marca 2011 - OGG

niedziela, 13 marca 2011

Sekrety KONIOBICIA.
Ciszę rozrywał dźwięk taśmy klejącej. Dźwięk będący potwierdzeniem nadchodzącej nieuchronnej przeprowadzki współlokatorki Agnieszki. Na potrzeby tego posta imię to nie zostało zmienione na fałszywe. Pod podłogą mej groty mieścił się pokój dzienny, a w nim mieścił się telewizor nie robiący szału wraz z kolejnym współlokatorem, 40-letnim imiennikiem mojego ojca, Władkiem. Władek nie ruszając się z kanapy zagadywał zamężną Danusię przebywającą w tym samym czasie w kuchni. Szykująca obiad dla mężusia Zbyszka, dobrego człowieka, który nigdy nie siedział, Danutka odpowiadała kokieteryjnym śmiechem. Zaśmiała się na przykład, kiedy zawołał ją Władek, żeby powtórzyła fajne zdanie. I bardzo dobrze, że się zaśmiała, bo z pewnością zdanie było śmieszne. Jednak nie posunęła się dalej i owego zdania nie powtórzyła. Zaproponowała jednak, aby Władziu odwiedził ją w kuchni, żeby mogli sobie razem posztachać się zapachem z garów. Władziu nie mógł, bo właśnie miał Adaś skakać.

My tu wszyscy jesteśmy jak jedna wielka kochająca się rodzina. Danusię na przykład kocham właśnie za to, że jak mnie widzi, to mówi Sebastiano Italiano.

Skakanie Adasia interesowało mnie tyle, co nowe osiągnięcia w dziedzinie przedłużania i malowania paznokci, czyli wcale (choć ponoć kobity niezłą kabzę na tym nabijają, i dobrze). Jeśli o mnie chodzi, Adaś mógłby się wzbić i już nigdy nie wylądować. Moją jedyną poważniejszą myślą dotyczącą tej osoby była zazdrość, że może sobie pozwolić kończyć karierę tak prędko. No, ale najwyższy czas, będzie mógł wreszcie zeżreć te wszystkie ciężarówki czekolady, które dostał w zamian za udział w reklamach. Termin przydatności do spożycia się zbliża.

Sam natomiast szukałem klejnotów przeczesując mini grzebyczkiem dywan. Niestety, pomimo mego skupienia zamiast złota napotkałem tylko kłęby kurzu.

To nie to samo będzie bez Agnieszki i jej wspaniałej osobowości, jej maniery powtarzania tej samej myśli i zdania po trzykroć z wahaniem do po dziesięciokrotności. Z bólem serca pożegnam ją za tydzień, kiedy to po imprezie pożegnalnej (na którą zaprosiła), tu w tym magicznym i pełnym szczęścia i spełnionych marzeń domu, wrócę do siebie do groty i opublikuję ostatni post jej poświęcony. Post, na którego publikację czekam już kilka miesięcy. Post będący zapisem zaściannej rozmowy jaką przeprowadziła z matką swą na skypie, a który ja w pocie czoła podekscytowany zapisywałem na żywo przez 20 minut. Wtedy zobaczycie na własne oczy z kim miałem do czynienia. Zwlekam z tym tyle tylko dlatego, że istnieje cień szansy (jeden to ziliona), że mogłaby jakoś przeczytać tego posta na mym OGGu, a wtedy uznaliby  mnie za czuba i jej męski chłopak z szybkim samochodem do którego się przeprowadza (w Galway, Aga będzie prawdziwą polską Galway Girl) obiłby mi mordę sportowym butem.

Wieśniak z niej, stąd cały ubaw. I jest to nie tylko moja opinia, żebyście nie myśleli.

Nim zaprosiła mnie na imprę pożegnalną w następną sobotę, to zadała mi kluczowe pytanie w kuchni, gdzie zwykle mamy swe gorące i pełne pary schadzki.
- Sebastian, mogę się ciebie o coś spytać?
- Wal - odrzekłem. - Wal śmiało.
- Już od kilku miesięcy nie wyjmowałam baterii z aparatu. Ona wciąż tam jest. Nic się jej nie stanie? Może powinnam ją wyjąć?
- Nie przejmuj się, nic jej się nie stanie.
- No to dobrze.
- Nic, chyba! Chyba, żeby aparat wpadł do szamba, wtedy bateria mogłaby się zalać, utopić. Umrzeć. A tak jest OK.
- No to dobrze. Dziękuję ci Sebastian. Za tydzień robię imprezę pożegnalną. Przyjdziesz?
- No nie wiem, a będą pierogi? - nie powiedziałem, ani nie pomyślałem. Ale Nina na ten tekst potem wpadła, jak jej opowiadałem. Genialny, dzięki ci, Ninku Z!

Bo Agnieszka to Pierogowa Pieroga, tzn. Pierogowa Królowa. Pierogowa Królowa ma czarodziejską moc, potrafi zapierogować cię na śmierć, więc lepiej z nią uważaj.

Wiem, wiem, czytacie tak i czytacie OGGa dzisiaj i cały czas myślicie o koniobiciu. Koniobicie jest w tytule posta, a On, Sebastiano Italiano, pisze o wszystkim innym, ale nie o tym intrygującym tytule posta, o koniobiciu. Koniobicie zostawiłem na deser. Oto on:

Każdy ma sekrety. Ja jestem świetny w ich trzymaniu, nikomu nie wygadam. W ciągu dotychczasowego życia zostało mi ich powierzonych ponad trzy. U mnie pewniej niż w banku. Jednakże dużo sekretów ma datę ważności, czasami tylko miesiąc, czasami nawet dekadę. Z różnych powodów po pewnym czasie sekret przestaje być sekretem. Są rzecz jasna takie, które sekretem będą na zawsze, jak np. to, że twój kolega zabił, pracodawca uwiódł, a kominiarz zatkał. Oto więc trzy sekrety,, uważam, że po tylu latach nic złego nikomu nie uczynię wyłaniając je wreszcie na światło dzienne.

1. W klasie podstawówki miałem kolegę Damiana, który mieszkał na tej samej ulicy co ja. Raz mi opowiedział, że go siostra przyłapała, jak sobie konia walił. Siedział u brata w pokoju, oglądał coś podniecającego w telewizji (co dokładnie nie wiem, pewnie program przyrodniczy) i sobie spokojnie walił. Walił spokojnie, bo przekręcił klucz w zamku. Niestety, nie przekręcił go do końca i go siorka przyłapał. Termin przydatności sekretu: 18 lat.

2. Fajna dziewczyna, Bożenka chyba, starsza ode mnie była. Zaprosiłem ją do kina w latach szkoły średniej. Filmu "Antz" gdzie głos podkładał Woody Allen (co wtedy  było mi niewiadome, wiedziałem tylko, że baja fajna) nie puścili, bo było za mało ludzi - nad dwoje. Poszliśmy więc do parku. Usiedliśmy. Zaczeliśmy gadać. I wtedy ptak na nią nasrał. Centralnie na czoło. Trochę też na nos poleciało. Jako gentlemen opanowałem śmiech i obiecałem jej, że nigdy nikomu nie powiem. Termin przydatności: 13 lat.

3. Jaki był ten ostatni sekret? A! Parę lat temu poznałem Niemkę Yvonne. Robiła wystawę na zamku audio wizualną. Była na mojej wycieczce i spodobało jej się tak, że poprosiła, czy by nie mogła mnie nagrać, jak robię całą wycieczkę, ale w miejscu i na czarnym tle (artyści). Szefowa galerii, Ann (gruba jak beka, wrażliwa na komplementy, powiedz jej, że ładnie dziś wygląda, będzie w siódmym niebie, nie dałem rady kiedy coś od niej chciałem, nie jestem aż tak zakłamany) gościła tą Niemkę u siebie w domu, więc tam to nagraliśmy, a potem dali mi jeść parówki. Przed posiłkiem Yvonne zrobiła zdjęcie talerza z żarciem. Powiedziała, że nic nigdy nie może zjeść, jeśli wpierw nie zrobi temu zdjęcia. No to kurde, męczyłem ją, żeby mi wytłumaczyła dlaczego. Wreszcie się zgodziła pod warunkiem, że nikomu nie powiem. Otóż kiedyś się zatruła czy coś i od tamtej pory wpierw robi zdjęcie nim cokolwiek zje, to ją uspokaja. Jak gdyby więzi każdą potrawę. Plus, jeśli znowu się zatruje, to już będzie wiedziała czym, wystarczy, że sprawdzi na zdjęciu. Termin przydatności: 4 lata.

To ta laska.

sobota, 12 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep2
DZISIAJ serwujemy OGGowiczom zdrową oraz wegetariańską opcję - Burger a la Jaster!

Aby przyrządzić tą wybitną potrawę potrzebujem następujących składników:
- burgery wegetariańskie, każde dobre, byle nie najtańsze, w myśl zasady, kto tanio kupuje, ten się byle jak odżywia,
- ser low fat - z małą zawartością tłuszczu. Twój supermarket przy blokowisku powinien taki sprzedawać. Jeśli nie sprzedaje, przejdź się 9 bloków dalej do drugiego marketu. Ostatecznie można użyć zwykłego sera, ale już tak zdrowo nie będzie.
- pomidor - dwa plasterki.

Sposób obrządzania:
Podgrzewamy piekarnik do 220 stopni celsjusza na wiatrak. Jeśli nie znasz tej opcji spójrz na swój piekarnik, przy pokrętle powinien być symbol wiatraka niekoniecznie z Don Kichotem. Kiedy piekarnik się nagrzewa wyjmujemy z zamrażalki dwa burgery wegetariańskie. Jeśli w opakowaniu jest ich więcej opanuj swój głód. Jak zeżresz 4, to się obeżresz jak świnia. Wiesz mi, oczy widzą więcej. I nie oszukujmy się, nikt z tobą tego nie będzie jadł, bo jesz sam. Zawsze. Wrzucamy je na 15min, kroimy tyle sera, żeby zakryło burgery i dwa plasterki pomidora. Nastawiamy alarm w telefonie na za 15 minut i wracamy na górę oglądać dalej pornusy na necie. Jeśli nie mamy góry, zostajemy  na dole.

15min później złazimy na dół i już czujemy, że się zrobiły. Wyjmujemy tacę, przewracamy burgery, kładziemy nań ser i po pomidorka plasterku i wkładamy z powrotem aż się roztopi. Z minutę, góra dwie. Włala!

Smacznego.

UWAAAGGAA!
* Nim zaczniemy na foli aluminiowej wylewamy kapkę oliwy z oliwy bądź oleju i rozsmarowujemy na obszarze, który pokryją burgery. Dzięki temu się nie przykleją.
* Piekarnika nie trzeba nagrzewać, mi się nigdy nie chce czekać, aż się nagrzeje. Od razu wkładam.
* Jeśli dużo żłopiesz alkoholu, albo wpierdalasz czipsów, to pewnie masz brzuch rozjechany i cię boli. Zaparz so' mięty do burgerów jak na zdjęciu.
* Żuj powoli. Małe kęsy. Żuj jeden kęs 15 razy. Licz. Dzięki temu posiłek będzie dłuższy i bardziej się najesz. Jeśli po skończeniu chcesz zjeść jeszcze więcej, poczekaj, aż do mózgu dojdzie informacja, że nie musisz jeść jeszcze więcej.

piątek, 11 marca 2011

czwartek, 10 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep1

O! Wreszcie pies napisał nowego posta! Najwyższy czas. Zaraz! Eee, tylko jakieś zdjęcie wrzucił. Na co mi zdjęcie? Leń. Nie stać go nawet, żeby kilka słów wydukać. Nie musi być kilku akapitów, wystarczy mi kilka linijek. Nie wiem, może znowu coś przeżył w Lidlu? Może widział coś zajebistego za oknem z koniami? Może zaszedł kogoś od tyłu? Może ma jakąś myśl, którą chce się podzielić? Może cała sytuacja z Charlie Sheenem wywołała w nim jakieś przemyślenia/wnioski?

Ale nie, jedyne, czym po kilku tygodniach "zaszczyca" OGGa, to talerz kanapek. Talerz kanapek i kubeł kawy stojące na jego tanim biurku udającym prawdziwe drewno, bo tylko na tyle stać bezrobotnego emigranta. Istny materiał na męża! Nic, tylko siedzi w domu i rysuje te swoje komiksy i myśli, że mu to jego wymarzony milion euro da. Da, mówi. Kieeedyy, kurna pytam? Wziąłby się za normalną robotę, jak każdy uczciwy obywatel, a nie od rządu irlandzkiego ciągnie. Poszedłby gnój łopatą na przyczepę wrzucać. Uczciwa robota. Mało płatna i rolnicy patrzą na ciebie z pod oka, bo masz akcent i czarne włosy, ale przynajmniej uczciwa.

Choć w sumie... smacznie te kanapki wyglądają (jeśli wyjąć szynkę). Taką kanapką, by nie pogardził...

Cholera, głoda czuję. Ale po 23ha nie powinno się już nic wpierdalać, bo brzuchol urośnie i perspektywa ciała hollywoodzkiej gwiazdy filmowej znowu odsunie się na dalszy plan.

niedziela, 13 marca 2011

Sekrety KONIOBICIA.

Ciszę rozrywał dźwięk taśmy klejącej. Dźwięk będący potwierdzeniem nadchodzącej nieuchronnej przeprowadzki współlokatorki Agnieszki. Na potrzeby tego posta imię to nie zostało zmienione na fałszywe. Pod podłogą mej groty mieścił się pokój dzienny, a w nim mieścił się telewizor nie robiący szału wraz z kolejnym współlokatorem, 40-letnim imiennikiem mojego ojca, Władkiem. Władek nie ruszając się z kanapy zagadywał zamężną Danusię przebywającą w tym samym czasie w kuchni. Szykująca obiad dla mężusia Zbyszka, dobrego człowieka, który nigdy nie siedział, Danutka odpowiadała kokieteryjnym śmiechem. Zaśmiała się na przykład, kiedy zawołał ją Władek, żeby powtórzyła fajne zdanie. I bardzo dobrze, że się zaśmiała, bo z pewnością zdanie było śmieszne. Jednak nie posunęła się dalej i owego zdania nie powtórzyła. Zaproponowała jednak, aby Władziu odwiedził ją w kuchni, żeby mogli sobie razem posztachać się zapachem z garów. Władziu nie mógł, bo właśnie miał Adaś skakać.

My tu wszyscy jesteśmy jak jedna wielka kochająca się rodzina. Danusię na przykład kocham właśnie za to, że jak mnie widzi, to mówi Sebastiano Italiano.

Skakanie Adasia interesowało mnie tyle, co nowe osiągnięcia w dziedzinie przedłużania i malowania paznokci, czyli wcale (choć ponoć kobity niezłą kabzę na tym nabijają, i dobrze). Jeśli o mnie chodzi, Adaś mógłby się wzbić i już nigdy nie wylądować. Moją jedyną poważniejszą myślą dotyczącą tej osoby była zazdrość, że może sobie pozwolić kończyć karierę tak prędko. No, ale najwyższy czas, będzie mógł wreszcie zeżreć te wszystkie ciężarówki czekolady, które dostał w zamian za udział w reklamach. Termin przydatności do spożycia się zbliża.

Sam natomiast szukałem klejnotów przeczesując mini grzebyczkiem dywan. Niestety, pomimo mego skupienia zamiast złota napotkałem tylko kłęby kurzu.

To nie to samo będzie bez Agnieszki i jej wspaniałej osobowości, jej maniery powtarzania tej samej myśli i zdania po trzykroć z wahaniem do po dziesięciokrotności. Z bólem serca pożegnam ją za tydzień, kiedy to po imprezie pożegnalnej (na którą zaprosiła), tu w tym magicznym i pełnym szczęścia i spełnionych marzeń domu, wrócę do siebie do groty i opublikuję ostatni post jej poświęcony. Post, na którego publikację czekam już kilka miesięcy. Post będący zapisem zaściannej rozmowy jaką przeprowadziła z matką swą na skypie, a który ja w pocie czoła podekscytowany zapisywałem na żywo przez 20 minut. Wtedy zobaczycie na własne oczy z kim miałem do czynienia. Zwlekam z tym tyle tylko dlatego, że istnieje cień szansy (jeden to ziliona), że mogłaby jakoś przeczytać tego posta na mym OGGu, a wtedy uznaliby  mnie za czuba i jej męski chłopak z szybkim samochodem do którego się przeprowadza (w Galway, Aga będzie prawdziwą polską Galway Girl) obiłby mi mordę sportowym butem.

Wieśniak z niej, stąd cały ubaw. I jest to nie tylko moja opinia, żebyście nie myśleli.

Nim zaprosiła mnie na imprę pożegnalną w następną sobotę, to zadała mi kluczowe pytanie w kuchni, gdzie zwykle mamy swe gorące i pełne pary schadzki.
- Sebastian, mogę się ciebie o coś spytać?
- Wal - odrzekłem. - Wal śmiało.
- Już od kilku miesięcy nie wyjmowałam baterii z aparatu. Ona wciąż tam jest. Nic się jej nie stanie? Może powinnam ją wyjąć?
- Nie przejmuj się, nic jej się nie stanie.
- No to dobrze.
- Nic, chyba! Chyba, żeby aparat wpadł do szamba, wtedy bateria mogłaby się zalać, utopić. Umrzeć. A tak jest OK.
- No to dobrze. Dziękuję ci Sebastian. Za tydzień robię imprezę pożegnalną. Przyjdziesz?
- No nie wiem, a będą pierogi? - nie powiedziałem, ani nie pomyślałem. Ale Nina na ten tekst potem wpadła, jak jej opowiadałem. Genialny, dzięki ci, Ninku Z!

Bo Agnieszka to Pierogowa Pieroga, tzn. Pierogowa Królowa. Pierogowa Królowa ma czarodziejską moc, potrafi zapierogować cię na śmierć, więc lepiej z nią uważaj.

Wiem, wiem, czytacie tak i czytacie OGGa dzisiaj i cały czas myślicie o koniobiciu. Koniobicie jest w tytule posta, a On, Sebastiano Italiano, pisze o wszystkim innym, ale nie o tym intrygującym tytule posta, o koniobiciu. Koniobicie zostawiłem na deser. Oto on:

Każdy ma sekrety. Ja jestem świetny w ich trzymaniu, nikomu nie wygadam. W ciągu dotychczasowego życia zostało mi ich powierzonych ponad trzy. U mnie pewniej niż w banku. Jednakże dużo sekretów ma datę ważności, czasami tylko miesiąc, czasami nawet dekadę. Z różnych powodów po pewnym czasie sekret przestaje być sekretem. Są rzecz jasna takie, które sekretem będą na zawsze, jak np. to, że twój kolega zabił, pracodawca uwiódł, a kominiarz zatkał. Oto więc trzy sekrety,, uważam, że po tylu latach nic złego nikomu nie uczynię wyłaniając je wreszcie na światło dzienne.

1. W klasie podstawówki miałem kolegę Damiana, który mieszkał na tej samej ulicy co ja. Raz mi opowiedział, że go siostra przyłapała, jak sobie konia walił. Siedział u brata w pokoju, oglądał coś podniecającego w telewizji (co dokładnie nie wiem, pewnie program przyrodniczy) i sobie spokojnie walił. Walił spokojnie, bo przekręcił klucz w zamku. Niestety, nie przekręcił go do końca i go siorka przyłapał. Termin przydatności sekretu: 18 lat.

2. Fajna dziewczyna, Bożenka chyba, starsza ode mnie była. Zaprosiłem ją do kina w latach szkoły średniej. Filmu "Antz" gdzie głos podkładał Woody Allen (co wtedy  było mi niewiadome, wiedziałem tylko, że baja fajna) nie puścili, bo było za mało ludzi - nad dwoje. Poszliśmy więc do parku. Usiedliśmy. Zaczeliśmy gadać. I wtedy ptak na nią nasrał. Centralnie na czoło. Trochę też na nos poleciało. Jako gentlemen opanowałem śmiech i obiecałem jej, że nigdy nikomu nie powiem. Termin przydatności: 13 lat.

3. Jaki był ten ostatni sekret? A! Parę lat temu poznałem Niemkę Yvonne. Robiła wystawę na zamku audio wizualną. Była na mojej wycieczce i spodobało jej się tak, że poprosiła, czy by nie mogła mnie nagrać, jak robię całą wycieczkę, ale w miejscu i na czarnym tle (artyści). Szefowa galerii, Ann (gruba jak beka, wrażliwa na komplementy, powiedz jej, że ładnie dziś wygląda, będzie w siódmym niebie, nie dałem rady kiedy coś od niej chciałem, nie jestem aż tak zakłamany) gościła tą Niemkę u siebie w domu, więc tam to nagraliśmy, a potem dali mi jeść parówki. Przed posiłkiem Yvonne zrobiła zdjęcie talerza z żarciem. Powiedziała, że nic nigdy nie może zjeść, jeśli wpierw nie zrobi temu zdjęcia. No to kurde, męczyłem ją, żeby mi wytłumaczyła dlaczego. Wreszcie się zgodziła pod warunkiem, że nikomu nie powiem. Otóż kiedyś się zatruła czy coś i od tamtej pory wpierw robi zdjęcie nim cokolwiek zje, to ją uspokaja. Jak gdyby więzi każdą potrawę. Plus, jeśli znowu się zatruje, to już będzie wiedziała czym, wystarczy, że sprawdzi na zdjęciu. Termin przydatności: 4 lata.

To ta laska.

sobota, 12 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep2

DZISIAJ serwujemy OGGowiczom zdrową oraz wegetariańską opcję - Burger a la Jaster!

Aby przyrządzić tą wybitną potrawę potrzebujem następujących składników:
- burgery wegetariańskie, każde dobre, byle nie najtańsze, w myśl zasady, kto tanio kupuje, ten się byle jak odżywia,
- ser low fat - z małą zawartością tłuszczu. Twój supermarket przy blokowisku powinien taki sprzedawać. Jeśli nie sprzedaje, przejdź się 9 bloków dalej do drugiego marketu. Ostatecznie można użyć zwykłego sera, ale już tak zdrowo nie będzie.
- pomidor - dwa plasterki.

Sposób obrządzania:
Podgrzewamy piekarnik do 220 stopni celsjusza na wiatrak. Jeśli nie znasz tej opcji spójrz na swój piekarnik, przy pokrętle powinien być symbol wiatraka niekoniecznie z Don Kichotem. Kiedy piekarnik się nagrzewa wyjmujemy z zamrażalki dwa burgery wegetariańskie. Jeśli w opakowaniu jest ich więcej opanuj swój głód. Jak zeżresz 4, to się obeżresz jak świnia. Wiesz mi, oczy widzą więcej. I nie oszukujmy się, nikt z tobą tego nie będzie jadł, bo jesz sam. Zawsze. Wrzucamy je na 15min, kroimy tyle sera, żeby zakryło burgery i dwa plasterki pomidora. Nastawiamy alarm w telefonie na za 15 minut i wracamy na górę oglądać dalej pornusy na necie. Jeśli nie mamy góry, zostajemy  na dole.

15min później złazimy na dół i już czujemy, że się zrobiły. Wyjmujemy tacę, przewracamy burgery, kładziemy nań ser i po pomidorka plasterku i wkładamy z powrotem aż się roztopi. Z minutę, góra dwie. Włala!

Smacznego.

UWAAAGGAA!
* Nim zaczniemy na foli aluminiowej wylewamy kapkę oliwy z oliwy bądź oleju i rozsmarowujemy na obszarze, który pokryją burgery. Dzięki temu się nie przykleją.
* Piekarnika nie trzeba nagrzewać, mi się nigdy nie chce czekać, aż się nagrzeje. Od razu wkładam.
* Jeśli dużo żłopiesz alkoholu, albo wpierdalasz czipsów, to pewnie masz brzuch rozjechany i cię boli. Zaparz so' mięty do burgerów jak na zdjęciu.
* Żuj powoli. Małe kęsy. Żuj jeden kęs 15 razy. Licz. Dzięki temu posiłek będzie dłuższy i bardziej się najesz. Jeśli po skończeniu chcesz zjeść jeszcze więcej, poczekaj, aż do mózgu dojdzie informacja, że nie musisz jeść jeszcze więcej.

piątek, 11 marca 2011

czwartek, 10 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep1


O! Wreszcie pies napisał nowego posta! Najwyższy czas. Zaraz! Eee, tylko jakieś zdjęcie wrzucił. Na co mi zdjęcie? Leń. Nie stać go nawet, żeby kilka słów wydukać. Nie musi być kilku akapitów, wystarczy mi kilka linijek. Nie wiem, może znowu coś przeżył w Lidlu? Może widział coś zajebistego za oknem z koniami? Może zaszedł kogoś od tyłu? Może ma jakąś myśl, którą chce się podzielić? Może cała sytuacja z Charlie Sheenem wywołała w nim jakieś przemyślenia/wnioski?

Ale nie, jedyne, czym po kilku tygodniach "zaszczyca" OGGa, to talerz kanapek. Talerz kanapek i kubeł kawy stojące na jego tanim biurku udającym prawdziwe drewno, bo tylko na tyle stać bezrobotnego emigranta. Istny materiał na męża! Nic, tylko siedzi w domu i rysuje te swoje komiksy i myśli, że mu to jego wymarzony milion euro da. Da, mówi. Kieeedyy, kurna pytam? Wziąłby się za normalną robotę, jak każdy uczciwy obywatel, a nie od rządu irlandzkiego ciągnie. Poszedłby gnój łopatą na przyczepę wrzucać. Uczciwa robota. Mało płatna i rolnicy patrzą na ciebie z pod oka, bo masz akcent i czarne włosy, ale przynajmniej uczciwa.

Choć w sumie... smacznie te kanapki wyglądają (jeśli wyjąć szynkę). Taką kanapką, by nie pogardził...

Cholera, głoda czuję. Ale po 23ha nie powinno się już nic wpierdalać, bo brzuchol urośnie i perspektywa ciała hollywoodzkiej gwiazdy filmowej znowu odsunie się na dalszy plan.

@templatesyard