woody Allen (co wtedy było mi niewiadome, wiedziałem tylko, że baja fajna) nie puścili, bo było za mało ludzi - nad dwoje. Poszliśmy więc do parku. Usiedliśmy. Zaczeliśmy gadać. I wtedy ptak na nią nasrał. Centralnie na czoło. Trochę też na nos poleciało. Jako gentlemen opanowałem śmiech i obiecałem jej, że nigdy nikomu nie powiem. Termin przydatności: 13 lat.
3. Jaki był ten ostatni sekret? A! Parę lat temu poznałem Niemkę Yvonne. Robiła wystawę na zamku audio wizualną. Była na mojej wycieczce i spodobało jej się tak, że poprosiła, czy by nie mogła mnie nagrać, jak robię całą wycieczkę, ale w miejscu i na czarnym tle (artyści). Szefowa galerii, Ann (gruba jak beka, wrażliwa na komplementy, powiedz jej, że ładnie dziś wygląda, będzie w siódmym niebie, nie dałem rady kiedy coś od niej chciałem, nie jestem aż tak zakłamany) gościła tą Niemkę u siebie w domu, więc tam to nagraliśmy, a potem dali mi jeść parówki. Przed posiłkiem Yvonne zrobiła zdjęcie talerza z żarciem. Powiedziała, że nic nigdy nie może zjeść, jeśli wpierw nie zrobi temu zdjęcia. No to kurde, męczyłem ją, żeby mi wytłumaczyła dlaczego. Wreszcie się zgodziła pod warunkiem, że nikomu nie powiem. Otóż kiedyś się zatruła czy coś i od tamtej pory wpierw robi zdjęcie nim cokolwiek zje, to ją uspokaja. Jak gdyby więzi każdą potrawę. Plus, jeśli znowu się zatruje, to już będzie wiedziała czym, wystarczy, że sprawdzi na zdjęciu. Termin przydatności: 4 lata.
![]() |
| To ta laska. |

0 comments:
Prześlij komentarz