stycznia 2011 - OGG

niedziela, 30 stycznia 2011

Magiczny czerwony plecak i flashback.
MADE FRESH TODAY FROM DELICIOUS, TASTY, OH-MY-GOD THAT'S-SO-NICE INGREDIENTS - głosiły słowa na opakowaniu kanapki zakupionej na stacji benzynowej. Zawartość nijak miała się do wydrukowanych oszczerstw - dwa suche kawałki białego chleba tostowego z łaski wrzuconym plasterkiem sera wątpliwej jakości. Znacie ten znaczek na serze, który informuje, że wegetarianie również mogą go spożywać (czyli, że ser nie jest ubity ze świniaka)? Jestem przekonany, że w mojej kanapce takowego nie było. Jadło się to jak oponę. Gdyby jeszcze opona była przeszmuglowana przez granicę z upchaną w jej wnętrzu przemieloną na proszek przez miażdżenie marihuaną, to może nie byłoby tak drętwo. Ale to nie była niestety taka opona smaku. Opis kończył się nieszczerym THAT'S BETTER. Owe hasło pasowałoby w rowie podczas II Wojny Światowej, kiedy jedyną alternatywą dla rannego i opuszczonego, wykrwawiającego się, a na domar złego głodnego żołnierza byłoby tylko błoto z trawą do wypełnienia żołądka. 

Dlaczego, czemuż to nie przygotowałem sobie kanapek do wzięcia w cudowną podróż do Polski? Prosta odpowiedź: zapomniałem. A kiedy już sobie przypomniałem to było - jak to zwykła mawiać Joe, moja była menadżerka w pierwszej pracy w Irlandii, której złożę hołd w komiksie poniekąd autobiograficznym Herr Zeba: SKLEP - za późno. W taki oto sposób wylądowałem biegnąc pospiesznie w autobusie jadącym 2 godziny bez korków niedzielnym porankiem na lotnisko w Dublinie. Towarzyszkami mej podróży była kanapka z serem € 2.99 oraz kanapka z serem & szynką (szaleństwo) € 3.49. W supermarketach gotowe kanapki kosztują podobnie, ale przynajmniej są smaczne.

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie, do diaska! Łukasz Walentyn - to uświadomiony flashback, być może powtórzony lepiej jak to z prawdziwymi flashbackami już bywa - rzucił raz kamieniem w Pawła Końca. Było to te piękne czasy kiedy podstawówka ciągła się 8 lat i kiedy nie znało się słów typu jabane, gdyż było się zbyt młodym na takie słowa. Stało się to w środku blokowiska małego miasta, miasta, w którym przyszło mi spędzić pierwsze 2 dekady dźwigania krzyża na plecach w męczarniach życia. Dzieci mogą być brutalne. Kiedy mają ponad 10 lat zdarza się tak, że są. Łukasz Walentyn, którego brat zmarł jakoś w tym samym okresie co może aczkolwiek raczej nic nie ma wspólnego z opisywanym tu incydentem, wziął kamień duży jak pięść i rzucił nim w Pawła Końca. Trafił go prosto w usta, co możemy sobie wyobrazić, bolało. Bolało nawet gdy jego sławne nazwisko  pojawiało się na napisach po filmie. W obliczu tego przejawu przemocy nie współczułem nie w ząb Łukaszowi, kiedy naśmiewano się z jego nazwiska w tym wrażliwym dniu dla samotnych jakim są walentynki. 

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie i nie w Pawła, lecz w psa, który bezczelnie bezustannie ujada japą. Za bagaż podręczny w najtańszych liniach konserwowych Ryanair nie trzeba płacić. Za wszystko inne tak, wliczając powietrze. Bagaż może mieć maksymalne wymiary 55x40x20cm. Mój jedyny a zarazem ulubiony czerwony plecak mierzy mniej, więc jest prawie idealny. Gdyby mierzył dokładnie 55x40x20cm byłby idealny a cała wydzielona mi przez Ryanair przestrzeń zostałaby wykorzystana to ostatniego milimetra. Jednak bardzo trudno jest znaleźć plecak z dokładnie takimi wymiarami. Znalazłem plecak firmy Belkin, którego wysokość w szafę gra - 55 cm, jednak nie będę bulił € 53.99, żeby mieć ekstra 5 centymetrów. Bagaż podręczny może mieć maksymalnie 10kg, co niektórzy uważają za chamstwo. Ci, którzy tak uważają powinni zakupić bilet u innego przewoźnika, bilet pewnie będzie 3x droższy, ale waga bagażu podręcznego będzie stosunkowo większa. Kupowanie małej walizki na kółkach z wyciąganą rączką odpada, bo sama walizka by ważyła ponad 2,5kg, a taki czerwony magiczny pleczek pewnie nie waży z jednego kilo.

 Zmieszczenie się w taką małą przestrzeń wydawać by się mogło prostą i szybką sprawą dla mężczyzny, który nie musi podróżować z całą swoją garderobą. Mimo to zeszło chyba z półtorej godziny nim dało się wszystko upchać zorganizowanie razem. Czy zastanawiasz się czasami, drogi Oggowniku, coż też obcy ludzie mają przy sobie? Sam wiesz, co masz. To, czego potrzebujesz. A co mają inni? Czego oni potrzebują? Co ta atrakcyjna blondynka w białych rajstopach ma w torebce? Cóż ten 50-letni amant ma w portfelu? Czym ten czosnek ma tak wypchaną kieszeń? Co też ten koleś stukający w klawiaturę laptopa ma w czerwonym plecaku? Nie ręczę za innych, ale wiem co jest w plecaku: mała papierowa torba z ubraniami, bielizną i czepkiem, żadnych fetyszy, piórnik z kablami, ładowarkami i kilkoma badziewiami, tuba, a w tubie 5 mych ostatnich kartek A3 do rysowania, aparat fotograficzny ze statywem, książka do nauki włoskiego oraz powieść Johna Wyndham'a "Dzień tryfidów" (15min zeszło na szukanie odpowiedniej książki na podróż), zeszyt, paszport, martwy przedmiot uwielbienia: MacBook Pro oraz dwie zajebiste kanapki. Właściwie to jedna już zjedzona. Wstyd mi pisać o husteczkach myjących do podcierania oraz dwóch suchych panini, które nie zdążyłem niczym przełożyć.

Pieniądze zaś poupychane są w różnych miejscach aby nie zostać całkowicie spłukanym po ataku złodzieja, który czyha tuż tuż.

Nie wiemy jeszcze nic o celu podróży, o stopniu wyalienowania, a przede wszystkim o herbatce u nieznajomych. A wszytko to już w następnym odcinku obyczajowego dramatycznego wyświechtanego OGGa. Jak zwykle... niedłuuuuuuugo!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Apetyt na zdrowie.
Czy jest coś bardziej kojącego kiedy zasypiasz niż darcie się tuż za szybą z bibuły kocich jap w deszczową noc przemijającą z chlustającym wiatrem? Oczywiście, że jest: podwójna tęcza.

Podwójna tęcza uchwycona tuż przed zniknięciem. Kliknij śmiało na
zdjęciu aby ujrzeć je w dużej rozdzielczości, czyli lepszej jakości. Bo nie
ma to jak jakość, szczególnie, kiedy nie jesteś ślepy jak kret i twój ekran ma
większą rozdzielczość niż 640x460.


Dzisiaj sam Szatan mi włożył.

Dzisiaj sam Szatan włożył dwie butelki piwa na wydzieloną mi półkę w lodówce dzielonej przez cztery osoby, z których jedna wspanialsza od drugiej. W tym celu Szatan przybrał postać Pawła, najwspanialszego lokatora, z jakim przyszło mi mieszkać. Nie udała się jednak pokusa, gdyż nie rzuciłem się łapczywie i nie wytrąbiłem obu butelek na raz. Miło jednak wiedzieć, że próbował. Choć komuś na mnie zależy. Znaczy... raczej zależy mu najbardziej na mojej duszy, jednak jest ona ze mną złączona, więc wciąż miło. I czy to nie wspaniałe wiedzieć, że jesteś wart nie jedno, nie trzy, ale dokładnie dwa piwa? Lidla ma po raz kolejny dwa Tyskie za 3 euro.

Gdyby Paweł nie był opętany przez Szatana pewnie sam z siebie nie podarowałby mi tych dwóch piw wiedząc, iż podczas jego nieobecności zrobiłem kupę w jego pokoju. Pewnie nie. Dla obrony powiem, że kupa była w łazience w pokoju zrobiona albowiem hu hu ha zima zła zamroziła wodę w rurach i nie było czym spuszczać numerów dwa. Nie powiem, odczułem pewną satysfakcję.

Naprawdę nie jest prosto pisać OGGa o tej porze. O wczesnej go nie piszę, gdyż wczesna pora, pora energii, zarezerwowana jest na rysowanie komiksu, który ślamazarnie, ale posuwa się do przodu. Dlatego też będę kończył, lecz zakończę z klasą: delektując Was, drodzy Czytelnicy których da się zliczyć na palcach, delektując Was obrazami żywcem wyjętymi z rysunków Świadków Jehowy, tak, tych co raj pokazują. Najlepsze na świecie estetyczne doznania. Doznania te zostały zafundowane przez lokatorkę Agnieszkomartę oraz jej dewizę, że mięsa trzeba jeść dużo, dużo, DUŻO, żeby być zdrowym i silnym.

Oto one:

- Ten rosół ja wyrzucę - powiedział chłopak Agomarty dobrotliwym tonem.
- Nie! - krzyknęła dziko uczona przez Jezusa, że jedzenia się NIGDY nie marnuje - ja zjem.
To nic, że rosół już 5ty dzień spoczywa w garnku,
bo jak dobrze wiemy, na przeziębienie rosołek najlepszy!



Pychota. Palce lizać. Aż się ma ochotę chwycić za tą łychę i wcinać! KLIKNIJ
dobry człeku, by z bliska nacieszyć się rosołkiem, który nigdy się nie psuje.
MNIAM! - powiedział w zachwycie Jamie Oliver.

Jak powszechnie wiadomo, najlepsze mięso to te genetycznie modyfikowane,
a jak jest na przecenie, to jeszcze lepiej! Takie badziewiarskie filmy jak FOOD, INC. to
tylko propaganda tych, co wytwarzają organiczne drogie żarcie.

Kupujesz panie takie w Lidlu, rozmrażasz, potem do piekarnika na pół godziny
i wyjmujesz, panie, pieczone skrzydełka, że palce lizać, panie! To, że w domu cuchnie
zdechłym psem, to zbieg okoliczności.

wtorek, 11 stycznia 2011

Batman
Podczas Kilkenny Arts Festival 2010 największą popularnością cieszyły się moje komiksowe portrety na zamówienie. Wyszły mi kiepsko. Ogólnie była rozpacz i nikt nie chciał nic kupować, nawet mojego Batmana, którego naszkicowałem raz dwa i obrysowałem pędzlem moczonym w tuszu.

Ładna dziewczyna zainteresowała się tym rysunkiem, choć nie na tyle, żeby kupić. Wróciła drugi raz, żeby pokazać znajomym i zrobić zdjęcie. Do dziś dnia żałuję, żem jej tego po prostu nie dał. Teraz się tylko marnuje.


Mądrość z tego taka, że czasem trzeba być impulsywnym. Jak wtedy kiedy jesteś kobietą i ci żal na płaszcz na wysprzedaży, bo nie masz pieniędzy, a na drugi dzień ktoś już go kupił. Oczywiście trzeba umieć odróżnić pozytywną impulsywność od negatywnej. Negatywna to na przykład kradzenie w sklepie nożyków do golarki (bo drogie), butelki wina (boś spłukany alkoholik) albo iście po pijaku do łóżka z kobietą, która na trzeźwo nie wygląda już tak zajebiście. No i zrobienie z nią dziecka.
OGG Lite 3 schodzi na PSY.
- Otwórzcie te drzwi do chuja wafla! - wrzasnął Krzysztof Krawczyk - Ile tu, kurwa, jeszcze mamy czekać?! Ja chcę kurwa lecieć już!!!

Na te rzucanie mięsem ludzie reagowali uśmieszkiem wyrażającym lekkie zawstydzenie. Pomimo tego, że zbyt głośno, Krzysztof wyrażał jednak uczucia wszystkich, którzy tak samo jak on czekali w kolejce na lot do Poznania liniami Ryanair dnia 23 grudnia roku 2010.

Ponieważ po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat w Irlandii - gdzie Pan Krawczyk odwiedzał krewnych (m.in. Babcię Zgryzeldę, która to nawiasem mówiąc nauczyła go śpiewać) - spadł śnieg, życie zamieniło się w koszmar dla tubylców. Drogi zostały zasypane 9cio centymetrową warstwą śniegu, lotniska zostały sparaliżowane, a na przedmieściu ktoś ulepił kutasa zamiast bałwana. Horror. Horror!

Odlot miał nastąpić przy bramce numer 666, lecz wielokrotnie zniecierpliwiony Krzysztof Krawczyk oraz tłum mamiony był monitorami, które podawały inny numer bramki. Trzeba było się przemieszczać. Po godzinie łażenia od bramki do bramki, Pan Krzysztof dostał swoje zasłużone za męki piwo. Obok niego pozbawiony jakiegokolwiek bagażu, ubrany w cienką kurtkę (jak na jak zwykle delikatną polską zimę o plusowych temperaturach przystało) młodzieniec podrygiwał tanecznym krokiem bezustannie wywołując nową falę uśmieszków. Przeskakiwał z nogi na nogę zgarbiony i obracał tułowiem rozmawiając przez telefon ze swoją amfetaminową siostrą.

Cóż... klienci się niecierpliwili.

Wreszcie drzwi otwarto i kolejka priorytetowa dała się wpierw zapuszkować. A potem reszta śmiertelników, której nie zależało, żeby być pierwszymi w metalowej śmierci. Jak powszechnie wiadomo, w żółtych samolotach Ryanair nie ma przestrzeni na kolana, więc każdy musiał się ścisnąć i szczęśliwi byli ci, którzy umieli siadać po turecku. Wszyscy rozsiedli się niewygodnie i nie odprężyli. Niestety! Niepiękna stewardesa nie mogła odetchnąć z ulgą, gdyż na końcu samolotu ktoś robił zgiełk. Był to Krzysztof Krawczyk, szczęśliwy od ucha do ucha, że zaraz odleci.

- Ladies and gentlemen, we would like to remind you that smoking is prohibited on the airplane. Also please restrain yourselves from consuming alcohol beverages. - powiedziała przez intercom.

Pan Krawczyk pociągnął bucha papierosa marki "Mocne" i pociągnął łyk piwa "Lech" po czym spytał kola obok, co ta baba tam plecie po angielsku?

Zaczęło śnieżyć na całego. Pas odlotów został zamknięty na trzy godziny, lecz ludzie wciąż mieli nadzieję w sercach przez dokładnie 15 minut, po których Pan Pilot poinformował, iż lot został odwołany ze względu na Dziadka Mroza. Pasażerowie opuścili ze łzami samolot i dało się słyszeć gdzieś unoszoną przez wiatr piosenkę:

A bywa tak i tak.
Nie zawsze się w życiu szczęście się ma!


W obliczu zaistniałej sytuacji Krzysztof Krawczyk musiał zostać w Irlandii i spędził święta w samotności słuchając swoich Złotych Przebojów. Miał propozycję od Beaty Kozidrak, która tak się złożyło, była w County Kerry buszując wśród kóz, żeby spędzić z nią Wigilię, lecz żyłka mu w oku pękła i przeszedł załamanie nerwowe.

W Sylwestra nikt nie chciał słyszeć, jak pięknie śpiewa, więc odizolował się w kącie tuż przy WC i zajął się wydzielaniem papieru toaletowego potrzebującym. O północy pocałował piękną kobietę i wypił kieliszek szampana ciesząc się, że nie siedzi teraz w swej ponurej noże słuchając "Rysunku na szkle".

środa, 5 stycznia 2011

OGG Lite 2 - Łechtanie.


Kazik pisze lepsze teraz lepsze teksty. Ale jak był młody to też na papierze toaletowym się twórczo wypacał. Każdy musi gdzieś zacząć.

wtorek, 4 stycznia 2011

ZUF i PKL
Zaczynam w końcu rozumieć politykę... albo lepiej: bycie politykiem. Wystarczy dużo się kłócić i być upartym jak osioł. Czasami można też mieć (choć nie trzeba) oryginalną myśl i próbować przemienić ją w ustawę. Potem trzeba się jeszcze więcej wykłócać, żeby uchwalono tą ustawę, a kiedy się uda, to cała Rzeczpospolita Polska będzie musiała się podporządkować mojej oryginalnej myśli. Bo polityk ma władzę. Ustanowiłbym więc ZUF - Zakład Ubezpieczeń Fajowych - alternatywę dla niefajnego ZUS-a.

Oszczędzasz, pieniądze są inwestowane. Masz gwarancję, że na starość nie będziesz głodem przymierał i że żadna nowa reforma ci twoich własnych pieniędzy nie odbierze. I na rencie będzie cię stać na wakacje za granicą choć raz do roku. Za granicą, a nie w Ośrodku Wypoczynkowym Ursus. I od wysokości twej rentoemerytury nikt już drugi raz podatku potrącać nie będzie. Bo po co?

Ustawa by przeszła (bo to by była fajna ustawa). Ustanowiłbym rżąc głośno przekrzykując wszystkich w Sejmie reformę PKP i stworzyłbym PKL - Polskie Koleje Latające. Nie dość, że do toalet w wagonach nikt nie bałby się wejść, to na peronie byłoby czytelnie widać, że mój pociąg przyleci na peron 3 za 13 minut i świecące wielkie strzałki unoszące się w powietrzu pokazywałby mi jak tam dojść. A nie tak jak teraz, stoisz marznąć (czy lato czy zima, po stacje kolejowe zawsze chłodem powiewają) i biegasz tam i z powrotem rozglądając się nerwowo wypatrując jakiejś, choć małej, tak z łaski, informacji o tym gdzie powinieneś się udać, aby odnaleźć swój peron a co za tym idzie być może i pociąg.

- A ten, to do Poznania jedzie?
- A panie, a skąd ja mom widzieć? Idź pan, przeszkadza  mi pan w jedzeniu pysznej zapiekanki, a ja głodna jestem. Udka mi się już skończyły.
- Przepraszam, ten jedzie do Poznania?
- Kurwa, chuj wie! Nie widzisz, że Lecha so próbuję spokojnie spijać w tym i tak już wąski korytarzu? Kurwa. Ważne że jedzie, nie ważne gdzie.

Latające wagony PKL wyposażone by były w darmowy internet wi-fi, żebyś z nudów nie umarł i żeby być lepszym od konkurencji.

Nie mówiąc już o tym, że bilety na PKL mógłbyś sobie kupić w zaciszu własnego domu (lub telefonu komórkowego) w ciągu dwóch minut, zaplanować całą podróż i jeszcze dostać 20% rabatu za zakup online. A jeśli jakimś cudem by ci net odcięli i musiałbyś zakupić bilet po staroświecku na stacji, to pani w okienku nie byłaby grubym opryskliwym bękartem z jedną ręką tłustą od rosołu a drugą trzymającą przygaszoną pojarę, na którą musisz czekać w kilometrowej kolejce, żeby cię obsłużyła i jak już wreszcie dotrzesz do niej mając dwie minuty na odjazd, to pani z miłości nie do świata czy narodu, lecz z miłości do ciebie, zamyka okienko i idzie wypalić szluga do końca.

niedziela, 30 stycznia 2011

Magiczny czerwony plecak i flashback.

MADE FRESH TODAY FROM DELICIOUS, TASTY, OH-MY-GOD THAT'S-SO-NICE INGREDIENTS - głosiły słowa na opakowaniu kanapki zakupionej na stacji benzynowej. Zawartość nijak miała się do wydrukowanych oszczerstw - dwa suche kawałki białego chleba tostowego z łaski wrzuconym plasterkiem sera wątpliwej jakości. Znacie ten znaczek na serze, który informuje, że wegetarianie również mogą go spożywać (czyli, że ser nie jest ubity ze świniaka)? Jestem przekonany, że w mojej kanapce takowego nie było. Jadło się to jak oponę. Gdyby jeszcze opona była przeszmuglowana przez granicę z upchaną w jej wnętrzu przemieloną na proszek przez miażdżenie marihuaną, to może nie byłoby tak drętwo. Ale to nie była niestety taka opona smaku. Opis kończył się nieszczerym THAT'S BETTER. Owe hasło pasowałoby w rowie podczas II Wojny Światowej, kiedy jedyną alternatywą dla rannego i opuszczonego, wykrwawiającego się, a na domar złego głodnego żołnierza byłoby tylko błoto z trawą do wypełnienia żołądka. 

Dlaczego, czemuż to nie przygotowałem sobie kanapek do wzięcia w cudowną podróż do Polski? Prosta odpowiedź: zapomniałem. A kiedy już sobie przypomniałem to było - jak to zwykła mawiać Joe, moja była menadżerka w pierwszej pracy w Irlandii, której złożę hołd w komiksie poniekąd autobiograficznym Herr Zeba: SKLEP - za późno. W taki oto sposób wylądowałem biegnąc pospiesznie w autobusie jadącym 2 godziny bez korków niedzielnym porankiem na lotnisko w Dublinie. Towarzyszkami mej podróży była kanapka z serem € 2.99 oraz kanapka z serem & szynką (szaleństwo) € 3.49. W supermarketach gotowe kanapki kosztują podobnie, ale przynajmniej są smaczne.

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie, do diaska! Łukasz Walentyn - to uświadomiony flashback, być może powtórzony lepiej jak to z prawdziwymi flashbackami już bywa - rzucił raz kamieniem w Pawła Końca. Było to te piękne czasy kiedy podstawówka ciągła się 8 lat i kiedy nie znało się słów typu jabane, gdyż było się zbyt młodym na takie słowa. Stało się to w środku blokowiska małego miasta, miasta, w którym przyszło mi spędzić pierwsze 2 dekady dźwigania krzyża na plecach w męczarniach życia. Dzieci mogą być brutalne. Kiedy mają ponad 10 lat zdarza się tak, że są. Łukasz Walentyn, którego brat zmarł jakoś w tym samym okresie co może aczkolwiek raczej nic nie ma wspólnego z opisywanym tu incydentem, wziął kamień duży jak pięść i rzucił nim w Pawła Końca. Trafił go prosto w usta, co możemy sobie wyobrazić, bolało. Bolało nawet gdy jego sławne nazwisko  pojawiało się na napisach po filmie. W obliczu tego przejawu przemocy nie współczułem nie w ząb Łukaszowi, kiedy naśmiewano się z jego nazwiska w tym wrażliwym dniu dla samotnych jakim są walentynki. 

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie i nie w Pawła, lecz w psa, który bezczelnie bezustannie ujada japą. Za bagaż podręczny w najtańszych liniach konserwowych Ryanair nie trzeba płacić. Za wszystko inne tak, wliczając powietrze. Bagaż może mieć maksymalne wymiary 55x40x20cm. Mój jedyny a zarazem ulubiony czerwony plecak mierzy mniej, więc jest prawie idealny. Gdyby mierzył dokładnie 55x40x20cm byłby idealny a cała wydzielona mi przez Ryanair przestrzeń zostałaby wykorzystana to ostatniego milimetra. Jednak bardzo trudno jest znaleźć plecak z dokładnie takimi wymiarami. Znalazłem plecak firmy Belkin, którego wysokość w szafę gra - 55 cm, jednak nie będę bulił € 53.99, żeby mieć ekstra 5 centymetrów. Bagaż podręczny może mieć maksymalnie 10kg, co niektórzy uważają za chamstwo. Ci, którzy tak uważają powinni zakupić bilet u innego przewoźnika, bilet pewnie będzie 3x droższy, ale waga bagażu podręcznego będzie stosunkowo większa. Kupowanie małej walizki na kółkach z wyciąganą rączką odpada, bo sama walizka by ważyła ponad 2,5kg, a taki czerwony magiczny pleczek pewnie nie waży z jednego kilo.

 Zmieszczenie się w taką małą przestrzeń wydawać by się mogło prostą i szybką sprawą dla mężczyzny, który nie musi podróżować z całą swoją garderobą. Mimo to zeszło chyba z półtorej godziny nim dało się wszystko upchać zorganizowanie razem. Czy zastanawiasz się czasami, drogi Oggowniku, coż też obcy ludzie mają przy sobie? Sam wiesz, co masz. To, czego potrzebujesz. A co mają inni? Czego oni potrzebują? Co ta atrakcyjna blondynka w białych rajstopach ma w torebce? Cóż ten 50-letni amant ma w portfelu? Czym ten czosnek ma tak wypchaną kieszeń? Co też ten koleś stukający w klawiaturę laptopa ma w czerwonym plecaku? Nie ręczę za innych, ale wiem co jest w plecaku: mała papierowa torba z ubraniami, bielizną i czepkiem, żadnych fetyszy, piórnik z kablami, ładowarkami i kilkoma badziewiami, tuba, a w tubie 5 mych ostatnich kartek A3 do rysowania, aparat fotograficzny ze statywem, książka do nauki włoskiego oraz powieść Johna Wyndham'a "Dzień tryfidów" (15min zeszło na szukanie odpowiedniej książki na podróż), zeszyt, paszport, martwy przedmiot uwielbienia: MacBook Pro oraz dwie zajebiste kanapki. Właściwie to jedna już zjedzona. Wstyd mi pisać o husteczkach myjących do podcierania oraz dwóch suchych panini, które nie zdążyłem niczym przełożyć.

Pieniądze zaś poupychane są w różnych miejscach aby nie zostać całkowicie spłukanym po ataku złodzieja, który czyha tuż tuż.

Nie wiemy jeszcze nic o celu podróży, o stopniu wyalienowania, a przede wszystkim o herbatce u nieznajomych. A wszytko to już w następnym odcinku obyczajowego dramatycznego wyświechtanego OGGa. Jak zwykle... niedłuuuuuuugo!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Apetyt na zdrowie.

Czy jest coś bardziej kojącego kiedy zasypiasz niż darcie się tuż za szybą z bibuły kocich jap w deszczową noc przemijającą z chlustającym wiatrem? Oczywiście, że jest: podwójna tęcza.

Podwójna tęcza uchwycona tuż przed zniknięciem. Kliknij śmiało na
zdjęciu aby ujrzeć je w dużej rozdzielczości, czyli lepszej jakości. Bo nie
ma to jak jakość, szczególnie, kiedy nie jesteś ślepy jak kret i twój ekran ma
większą rozdzielczość niż 640x460.


Dzisiaj sam Szatan mi włożył.

Dzisiaj sam Szatan włożył dwie butelki piwa na wydzieloną mi półkę w lodówce dzielonej przez cztery osoby, z których jedna wspanialsza od drugiej. W tym celu Szatan przybrał postać Pawła, najwspanialszego lokatora, z jakim przyszło mi mieszkać. Nie udała się jednak pokusa, gdyż nie rzuciłem się łapczywie i nie wytrąbiłem obu butelek na raz. Miło jednak wiedzieć, że próbował. Choć komuś na mnie zależy. Znaczy... raczej zależy mu najbardziej na mojej duszy, jednak jest ona ze mną złączona, więc wciąż miło. I czy to nie wspaniałe wiedzieć, że jesteś wart nie jedno, nie trzy, ale dokładnie dwa piwa? Lidla ma po raz kolejny dwa Tyskie za 3 euro.

Gdyby Paweł nie był opętany przez Szatana pewnie sam z siebie nie podarowałby mi tych dwóch piw wiedząc, iż podczas jego nieobecności zrobiłem kupę w jego pokoju. Pewnie nie. Dla obrony powiem, że kupa była w łazience w pokoju zrobiona albowiem hu hu ha zima zła zamroziła wodę w rurach i nie było czym spuszczać numerów dwa. Nie powiem, odczułem pewną satysfakcję.

Naprawdę nie jest prosto pisać OGGa o tej porze. O wczesnej go nie piszę, gdyż wczesna pora, pora energii, zarezerwowana jest na rysowanie komiksu, który ślamazarnie, ale posuwa się do przodu. Dlatego też będę kończył, lecz zakończę z klasą: delektując Was, drodzy Czytelnicy których da się zliczyć na palcach, delektując Was obrazami żywcem wyjętymi z rysunków Świadków Jehowy, tak, tych co raj pokazują. Najlepsze na świecie estetyczne doznania. Doznania te zostały zafundowane przez lokatorkę Agnieszkomartę oraz jej dewizę, że mięsa trzeba jeść dużo, dużo, DUŻO, żeby być zdrowym i silnym.

Oto one:

- Ten rosół ja wyrzucę - powiedział chłopak Agomarty dobrotliwym tonem.
- Nie! - krzyknęła dziko uczona przez Jezusa, że jedzenia się NIGDY nie marnuje - ja zjem.
To nic, że rosół już 5ty dzień spoczywa w garnku,
bo jak dobrze wiemy, na przeziębienie rosołek najlepszy!



Pychota. Palce lizać. Aż się ma ochotę chwycić za tą łychę i wcinać! KLIKNIJ
dobry człeku, by z bliska nacieszyć się rosołkiem, który nigdy się nie psuje.
MNIAM! - powiedział w zachwycie Jamie Oliver.

Jak powszechnie wiadomo, najlepsze mięso to te genetycznie modyfikowane,
a jak jest na przecenie, to jeszcze lepiej! Takie badziewiarskie filmy jak FOOD, INC. to
tylko propaganda tych, co wytwarzają organiczne drogie żarcie.

Kupujesz panie takie w Lidlu, rozmrażasz, potem do piekarnika na pół godziny
i wyjmujesz, panie, pieczone skrzydełka, że palce lizać, panie! To, że w domu cuchnie
zdechłym psem, to zbieg okoliczności.

wtorek, 11 stycznia 2011

Batman

Podczas Kilkenny Arts Festival 2010 największą popularnością cieszyły się moje komiksowe portrety na zamówienie. Wyszły mi kiepsko. Ogólnie była rozpacz i nikt nie chciał nic kupować, nawet mojego Batmana, którego naszkicowałem raz dwa i obrysowałem pędzlem moczonym w tuszu.

Ładna dziewczyna zainteresowała się tym rysunkiem, choć nie na tyle, żeby kupić. Wróciła drugi raz, żeby pokazać znajomym i zrobić zdjęcie. Do dziś dnia żałuję, żem jej tego po prostu nie dał. Teraz się tylko marnuje.


Mądrość z tego taka, że czasem trzeba być impulsywnym. Jak wtedy kiedy jesteś kobietą i ci żal na płaszcz na wysprzedaży, bo nie masz pieniędzy, a na drugi dzień ktoś już go kupił. Oczywiście trzeba umieć odróżnić pozytywną impulsywność od negatywnej. Negatywna to na przykład kradzenie w sklepie nożyków do golarki (bo drogie), butelki wina (boś spłukany alkoholik) albo iście po pijaku do łóżka z kobietą, która na trzeźwo nie wygląda już tak zajebiście. No i zrobienie z nią dziecka.

OGG Lite 3 schodzi na PSY.

- Otwórzcie te drzwi do chuja wafla! - wrzasnął Krzysztof Krawczyk - Ile tu, kurwa, jeszcze mamy czekać?! Ja chcę kurwa lecieć już!!!

Na te rzucanie mięsem ludzie reagowali uśmieszkiem wyrażającym lekkie zawstydzenie. Pomimo tego, że zbyt głośno, Krzysztof wyrażał jednak uczucia wszystkich, którzy tak samo jak on czekali w kolejce na lot do Poznania liniami Ryanair dnia 23 grudnia roku 2010.

Ponieważ po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat w Irlandii - gdzie Pan Krawczyk odwiedzał krewnych (m.in. Babcię Zgryzeldę, która to nawiasem mówiąc nauczyła go śpiewać) - spadł śnieg, życie zamieniło się w koszmar dla tubylców. Drogi zostały zasypane 9cio centymetrową warstwą śniegu, lotniska zostały sparaliżowane, a na przedmieściu ktoś ulepił kutasa zamiast bałwana. Horror. Horror!

Odlot miał nastąpić przy bramce numer 666, lecz wielokrotnie zniecierpliwiony Krzysztof Krawczyk oraz tłum mamiony był monitorami, które podawały inny numer bramki. Trzeba było się przemieszczać. Po godzinie łażenia od bramki do bramki, Pan Krzysztof dostał swoje zasłużone za męki piwo. Obok niego pozbawiony jakiegokolwiek bagażu, ubrany w cienką kurtkę (jak na jak zwykle delikatną polską zimę o plusowych temperaturach przystało) młodzieniec podrygiwał tanecznym krokiem bezustannie wywołując nową falę uśmieszków. Przeskakiwał z nogi na nogę zgarbiony i obracał tułowiem rozmawiając przez telefon ze swoją amfetaminową siostrą.

Cóż... klienci się niecierpliwili.

Wreszcie drzwi otwarto i kolejka priorytetowa dała się wpierw zapuszkować. A potem reszta śmiertelników, której nie zależało, żeby być pierwszymi w metalowej śmierci. Jak powszechnie wiadomo, w żółtych samolotach Ryanair nie ma przestrzeni na kolana, więc każdy musiał się ścisnąć i szczęśliwi byli ci, którzy umieli siadać po turecku. Wszyscy rozsiedli się niewygodnie i nie odprężyli. Niestety! Niepiękna stewardesa nie mogła odetchnąć z ulgą, gdyż na końcu samolotu ktoś robił zgiełk. Był to Krzysztof Krawczyk, szczęśliwy od ucha do ucha, że zaraz odleci.

- Ladies and gentlemen, we would like to remind you that smoking is prohibited on the airplane. Also please restrain yourselves from consuming alcohol beverages. - powiedziała przez intercom.

Pan Krawczyk pociągnął bucha papierosa marki "Mocne" i pociągnął łyk piwa "Lech" po czym spytał kola obok, co ta baba tam plecie po angielsku?

Zaczęło śnieżyć na całego. Pas odlotów został zamknięty na trzy godziny, lecz ludzie wciąż mieli nadzieję w sercach przez dokładnie 15 minut, po których Pan Pilot poinformował, iż lot został odwołany ze względu na Dziadka Mroza. Pasażerowie opuścili ze łzami samolot i dało się słyszeć gdzieś unoszoną przez wiatr piosenkę:

A bywa tak i tak.
Nie zawsze się w życiu szczęście się ma!


W obliczu zaistniałej sytuacji Krzysztof Krawczyk musiał zostać w Irlandii i spędził święta w samotności słuchając swoich Złotych Przebojów. Miał propozycję od Beaty Kozidrak, która tak się złożyło, była w County Kerry buszując wśród kóz, żeby spędzić z nią Wigilię, lecz żyłka mu w oku pękła i przeszedł załamanie nerwowe.

W Sylwestra nikt nie chciał słyszeć, jak pięknie śpiewa, więc odizolował się w kącie tuż przy WC i zajął się wydzielaniem papieru toaletowego potrzebującym. O północy pocałował piękną kobietę i wypił kieliszek szampana ciesząc się, że nie siedzi teraz w swej ponurej noże słuchając "Rysunku na szkle".

środa, 5 stycznia 2011

OGG Lite 2 - Łechtanie.



Kazik pisze lepsze teraz lepsze teksty. Ale jak był młody to też na papierze toaletowym się twórczo wypacał. Każdy musi gdzieś zacząć.

wtorek, 4 stycznia 2011

ZUF i PKL

Zaczynam w końcu rozumieć politykę... albo lepiej: bycie politykiem. Wystarczy dużo się kłócić i być upartym jak osioł. Czasami można też mieć (choć nie trzeba) oryginalną myśl i próbować przemienić ją w ustawę. Potem trzeba się jeszcze więcej wykłócać, żeby uchwalono tą ustawę, a kiedy się uda, to cała Rzeczpospolita Polska będzie musiała się podporządkować mojej oryginalnej myśli. Bo polityk ma władzę. Ustanowiłbym więc ZUF - Zakład Ubezpieczeń Fajowych - alternatywę dla niefajnego ZUS-a.

Oszczędzasz, pieniądze są inwestowane. Masz gwarancję, że na starość nie będziesz głodem przymierał i że żadna nowa reforma ci twoich własnych pieniędzy nie odbierze. I na rencie będzie cię stać na wakacje za granicą choć raz do roku. Za granicą, a nie w Ośrodku Wypoczynkowym Ursus. I od wysokości twej rentoemerytury nikt już drugi raz podatku potrącać nie będzie. Bo po co?

Ustawa by przeszła (bo to by była fajna ustawa). Ustanowiłbym rżąc głośno przekrzykując wszystkich w Sejmie reformę PKP i stworzyłbym PKL - Polskie Koleje Latające. Nie dość, że do toalet w wagonach nikt nie bałby się wejść, to na peronie byłoby czytelnie widać, że mój pociąg przyleci na peron 3 za 13 minut i świecące wielkie strzałki unoszące się w powietrzu pokazywałby mi jak tam dojść. A nie tak jak teraz, stoisz marznąć (czy lato czy zima, po stacje kolejowe zawsze chłodem powiewają) i biegasz tam i z powrotem rozglądając się nerwowo wypatrując jakiejś, choć małej, tak z łaski, informacji o tym gdzie powinieneś się udać, aby odnaleźć swój peron a co za tym idzie być może i pociąg.

- A ten, to do Poznania jedzie?
- A panie, a skąd ja mom widzieć? Idź pan, przeszkadza  mi pan w jedzeniu pysznej zapiekanki, a ja głodna jestem. Udka mi się już skończyły.
- Przepraszam, ten jedzie do Poznania?
- Kurwa, chuj wie! Nie widzisz, że Lecha so próbuję spokojnie spijać w tym i tak już wąski korytarzu? Kurwa. Ważne że jedzie, nie ważne gdzie.

Latające wagony PKL wyposażone by były w darmowy internet wi-fi, żebyś z nudów nie umarł i żeby być lepszym od konkurencji.

Nie mówiąc już o tym, że bilety na PKL mógłbyś sobie kupić w zaciszu własnego domu (lub telefonu komórkowego) w ciągu dwóch minut, zaplanować całą podróż i jeszcze dostać 20% rabatu za zakup online. A jeśli jakimś cudem by ci net odcięli i musiałbyś zakupić bilet po staroświecku na stacji, to pani w okienku nie byłaby grubym opryskliwym bękartem z jedną ręką tłustą od rosołu a drugą trzymającą przygaszoną pojarę, na którą musisz czekać w kilometrowej kolejce, żeby cię obsłużyła i jak już wreszcie dotrzesz do niej mając dwie minuty na odjazd, to pani z miłości nie do świata czy narodu, lecz z miłości do ciebie, zamyka okienko i idzie wypalić szluga do końca.

@templatesyard