2011 - OGG

piątek, 30 grudnia 2011

Darkness II

sobota, 17 grudnia 2011

Wszechświat na diecie.
Wstać. Zarobić. Najeść się bądź opchać. Upić. Zasnąć. Zapomnieć. Przy odrobinie szczęścia znajdzie się na tej liście również stosunek, a przy szczęściu maksymalnym będzie to stosunek nie z samym sobą.

Egzystencja jest była i będzie. Egzystencja jest do dupy, egzystencja jest wspaniała. Egzystencja to zagadka. Ludzie lubią sobie wszystko komplikować. Nie ich wina, taki gatunek. Czy jest sens szukać odpowiedzi kiedy ich nie ma? Pewnie, jeśli się nie ma nic lepszego do roboty. Po drodze można również odkryć coś ciekawego lub kogoś, jak na przykład Małego Księcia.

Kosmos, ludzie i gwiazdy opierają się na tych samych zasadach: balans. Przede wszystkim, żeby był balans, to coś musi w ogóle być. Musi się narodzić. Musi również przestać istnieć, umrzeć, aby została zachowana równowaga. Mamy powiększający się od czasu Wielkiego Wybuchu  wszechświat, który w pewnym momencie osiągnie punkt krytyczny i zacznie się kurczyć. Trochę tak jak na diecie. Będzie się zmniejszał coraz szybciej i szybciej aż przestanie być. W międzyczasie wszystko w nim zawarte również będzie się rodzić i umierać.

Bez równowagi szlag by wszystko trafił. Ba! Bez równowagi nic nie mogłoby istnieć. Setki tysięcy ludzi katują się każdego dnia zadając sobie głupie pytanie "Dlaczego mnie to spotkało?!" TO może być śmiercią kogoś bliskiego, może być oparzeniem się lub uderzeniem w kolano (tu obwiniamy ten cholerny stół), może być wypadkiem samochodowym lub po prostu stłuczonym kieliszkiem wina. Ostatnim. Czymkolwiek dramatycznym. MNIE jest istotnie nieistnotne. Istotne dla mnie, nieistotne dla wszystkich innych, albowiem wszyscy wpadają w szambo. Jednak kiedy drama dopada wszyscy nie istnieją, istniejemy tylko my. Ja. Moje ego. Złe rzeczy zdarzają się złym i dobrym ludziom bez specjalnej różnicy. Zdarzają się, bo jesteśmy nieperfekcyjnym, durnym wręcz gatunkiem. Czasem czegoś niedosłyszymy, czasem coś przeoczymy a im bardziej się staramy, tym gorzej nam wychodzi. Stąd wypadki samochodowe po pijaku, niedokręcona gdzieś śrubka będąca przyczyną katastrofy samolotowej. Ludzie to debile. Zabijają się wzajemnie dla pieniędzy lub pustych bogów czy dyktatorów. Jesteśmy tacy sami. Nie ma co ubolewać nad tym, trzeba najlepiej wykorzystać to, co się ma i nie przejmować się złem całego świata.

Jedni mają oczywiście więcej niż inni. Czy to pieniędzy, czy inteligencji, czy urody. Balans, balans, balans. Nie moglibyśmy być wszyscy bogaczami, gdyż nie byłoby wtedy komu naprawić nam zasutej kanalizy, samochodu czy zwyczajnie sprzedać nam jakieś dobro bądź usługę. Z powodu głupoty i zaślepienia większości obywateli owa większość przesypia całe swoje życie. Część lubi spać. Najlepsza jest część społeczeństwa, która marzy śpiąc. Ludziom nie wychodzi otwieranie nowej firmy, gdyż nie są dobrymi przedsiębiorcami. Nie widzą lasu, bo drzewa im zasłaniają. Nic ci nie da, że dostaniesz dofinansowanie i otworzysz e--shop, jeśli będzie to taki sam e-shop, jakich są setki na rynku. A pewnie będzie nawet gorszy. Tajemnicą sukcesu jest ciężka praca oraz oryginalne pomysły. Skoro ludzie mają klapki na oczach potrafią jedynie papugować innych licząc na to, że to wystarczy. Świat jest zbudowany na ideach. A oryginalna idea jest jak cud. Nie często się zdarza, ale kiedy już się narodzi, to może zmienić cały twój świat.

Idee śpiących egoistów prowadzą do zatracenia. Cud nie na darmo nazywa się cudem. Nawet najlepszy pomysł nic nie znaczy jeżeli nie spodoba się innym ludziom (tak, również i tym z klapkami na oczach, jak już napisałem wcześniej, też są potrzebni). Żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Kolektywna świadomość nie powinna być ignorowana. Zrób to co potrafisz najlepiej, zrób to co kochasz i zrób to dla siebie. Nie dla żony, rodziny czy przyjaciół, tylko dla siebie. I wiedz, że jest to dobre, nie będź pewnym siebie ignorantem (choć pewność siebie jako cecha jest przydatna). I licz na to, że innym ludziom też to się spodoba. Że zdarzy się cud.

Steve Jobs osiągnął więcej niż większość z nas kiedykolwiek zdoła dlatego, że miał oryginalne pomysły oraz że nie bał się dążyć do ich zrealizowania. Charakterystyczne jest to, że unikalne idee wzbudzają strach w sercach innych. Strach bierze się z niemożliwości mózgu do przyjęcia zupełnie nowej informacji. Strach paraliżuje zdolność do myślenia włączając automatyczny odruch obronny. Lepiej tego nie rób, nie uda ci się - tą klątwę słyszeliśmy nie raz i jeszcze nie raz usłyszymy w naszym życiu. Strach się obudzić.

Na tej małej zielonej planetce z jednym księżycem jest wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich (równowaga już o to dba). Pewnie, że zawsze znajdzie się ktoś lepszy od nas czy to w rysowaniu, czy gotowaniu, czy przedsiębiorczości czy czymkolwiek. Nie należy się tym zrażać i dołować. Wszyscy się tu pomieścimy. Religia to opium dla mas. Nie wierzę w boga, ale wierzę w boga. Pozwólcie, że wystłumaczę:  Choć błagam go o łaskę w myśl starego przysłowia jak trwoga, to do boga, to nie wierzę w boga, do którego się modlisz. Wierzę jednak w coś silniejszego ode mnie. To coś nie koniecznie uchroni mnie przed złem bądź złymi decyzjami, ale to coś sprawiło, że jestem tutaj. To po pierwsze - jak mawia mój współlokator, były działacz polityczny i ofiara wypadku przy wydobywaniu węgla, który ostatnio wywiesił w dzielonej na 3ech wspólnej łazience "listę dyżurów" do sprzątania, Władziu. A po drugie, ogarnia mnie niewysłowione uczucie szczęścia, kiedy wyjdzie mi jakiś rysunek, kiedy wyjdzie mi perfekcyjnie i wtedy czuję, że wszystko będzie dobrze i osiągnę wszystko to, co sobie ubzdurałem. Można to nazwać łaską boską, ale przecież boga nie ma, prawda?

piątek, 9 grudnia 2011

Powtórka z rozrywki.
Marzec, 2011: Co ty tam masz w rączkach? Raduś? Co ty tam masz? RADUŚ! Władek tam był... ale do ciebie zadzwoniłam, no.

Luty, 2011: No, mówi że Ania może. Ania. Tylko ona się jeszcze nie zwolniła. Jeszcze nie zwolniła. Ale już pracuje w tej drugiej pracy. I mówi... ty jeszcze zadzwoń do Hanki. Może Hanki. Ona kiedyś [tu urywa się nagle pamięć]

Powyższe oraz poniższy zapis są faktami. Była współlokatorka Sebastiana, Agniszka, to była wspaniała kobieta. Pewnego dnia Sebastian wpadł w dziki szał i zaczął gorączkowo zapisywać jej Skypową rozmowę, którą słyszał zza ściany, gdyż raz ściana była papierowa, dwa Agnieszka głośno gadała i wszystko razy 3 powtarzała. Ten kontrowersyjny materiał jest wyłącznie dla dorosłego odbiorcy o silnych nerwach. Na końcu urywa się nagle w trakcie wywodu. Możemy tylko snuć przypuszczenia, co działo się dalej. Materiał ten przeleżał już wystarczająco dużo czasu w niepublicznym folderze. Proszę się nie zastanawiać nad motywami oraz psychiką kogoś, kto by tak po prostu zapisywał czyjąś cudzą, prywatną rozmowę. Proszę natomiast zapiąć pasy i przygotować się do odlotu!

Październik, 2010:

Mówi do mnie, że jest bogaty, że jest bogaty, że jest bogaty. Że by mógł nie pracować przez 10 lat. I przez telefon mi mówił, że jest bogaty, że jest bogaty.

Zdrowie najważniejsze.

Ja nie lecę na twoje pieniądze. Ty jesteś grzeczny, dobry dla mnie. Jesteś dobry dla mnie. Nie żaden cwaniak. Przystojny. Masz charakter dobry, serce. Chciał wiedzieć ile ja mam pieniędzy na koncie. I w końcu mu powiedziałam. Już zaczęło mnie to denerwować. On mi sam powiedział, że jeszcze nikogo tak nie kochał jak mnie. Miał parę dziewczyn, wiesz. Ale mówił, że jeszcze nikogo tak nie kochał. Ja nie mam tak dużo pieniędzy, ale też biedna nie jestem. Taka a taka nic nie ma pieniędzy, a ja jednak coś mam. Ja już mówię, że takie mieszkanie mogłabym kupić. Stare, używane, ale by było. No. I to ci właśnie chciałam powiedzieć. A tak wszystko w porządku, wszystko OK.

Ano ważne są w życiu, ale jak ktoś jest chory, to nic nie daje. Może on myśli, że lecisz na jego kasę?

On tak myśli, że go nie kocham, tylko lecę na jego kasę i bracia mu tak podpowiadają. Mówi, że jego mama by chciała mnie poznać.

No rozłączyło się.

Mówił mi, że jego mama chciałaby mnie poznać. Słyszysz mnie mamo? Radek mi mówił, że jego mama chciałaby mnie poznać. Że chciałaby mnie poznać, zobaczyć. Bracia mu, widzisz mówią, żeby był ostrożny. Ja mówię, że ja mam unieważnienie małżeńskie, że ten mój rozwód jest unieważniony, tak jakby nic nie było. Że jeszcze raz ślub mogę wziąć.

Co się masz ukrywać, lepiej prawdę mów.

No. A on jest taki prawdomówny, mamo. On jest strasznie prawdomówny, nienawidzi kłamstwa. Kłamstwo, mówi, Agnieszka ma krótkie nogi. Bo mówi i mówi i mówi. I wczoraj mu już powiedziałam, Radek, ja nie lecę na twoje pieniądze.

Zdrowie jest ważne. Najważniejsze.

Później ci będzie wypominał. Wypominał. Później nie będzie wypominał.

Pracuje, oszczędza, chciał wiedzieć.

Też trzebaaaa.. jemu się nie dziwić nie? Ale dobry chłopak, na prawdę. Chce coś osiągnąć w życiu. Zna się na rzeczy. Kupuje mi, kupuje mi kupuje mi kupujemikupujemi mamo różne rzeczy. Jeszcze ani razu do mnie bez kwiatów jeszcze nie przyjechał. Raz na stole miałem trzy kwiaty. I baterie mi kupuje, do aparatu. Bo mam nowy aparat. Już mam 3 baterie, wrazie, jakby któraś padła. Kupuje mi, bo mi teraz kupił mi baterię do telefonu, bo mało trzymała. I jeszcze jedna czeka na przesyłkę. Bo jeszcze nie przyszła. I baterię do laptopa mi kupił. 6 stopni jest na dworze.

To zimno.

No zimno, dziś przymrozek jest. To bluzeczki, koszulki mi kupił.

Robiłam teraz jak był. Krokiety z grzybkami i barszczyk. I robiłam kotlety, te takie z serem żółtym, z piersią kurczaka. Takie dobre, takie dobre. I marchewkę. I majonez. I do tego pieprzu trochę. Naczynia chciałam myć to mówi nie, ja umyję. I ziemniaki obiera i płucze. Obiera, myje i płucze. Przy sałatce też jabłka tarł. I obierał. Mówił, ja mojej Agusi pomogę.

Chce wiedzieć, czy dobrą nażyczoną ma.

Mamie opowiada o mnie. Zdjęcia wysłał. I chce mnie poznać, jego mama. Radek prosił mamę i ma list wysłać, bo Radek mówił, że jego mama ładne listy wysłać. Ma wysłać przepis na pierogi. I poprosił mamę, żeby dla mnie, i ma wysłać listem przepis. Ma wysłać. I pierogi z tym, z mięsem Radek mówił, że bardzo lubi.

A tak wszystko w porządku, szczęśliwa jestem, zadowolona. A Radek chciałby mnie mieć w Galway. Opony już nowe sobie zamówił i kupił. Bo z przodu ma starte. Nowe opony. Bo teraz będzie już zimniej, coraz zimniej. Ma padać. I chce już, żeby zamieszkała z nim, bo jest smutny, samotny.

Radek chce, żebym przyjechała do niego, pod koniec listopada na trzy dni. A ty przyjedź do mnie, mówi, raz u mnie tylko byłaś. No, i tyle. A mówiłam ci, że Klemensa pytałam, ale na razie nie ma pracy, bo się pytał. Za dwa tygodnie albo trzy znowu się go zapytam, wiesz? Nie dam mu spokoju, zapytam się. Jak tam pracy nie dostanę, to będę tu siedzieć do stycznia. I jak pracy nie znajdę, to zasiłek będę dostawać co tydzień. Co tydzień. Bo jakbym się teraz zwolniła, to nic bym nie miała. RAdek mówił, że będzie mnie utrzymywał. Ale ja bym się z tym nie pogodziła. Ja muszę mieć swoje pieniądze.

Będziecie z sobą razem. Zakupy robić.

I do kościółka sobie Radek chodzi rano. No, dobry jest dla mnie, bardzo dobry. Grzeczny. Dobry ma charakter. Spokojny. Nie cwaniak, nie pyskaty. Nie cwaniak. Nie pali, nie pije.

To dobrze, to dobrze.

Mądry. Bardzo mądry, mądry. Mądry, mądry jest bardzo wiesz? Nie jest głupi chłopak. Bardzo mądry jest. Zawsze marzyłam, żeby takiego chłopaka poznać i poznałam. Bardzo mnie kocha. Wszystko z siebie daje.

Ty tak samo go kochasz, tak? Bardzo kochasz. Jesteś szczęśliwa. Jesteście rozdzieleni. No. Kiedy przyjedziesz do domu?

Oj, chciałam teraz w listopadzie, bo tanie bilety. Mówi, że mnie nie puści. Mówię do niego, że tak bym poleciała w listopadzie, bo tanie bilety. A on mówi, że mnie nie puści. Może w styczniu przylecę? On coś mówi, żeby w maju poleciał. Ja mówię do niego, że jak teraz nie polecę, to w styczniu polecę. W styczniu pewnie przylecę.

Rodzice, rodzeństwo..

Mamo, tęsknię! Ja tęsknię, tęsknię. To fajnie mamo, że do sanatorium jedziesz. Się wykurujesz. A jak pogoda, ładna?

Brzydka, brzydka. Jutro zapowiadają śnieg z deszczem. Śnieg z deszczem zapowiadają.

Ja bardzo lubię handel, wiesz. Lubię towar rozkładać. Na początku może być byle gdzie póki się języka nie nauczę. Na deli, w cepeenie, przy kanapkach.JAlbo do Penysa .a sobie nie poradzę Raduś pójść... no, tak -- no -- tak. Pomożesz mi, Radusiu? Może troszkę się przyszykuję w domu. No. No. - coraz smutniej. - I mięsa dużo jedz. Mięsa. Potrzebujesz. Potrzebujesz dużo. Uj.. ojojeju! O ty, skarbie! Myślę bardzo
Przełamywacz mitów
Ekhe - ekhe. Uuu, zakurzyło się tu nieźle, na OGGu!

Ekhe! Lata gorączkowego postowania o wszystkim i o niczym odeszły do archiwum. Potrzeba wyrażenia siebie opadła niczym leniwy kutas. Dużo ludzi blogi pisze w różnych celach. Jedni chcą zarobić, inni oderwać się od szarej rzeczywistości niewypłacalności kredytowej. Niektórzy chcą poczuć, że nie są sami w cyfrowej próżni, inni mają tyle do powiedzenia, że tylko klawiatura jest to w stanie przyjąć na klatę. Przelewasz swoją energię w słowa i wyrzucasz je tam, hej! Do konkretnego i przypadkowego odbiorcy. I nie musisz się męczyć odzywaniem, nie musisz być ogolony czy wykąpany, nie musisz zwracać uwagę na mowę ciała i możesz mieć owszem, że cię ignorują. Jesteś bogiem internetowego bloga.

Życie nas zjada i każe być kimś, kim nie jesteśmy. Każe się uśmiechać i kłamać. Nie pozwala nam być sobą samym. Dlaczego? Bo jesteśmy kurwa popieprzonymi ciołami. Gdybyśmy pokazali światu swe prawdziwe oblicze, to świat by się do nas odwrócił plecami. Dlatego też nawet przed sobą nie przyznajemy się do prawdy. Dlaczego książki o somopomocy są takie popularne i potrzebne? Po pokazują nam prawdę, prawdę, którą łechtamy się przez krótki okres czasu tak samo jak idąc na dietę i poszcząc. Wcześniej czy później jednak popieprzony cioł powraca (bo jest częścią nas, da się go wywieźć w las, ale węch ma dobry i wcześniej czy później odnajduje drogę do domu) i wyrzuca książkę o samopomocy do kosza zajadajć sie pierniczkiem za pierniczkiem. Dlaczego chodzimy na dietę? Nie żeby schudnąć, lecz żeby mamić się perspektywą schudnięcia. Żebyśmy mogli, kiedy dieta się już skończy, zajadać się smakołykami, które tylko i wyłącznie po diecie, smakują tak bosko. Ochy uchy, tylko jeden kawałeczek.

Dobra. Chciałem napisać o dwóch rzeczach, a tu snuję potrzebne wywody. Przede wszystkim (to jeszcze nie jest żadna z tych dwóch rzeczy) OGG to OGG! OGG ma być moim medium do wyrażania siebie takim jakim jestem na prawdę. OGG nie ma tworzyć mojego sztucznego zajebistego wizerunku, że o jaki to nie jestem. Skąd. Tak więc piszę jak już piszę, to piszę impulsywnie, popełniam mnóstwo błędów stylistycznych i te pe i dobrze. I bardzo dobrze. Nie cierpię umysłowych ograniczeń. Ma być chaotycznie to będzie, jesteśmy w końcu cząstkami energii zawieszonymi w czasie bez bladego pojęcia co tu robimy. Chaos to podstawa.

Krótko o Sebastianie: Sebastian skończył 28 lat, co oznacza, że niedługo umrze. Przejedzie go żółty szkolny autobus, jak na złość. Rok temu (albo i dłużej) rozpoczął on pracę nad swoim debiutanckim albumem komiksowym. Po 17 stronach zatuszowanych pracę tą przerwał i zajął się pracą która dawała natychmiastowe pieniądze. Po pół roku ukończył 56 stronnicową książkę dla dzieci o farmie, krowie i kocie dla autora z Islandii. Zaraz potem przez 3 miesiące (i jeden tydzień) rysował książkę o Jasiu i Łodydze Fasoli dla wygłaszającego motywujące przewowy przemawiacza z Nowego Jorku. Nauczyło go to, że nie chce robić nic dla kogoś już więcej, bo życie za krótkie (czyli w sumie utwierdziło we wcześniejszym światopoglądzie). Aczkolwiek zadowolony z ilustracji do dwóch książek na koncie, z uciechą rzuci się do kontynuowania po prawie rocznej przerwie prac nad komiksem.

Właśnie z powodu tych ksiżek nie dla siebie tu mało pisał. Oraz dlatego, że mu się nie chciało i nie miał weny. Na zakończenie krótka rozprawka. Dziękuję za uwagę i zapraszam ponownie za rok. Hahaha. W następnym odcinku poznamy co to znaczy podłuchiwać.

Przełamywacz 2 mitów:

1) Pieniądze szczęścia nie dają - KŁAMSTWO! Mieliście kiedyś pieniędzy jak lodu i byliście nieszczęśliwi? Bo ja nigdy. Kłamstwo to wymyślił ktoś bogaty, żeby ludzie nie dążyli do odebrania mu pieniędzy.

2) Carpie Diem - w znaczeniu żyj tak, jakby dzisiejszy dzień, był twoim ostatnim. KŁAMSTWO! Gdybyśmy faktycznie mieli tak żyć, to każdego dnia obżeralibyśmy się jak świnie, podejmowali impulsywne decyzje, mieli seks z nieznajomymi oraz zabijali byłych bądź też aktualnych szefów. Za daleko byśmy w ten sposób nie pojechali. Chwytaj dzień ma tylko wtedy sens, kiedy będzie się go chwytać z głową, a nie za jaja.

niedziela, 9 października 2011

ICE Ice Baby

wtorek, 4 października 2011

Od czego zależy nasza emerytura?
Po wykonaniu animacji w 2010 pt. "Wybory" na konkurs ekonomiczny Forum Obywatelskiego Rozwoju, miłości Lesia Balcerowicza, i wygraniu figi z makiem, postanowiłem spróbować ponownie w 2011.

Wiedziałem, że pewnie nie wygram i miałem rację. Nie było nawet figi z makiem. W obliczu czego nie miało sensu za bardzo się starać. Wykonałem 4 stronnicowy komiks w przeciągu kilku dni. Uchwyciłem sytuację, która na prawdę się wydarzyła. Lata temu razem z przyjacielem zwanym Zielak byliśmy świadkami obrabowania ducha winnemu kobiety i podążyliśmy śladami złoczyńcy nadziewając się na niego trzy razy. Tak, do trzech razy sztuka. Poniższy komiks jest więc autobiograficzną relacją z doklejonymi trzema wątkami. Wybrałem temat "Od czego zależą nasze emerytury". Nie cierpię dosłownych i nudziarskich komiksów informacyjnych, więc mając nadzieję na inteligentnego czytelnika opisałem niedosłownie od czego zależą nasze emerytury.

Enjoy!





piątek, 22 lipca 2011

Siostro... Ale z siostry PINDA

piątek, 8 lipca 2011

Ja dzisiaj zmieniałem pieluchę. A ty?
Mohammed z Arabii Saudyjskiej wysłał mi dzisiaj maila, czy nie mógłbym prędko skorygować zdjęcie. Mogłem. Chodziło o to, żeby zdjęcie dziecka ze staromodną pieluchą przerobić na nowocześniejszą. Przerobiłem. Chciałbym powiedzieć, że to prawdziwa przyjemność robić interesy z Mohammedem, ale tak na prawdę to nie, bo płaci śmieszne pieniądze. Więcej nie będę się tanio sprzedawał (już i tak w miarę przestałem).



Może się wydawać że nie, ale za takie pieniądze to wierzcie mi, szał robi! Ponad 3h roboty. Blisko 4ech. Nie spodziewałem się.


PS. Zmieniać pieluchę i nie czuć smrodu? Dokąd ten świat zmierza.
PPS. Zmieniać pieluchę i nie czuć smrodu? Matrix.

wtorek, 5 lipca 2011

Wywiad.
Grażyna Torbicka (GraT): Dzisiaj w "Kinie Konesera" będziemy mieli przyjemność oglądać film pod tytułem "Jabol" Mamy zaszczyt przedstawić scenarzystę i reżysera tego wspaniałego filmu, Sebastiana Jastera.

Sebastian Jaster (SJ): Witam panią, witam państwa.

GraT: Pozwoli pan, że przejdę od razu do pytania, które nurtuje miliony Polaków. Co skłoniło pana do nakręcenia tego filmu?

SJ: Nim odpowiem pragnę zauważyć, iż prawidłowa odmiana mego nazwiska w dopełniaczu brzmi "Jastra" a nie "Jastera", pani Grażyno. Podobnie jak sweter oraz plaster - kogo czego? Swetra oraz plastra. Nie powie pani przecież, że nie może pani doprać swojego swetera, tudzież że krew się leje, a pani nigdzie nie może znaleźć plastera. Doprawdy, po kimś tak wykształconym jak pani, pani Grażyno, spodziewałbym się więcej. Minimum choć bym się spodziewał.

GraT: Och! Zabiję tą swoją asystentkę! Proszę mi wybaczyć.

SJ: Luz.

GraT: Właśnie miałam pytać pana, panie Sebastianie, skąd się wziął ---

SJ: Ależ czemuż tak oficjalnie? Seba jestem!

GraT: Ahaha, dobrze więc. Sebo, czy możesz nam --

SJ: A czy ja mogę się do ciebie zwracać per ty, Grażyno? Grażynko?

GraT: Jak najbardziej, ja jestem luzacka.

SJ: Szynko.

GraT: Słucham?

SJ: Tak tylko testuję czy Grażyneczka też reaguje na słowo szyneczka, skoro się rymuje.

GraT: Nie, tylko po 5 drinkach.

SJ: Ale szyna.

GraT: Haha, widzę, że role się odwróciły na moment. My tu gadu gadu, a czas nam ucieka jak zając przed wilkiem po łące.

SJ: A słońce prażące. Nic, tylko by so szynkę przegryźć. Ja rozumiem tego wilka.

GraT: Ekhem, a my wciąż nie znamy odpowiedzi, panie Se... Sebo...

SJ: Sebku, Sebusiu, Sebastianku, Sebastianulku, Sebciu, Sebuśku...

GraT: TAK. Tak. Ak. Seba, słuchaj...

SJ: Zamieniam się w słuch. JESTEM słuchem.

GraT: Po ogromnym sukcesie na światową skalę, jaki pa... odniósł twój debiut reżyserski, film pt. "Jabol", całej Polsce ciśnie się na usta pytanie co skłoniło cię do nakręcenia tego filmu?

SJ: Jabol.

GraT: Jabol?

SJ: Tak, jabol.

GraT: Można rozwinąć?

SJ: Ano można, można. Spokojnie. Siedziałem sobie w parku pod drzewem, piłem jabola - bo jestem funkcjonującym alkoholikiem - i tak dumałem, o czym by tu film zrobić. Rozejrzałem się dookoła. Nic. Wziąłem łyk jabola. Zamknąłem oczy, żeby się skupić i nic. Wziąłem kolejny łyk jabola. I wtedy mnie olśniło, że odpowiedź na nurtujące mnie pytanie znajduje się tuż pod moim nosem - JABOL. Potem już scenariusz wręcz sam się pisał. Tomasz Kamel zagra wielbłąda, Borys Szyc --

GraT: Och! Bardzo mi przykro, ale wybija 23cia, pora na emisję dzieła. Premierę w TVP2 sponsoruje Bank PKO, Zupa w proszku babuni oraz Fabryka Noży wraz z Wytwórnią Najlepszych Szynek "Satan"

SJ: Satan? Ale numer!

GraT: Do widzenia się z państwem!

niedziela, 19 czerwca 2011

Jakoś ostatnio nie mam weny do oggowania. Może to dlatego, że dużo tworzę za niewystarczające do utrzymania rodziny pieniądze? Ale kiedyś przyjdą lepsze dni...


Dwarazy kliknijta dla dużej jakości i oglądajta zdołu wgórę.

czwartek, 9 czerwca 2011

piątek, 6 maja 2011

Chciałbym, chciał...
Powiada się, iż świat schodzi na psy.

Ja w to nie wierzę. Psy nie są takie złe tak długo, jak nie trzyma się ich w domu, nie ubiera się je w golfy i nie pozwala im się lizać po mordzie. Dzisiejszy świat nie różni się dużo od starego świata. Zawsze będzie chujowy, do nas należy jedynie decyzja czy pozwolimy się dać tej chujowatości zaleźć nam za skórę czy też nie. Te proste i nieczyste zdanie wyraża w pigułce przesłania ze wszystkich książek o samopomocy. Zadumajta się nad nim.

Tak ostatnimi czasy rzucił mi się dosłownie na oczy taki oto plakat w drzwiach supermarketu:


I sobie pomyślałem, no nie, trzeba to zaOGGować! Nie wiem jak wy, ale mi się on raczej kojarzy z gwałtem i tym.. no, jak to zwał na tych xxx stronach? a, tak, z blowjob bardziej niż z zaspokajaniem głodu. Dobrze, że zrobiłem zdjęcie, bo tydzień później już tego tam nie było. Pomyśleć, że Knorr zapłacił jakiejś firmie reklamowej, za taki podświadomy przekaz. Przekaz całkiem daleko nie odległy od podświadomych przekazów Disneya z przed lat, dla przykładu:


oraz


a z tych aktualnych to to:


O czym to świadczy? O tym, że świat zszedł na psy w momencie, w którym powstał.O tym, że wszyscy jesteśmy zbokami w jakiejś tam mierze. O tym, że zawsze znajdzie się jakiś sprytny zbok, który postara się przekazać swe lekko zatajone przesłanie szerszemu gronu. Penis w syrence uważam za dobry chwyt, dziecko tego nie wychwyci, a skoro producenci też  nie, to kij im w oko. Penisy istnieją. Ale to pierwsze i to ostatnie, to jednak przesada.

Żyjemy w świecie pełnym czubów, duża kupa z nich u władzy, tyle.

Dawno nie pisałem, bom zajęty. Pracuję nad książką dla dzieci dla niezależnego islandzkiego autora. Poza tym pewnie znowu wpadnę w obślizgłe łapy edukacji. Poza tym znowu piję i płaczę i śni mi się, że sikam ludziom na dywany. I chciałbym mieć Nintendo 3DS nie dlatego, że potrzebuję, ale dlatego, że bym chciał.

Tyle.

niedziela, 13 marca 2011

Sekrety KONIOBICIA.
Ciszę rozrywał dźwięk taśmy klejącej. Dźwięk będący potwierdzeniem nadchodzącej nieuchronnej przeprowadzki współlokatorki Agnieszki. Na potrzeby tego posta imię to nie zostało zmienione na fałszywe. Pod podłogą mej groty mieścił się pokój dzienny, a w nim mieścił się telewizor nie robiący szału wraz z kolejnym współlokatorem, 40-letnim imiennikiem mojego ojca, Władkiem. Władek nie ruszając się z kanapy zagadywał zamężną Danusię przebywającą w tym samym czasie w kuchni. Szykująca obiad dla mężusia Zbyszka, dobrego człowieka, który nigdy nie siedział, Danutka odpowiadała kokieteryjnym śmiechem. Zaśmiała się na przykład, kiedy zawołał ją Władek, żeby powtórzyła fajne zdanie. I bardzo dobrze, że się zaśmiała, bo z pewnością zdanie było śmieszne. Jednak nie posunęła się dalej i owego zdania nie powtórzyła. Zaproponowała jednak, aby Władziu odwiedził ją w kuchni, żeby mogli sobie razem posztachać się zapachem z garów. Władziu nie mógł, bo właśnie miał Adaś skakać.

My tu wszyscy jesteśmy jak jedna wielka kochająca się rodzina. Danusię na przykład kocham właśnie za to, że jak mnie widzi, to mówi Sebastiano Italiano.

Skakanie Adasia interesowało mnie tyle, co nowe osiągnięcia w dziedzinie przedłużania i malowania paznokci, czyli wcale (choć ponoć kobity niezłą kabzę na tym nabijają, i dobrze). Jeśli o mnie chodzi, Adaś mógłby się wzbić i już nigdy nie wylądować. Moją jedyną poważniejszą myślą dotyczącą tej osoby była zazdrość, że może sobie pozwolić kończyć karierę tak prędko. No, ale najwyższy czas, będzie mógł wreszcie zeżreć te wszystkie ciężarówki czekolady, które dostał w zamian za udział w reklamach. Termin przydatności do spożycia się zbliża.

Sam natomiast szukałem klejnotów przeczesując mini grzebyczkiem dywan. Niestety, pomimo mego skupienia zamiast złota napotkałem tylko kłęby kurzu.

To nie to samo będzie bez Agnieszki i jej wspaniałej osobowości, jej maniery powtarzania tej samej myśli i zdania po trzykroć z wahaniem do po dziesięciokrotności. Z bólem serca pożegnam ją za tydzień, kiedy to po imprezie pożegnalnej (na którą zaprosiła), tu w tym magicznym i pełnym szczęścia i spełnionych marzeń domu, wrócę do siebie do groty i opublikuję ostatni post jej poświęcony. Post, na którego publikację czekam już kilka miesięcy. Post będący zapisem zaściannej rozmowy jaką przeprowadziła z matką swą na skypie, a który ja w pocie czoła podekscytowany zapisywałem na żywo przez 20 minut. Wtedy zobaczycie na własne oczy z kim miałem do czynienia. Zwlekam z tym tyle tylko dlatego, że istnieje cień szansy (jeden to ziliona), że mogłaby jakoś przeczytać tego posta na mym OGGu, a wtedy uznaliby  mnie za czuba i jej męski chłopak z szybkim samochodem do którego się przeprowadza (w Galway, Aga będzie prawdziwą polską Galway Girl) obiłby mi mordę sportowym butem.

Wieśniak z niej, stąd cały ubaw. I jest to nie tylko moja opinia, żebyście nie myśleli.

Nim zaprosiła mnie na imprę pożegnalną w następną sobotę, to zadała mi kluczowe pytanie w kuchni, gdzie zwykle mamy swe gorące i pełne pary schadzki.
- Sebastian, mogę się ciebie o coś spytać?
- Wal - odrzekłem. - Wal śmiało.
- Już od kilku miesięcy nie wyjmowałam baterii z aparatu. Ona wciąż tam jest. Nic się jej nie stanie? Może powinnam ją wyjąć?
- Nie przejmuj się, nic jej się nie stanie.
- No to dobrze.
- Nic, chyba! Chyba, żeby aparat wpadł do szamba, wtedy bateria mogłaby się zalać, utopić. Umrzeć. A tak jest OK.
- No to dobrze. Dziękuję ci Sebastian. Za tydzień robię imprezę pożegnalną. Przyjdziesz?
- No nie wiem, a będą pierogi? - nie powiedziałem, ani nie pomyślałem. Ale Nina na ten tekst potem wpadła, jak jej opowiadałem. Genialny, dzięki ci, Ninku Z!

Bo Agnieszka to Pierogowa Pieroga, tzn. Pierogowa Królowa. Pierogowa Królowa ma czarodziejską moc, potrafi zapierogować cię na śmierć, więc lepiej z nią uważaj.

Wiem, wiem, czytacie tak i czytacie OGGa dzisiaj i cały czas myślicie o koniobiciu. Koniobicie jest w tytule posta, a On, Sebastiano Italiano, pisze o wszystkim innym, ale nie o tym intrygującym tytule posta, o koniobiciu. Koniobicie zostawiłem na deser. Oto on:

Każdy ma sekrety. Ja jestem świetny w ich trzymaniu, nikomu nie wygadam. W ciągu dotychczasowego życia zostało mi ich powierzonych ponad trzy. U mnie pewniej niż w banku. Jednakże dużo sekretów ma datę ważności, czasami tylko miesiąc, czasami nawet dekadę. Z różnych powodów po pewnym czasie sekret przestaje być sekretem. Są rzecz jasna takie, które sekretem będą na zawsze, jak np. to, że twój kolega zabił, pracodawca uwiódł, a kominiarz zatkał. Oto więc trzy sekrety,, uważam, że po tylu latach nic złego nikomu nie uczynię wyłaniając je wreszcie na światło dzienne.

1. W klasie podstawówki miałem kolegę Damiana, który mieszkał na tej samej ulicy co ja. Raz mi opowiedział, że go siostra przyłapała, jak sobie konia walił. Siedział u brata w pokoju, oglądał coś podniecającego w telewizji (co dokładnie nie wiem, pewnie program przyrodniczy) i sobie spokojnie walił. Walił spokojnie, bo przekręcił klucz w zamku. Niestety, nie przekręcił go do końca i go siorka przyłapał. Termin przydatności sekretu: 18 lat.

2. Fajna dziewczyna, Bożenka chyba, starsza ode mnie była. Zaprosiłem ją do kina w latach szkoły średniej. Filmu "Antz" gdzie głos podkładał Woody Allen (co wtedy  było mi niewiadome, wiedziałem tylko, że baja fajna) nie puścili, bo było za mało ludzi - nad dwoje. Poszliśmy więc do parku. Usiedliśmy. Zaczeliśmy gadać. I wtedy ptak na nią nasrał. Centralnie na czoło. Trochę też na nos poleciało. Jako gentlemen opanowałem śmiech i obiecałem jej, że nigdy nikomu nie powiem. Termin przydatności: 13 lat.

3. Jaki był ten ostatni sekret? A! Parę lat temu poznałem Niemkę Yvonne. Robiła wystawę na zamku audio wizualną. Była na mojej wycieczce i spodobało jej się tak, że poprosiła, czy by nie mogła mnie nagrać, jak robię całą wycieczkę, ale w miejscu i na czarnym tle (artyści). Szefowa galerii, Ann (gruba jak beka, wrażliwa na komplementy, powiedz jej, że ładnie dziś wygląda, będzie w siódmym niebie, nie dałem rady kiedy coś od niej chciałem, nie jestem aż tak zakłamany) gościła tą Niemkę u siebie w domu, więc tam to nagraliśmy, a potem dali mi jeść parówki. Przed posiłkiem Yvonne zrobiła zdjęcie talerza z żarciem. Powiedziała, że nic nigdy nie może zjeść, jeśli wpierw nie zrobi temu zdjęcia. No to kurde, męczyłem ją, żeby mi wytłumaczyła dlaczego. Wreszcie się zgodziła pod warunkiem, że nikomu nie powiem. Otóż kiedyś się zatruła czy coś i od tamtej pory wpierw robi zdjęcie nim cokolwiek zje, to ją uspokaja. Jak gdyby więzi każdą potrawę. Plus, jeśli znowu się zatruje, to już będzie wiedziała czym, wystarczy, że sprawdzi na zdjęciu. Termin przydatności: 4 lata.

To ta laska.

sobota, 12 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep2
DZISIAJ serwujemy OGGowiczom zdrową oraz wegetariańską opcję - Burger a la Jaster!

Aby przyrządzić tą wybitną potrawę potrzebujem następujących składników:
- burgery wegetariańskie, każde dobre, byle nie najtańsze, w myśl zasady, kto tanio kupuje, ten się byle jak odżywia,
- ser low fat - z małą zawartością tłuszczu. Twój supermarket przy blokowisku powinien taki sprzedawać. Jeśli nie sprzedaje, przejdź się 9 bloków dalej do drugiego marketu. Ostatecznie można użyć zwykłego sera, ale już tak zdrowo nie będzie.
- pomidor - dwa plasterki.

Sposób obrządzania:
Podgrzewamy piekarnik do 220 stopni celsjusza na wiatrak. Jeśli nie znasz tej opcji spójrz na swój piekarnik, przy pokrętle powinien być symbol wiatraka niekoniecznie z Don Kichotem. Kiedy piekarnik się nagrzewa wyjmujemy z zamrażalki dwa burgery wegetariańskie. Jeśli w opakowaniu jest ich więcej opanuj swój głód. Jak zeżresz 4, to się obeżresz jak świnia. Wiesz mi, oczy widzą więcej. I nie oszukujmy się, nikt z tobą tego nie będzie jadł, bo jesz sam. Zawsze. Wrzucamy je na 15min, kroimy tyle sera, żeby zakryło burgery i dwa plasterki pomidora. Nastawiamy alarm w telefonie na za 15 minut i wracamy na górę oglądać dalej pornusy na necie. Jeśli nie mamy góry, zostajemy  na dole.

15min później złazimy na dół i już czujemy, że się zrobiły. Wyjmujemy tacę, przewracamy burgery, kładziemy nań ser i po pomidorka plasterku i wkładamy z powrotem aż się roztopi. Z minutę, góra dwie. Włala!

Smacznego.

UWAAAGGAA!
* Nim zaczniemy na foli aluminiowej wylewamy kapkę oliwy z oliwy bądź oleju i rozsmarowujemy na obszarze, który pokryją burgery. Dzięki temu się nie przykleją.
* Piekarnika nie trzeba nagrzewać, mi się nigdy nie chce czekać, aż się nagrzeje. Od razu wkładam.
* Jeśli dużo żłopiesz alkoholu, albo wpierdalasz czipsów, to pewnie masz brzuch rozjechany i cię boli. Zaparz so' mięty do burgerów jak na zdjęciu.
* Żuj powoli. Małe kęsy. Żuj jeden kęs 15 razy. Licz. Dzięki temu posiłek będzie dłuższy i bardziej się najesz. Jeśli po skończeniu chcesz zjeść jeszcze więcej, poczekaj, aż do mózgu dojdzie informacja, że nie musisz jeść jeszcze więcej.

piątek, 11 marca 2011

czwartek, 10 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep1

O! Wreszcie pies napisał nowego posta! Najwyższy czas. Zaraz! Eee, tylko jakieś zdjęcie wrzucił. Na co mi zdjęcie? Leń. Nie stać go nawet, żeby kilka słów wydukać. Nie musi być kilku akapitów, wystarczy mi kilka linijek. Nie wiem, może znowu coś przeżył w Lidlu? Może widział coś zajebistego za oknem z koniami? Może zaszedł kogoś od tyłu? Może ma jakąś myśl, którą chce się podzielić? Może cała sytuacja z Charlie Sheenem wywołała w nim jakieś przemyślenia/wnioski?

Ale nie, jedyne, czym po kilku tygodniach "zaszczyca" OGGa, to talerz kanapek. Talerz kanapek i kubeł kawy stojące na jego tanim biurku udającym prawdziwe drewno, bo tylko na tyle stać bezrobotnego emigranta. Istny materiał na męża! Nic, tylko siedzi w domu i rysuje te swoje komiksy i myśli, że mu to jego wymarzony milion euro da. Da, mówi. Kieeedyy, kurna pytam? Wziąłby się za normalną robotę, jak każdy uczciwy obywatel, a nie od rządu irlandzkiego ciągnie. Poszedłby gnój łopatą na przyczepę wrzucać. Uczciwa robota. Mało płatna i rolnicy patrzą na ciebie z pod oka, bo masz akcent i czarne włosy, ale przynajmniej uczciwa.

Choć w sumie... smacznie te kanapki wyglądają (jeśli wyjąć szynkę). Taką kanapką, by nie pogardził...

Cholera, głoda czuję. Ale po 23ha nie powinno się już nic wpierdalać, bo brzuchol urośnie i perspektywa ciała hollywoodzkiej gwiazdy filmowej znowu odsunie się na dalszy plan.

niedziela, 13 lutego 2011

Pozytywne plany.
Cóż... myślę, że powrócę na Facebooka. Uważam, że jest to bezduszna platforma rozwijająca w zawrotnym tempie ludzkie słabości i pragnienia, poszerzająca marnotrawienie czasu na odmóżdżających czynnościach. Tworząca grona sztucznych przyjaciół, na których nie musisz liczyć, bo kawałek kodu liczy ich za ciebie. Jednak to nie wina Facebooka, że jest tak bardzo do nas podobny, że daje nam to co chcemy nawet kiedy nie wiemy jeszcze, czego chcemy. Powrócę, gdyż trzeba być bardzo zaślepionym, aby odwracać się od potencjalnie najlepszej bezpłatnej strony pomagającej ci promować siebie i szerzyć networking. Gdybym był jak Alan Moore - najlepszy komiksowy scenarzysta naszych czasów - mógłbym wbić nie tylko w fb, ale i w cały wynalazek internetu, ale nie jestem w takiej sytuacji.

Wszystko jest najlepsze w umiarkowanych ilościach. Jeśli wpierdolisz za dużo pączków, twój brzuch się nadyma, jeśli spędzisz za dużo czasu na facebooku twój iloraz inteligencji znacznie spadnie. Ale co tam, skoro zaczepiłeś Jadzię, a zaczepiać Jadzię lubisz.

Muszę również się wziąć i zaprojektować wizualnie mą stronę www, która ma wykupioną domenę i hosting już z ponad pół roku. Trzeba działać. Obecnie jestem w trakcie rysowania 16 strony D+K: Dieta, jednak powróciłem do narysowania ponownie pierwszych 6 stron z kilku powodów. Po pierwsze, to strony narysowane były ponad rok temu, na o połowę mniejszych kartkach niż te, na których teraz rysuję (a rysuję na A3). Więc jakościowo są gorsze i wygląd postaci również lekko się ulepszył w ciągu 16 stron. Po drugie jak tylko pierwsze strony przerysuję, planuję wysłać je do francuskich i belgijskich największych wydawnictw komiksowych (Glenat, Casterman, Dupuis, itp. łącznie do 6, 7dmiu). A te dość jasno mówią, że należy im przysłać ok. 6 pierwszych stron, jednostronicowe streszczenie całego albumu oraz szkice postaci. Jeśli zobaczą tylko początkowe 6 stron, muszą to być najlepsze strony jakie jestem w stanie narysować z moimi obecnymi ograniczeniami. Plan mam, żeby w marcu to mieć gotowe i wysłać.

Przez te wszystkie lata jak rysuję zmieniło się trochę moje podejście do całego procesu twórczego. Staram się nie wyrzucać sobie, że wolno mi idzie rysowanie oraz że jeszcze nic konkretnego na tym rynku nie osiągnąłem. Całe takie podejście byłoby niszczące i bez sensu. Wszystko we właściwym czasie. Właściwie, to o czas chodzi. Czas jest po naszej stronie, jeśli zaakceptujemy nieuchronność jego ubywania. Złoszczenie się, że straciliśmy 2 godziny z życia na głupim filmie czy pół dnia u krewnych, których nie lubimy prowadzi najzupełniej donikąd. Jest to część życia i nigdy, przenigdy nie unikniemy marnowania czasu. W rzeczywistości coś takiego jak marnowanie czasu nie istnieje, jednak my postrzegamy to właśnie tak, jak coś straconego, tak to nazywamy.

- Tego już za wiele! - biadał. - Dlaczego biedny, niewinny botanik nie może żyć w ciszy i spokoju?
- Życie nie jest czymś spokojnym! - odparł Włóczykij z zadowoloną miną.

 Czas upływa czy nam się to podoba czy nie, czas upływa na przyjemnych chwilach i tonie dłużących się ponurych godzin jestestwa czy masz kupę kasy, czy zarabiasz 4 średnie krajowe czy jesteś na bezrobociu. Czy się zakochałeś czy nie, czas nie patrzy na to, co się z tobą dzieje, nie mógłby mieć bardziej tego owszem. Właściwa chwila jest zawsze teraz i zawsze będzie teraz, tylko, że to będzie wtedy potem.

Staram się powiedzieć, że nie powinniśmy się stresować bardziej niż jest to konieczne. Jeśli nie potrafimy, poskarżmy się lekarzowi, on nam przepisze pyszne tabletki, może one pomogą?

sobota, 12 lutego 2011

OGG Lite 05: Incydent w studni.
Studniówka to tradycja. Ja nie cierpię tradycji. Nie zatańczyłem walca. Albo byłem zbyt przeciwny tejże tradycji albo też Asia postawiła mi warunek, że i owszem, pójdzie ze mną na studniówkę skoro ni mam dziewczyny z krwi i kości, ale nie, tańczyć to ona nie będzie. Nie pamiętam które. Chyba to drugie. Piszemy mówiąc tu o wydarzeniach sprzed 7 już lat.

Wieczór był przedni. Ekstaza sięgała zenitu. Ogoliłem się 3 razy (pierwszy i ostatni w życiu), dzięki czemu miałem wyorane włosy z twarzy, jednakże przypłaciłem to mnóstwem czerwonawych wypieków. Dla skóry wrażliwej golenie się pod włos potrójne nie jest zalecane przez fachowców. Ale chciałem dobrze wyglądać, co zrobisz? A no tak, i standardowo, nałożyłem pół kubka żelu najgorszej jakości. Klasa.

Asia pojawiła się w najlepszej kietce i ruszyliśmy na bal, który bóg tak chciał, mieścił się w zakładzie niedaleko mego domu. Żałuję, że Jacek nie mógł zostać dłużej, niestety po odtańczeniu walca uciekł na studniówkę swej dziewczyny Moniki. Lostak chciał, że miała tego samego dnia. Między nami, to była tylko wymówka. Tak na prawdę Jacek przywdział pelerynę i jako Zamaskowany Mściciel pofrunął zwalczać złotowskie zło. Po dziś dzień zwalcza zło, tylko że w Bydgoszczy.

W pewnym momencie wpadł mi chory pomysł do głowy. Podszedłem do wcale nie weselnego zespołu muzycznego, w skład którego wchodziła grająca na klawiszach podobizna Adama Małysza i poprosiłem, czy by nie mogli czegoś dla mnie zagrać. Mogli, psia krew. Zatańczyłem tango. Niestety, nie umiem tańczyć, co dopiero tanga. We wspaniałym tańcu z Natalią najbliżej więc do tanga była róża. Róża, która się złamała. Z tego co pamiętam, a pamięć mam niezawodną, pierwsze wrażenie z włożenia sobie róży w usta było negatywne, albowiem róże mają kolce. Pokraczne tańczenie pół biedy, ale te wywijanie siebie zamiast partnerki, to dopiero straszne.

Michał Orman, syn lokalnego biznesmana, również bawił się przednio. To ten z dziewczyną w czerwieni. Byłem ostatnio (luty 2011) w sklepie, którego właścicielem jest jego ojciec. Kupiłem kąpielówki za 41 PLN! Toż to zdzierstwo, Michał, ponad €10 za kąpielówki. Już więcej moja noga w tym ani innych ormanowskich sklepach nie postanie. Wstyd. Twoje szczęście, że mi się spieszyło i specjalnie nie chciało szukać gdzie indziej. A kąpielówki trzeba mieć przylegające do ciała i tylko takie (pisałem kiedyś o złotowskim basenie o jakże oryginalnej nazwie "Laguna"). W pierwszy dzień wlazłem w innych to mnie pan ratownik z łaski wpuścił na piękne oczy, choć wpierw zarzynał się, że trzeba przebrać. Po pływaniu spytałem dlaczego tak jest, a on, że młodzież łazi w spodenkach po bagnach i wrzosowiskach, a potem w tych samych chce do basenu włazić. Trudno go nie zrozumieć.

Ostatnio odkryłem w swoim pokoju na Ul. Kujańskiej kasetę wideo ze studniówki. Myślałem, że komuś ją pożyczyłem i że ten ktoś mi jej nie oddał, a ona przez cały ten czas leżała u mnie w szafie! Podekscytowany cofnąłem się w czasie. Co to była za jazda, rany. Człowiek się tak ekscytuje oglądając taką kasetę ze studniówki. Jedyne, co szału nie robi, to KASETA. VHS, a mówiłem, a prosiłem, że jak już wynajmujemy ekipę do filmowania tego zacnego wydarzenia, to niech nam materiał na DVD wypalą. Ale nie, bo to by było za drogo, a i tak większość woli na VHS-ie mieć. I co teraz powiecie, co? Wciąż się cieszycie, Żydy, że wam żal było tych kilka złotych na cyfrową wersję? Człowiek taki jak ja musi iść do zakładu fotograficznego i poprosić o przegranie na DVD, co będzie tylko cyfrową kopią jakości z kasety, potem taki człowiek musi ten materiał wyrenderować w zaciuszu własnego domowego sprzętu martwego, żeby poprawić jakość. Taka poprawa jakości materiału VHS oraz nagrywanie go na format h264, avi czy mp4 kosztuje u fachowców w pizdu setek złotych. Ale dobra, zostałem przegłosowany. Tylko nie przychodźcie do mnie na kolanach, żebym wam wypalił kopię na DVD, psy. Żartuję, pewnie, że wypalę. Pewnie. W każdym razie, zapraszam do zapoznania się do piguły ze studniówki, a potem przeprowadzimy analizę. I proszę się nie martwić, nie wrzuciłem 3 nudnych godzin. Oto dwuminutowy OGG Lite 5.



Widzicie, wszystko było zbyt piękne, aby mogło trwać - nasz kochany wychowawca klasy, profesor Jarek otrzymał od nas w prezencie wszystko to, co najlepsze. A oprócz tego wieżę stereo. Czad. Na pewno w domu nie miał ani jednej, bo z pewnością poprzednie roczniki którymi się opiekował dawały mu na studniówce żylazko czy toster w prezencie, a nie nic tak czadowego jak my. Chwycono Jarka i zaczęto go w amoku szczęścia podrzucać. I wtedy wydarzył się INCYDENT. Niestety, za którymś razem wykładowca nie został złapany. Okazało się po fakcie, że praktycznie cały ciężar łapania lądował w rękach Bartka Kowalskiego (to ten, któremu wycieram twarz chusteczką). Reszta wbiła. Jeśli przyjrzycie się uważnie dołączonemu materiałowi wideo ujrzycie twarz Bartka w agonii, twarz naciągniętą do granic możliwości. Dzięki niemu profesor w ogóle wzlatywał w górę. Ten ostatni raz jednak mu się wyśliznął. Uwielbiam to oglądać w zwolnionym tempie, gdyż widać jak klatka po klatce zmieniają się ekspresje ludzi - wybałuszają oczy,  usta otwierają się w niemym krzyku, strach i przerażenie emanuje z niektórych twarzy. Każdy reaguje inaczej, każdy reaguje w innym czasie. Pomimo swej tragedii INCYDENT ten jest dla mnie... jakby to określić... czymś czadowym.

Profesor Jarek żyje i ma się dobrze. Wciąż uczy WOSu. Pozdrawiam!

PS. Jak pewnie drodzy OGGacze zauważyli, w prawym górnym rogu znajduje się aplikacja do czytania OGGa na smartphonach Nokii. Jeśli macie Nokię, proszę ściągać i pokazywać OGGa ludziom na imprezach i w kościele. Jak wiemy OGG bawi i leczy zarazem. Również 5 gwiazdek dać.

poniedziałek, 7 lutego 2011

OGG Lite 4 - Żul Mikołaj we Włoszech
Święty Mikołaj istnieje, ale z powodu presji Gwiazdki przeszedł załamanie nerwowe. Stoczył się i został żulem. Można go zobaczyć na Dworcu Kolejowym w Bydgoszczy. Bycie żulem nie oznacza jednak, że nie zasłużył na wakacje. A marzą mu się Włochy...






+ Lunatyckie tłumaczenia:  King's Speech - powinno być Królewska przemowa/Królewska Mowa/Przemówienie Króla, cokolwiek w tym stylu, a przetłumaczyli Jak zostać królem, kołki. Przecież w filmie nie chodzi wcale o to jak zostać królem, tylko o mowę króla. Ach, po co ja się tu produkuję, jak grochem o ścianę.

+ Cytat: "Taki już mój los - za każdy wzwód sroga kara" - Two and a half men. Wyrwane z kontekstu aż tak nie bawi, ale odcinek był lepszy niż zwykle (5ty sezon)

wtorek, 1 lutego 2011

WCZORAJ.
- Boże! Boże! - krzyczał podekscytowany, nieświadomy 7dmego przykazania.
- Przełknij!
- Widzę morze!
- Przełknij ślinę.

Zapewne największym strachem pasażerów jest spadający samolot. Dorzucę do tego, że przed upadkiem z pewnością zająłby się ogniem i część (lub całość) poczciwych ludzi zginęłaby w płomieniach przed kolizją.

Sebastian Jaster kiedyś śmiał nazywać się optymistą.

Inną bolączką jest wybór odpowiedniego siedzenia w dobrym sąsiedztwie. Wykupienie priorytetu, który kosztuje tylko kilka euro daje ci 75% przewagi nad śmiertelnikami, którzy wolą te kilka euro wydać na coś innego, jak na przykład na pączka, lizaka, drina bądź gwoździe do trumny. Nie uchroni cię to jednak przed sąsiadami. Największym zagrożeniem są płaczące niemowlaki, zaraz po nich zapite buraki.

Udało mi się wydać bezdzietny rząd nie od okna (ostatnio nie zależy mi na widokach z lotu ptaka). Jest na tyle wcześnie (1500ha, kiedy piszę te słowa), że stężenie alku we krwi ogranicza się do wczorajszego smrodku. Piszę te słowa w zeszycie. Początkowy strach przed tym, że małżeństwo na lewo ode mnie będzie podglądać co piszę i kpić, okazał się nieuzasadniony, gdyż mąż wygodnie wtula się w żonę w czerwonym płaszczu. Żona ogląda wideo na telefonie. OGG pisany jest dla ludu, jednak zwykle nie bywa pisany i czytany w tym samym momencie.

Z przyjemnością pisałbym bezpośrednio na laptopie, bo jak teraz zauważam, prędzej mi to idzie od pisania długopisem na papierze, czyli w stylu retro. Piszę odręcznie z tego samego powodu, z którego wziąłem powieść z krwi i kości w podróż (książkę, do której pewnie nie zajrzę) zamiast czytać jednego z wielu ebooków, które w szale szczęścia zakupu nowego telefonu wgrałem weń - ŻYWOT BATERII. Mamy mnóstwo nowych gadżetów, Nintendo 3DS wychodzi w marcu, ale wciąż wsadzamy w nie duże (jak na aktualną erę) baterie i staramy się zmniejszyć wszystko inne. W zasilaniu epokowego przełomu nie ma od lat. Baterie wytrzymują długo, jeśli nasze maszyny pracują na wolnych obrotach. Kiedy jednak używamy ich non-toper, np. do czytania książki, grania bądź edytowania audio-wideo, to po dwóch godzinach albo mniej bateria MacBooka Pro pada płasko, a po 3ech pada bateria Noki N8. Jednym z zasadniczych powodów dlaczego baterie kwiczą z bólu, szczególnie na smartphonach, jest podświetlanie ekranu LCD, a nawet i LED (choć, oczywiście, mniej). Naukowcy jeszcze nie stworzyli komercjalnego ekranu wyświetlającego pełną gamę kolorów, który nie musiałby być podświetlany, żeby cokolwiek było widoczne. Jeszcze. Na szczęście jeszcze w naszych czasach przyjdzie nam zobaczyć epapier, który zrewolucjonizuje wszystko.

Póki co kobieta z książeczką do Sudoku wygrywa nad moją telefoniczną aplikacją Sudoku.

Wracając do pornusów. W miarę niedawno otwarty sklep komputerowy na Dublin Airport ma jak to na lotniskach niestety bywa, wysokie ceny. Przynajmniej można wziąć w dłonie iPada i przekonać się na własnej skórze, że szału nie robi jak już się wcześniej zostało połechtanym urządzeniem dotykowym. Wrrrrr. Wrrrruuuum. Klikam na Safari, chcąc sprawdzić reklamowaną przyjemność surfowaniu w cudnoszybki sposób w sieci. A tu pokazuje się strona, którą ktoś próbował otworzyć przede mną. A raczej komunikat, dotyczący tej strony: PRZYKRO NAM, ALE NIE MOŻEMY OTWORZYĆ TWEJ STRONY www.pornhub.com, GDYŻ COŚ NAM MÓWI, IŻ ZAWIERA ONA TREŚCI O NATURZE PORNOGRAFICZNEJ, KTÓRE MUSIM BLOKOWAĆ. HA! - pomyślałem - nie jestem sam.

Tymczasem lot trwa spokojnie. Blondzia wciąż rozwiązuje sudoku delektując się kawunią, po której nie będzie musiała biec natychmiastowo do WC, gdyż nie ma moczopędu. Kobieta z tyłu męczy synka matematyką. Tak, Krzyś, który nie mógł wcześniej przełknąć (lub nie chciał), odpowiada jak z nuty na pytania ile jest 15 x 15? Biedne dziecko nieświadome, iż w niedzielę Bóg kazał odpoczywać. Ło, Jezzu!

Głodzina 15:35ha.

Siakiś Pan Kulturalny kupił sobie 330ml puszki Heinekena zamiast chlać ukradkiem Leszka. Dziewczyna z lotniskowego baru rozcięła nierzeźnickim nożem opakowanie mojej dopiero co kupionej uniwersalnej zapasowej telefonicznej ładowarki, kiedy spytałem ją, czy ma pożyczyć nożyczki? W latach 90tych poszedłem do Złotowskiego Domu Kultury, gdzie spytałem, czy zostały im się jakieś plakaty, które mógłbym dostać? Zaprowadziła mnie do małego pokoju, gdzie było pozwijanych razem kilkaset plakatów. Powiedziała, żebym brał jak coś mi się podoba. Kiedy w latach nie połączonych w jedną dwóch bibliotek publicznych spytałem panią bibliotekarkę, co się stało z działem komiksowym zeszła za zaplecze i dała mi to, co się zostało. Gatunek ludzki nie jest tak do końca schamiony.

Naiwne, bo młode, małżeństwo obok mnie rzuciło się na zdrapkę Ryanaira widząc tuż tuż Majorkę, która po zdrapaniu całości okazała się być fatamorganą.

Bydgoszcz, nie moje miasto. Autobus na dworzec już stało 1830ha, na 10 minut przed czasem. W szczelnie zamkniętym pojeździe wąsaty kierowca żuł kojąco kanapkę popijając siorbakiem. Pół godziny z Lotniska w Bydzi, które się pewnie jakoś nazywa na dworzec PKP kosztował 2.60 PLN. 2x 1.30. Skasowałem tylko jeden z nich, więc rozumiem, że drugi wciąż mogę wykorzystać? Nie mogłem się doszukać 60 groszy wśród moich polskich pieniędzy, bo takie małe. Nie dziwnego, że 67% Polaków cierpi na wadę wzroku i pije.

Bydgoszcz, ach - wspomnienia! Nieżyjąca ciotka w której mieszkaniu nie mogłem się przespać w trakcie dwudniowych egzaminów na filologię angielską, Asia z tatą sprzedającym tony piasku od rana w drodze do pracy oraz Monika, którą kac zapodział. No i dworzec. Brutalny. Bury. Tykalny przez Świętego Żula Mikołaja - postaci zawdzięczającej swą kolorowość dwulitrowej butelce moczopodobnego płynu trzymanej pod ramieniem. Betonowy dworzec z księgarniopodobnym tworem wypełnionym monitoringowym wzrokiem ekspedientki na twych plecach. Styczniowy chłód. Uśmiech nastolatka To kiedy przyjedziecie? Dziś? Jutro?, nastolatka, którego nadzieję złamała odpowiedź Jutro.


Pociąg z Bydzi do Piły okazał się być wypełniony ciepłem. Dosłownie i w przenośni. Przewozy regionalne nadrabiają doznania estetyczne doznawane w wagonach temperaturą. Chłopak opuścił dziewczynę nim pociąg ruszył, dziewczyna się zawiesiła na telefonie trajkocząc cały czas o tym, że zmęczona pracą, że w środę Magda przyjeżdża i ona ją zabiera na zrobienie tatuażu, hahahaha - chichocząc co chwila - i o tym, że na Woodstock trzeba się wybrać. Serdeczne przywitanie konduktora słowami Dobry wieczór! Bileciki do kontroli. spotkało się z oralnym brakiem odzewu. Laptopa nie wyciągnąłem w przedziale, bo się bałem, poza tym i tak zbyt telepało.

2035ha

niedziela, 30 stycznia 2011

Magiczny czerwony plecak i flashback.
MADE FRESH TODAY FROM DELICIOUS, TASTY, OH-MY-GOD THAT'S-SO-NICE INGREDIENTS - głosiły słowa na opakowaniu kanapki zakupionej na stacji benzynowej. Zawartość nijak miała się do wydrukowanych oszczerstw - dwa suche kawałki białego chleba tostowego z łaski wrzuconym plasterkiem sera wątpliwej jakości. Znacie ten znaczek na serze, który informuje, że wegetarianie również mogą go spożywać (czyli, że ser nie jest ubity ze świniaka)? Jestem przekonany, że w mojej kanapce takowego nie było. Jadło się to jak oponę. Gdyby jeszcze opona była przeszmuglowana przez granicę z upchaną w jej wnętrzu przemieloną na proszek przez miażdżenie marihuaną, to może nie byłoby tak drętwo. Ale to nie była niestety taka opona smaku. Opis kończył się nieszczerym THAT'S BETTER. Owe hasło pasowałoby w rowie podczas II Wojny Światowej, kiedy jedyną alternatywą dla rannego i opuszczonego, wykrwawiającego się, a na domar złego głodnego żołnierza byłoby tylko błoto z trawą do wypełnienia żołądka. 

Dlaczego, czemuż to nie przygotowałem sobie kanapek do wzięcia w cudowną podróż do Polski? Prosta odpowiedź: zapomniałem. A kiedy już sobie przypomniałem to było - jak to zwykła mawiać Joe, moja była menadżerka w pierwszej pracy w Irlandii, której złożę hołd w komiksie poniekąd autobiograficznym Herr Zeba: SKLEP - za późno. W taki oto sposób wylądowałem biegnąc pospiesznie w autobusie jadącym 2 godziny bez korków niedzielnym porankiem na lotnisko w Dublinie. Towarzyszkami mej podróży była kanapka z serem € 2.99 oraz kanapka z serem & szynką (szaleństwo) € 3.49. W supermarketach gotowe kanapki kosztują podobnie, ale przynajmniej są smaczne.

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie, do diaska! Łukasz Walentyn - to uświadomiony flashback, być może powtórzony lepiej jak to z prawdziwymi flashbackami już bywa - rzucił raz kamieniem w Pawła Końca. Było to te piękne czasy kiedy podstawówka ciągła się 8 lat i kiedy nie znało się słów typu jabane, gdyż było się zbyt młodym na takie słowa. Stało się to w środku blokowiska małego miasta, miasta, w którym przyszło mi spędzić pierwsze 2 dekady dźwigania krzyża na plecach w męczarniach życia. Dzieci mogą być brutalne. Kiedy mają ponad 10 lat zdarza się tak, że są. Łukasz Walentyn, którego brat zmarł jakoś w tym samym okresie co może aczkolwiek raczej nic nie ma wspólnego z opisywanym tu incydentem, wziął kamień duży jak pięść i rzucił nim w Pawła Końca. Trafił go prosto w usta, co możemy sobie wyobrazić, bolało. Bolało nawet gdy jego sławne nazwisko  pojawiało się na napisach po filmie. W obliczu tego przejawu przemocy nie współczułem nie w ząb Łukaszowi, kiedy naśmiewano się z jego nazwiska w tym wrażliwym dniu dla samotnych jakim są walentynki. 

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie i nie w Pawła, lecz w psa, który bezczelnie bezustannie ujada japą. Za bagaż podręczny w najtańszych liniach konserwowych Ryanair nie trzeba płacić. Za wszystko inne tak, wliczając powietrze. Bagaż może mieć maksymalne wymiary 55x40x20cm. Mój jedyny a zarazem ulubiony czerwony plecak mierzy mniej, więc jest prawie idealny. Gdyby mierzył dokładnie 55x40x20cm byłby idealny a cała wydzielona mi przez Ryanair przestrzeń zostałaby wykorzystana to ostatniego milimetra. Jednak bardzo trudno jest znaleźć plecak z dokładnie takimi wymiarami. Znalazłem plecak firmy Belkin, którego wysokość w szafę gra - 55 cm, jednak nie będę bulił € 53.99, żeby mieć ekstra 5 centymetrów. Bagaż podręczny może mieć maksymalnie 10kg, co niektórzy uważają za chamstwo. Ci, którzy tak uważają powinni zakupić bilet u innego przewoźnika, bilet pewnie będzie 3x droższy, ale waga bagażu podręcznego będzie stosunkowo większa. Kupowanie małej walizki na kółkach z wyciąganą rączką odpada, bo sama walizka by ważyła ponad 2,5kg, a taki czerwony magiczny pleczek pewnie nie waży z jednego kilo.

 Zmieszczenie się w taką małą przestrzeń wydawać by się mogło prostą i szybką sprawą dla mężczyzny, który nie musi podróżować z całą swoją garderobą. Mimo to zeszło chyba z półtorej godziny nim dało się wszystko upchać zorganizowanie razem. Czy zastanawiasz się czasami, drogi Oggowniku, coż też obcy ludzie mają przy sobie? Sam wiesz, co masz. To, czego potrzebujesz. A co mają inni? Czego oni potrzebują? Co ta atrakcyjna blondynka w białych rajstopach ma w torebce? Cóż ten 50-letni amant ma w portfelu? Czym ten czosnek ma tak wypchaną kieszeń? Co też ten koleś stukający w klawiaturę laptopa ma w czerwonym plecaku? Nie ręczę za innych, ale wiem co jest w plecaku: mała papierowa torba z ubraniami, bielizną i czepkiem, żadnych fetyszy, piórnik z kablami, ładowarkami i kilkoma badziewiami, tuba, a w tubie 5 mych ostatnich kartek A3 do rysowania, aparat fotograficzny ze statywem, książka do nauki włoskiego oraz powieść Johna Wyndham'a "Dzień tryfidów" (15min zeszło na szukanie odpowiedniej książki na podróż), zeszyt, paszport, martwy przedmiot uwielbienia: MacBook Pro oraz dwie zajebiste kanapki. Właściwie to jedna już zjedzona. Wstyd mi pisać o husteczkach myjących do podcierania oraz dwóch suchych panini, które nie zdążyłem niczym przełożyć.

Pieniądze zaś poupychane są w różnych miejscach aby nie zostać całkowicie spłukanym po ataku złodzieja, który czyha tuż tuż.

Nie wiemy jeszcze nic o celu podróży, o stopniu wyalienowania, a przede wszystkim o herbatce u nieznajomych. A wszytko to już w następnym odcinku obyczajowego dramatycznego wyświechtanego OGGa. Jak zwykle... niedłuuuuuuugo!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Apetyt na zdrowie.
Czy jest coś bardziej kojącego kiedy zasypiasz niż darcie się tuż za szybą z bibuły kocich jap w deszczową noc przemijającą z chlustającym wiatrem? Oczywiście, że jest: podwójna tęcza.

Podwójna tęcza uchwycona tuż przed zniknięciem. Kliknij śmiało na
zdjęciu aby ujrzeć je w dużej rozdzielczości, czyli lepszej jakości. Bo nie
ma to jak jakość, szczególnie, kiedy nie jesteś ślepy jak kret i twój ekran ma
większą rozdzielczość niż 640x460.


Dzisiaj sam Szatan mi włożył.

Dzisiaj sam Szatan włożył dwie butelki piwa na wydzieloną mi półkę w lodówce dzielonej przez cztery osoby, z których jedna wspanialsza od drugiej. W tym celu Szatan przybrał postać Pawła, najwspanialszego lokatora, z jakim przyszło mi mieszkać. Nie udała się jednak pokusa, gdyż nie rzuciłem się łapczywie i nie wytrąbiłem obu butelek na raz. Miło jednak wiedzieć, że próbował. Choć komuś na mnie zależy. Znaczy... raczej zależy mu najbardziej na mojej duszy, jednak jest ona ze mną złączona, więc wciąż miło. I czy to nie wspaniałe wiedzieć, że jesteś wart nie jedno, nie trzy, ale dokładnie dwa piwa? Lidla ma po raz kolejny dwa Tyskie za 3 euro.

Gdyby Paweł nie był opętany przez Szatana pewnie sam z siebie nie podarowałby mi tych dwóch piw wiedząc, iż podczas jego nieobecności zrobiłem kupę w jego pokoju. Pewnie nie. Dla obrony powiem, że kupa była w łazience w pokoju zrobiona albowiem hu hu ha zima zła zamroziła wodę w rurach i nie było czym spuszczać numerów dwa. Nie powiem, odczułem pewną satysfakcję.

Naprawdę nie jest prosto pisać OGGa o tej porze. O wczesnej go nie piszę, gdyż wczesna pora, pora energii, zarezerwowana jest na rysowanie komiksu, który ślamazarnie, ale posuwa się do przodu. Dlatego też będę kończył, lecz zakończę z klasą: delektując Was, drodzy Czytelnicy których da się zliczyć na palcach, delektując Was obrazami żywcem wyjętymi z rysunków Świadków Jehowy, tak, tych co raj pokazują. Najlepsze na świecie estetyczne doznania. Doznania te zostały zafundowane przez lokatorkę Agnieszkomartę oraz jej dewizę, że mięsa trzeba jeść dużo, dużo, DUŻO, żeby być zdrowym i silnym.

Oto one:

- Ten rosół ja wyrzucę - powiedział chłopak Agomarty dobrotliwym tonem.
- Nie! - krzyknęła dziko uczona przez Jezusa, że jedzenia się NIGDY nie marnuje - ja zjem.
To nic, że rosół już 5ty dzień spoczywa w garnku,
bo jak dobrze wiemy, na przeziębienie rosołek najlepszy!



Pychota. Palce lizać. Aż się ma ochotę chwycić za tą łychę i wcinać! KLIKNIJ
dobry człeku, by z bliska nacieszyć się rosołkiem, który nigdy się nie psuje.
MNIAM! - powiedział w zachwycie Jamie Oliver.

Jak powszechnie wiadomo, najlepsze mięso to te genetycznie modyfikowane,
a jak jest na przecenie, to jeszcze lepiej! Takie badziewiarskie filmy jak FOOD, INC. to
tylko propaganda tych, co wytwarzają organiczne drogie żarcie.

Kupujesz panie takie w Lidlu, rozmrażasz, potem do piekarnika na pół godziny
i wyjmujesz, panie, pieczone skrzydełka, że palce lizać, panie! To, że w domu cuchnie
zdechłym psem, to zbieg okoliczności.

wtorek, 11 stycznia 2011

Batman
Podczas Kilkenny Arts Festival 2010 największą popularnością cieszyły się moje komiksowe portrety na zamówienie. Wyszły mi kiepsko. Ogólnie była rozpacz i nikt nie chciał nic kupować, nawet mojego Batmana, którego naszkicowałem raz dwa i obrysowałem pędzlem moczonym w tuszu.

Ładna dziewczyna zainteresowała się tym rysunkiem, choć nie na tyle, żeby kupić. Wróciła drugi raz, żeby pokazać znajomym i zrobić zdjęcie. Do dziś dnia żałuję, żem jej tego po prostu nie dał. Teraz się tylko marnuje.


Mądrość z tego taka, że czasem trzeba być impulsywnym. Jak wtedy kiedy jesteś kobietą i ci żal na płaszcz na wysprzedaży, bo nie masz pieniędzy, a na drugi dzień ktoś już go kupił. Oczywiście trzeba umieć odróżnić pozytywną impulsywność od negatywnej. Negatywna to na przykład kradzenie w sklepie nożyków do golarki (bo drogie), butelki wina (boś spłukany alkoholik) albo iście po pijaku do łóżka z kobietą, która na trzeźwo nie wygląda już tak zajebiście. No i zrobienie z nią dziecka.
OGG Lite 3 schodzi na PSY.
- Otwórzcie te drzwi do chuja wafla! - wrzasnął Krzysztof Krawczyk - Ile tu, kurwa, jeszcze mamy czekać?! Ja chcę kurwa lecieć już!!!

Na te rzucanie mięsem ludzie reagowali uśmieszkiem wyrażającym lekkie zawstydzenie. Pomimo tego, że zbyt głośno, Krzysztof wyrażał jednak uczucia wszystkich, którzy tak samo jak on czekali w kolejce na lot do Poznania liniami Ryanair dnia 23 grudnia roku 2010.

Ponieważ po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat w Irlandii - gdzie Pan Krawczyk odwiedzał krewnych (m.in. Babcię Zgryzeldę, która to nawiasem mówiąc nauczyła go śpiewać) - spadł śnieg, życie zamieniło się w koszmar dla tubylców. Drogi zostały zasypane 9cio centymetrową warstwą śniegu, lotniska zostały sparaliżowane, a na przedmieściu ktoś ulepił kutasa zamiast bałwana. Horror. Horror!

Odlot miał nastąpić przy bramce numer 666, lecz wielokrotnie zniecierpliwiony Krzysztof Krawczyk oraz tłum mamiony był monitorami, które podawały inny numer bramki. Trzeba było się przemieszczać. Po godzinie łażenia od bramki do bramki, Pan Krzysztof dostał swoje zasłużone za męki piwo. Obok niego pozbawiony jakiegokolwiek bagażu, ubrany w cienką kurtkę (jak na jak zwykle delikatną polską zimę o plusowych temperaturach przystało) młodzieniec podrygiwał tanecznym krokiem bezustannie wywołując nową falę uśmieszków. Przeskakiwał z nogi na nogę zgarbiony i obracał tułowiem rozmawiając przez telefon ze swoją amfetaminową siostrą.

Cóż... klienci się niecierpliwili.

Wreszcie drzwi otwarto i kolejka priorytetowa dała się wpierw zapuszkować. A potem reszta śmiertelników, której nie zależało, żeby być pierwszymi w metalowej śmierci. Jak powszechnie wiadomo, w żółtych samolotach Ryanair nie ma przestrzeni na kolana, więc każdy musiał się ścisnąć i szczęśliwi byli ci, którzy umieli siadać po turecku. Wszyscy rozsiedli się niewygodnie i nie odprężyli. Niestety! Niepiękna stewardesa nie mogła odetchnąć z ulgą, gdyż na końcu samolotu ktoś robił zgiełk. Był to Krzysztof Krawczyk, szczęśliwy od ucha do ucha, że zaraz odleci.

- Ladies and gentlemen, we would like to remind you that smoking is prohibited on the airplane. Also please restrain yourselves from consuming alcohol beverages. - powiedziała przez intercom.

Pan Krawczyk pociągnął bucha papierosa marki "Mocne" i pociągnął łyk piwa "Lech" po czym spytał kola obok, co ta baba tam plecie po angielsku?

Zaczęło śnieżyć na całego. Pas odlotów został zamknięty na trzy godziny, lecz ludzie wciąż mieli nadzieję w sercach przez dokładnie 15 minut, po których Pan Pilot poinformował, iż lot został odwołany ze względu na Dziadka Mroza. Pasażerowie opuścili ze łzami samolot i dało się słyszeć gdzieś unoszoną przez wiatr piosenkę:

A bywa tak i tak.
Nie zawsze się w życiu szczęście się ma!


W obliczu zaistniałej sytuacji Krzysztof Krawczyk musiał zostać w Irlandii i spędził święta w samotności słuchając swoich Złotych Przebojów. Miał propozycję od Beaty Kozidrak, która tak się złożyło, była w County Kerry buszując wśród kóz, żeby spędzić z nią Wigilię, lecz żyłka mu w oku pękła i przeszedł załamanie nerwowe.

W Sylwestra nikt nie chciał słyszeć, jak pięknie śpiewa, więc odizolował się w kącie tuż przy WC i zajął się wydzielaniem papieru toaletowego potrzebującym. O północy pocałował piękną kobietę i wypił kieliszek szampana ciesząc się, że nie siedzi teraz w swej ponurej noże słuchając "Rysunku na szkle".

środa, 5 stycznia 2011

OGG Lite 2 - Łechtanie.


Kazik pisze lepsze teraz lepsze teksty. Ale jak był młody to też na papierze toaletowym się twórczo wypacał. Każdy musi gdzieś zacząć.

wtorek, 4 stycznia 2011

ZUF i PKL
Zaczynam w końcu rozumieć politykę... albo lepiej: bycie politykiem. Wystarczy dużo się kłócić i być upartym jak osioł. Czasami można też mieć (choć nie trzeba) oryginalną myśl i próbować przemienić ją w ustawę. Potem trzeba się jeszcze więcej wykłócać, żeby uchwalono tą ustawę, a kiedy się uda, to cała Rzeczpospolita Polska będzie musiała się podporządkować mojej oryginalnej myśli. Bo polityk ma władzę. Ustanowiłbym więc ZUF - Zakład Ubezpieczeń Fajowych - alternatywę dla niefajnego ZUS-a.

Oszczędzasz, pieniądze są inwestowane. Masz gwarancję, że na starość nie będziesz głodem przymierał i że żadna nowa reforma ci twoich własnych pieniędzy nie odbierze. I na rencie będzie cię stać na wakacje za granicą choć raz do roku. Za granicą, a nie w Ośrodku Wypoczynkowym Ursus. I od wysokości twej rentoemerytury nikt już drugi raz podatku potrącać nie będzie. Bo po co?

Ustawa by przeszła (bo to by była fajna ustawa). Ustanowiłbym rżąc głośno przekrzykując wszystkich w Sejmie reformę PKP i stworzyłbym PKL - Polskie Koleje Latające. Nie dość, że do toalet w wagonach nikt nie bałby się wejść, to na peronie byłoby czytelnie widać, że mój pociąg przyleci na peron 3 za 13 minut i świecące wielkie strzałki unoszące się w powietrzu pokazywałby mi jak tam dojść. A nie tak jak teraz, stoisz marznąć (czy lato czy zima, po stacje kolejowe zawsze chłodem powiewają) i biegasz tam i z powrotem rozglądając się nerwowo wypatrując jakiejś, choć małej, tak z łaski, informacji o tym gdzie powinieneś się udać, aby odnaleźć swój peron a co za tym idzie być może i pociąg.

- A ten, to do Poznania jedzie?
- A panie, a skąd ja mom widzieć? Idź pan, przeszkadza  mi pan w jedzeniu pysznej zapiekanki, a ja głodna jestem. Udka mi się już skończyły.
- Przepraszam, ten jedzie do Poznania?
- Kurwa, chuj wie! Nie widzisz, że Lecha so próbuję spokojnie spijać w tym i tak już wąski korytarzu? Kurwa. Ważne że jedzie, nie ważne gdzie.

Latające wagony PKL wyposażone by były w darmowy internet wi-fi, żebyś z nudów nie umarł i żeby być lepszym od konkurencji.

Nie mówiąc już o tym, że bilety na PKL mógłbyś sobie kupić w zaciszu własnego domu (lub telefonu komórkowego) w ciągu dwóch minut, zaplanować całą podróż i jeszcze dostać 20% rabatu za zakup online. A jeśli jakimś cudem by ci net odcięli i musiałbyś zakupić bilet po staroświecku na stacji, to pani w okienku nie byłaby grubym opryskliwym bękartem z jedną ręką tłustą od rosołu a drugą trzymającą przygaszoną pojarę, na którą musisz czekać w kilometrowej kolejce, żeby cię obsłużyła i jak już wreszcie dotrzesz do niej mając dwie minuty na odjazd, to pani z miłości nie do świata czy narodu, lecz z miłości do ciebie, zamyka okienko i idzie wypalić szluga do końca.

piątek, 30 grudnia 2011

Darkness II

Na konkurs. Jedna strona. Można wygrać rok karmy dla kota za darmo. Nie mam kota. Ale znajoma ma. Dwa. To się ucieszy. Cały rok się będzie cieszyć.


Darkness 2 Comic Entry by =sebastianjaster on deviantART

sobota, 17 grudnia 2011

Wszechświat na diecie.

Wstać. Zarobić. Najeść się bądź opchać. Upić. Zasnąć. Zapomnieć. Przy odrobinie szczęścia znajdzie się na tej liście również stosunek, a przy szczęściu maksymalnym będzie to stosunek nie z samym sobą.

Egzystencja jest była i będzie. Egzystencja jest do dupy, egzystencja jest wspaniała. Egzystencja to zagadka. Ludzie lubią sobie wszystko komplikować. Nie ich wina, taki gatunek. Czy jest sens szukać odpowiedzi kiedy ich nie ma? Pewnie, jeśli się nie ma nic lepszego do roboty. Po drodze można również odkryć coś ciekawego lub kogoś, jak na przykład Małego Księcia.

Kosmos, ludzie i gwiazdy opierają się na tych samych zasadach: balans. Przede wszystkim, żeby był balans, to coś musi w ogóle być. Musi się narodzić. Musi również przestać istnieć, umrzeć, aby została zachowana równowaga. Mamy powiększający się od czasu Wielkiego Wybuchu  wszechświat, który w pewnym momencie osiągnie punkt krytyczny i zacznie się kurczyć. Trochę tak jak na diecie. Będzie się zmniejszał coraz szybciej i szybciej aż przestanie być. W międzyczasie wszystko w nim zawarte również będzie się rodzić i umierać.

Bez równowagi szlag by wszystko trafił. Ba! Bez równowagi nic nie mogłoby istnieć. Setki tysięcy ludzi katują się każdego dnia zadając sobie głupie pytanie "Dlaczego mnie to spotkało?!" TO może być śmiercią kogoś bliskiego, może być oparzeniem się lub uderzeniem w kolano (tu obwiniamy ten cholerny stół), może być wypadkiem samochodowym lub po prostu stłuczonym kieliszkiem wina. Ostatnim. Czymkolwiek dramatycznym. MNIE jest istotnie nieistnotne. Istotne dla mnie, nieistotne dla wszystkich innych, albowiem wszyscy wpadają w szambo. Jednak kiedy drama dopada wszyscy nie istnieją, istniejemy tylko my. Ja. Moje ego. Złe rzeczy zdarzają się złym i dobrym ludziom bez specjalnej różnicy. Zdarzają się, bo jesteśmy nieperfekcyjnym, durnym wręcz gatunkiem. Czasem czegoś niedosłyszymy, czasem coś przeoczymy a im bardziej się staramy, tym gorzej nam wychodzi. Stąd wypadki samochodowe po pijaku, niedokręcona gdzieś śrubka będąca przyczyną katastrofy samolotowej. Ludzie to debile. Zabijają się wzajemnie dla pieniędzy lub pustych bogów czy dyktatorów. Jesteśmy tacy sami. Nie ma co ubolewać nad tym, trzeba najlepiej wykorzystać to, co się ma i nie przejmować się złem całego świata.

Jedni mają oczywiście więcej niż inni. Czy to pieniędzy, czy inteligencji, czy urody. Balans, balans, balans. Nie moglibyśmy być wszyscy bogaczami, gdyż nie byłoby wtedy komu naprawić nam zasutej kanalizy, samochodu czy zwyczajnie sprzedać nam jakieś dobro bądź usługę. Z powodu głupoty i zaślepienia większości obywateli owa większość przesypia całe swoje życie. Część lubi spać. Najlepsza jest część społeczeństwa, która marzy śpiąc. Ludziom nie wychodzi otwieranie nowej firmy, gdyż nie są dobrymi przedsiębiorcami. Nie widzą lasu, bo drzewa im zasłaniają. Nic ci nie da, że dostaniesz dofinansowanie i otworzysz e--shop, jeśli będzie to taki sam e-shop, jakich są setki na rynku. A pewnie będzie nawet gorszy. Tajemnicą sukcesu jest ciężka praca oraz oryginalne pomysły. Skoro ludzie mają klapki na oczach potrafią jedynie papugować innych licząc na to, że to wystarczy. Świat jest zbudowany na ideach. A oryginalna idea jest jak cud. Nie często się zdarza, ale kiedy już się narodzi, to może zmienić cały twój świat.

Idee śpiących egoistów prowadzą do zatracenia. Cud nie na darmo nazywa się cudem. Nawet najlepszy pomysł nic nie znaczy jeżeli nie spodoba się innym ludziom (tak, również i tym z klapkami na oczach, jak już napisałem wcześniej, też są potrzebni). Żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Kolektywna świadomość nie powinna być ignorowana. Zrób to co potrafisz najlepiej, zrób to co kochasz i zrób to dla siebie. Nie dla żony, rodziny czy przyjaciół, tylko dla siebie. I wiedz, że jest to dobre, nie będź pewnym siebie ignorantem (choć pewność siebie jako cecha jest przydatna). I licz na to, że innym ludziom też to się spodoba. Że zdarzy się cud.

Steve Jobs osiągnął więcej niż większość z nas kiedykolwiek zdoła dlatego, że miał oryginalne pomysły oraz że nie bał się dążyć do ich zrealizowania. Charakterystyczne jest to, że unikalne idee wzbudzają strach w sercach innych. Strach bierze się z niemożliwości mózgu do przyjęcia zupełnie nowej informacji. Strach paraliżuje zdolność do myślenia włączając automatyczny odruch obronny. Lepiej tego nie rób, nie uda ci się - tą klątwę słyszeliśmy nie raz i jeszcze nie raz usłyszymy w naszym życiu. Strach się obudzić.

Na tej małej zielonej planetce z jednym księżycem jest wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich (równowaga już o to dba). Pewnie, że zawsze znajdzie się ktoś lepszy od nas czy to w rysowaniu, czy gotowaniu, czy przedsiębiorczości czy czymkolwiek. Nie należy się tym zrażać i dołować. Wszyscy się tu pomieścimy. Religia to opium dla mas. Nie wierzę w boga, ale wierzę w boga. Pozwólcie, że wystłumaczę:  Choć błagam go o łaskę w myśl starego przysłowia jak trwoga, to do boga, to nie wierzę w boga, do którego się modlisz. Wierzę jednak w coś silniejszego ode mnie. To coś nie koniecznie uchroni mnie przed złem bądź złymi decyzjami, ale to coś sprawiło, że jestem tutaj. To po pierwsze - jak mawia mój współlokator, były działacz polityczny i ofiara wypadku przy wydobywaniu węgla, który ostatnio wywiesił w dzielonej na 3ech wspólnej łazience "listę dyżurów" do sprzątania, Władziu. A po drugie, ogarnia mnie niewysłowione uczucie szczęścia, kiedy wyjdzie mi jakiś rysunek, kiedy wyjdzie mi perfekcyjnie i wtedy czuję, że wszystko będzie dobrze i osiągnę wszystko to, co sobie ubzdurałem. Można to nazwać łaską boską, ale przecież boga nie ma, prawda?

piątek, 9 grudnia 2011

Powtórka z rozrywki.

Marzec, 2011: Co ty tam masz w rączkach? Raduś? Co ty tam masz? RADUŚ! Władek tam był... ale do ciebie zadzwoniłam, no.

Luty, 2011: No, mówi że Ania może. Ania. Tylko ona się jeszcze nie zwolniła. Jeszcze nie zwolniła. Ale już pracuje w tej drugiej pracy. I mówi... ty jeszcze zadzwoń do Hanki. Może Hanki. Ona kiedyś [tu urywa się nagle pamięć]

Powyższe oraz poniższy zapis są faktami. Była współlokatorka Sebastiana, Agniszka, to była wspaniała kobieta. Pewnego dnia Sebastian wpadł w dziki szał i zaczął gorączkowo zapisywać jej Skypową rozmowę, którą słyszał zza ściany, gdyż raz ściana była papierowa, dwa Agnieszka głośno gadała i wszystko razy 3 powtarzała. Ten kontrowersyjny materiał jest wyłącznie dla dorosłego odbiorcy o silnych nerwach. Na końcu urywa się nagle w trakcie wywodu. Możemy tylko snuć przypuszczenia, co działo się dalej. Materiał ten przeleżał już wystarczająco dużo czasu w niepublicznym folderze. Proszę się nie zastanawiać nad motywami oraz psychiką kogoś, kto by tak po prostu zapisywał czyjąś cudzą, prywatną rozmowę. Proszę natomiast zapiąć pasy i przygotować się do odlotu!

Październik, 2010:

Mówi do mnie, że jest bogaty, że jest bogaty, że jest bogaty. Że by mógł nie pracować przez 10 lat. I przez telefon mi mówił, że jest bogaty, że jest bogaty.

Zdrowie najważniejsze.

Ja nie lecę na twoje pieniądze. Ty jesteś grzeczny, dobry dla mnie. Jesteś dobry dla mnie. Nie żaden cwaniak. Przystojny. Masz charakter dobry, serce. Chciał wiedzieć ile ja mam pieniędzy na koncie. I w końcu mu powiedziałam. Już zaczęło mnie to denerwować. On mi sam powiedział, że jeszcze nikogo tak nie kochał jak mnie. Miał parę dziewczyn, wiesz. Ale mówił, że jeszcze nikogo tak nie kochał. Ja nie mam tak dużo pieniędzy, ale też biedna nie jestem. Taka a taka nic nie ma pieniędzy, a ja jednak coś mam. Ja już mówię, że takie mieszkanie mogłabym kupić. Stare, używane, ale by było. No. I to ci właśnie chciałam powiedzieć. A tak wszystko w porządku, wszystko OK.

Ano ważne są w życiu, ale jak ktoś jest chory, to nic nie daje. Może on myśli, że lecisz na jego kasę?

On tak myśli, że go nie kocham, tylko lecę na jego kasę i bracia mu tak podpowiadają. Mówi, że jego mama by chciała mnie poznać.

No rozłączyło się.

Mówił mi, że jego mama chciałaby mnie poznać. Słyszysz mnie mamo? Radek mi mówił, że jego mama chciałaby mnie poznać. Że chciałaby mnie poznać, zobaczyć. Bracia mu, widzisz mówią, żeby był ostrożny. Ja mówię, że ja mam unieważnienie małżeńskie, że ten mój rozwód jest unieważniony, tak jakby nic nie było. Że jeszcze raz ślub mogę wziąć.

Co się masz ukrywać, lepiej prawdę mów.

No. A on jest taki prawdomówny, mamo. On jest strasznie prawdomówny, nienawidzi kłamstwa. Kłamstwo, mówi, Agnieszka ma krótkie nogi. Bo mówi i mówi i mówi. I wczoraj mu już powiedziałam, Radek, ja nie lecę na twoje pieniądze.

Zdrowie jest ważne. Najważniejsze.

Później ci będzie wypominał. Wypominał. Później nie będzie wypominał.

Pracuje, oszczędza, chciał wiedzieć.

Też trzebaaaa.. jemu się nie dziwić nie? Ale dobry chłopak, na prawdę. Chce coś osiągnąć w życiu. Zna się na rzeczy. Kupuje mi, kupuje mi kupuje mi kupujemikupujemi mamo różne rzeczy. Jeszcze ani razu do mnie bez kwiatów jeszcze nie przyjechał. Raz na stole miałem trzy kwiaty. I baterie mi kupuje, do aparatu. Bo mam nowy aparat. Już mam 3 baterie, wrazie, jakby któraś padła. Kupuje mi, bo mi teraz kupił mi baterię do telefonu, bo mało trzymała. I jeszcze jedna czeka na przesyłkę. Bo jeszcze nie przyszła. I baterię do laptopa mi kupił. 6 stopni jest na dworze.

To zimno.

No zimno, dziś przymrozek jest. To bluzeczki, koszulki mi kupił.

Robiłam teraz jak był. Krokiety z grzybkami i barszczyk. I robiłam kotlety, te takie z serem żółtym, z piersią kurczaka. Takie dobre, takie dobre. I marchewkę. I majonez. I do tego pieprzu trochę. Naczynia chciałam myć to mówi nie, ja umyję. I ziemniaki obiera i płucze. Obiera, myje i płucze. Przy sałatce też jabłka tarł. I obierał. Mówił, ja mojej Agusi pomogę.

Chce wiedzieć, czy dobrą nażyczoną ma.

Mamie opowiada o mnie. Zdjęcia wysłał. I chce mnie poznać, jego mama. Radek prosił mamę i ma list wysłać, bo Radek mówił, że jego mama ładne listy wysłać. Ma wysłać przepis na pierogi. I poprosił mamę, żeby dla mnie, i ma wysłać listem przepis. Ma wysłać. I pierogi z tym, z mięsem Radek mówił, że bardzo lubi.

A tak wszystko w porządku, szczęśliwa jestem, zadowolona. A Radek chciałby mnie mieć w Galway. Opony już nowe sobie zamówił i kupił. Bo z przodu ma starte. Nowe opony. Bo teraz będzie już zimniej, coraz zimniej. Ma padać. I chce już, żeby zamieszkała z nim, bo jest smutny, samotny.

Radek chce, żebym przyjechała do niego, pod koniec listopada na trzy dni. A ty przyjedź do mnie, mówi, raz u mnie tylko byłaś. No, i tyle. A mówiłam ci, że Klemensa pytałam, ale na razie nie ma pracy, bo się pytał. Za dwa tygodnie albo trzy znowu się go zapytam, wiesz? Nie dam mu spokoju, zapytam się. Jak tam pracy nie dostanę, to będę tu siedzieć do stycznia. I jak pracy nie znajdę, to zasiłek będę dostawać co tydzień. Co tydzień. Bo jakbym się teraz zwolniła, to nic bym nie miała. RAdek mówił, że będzie mnie utrzymywał. Ale ja bym się z tym nie pogodziła. Ja muszę mieć swoje pieniądze.

Będziecie z sobą razem. Zakupy robić.

I do kościółka sobie Radek chodzi rano. No, dobry jest dla mnie, bardzo dobry. Grzeczny. Dobry ma charakter. Spokojny. Nie cwaniak, nie pyskaty. Nie cwaniak. Nie pali, nie pije.

To dobrze, to dobrze.

Mądry. Bardzo mądry, mądry. Mądry, mądry jest bardzo wiesz? Nie jest głupi chłopak. Bardzo mądry jest. Zawsze marzyłam, żeby takiego chłopaka poznać i poznałam. Bardzo mnie kocha. Wszystko z siebie daje.

Ty tak samo go kochasz, tak? Bardzo kochasz. Jesteś szczęśliwa. Jesteście rozdzieleni. No. Kiedy przyjedziesz do domu?

Oj, chciałam teraz w listopadzie, bo tanie bilety. Mówi, że mnie nie puści. Mówię do niego, że tak bym poleciała w listopadzie, bo tanie bilety. A on mówi, że mnie nie puści. Może w styczniu przylecę? On coś mówi, żeby w maju poleciał. Ja mówię do niego, że jak teraz nie polecę, to w styczniu polecę. W styczniu pewnie przylecę.

Rodzice, rodzeństwo..

Mamo, tęsknię! Ja tęsknię, tęsknię. To fajnie mamo, że do sanatorium jedziesz. Się wykurujesz. A jak pogoda, ładna?

Brzydka, brzydka. Jutro zapowiadają śnieg z deszczem. Śnieg z deszczem zapowiadają.

Ja bardzo lubię handel, wiesz. Lubię towar rozkładać. Na początku może być byle gdzie póki się języka nie nauczę. Na deli, w cepeenie, przy kanapkach.JAlbo do Penysa .a sobie nie poradzę Raduś pójść... no, tak -- no -- tak. Pomożesz mi, Radusiu? Może troszkę się przyszykuję w domu. No. No. - coraz smutniej. - I mięsa dużo jedz. Mięsa. Potrzebujesz. Potrzebujesz dużo. Uj.. ojojeju! O ty, skarbie! Myślę bardzo

Przełamywacz mitów

Ekhe - ekhe. Uuu, zakurzyło się tu nieźle, na OGGu!

Ekhe! Lata gorączkowego postowania o wszystkim i o niczym odeszły do archiwum. Potrzeba wyrażenia siebie opadła niczym leniwy kutas. Dużo ludzi blogi pisze w różnych celach. Jedni chcą zarobić, inni oderwać się od szarej rzeczywistości niewypłacalności kredytowej. Niektórzy chcą poczuć, że nie są sami w cyfrowej próżni, inni mają tyle do powiedzenia, że tylko klawiatura jest to w stanie przyjąć na klatę. Przelewasz swoją energię w słowa i wyrzucasz je tam, hej! Do konkretnego i przypadkowego odbiorcy. I nie musisz się męczyć odzywaniem, nie musisz być ogolony czy wykąpany, nie musisz zwracać uwagę na mowę ciała i możesz mieć owszem, że cię ignorują. Jesteś bogiem internetowego bloga.

Życie nas zjada i każe być kimś, kim nie jesteśmy. Każe się uśmiechać i kłamać. Nie pozwala nam być sobą samym. Dlaczego? Bo jesteśmy kurwa popieprzonymi ciołami. Gdybyśmy pokazali światu swe prawdziwe oblicze, to świat by się do nas odwrócił plecami. Dlatego też nawet przed sobą nie przyznajemy się do prawdy. Dlaczego książki o somopomocy są takie popularne i potrzebne? Po pokazują nam prawdę, prawdę, którą łechtamy się przez krótki okres czasu tak samo jak idąc na dietę i poszcząc. Wcześniej czy później jednak popieprzony cioł powraca (bo jest częścią nas, da się go wywieźć w las, ale węch ma dobry i wcześniej czy później odnajduje drogę do domu) i wyrzuca książkę o samopomocy do kosza zajadajć sie pierniczkiem za pierniczkiem. Dlaczego chodzimy na dietę? Nie żeby schudnąć, lecz żeby mamić się perspektywą schudnięcia. Żebyśmy mogli, kiedy dieta się już skończy, zajadać się smakołykami, które tylko i wyłącznie po diecie, smakują tak bosko. Ochy uchy, tylko jeden kawałeczek.

Dobra. Chciałem napisać o dwóch rzeczach, a tu snuję potrzebne wywody. Przede wszystkim (to jeszcze nie jest żadna z tych dwóch rzeczy) OGG to OGG! OGG ma być moim medium do wyrażania siebie takim jakim jestem na prawdę. OGG nie ma tworzyć mojego sztucznego zajebistego wizerunku, że o jaki to nie jestem. Skąd. Tak więc piszę jak już piszę, to piszę impulsywnie, popełniam mnóstwo błędów stylistycznych i te pe i dobrze. I bardzo dobrze. Nie cierpię umysłowych ograniczeń. Ma być chaotycznie to będzie, jesteśmy w końcu cząstkami energii zawieszonymi w czasie bez bladego pojęcia co tu robimy. Chaos to podstawa.

Krótko o Sebastianie: Sebastian skończył 28 lat, co oznacza, że niedługo umrze. Przejedzie go żółty szkolny autobus, jak na złość. Rok temu (albo i dłużej) rozpoczął on pracę nad swoim debiutanckim albumem komiksowym. Po 17 stronach zatuszowanych pracę tą przerwał i zajął się pracą która dawała natychmiastowe pieniądze. Po pół roku ukończył 56 stronnicową książkę dla dzieci o farmie, krowie i kocie dla autora z Islandii. Zaraz potem przez 3 miesiące (i jeden tydzień) rysował książkę o Jasiu i Łodydze Fasoli dla wygłaszającego motywujące przewowy przemawiacza z Nowego Jorku. Nauczyło go to, że nie chce robić nic dla kogoś już więcej, bo życie za krótkie (czyli w sumie utwierdziło we wcześniejszym światopoglądzie). Aczkolwiek zadowolony z ilustracji do dwóch książek na koncie, z uciechą rzuci się do kontynuowania po prawie rocznej przerwie prac nad komiksem.

Właśnie z powodu tych ksiżek nie dla siebie tu mało pisał. Oraz dlatego, że mu się nie chciało i nie miał weny. Na zakończenie krótka rozprawka. Dziękuję za uwagę i zapraszam ponownie za rok. Hahaha. W następnym odcinku poznamy co to znaczy podłuchiwać.

Przełamywacz 2 mitów:

1) Pieniądze szczęścia nie dają - KŁAMSTWO! Mieliście kiedyś pieniędzy jak lodu i byliście nieszczęśliwi? Bo ja nigdy. Kłamstwo to wymyślił ktoś bogaty, żeby ludzie nie dążyli do odebrania mu pieniędzy.

2) Carpie Diem - w znaczeniu żyj tak, jakby dzisiejszy dzień, był twoim ostatnim. KŁAMSTWO! Gdybyśmy faktycznie mieli tak żyć, to każdego dnia obżeralibyśmy się jak świnie, podejmowali impulsywne decyzje, mieli seks z nieznajomymi oraz zabijali byłych bądź też aktualnych szefów. Za daleko byśmy w ten sposób nie pojechali. Chwytaj dzień ma tylko wtedy sens, kiedy będzie się go chwytać z głową, a nie za jaja.

niedziela, 9 października 2011

wtorek, 4 października 2011

Od czego zależy nasza emerytura?

Po wykonaniu animacji w 2010 pt. "Wybory" na konkurs ekonomiczny Forum Obywatelskiego Rozwoju, miłości Lesia Balcerowicza, i wygraniu figi z makiem, postanowiłem spróbować ponownie w 2011.

Wiedziałem, że pewnie nie wygram i miałem rację. Nie było nawet figi z makiem. W obliczu czego nie miało sensu za bardzo się starać. Wykonałem 4 stronnicowy komiks w przeciągu kilku dni. Uchwyciłem sytuację, która na prawdę się wydarzyła. Lata temu razem z przyjacielem zwanym Zielak byliśmy świadkami obrabowania ducha winnemu kobiety i podążyliśmy śladami złoczyńcy nadziewając się na niego trzy razy. Tak, do trzech razy sztuka. Poniższy komiks jest więc autobiograficzną relacją z doklejonymi trzema wątkami. Wybrałem temat "Od czego zależą nasze emerytury". Nie cierpię dosłownych i nudziarskich komiksów informacyjnych, więc mając nadzieję na inteligentnego czytelnika opisałem niedosłownie od czego zależą nasze emerytury.

Enjoy!





piątek, 22 lipca 2011

Siostro... Ale z siostry PINDA


Bimbos: Nurse by =sebastianjaster on deviantART

Jak zawsze polecam klikać na mroczny rysunek po prawej aby być na bieżąco z moimi rysunkami, a najlepiej to ŚLEDŹ na deviantArt.

piątek, 8 lipca 2011

Ja dzisiaj zmieniałem pieluchę. A ty?

Mohammed z Arabii Saudyjskiej wysłał mi dzisiaj maila, czy nie mógłbym prędko skorygować zdjęcie. Mogłem. Chodziło o to, żeby zdjęcie dziecka ze staromodną pieluchą przerobić na nowocześniejszą. Przerobiłem. Chciałbym powiedzieć, że to prawdziwa przyjemność robić interesy z Mohammedem, ale tak na prawdę to nie, bo płaci śmieszne pieniądze. Więcej nie będę się tanio sprzedawał (już i tak w miarę przestałem).



Może się wydawać że nie, ale za takie pieniądze to wierzcie mi, szał robi! Ponad 3h roboty. Blisko 4ech. Nie spodziewałem się.


PS. Zmieniać pieluchę i nie czuć smrodu? Dokąd ten świat zmierza.
PPS. Zmieniać pieluchę i nie czuć smrodu? Matrix.

wtorek, 5 lipca 2011

Wywiad.

Grażyna Torbicka (GraT): Dzisiaj w "Kinie Konesera" będziemy mieli przyjemność oglądać film pod tytułem "Jabol" Mamy zaszczyt przedstawić scenarzystę i reżysera tego wspaniałego filmu, Sebastiana Jastera.

Sebastian Jaster (SJ): Witam panią, witam państwa.

GraT: Pozwoli pan, że przejdę od razu do pytania, które nurtuje miliony Polaków. Co skłoniło pana do nakręcenia tego filmu?

SJ: Nim odpowiem pragnę zauważyć, iż prawidłowa odmiana mego nazwiska w dopełniaczu brzmi "Jastra" a nie "Jastera", pani Grażyno. Podobnie jak sweter oraz plaster - kogo czego? Swetra oraz plastra. Nie powie pani przecież, że nie może pani doprać swojego swetera, tudzież że krew się leje, a pani nigdzie nie może znaleźć plastera. Doprawdy, po kimś tak wykształconym jak pani, pani Grażyno, spodziewałbym się więcej. Minimum choć bym się spodziewał.

GraT: Och! Zabiję tą swoją asystentkę! Proszę mi wybaczyć.

SJ: Luz.

GraT: Właśnie miałam pytać pana, panie Sebastianie, skąd się wziął ---

SJ: Ależ czemuż tak oficjalnie? Seba jestem!

GraT: Ahaha, dobrze więc. Sebo, czy możesz nam --

SJ: A czy ja mogę się do ciebie zwracać per ty, Grażyno? Grażynko?

GraT: Jak najbardziej, ja jestem luzacka.

SJ: Szynko.

GraT: Słucham?

SJ: Tak tylko testuję czy Grażyneczka też reaguje na słowo szyneczka, skoro się rymuje.

GraT: Nie, tylko po 5 drinkach.

SJ: Ale szyna.

GraT: Haha, widzę, że role się odwróciły na moment. My tu gadu gadu, a czas nam ucieka jak zając przed wilkiem po łące.

SJ: A słońce prażące. Nic, tylko by so szynkę przegryźć. Ja rozumiem tego wilka.

GraT: Ekhem, a my wciąż nie znamy odpowiedzi, panie Se... Sebo...

SJ: Sebku, Sebusiu, Sebastianku, Sebastianulku, Sebciu, Sebuśku...

GraT: TAK. Tak. Ak. Seba, słuchaj...

SJ: Zamieniam się w słuch. JESTEM słuchem.

GraT: Po ogromnym sukcesie na światową skalę, jaki pa... odniósł twój debiut reżyserski, film pt. "Jabol", całej Polsce ciśnie się na usta pytanie co skłoniło cię do nakręcenia tego filmu?

SJ: Jabol.

GraT: Jabol?

SJ: Tak, jabol.

GraT: Można rozwinąć?

SJ: Ano można, można. Spokojnie. Siedziałem sobie w parku pod drzewem, piłem jabola - bo jestem funkcjonującym alkoholikiem - i tak dumałem, o czym by tu film zrobić. Rozejrzałem się dookoła. Nic. Wziąłem łyk jabola. Zamknąłem oczy, żeby się skupić i nic. Wziąłem kolejny łyk jabola. I wtedy mnie olśniło, że odpowiedź na nurtujące mnie pytanie znajduje się tuż pod moim nosem - JABOL. Potem już scenariusz wręcz sam się pisał. Tomasz Kamel zagra wielbłąda, Borys Szyc --

GraT: Och! Bardzo mi przykro, ale wybija 23cia, pora na emisję dzieła. Premierę w TVP2 sponsoruje Bank PKO, Zupa w proszku babuni oraz Fabryka Noży wraz z Wytwórnią Najlepszych Szynek "Satan"

SJ: Satan? Ale numer!

GraT: Do widzenia się z państwem!

niedziela, 19 czerwca 2011

Jakoś ostatnio nie mam weny do oggowania. Może to dlatego, że dużo tworzę za niewystarczające do utrzymania rodziny pieniądze? Ale kiedyś przyjdą lepsze dni...


Dwarazy kliknijta dla dużej jakości i oglądajta zdołu wgórę.

piątek, 6 maja 2011

Chciałbym, chciał...

Powiada się, iż świat schodzi na psy.

Ja w to nie wierzę. Psy nie są takie złe tak długo, jak nie trzyma się ich w domu, nie ubiera się je w golfy i nie pozwala im się lizać po mordzie. Dzisiejszy świat nie różni się dużo od starego świata. Zawsze będzie chujowy, do nas należy jedynie decyzja czy pozwolimy się dać tej chujowatości zaleźć nam za skórę czy też nie. Te proste i nieczyste zdanie wyraża w pigułce przesłania ze wszystkich książek o samopomocy. Zadumajta się nad nim.

Tak ostatnimi czasy rzucił mi się dosłownie na oczy taki oto plakat w drzwiach supermarketu:


I sobie pomyślałem, no nie, trzeba to zaOGGować! Nie wiem jak wy, ale mi się on raczej kojarzy z gwałtem i tym.. no, jak to zwał na tych xxx stronach? a, tak, z blowjob bardziej niż z zaspokajaniem głodu. Dobrze, że zrobiłem zdjęcie, bo tydzień później już tego tam nie było. Pomyśleć, że Knorr zapłacił jakiejś firmie reklamowej, za taki podświadomy przekaz. Przekaz całkiem daleko nie odległy od podświadomych przekazów Disneya z przed lat, dla przykładu:


oraz


a z tych aktualnych to to:


O czym to świadczy? O tym, że świat zszedł na psy w momencie, w którym powstał.O tym, że wszyscy jesteśmy zbokami w jakiejś tam mierze. O tym, że zawsze znajdzie się jakiś sprytny zbok, który postara się przekazać swe lekko zatajone przesłanie szerszemu gronu. Penis w syrence uważam za dobry chwyt, dziecko tego nie wychwyci, a skoro producenci też  nie, to kij im w oko. Penisy istnieją. Ale to pierwsze i to ostatnie, to jednak przesada.

Żyjemy w świecie pełnym czubów, duża kupa z nich u władzy, tyle.

Dawno nie pisałem, bom zajęty. Pracuję nad książką dla dzieci dla niezależnego islandzkiego autora. Poza tym pewnie znowu wpadnę w obślizgłe łapy edukacji. Poza tym znowu piję i płaczę i śni mi się, że sikam ludziom na dywany. I chciałbym mieć Nintendo 3DS nie dlatego, że potrzebuję, ale dlatego, że bym chciał.

Tyle.

niedziela, 13 marca 2011

Sekrety KONIOBICIA.

Ciszę rozrywał dźwięk taśmy klejącej. Dźwięk będący potwierdzeniem nadchodzącej nieuchronnej przeprowadzki współlokatorki Agnieszki. Na potrzeby tego posta imię to nie zostało zmienione na fałszywe. Pod podłogą mej groty mieścił się pokój dzienny, a w nim mieścił się telewizor nie robiący szału wraz z kolejnym współlokatorem, 40-letnim imiennikiem mojego ojca, Władkiem. Władek nie ruszając się z kanapy zagadywał zamężną Danusię przebywającą w tym samym czasie w kuchni. Szykująca obiad dla mężusia Zbyszka, dobrego człowieka, który nigdy nie siedział, Danutka odpowiadała kokieteryjnym śmiechem. Zaśmiała się na przykład, kiedy zawołał ją Władek, żeby powtórzyła fajne zdanie. I bardzo dobrze, że się zaśmiała, bo z pewnością zdanie było śmieszne. Jednak nie posunęła się dalej i owego zdania nie powtórzyła. Zaproponowała jednak, aby Władziu odwiedził ją w kuchni, żeby mogli sobie razem posztachać się zapachem z garów. Władziu nie mógł, bo właśnie miał Adaś skakać.

My tu wszyscy jesteśmy jak jedna wielka kochająca się rodzina. Danusię na przykład kocham właśnie za to, że jak mnie widzi, to mówi Sebastiano Italiano.

Skakanie Adasia interesowało mnie tyle, co nowe osiągnięcia w dziedzinie przedłużania i malowania paznokci, czyli wcale (choć ponoć kobity niezłą kabzę na tym nabijają, i dobrze). Jeśli o mnie chodzi, Adaś mógłby się wzbić i już nigdy nie wylądować. Moją jedyną poważniejszą myślą dotyczącą tej osoby była zazdrość, że może sobie pozwolić kończyć karierę tak prędko. No, ale najwyższy czas, będzie mógł wreszcie zeżreć te wszystkie ciężarówki czekolady, które dostał w zamian za udział w reklamach. Termin przydatności do spożycia się zbliża.

Sam natomiast szukałem klejnotów przeczesując mini grzebyczkiem dywan. Niestety, pomimo mego skupienia zamiast złota napotkałem tylko kłęby kurzu.

To nie to samo będzie bez Agnieszki i jej wspaniałej osobowości, jej maniery powtarzania tej samej myśli i zdania po trzykroć z wahaniem do po dziesięciokrotności. Z bólem serca pożegnam ją za tydzień, kiedy to po imprezie pożegnalnej (na którą zaprosiła), tu w tym magicznym i pełnym szczęścia i spełnionych marzeń domu, wrócę do siebie do groty i opublikuję ostatni post jej poświęcony. Post, na którego publikację czekam już kilka miesięcy. Post będący zapisem zaściannej rozmowy jaką przeprowadziła z matką swą na skypie, a który ja w pocie czoła podekscytowany zapisywałem na żywo przez 20 minut. Wtedy zobaczycie na własne oczy z kim miałem do czynienia. Zwlekam z tym tyle tylko dlatego, że istnieje cień szansy (jeden to ziliona), że mogłaby jakoś przeczytać tego posta na mym OGGu, a wtedy uznaliby  mnie za czuba i jej męski chłopak z szybkim samochodem do którego się przeprowadza (w Galway, Aga będzie prawdziwą polską Galway Girl) obiłby mi mordę sportowym butem.

Wieśniak z niej, stąd cały ubaw. I jest to nie tylko moja opinia, żebyście nie myśleli.

Nim zaprosiła mnie na imprę pożegnalną w następną sobotę, to zadała mi kluczowe pytanie w kuchni, gdzie zwykle mamy swe gorące i pełne pary schadzki.
- Sebastian, mogę się ciebie o coś spytać?
- Wal - odrzekłem. - Wal śmiało.
- Już od kilku miesięcy nie wyjmowałam baterii z aparatu. Ona wciąż tam jest. Nic się jej nie stanie? Może powinnam ją wyjąć?
- Nie przejmuj się, nic jej się nie stanie.
- No to dobrze.
- Nic, chyba! Chyba, żeby aparat wpadł do szamba, wtedy bateria mogłaby się zalać, utopić. Umrzeć. A tak jest OK.
- No to dobrze. Dziękuję ci Sebastian. Za tydzień robię imprezę pożegnalną. Przyjdziesz?
- No nie wiem, a będą pierogi? - nie powiedziałem, ani nie pomyślałem. Ale Nina na ten tekst potem wpadła, jak jej opowiadałem. Genialny, dzięki ci, Ninku Z!

Bo Agnieszka to Pierogowa Pieroga, tzn. Pierogowa Królowa. Pierogowa Królowa ma czarodziejską moc, potrafi zapierogować cię na śmierć, więc lepiej z nią uważaj.

Wiem, wiem, czytacie tak i czytacie OGGa dzisiaj i cały czas myślicie o koniobiciu. Koniobicie jest w tytule posta, a On, Sebastiano Italiano, pisze o wszystkim innym, ale nie o tym intrygującym tytule posta, o koniobiciu. Koniobicie zostawiłem na deser. Oto on:

Każdy ma sekrety. Ja jestem świetny w ich trzymaniu, nikomu nie wygadam. W ciągu dotychczasowego życia zostało mi ich powierzonych ponad trzy. U mnie pewniej niż w banku. Jednakże dużo sekretów ma datę ważności, czasami tylko miesiąc, czasami nawet dekadę. Z różnych powodów po pewnym czasie sekret przestaje być sekretem. Są rzecz jasna takie, które sekretem będą na zawsze, jak np. to, że twój kolega zabił, pracodawca uwiódł, a kominiarz zatkał. Oto więc trzy sekrety,, uważam, że po tylu latach nic złego nikomu nie uczynię wyłaniając je wreszcie na światło dzienne.

1. W klasie podstawówki miałem kolegę Damiana, który mieszkał na tej samej ulicy co ja. Raz mi opowiedział, że go siostra przyłapała, jak sobie konia walił. Siedział u brata w pokoju, oglądał coś podniecającego w telewizji (co dokładnie nie wiem, pewnie program przyrodniczy) i sobie spokojnie walił. Walił spokojnie, bo przekręcił klucz w zamku. Niestety, nie przekręcił go do końca i go siorka przyłapał. Termin przydatności sekretu: 18 lat.

2. Fajna dziewczyna, Bożenka chyba, starsza ode mnie była. Zaprosiłem ją do kina w latach szkoły średniej. Filmu "Antz" gdzie głos podkładał Woody Allen (co wtedy  było mi niewiadome, wiedziałem tylko, że baja fajna) nie puścili, bo było za mało ludzi - nad dwoje. Poszliśmy więc do parku. Usiedliśmy. Zaczeliśmy gadać. I wtedy ptak na nią nasrał. Centralnie na czoło. Trochę też na nos poleciało. Jako gentlemen opanowałem śmiech i obiecałem jej, że nigdy nikomu nie powiem. Termin przydatności: 13 lat.

3. Jaki był ten ostatni sekret? A! Parę lat temu poznałem Niemkę Yvonne. Robiła wystawę na zamku audio wizualną. Była na mojej wycieczce i spodobało jej się tak, że poprosiła, czy by nie mogła mnie nagrać, jak robię całą wycieczkę, ale w miejscu i na czarnym tle (artyści). Szefowa galerii, Ann (gruba jak beka, wrażliwa na komplementy, powiedz jej, że ładnie dziś wygląda, będzie w siódmym niebie, nie dałem rady kiedy coś od niej chciałem, nie jestem aż tak zakłamany) gościła tą Niemkę u siebie w domu, więc tam to nagraliśmy, a potem dali mi jeść parówki. Przed posiłkiem Yvonne zrobiła zdjęcie talerza z żarciem. Powiedziała, że nic nigdy nie może zjeść, jeśli wpierw nie zrobi temu zdjęcia. No to kurde, męczyłem ją, żeby mi wytłumaczyła dlaczego. Wreszcie się zgodziła pod warunkiem, że nikomu nie powiem. Otóż kiedyś się zatruła czy coś i od tamtej pory wpierw robi zdjęcie nim cokolwiek zje, to ją uspokaja. Jak gdyby więzi każdą potrawę. Plus, jeśli znowu się zatruje, to już będzie wiedziała czym, wystarczy, że sprawdzi na zdjęciu. Termin przydatności: 4 lata.

To ta laska.

sobota, 12 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep2

DZISIAJ serwujemy OGGowiczom zdrową oraz wegetariańską opcję - Burger a la Jaster!

Aby przyrządzić tą wybitną potrawę potrzebujem następujących składników:
- burgery wegetariańskie, każde dobre, byle nie najtańsze, w myśl zasady, kto tanio kupuje, ten się byle jak odżywia,
- ser low fat - z małą zawartością tłuszczu. Twój supermarket przy blokowisku powinien taki sprzedawać. Jeśli nie sprzedaje, przejdź się 9 bloków dalej do drugiego marketu. Ostatecznie można użyć zwykłego sera, ale już tak zdrowo nie będzie.
- pomidor - dwa plasterki.

Sposób obrządzania:
Podgrzewamy piekarnik do 220 stopni celsjusza na wiatrak. Jeśli nie znasz tej opcji spójrz na swój piekarnik, przy pokrętle powinien być symbol wiatraka niekoniecznie z Don Kichotem. Kiedy piekarnik się nagrzewa wyjmujemy z zamrażalki dwa burgery wegetariańskie. Jeśli w opakowaniu jest ich więcej opanuj swój głód. Jak zeżresz 4, to się obeżresz jak świnia. Wiesz mi, oczy widzą więcej. I nie oszukujmy się, nikt z tobą tego nie będzie jadł, bo jesz sam. Zawsze. Wrzucamy je na 15min, kroimy tyle sera, żeby zakryło burgery i dwa plasterki pomidora. Nastawiamy alarm w telefonie na za 15 minut i wracamy na górę oglądać dalej pornusy na necie. Jeśli nie mamy góry, zostajemy  na dole.

15min później złazimy na dół i już czujemy, że się zrobiły. Wyjmujemy tacę, przewracamy burgery, kładziemy nań ser i po pomidorka plasterku i wkładamy z powrotem aż się roztopi. Z minutę, góra dwie. Włala!

Smacznego.

UWAAAGGAA!
* Nim zaczniemy na foli aluminiowej wylewamy kapkę oliwy z oliwy bądź oleju i rozsmarowujemy na obszarze, który pokryją burgery. Dzięki temu się nie przykleją.
* Piekarnika nie trzeba nagrzewać, mi się nigdy nie chce czekać, aż się nagrzeje. Od razu wkładam.
* Jeśli dużo żłopiesz alkoholu, albo wpierdalasz czipsów, to pewnie masz brzuch rozjechany i cię boli. Zaparz so' mięty do burgerów jak na zdjęciu.
* Żuj powoli. Małe kęsy. Żuj jeden kęs 15 razy. Licz. Dzięki temu posiłek będzie dłuższy i bardziej się najesz. Jeśli po skończeniu chcesz zjeść jeszcze więcej, poczekaj, aż do mózgu dojdzie informacja, że nie musisz jeść jeszcze więcej.

piątek, 11 marca 2011

czwartek, 10 marca 2011

NAŻRYJ SIĘ W MYM DOMU ep1


O! Wreszcie pies napisał nowego posta! Najwyższy czas. Zaraz! Eee, tylko jakieś zdjęcie wrzucił. Na co mi zdjęcie? Leń. Nie stać go nawet, żeby kilka słów wydukać. Nie musi być kilku akapitów, wystarczy mi kilka linijek. Nie wiem, może znowu coś przeżył w Lidlu? Może widział coś zajebistego za oknem z koniami? Może zaszedł kogoś od tyłu? Może ma jakąś myśl, którą chce się podzielić? Może cała sytuacja z Charlie Sheenem wywołała w nim jakieś przemyślenia/wnioski?

Ale nie, jedyne, czym po kilku tygodniach "zaszczyca" OGGa, to talerz kanapek. Talerz kanapek i kubeł kawy stojące na jego tanim biurku udającym prawdziwe drewno, bo tylko na tyle stać bezrobotnego emigranta. Istny materiał na męża! Nic, tylko siedzi w domu i rysuje te swoje komiksy i myśli, że mu to jego wymarzony milion euro da. Da, mówi. Kieeedyy, kurna pytam? Wziąłby się za normalną robotę, jak każdy uczciwy obywatel, a nie od rządu irlandzkiego ciągnie. Poszedłby gnój łopatą na przyczepę wrzucać. Uczciwa robota. Mało płatna i rolnicy patrzą na ciebie z pod oka, bo masz akcent i czarne włosy, ale przynajmniej uczciwa.

Choć w sumie... smacznie te kanapki wyglądają (jeśli wyjąć szynkę). Taką kanapką, by nie pogardził...

Cholera, głoda czuję. Ale po 23ha nie powinno się już nic wpierdalać, bo brzuchol urośnie i perspektywa ciała hollywoodzkiej gwiazdy filmowej znowu odsunie się na dalszy plan.

niedziela, 13 lutego 2011

Pozytywne plany.

Cóż... myślę, że powrócę na Facebooka. Uważam, że jest to bezduszna platforma rozwijająca w zawrotnym tempie ludzkie słabości i pragnienia, poszerzająca marnotrawienie czasu na odmóżdżających czynnościach. Tworząca grona sztucznych przyjaciół, na których nie musisz liczyć, bo kawałek kodu liczy ich za ciebie. Jednak to nie wina Facebooka, że jest tak bardzo do nas podobny, że daje nam to co chcemy nawet kiedy nie wiemy jeszcze, czego chcemy. Powrócę, gdyż trzeba być bardzo zaślepionym, aby odwracać się od potencjalnie najlepszej bezpłatnej strony pomagającej ci promować siebie i szerzyć networking. Gdybym był jak Alan Moore - najlepszy komiksowy scenarzysta naszych czasów - mógłbym wbić nie tylko w fb, ale i w cały wynalazek internetu, ale nie jestem w takiej sytuacji.

Wszystko jest najlepsze w umiarkowanych ilościach. Jeśli wpierdolisz za dużo pączków, twój brzuch się nadyma, jeśli spędzisz za dużo czasu na facebooku twój iloraz inteligencji znacznie spadnie. Ale co tam, skoro zaczepiłeś Jadzię, a zaczepiać Jadzię lubisz.

Muszę również się wziąć i zaprojektować wizualnie mą stronę www, która ma wykupioną domenę i hosting już z ponad pół roku. Trzeba działać. Obecnie jestem w trakcie rysowania 16 strony D+K: Dieta, jednak powróciłem do narysowania ponownie pierwszych 6 stron z kilku powodów. Po pierwsze, to strony narysowane były ponad rok temu, na o połowę mniejszych kartkach niż te, na których teraz rysuję (a rysuję na A3). Więc jakościowo są gorsze i wygląd postaci również lekko się ulepszył w ciągu 16 stron. Po drugie jak tylko pierwsze strony przerysuję, planuję wysłać je do francuskich i belgijskich największych wydawnictw komiksowych (Glenat, Casterman, Dupuis, itp. łącznie do 6, 7dmiu). A te dość jasno mówią, że należy im przysłać ok. 6 pierwszych stron, jednostronicowe streszczenie całego albumu oraz szkice postaci. Jeśli zobaczą tylko początkowe 6 stron, muszą to być najlepsze strony jakie jestem w stanie narysować z moimi obecnymi ograniczeniami. Plan mam, żeby w marcu to mieć gotowe i wysłać.

Przez te wszystkie lata jak rysuję zmieniło się trochę moje podejście do całego procesu twórczego. Staram się nie wyrzucać sobie, że wolno mi idzie rysowanie oraz że jeszcze nic konkretnego na tym rynku nie osiągnąłem. Całe takie podejście byłoby niszczące i bez sensu. Wszystko we właściwym czasie. Właściwie, to o czas chodzi. Czas jest po naszej stronie, jeśli zaakceptujemy nieuchronność jego ubywania. Złoszczenie się, że straciliśmy 2 godziny z życia na głupim filmie czy pół dnia u krewnych, których nie lubimy prowadzi najzupełniej donikąd. Jest to część życia i nigdy, przenigdy nie unikniemy marnowania czasu. W rzeczywistości coś takiego jak marnowanie czasu nie istnieje, jednak my postrzegamy to właśnie tak, jak coś straconego, tak to nazywamy.

- Tego już za wiele! - biadał. - Dlaczego biedny, niewinny botanik nie może żyć w ciszy i spokoju?
- Życie nie jest czymś spokojnym! - odparł Włóczykij z zadowoloną miną.

 Czas upływa czy nam się to podoba czy nie, czas upływa na przyjemnych chwilach i tonie dłużących się ponurych godzin jestestwa czy masz kupę kasy, czy zarabiasz 4 średnie krajowe czy jesteś na bezrobociu. Czy się zakochałeś czy nie, czas nie patrzy na to, co się z tobą dzieje, nie mógłby mieć bardziej tego owszem. Właściwa chwila jest zawsze teraz i zawsze będzie teraz, tylko, że to będzie wtedy potem.

Staram się powiedzieć, że nie powinniśmy się stresować bardziej niż jest to konieczne. Jeśli nie potrafimy, poskarżmy się lekarzowi, on nam przepisze pyszne tabletki, może one pomogą?

sobota, 12 lutego 2011

OGG Lite 05: Incydent w studni.

Studniówka to tradycja. Ja nie cierpię tradycji. Nie zatańczyłem walca. Albo byłem zbyt przeciwny tejże tradycji albo też Asia postawiła mi warunek, że i owszem, pójdzie ze mną na studniówkę skoro ni mam dziewczyny z krwi i kości, ale nie, tańczyć to ona nie będzie. Nie pamiętam które. Chyba to drugie. Piszemy mówiąc tu o wydarzeniach sprzed 7 już lat.

Wieczór był przedni. Ekstaza sięgała zenitu. Ogoliłem się 3 razy (pierwszy i ostatni w życiu), dzięki czemu miałem wyorane włosy z twarzy, jednakże przypłaciłem to mnóstwem czerwonawych wypieków. Dla skóry wrażliwej golenie się pod włos potrójne nie jest zalecane przez fachowców. Ale chciałem dobrze wyglądać, co zrobisz? A no tak, i standardowo, nałożyłem pół kubka żelu najgorszej jakości. Klasa.

Asia pojawiła się w najlepszej kietce i ruszyliśmy na bal, który bóg tak chciał, mieścił się w zakładzie niedaleko mego domu. Żałuję, że Jacek nie mógł zostać dłużej, niestety po odtańczeniu walca uciekł na studniówkę swej dziewczyny Moniki. Lostak chciał, że miała tego samego dnia. Między nami, to była tylko wymówka. Tak na prawdę Jacek przywdział pelerynę i jako Zamaskowany Mściciel pofrunął zwalczać złotowskie zło. Po dziś dzień zwalcza zło, tylko że w Bydgoszczy.

W pewnym momencie wpadł mi chory pomysł do głowy. Podszedłem do wcale nie weselnego zespołu muzycznego, w skład którego wchodziła grająca na klawiszach podobizna Adama Małysza i poprosiłem, czy by nie mogli czegoś dla mnie zagrać. Mogli, psia krew. Zatańczyłem tango. Niestety, nie umiem tańczyć, co dopiero tanga. We wspaniałym tańcu z Natalią najbliżej więc do tanga była róża. Róża, która się złamała. Z tego co pamiętam, a pamięć mam niezawodną, pierwsze wrażenie z włożenia sobie róży w usta było negatywne, albowiem róże mają kolce. Pokraczne tańczenie pół biedy, ale te wywijanie siebie zamiast partnerki, to dopiero straszne.

Michał Orman, syn lokalnego biznesmana, również bawił się przednio. To ten z dziewczyną w czerwieni. Byłem ostatnio (luty 2011) w sklepie, którego właścicielem jest jego ojciec. Kupiłem kąpielówki za 41 PLN! Toż to zdzierstwo, Michał, ponad €10 za kąpielówki. Już więcej moja noga w tym ani innych ormanowskich sklepach nie postanie. Wstyd. Twoje szczęście, że mi się spieszyło i specjalnie nie chciało szukać gdzie indziej. A kąpielówki trzeba mieć przylegające do ciała i tylko takie (pisałem kiedyś o złotowskim basenie o jakże oryginalnej nazwie "Laguna"). W pierwszy dzień wlazłem w innych to mnie pan ratownik z łaski wpuścił na piękne oczy, choć wpierw zarzynał się, że trzeba przebrać. Po pływaniu spytałem dlaczego tak jest, a on, że młodzież łazi w spodenkach po bagnach i wrzosowiskach, a potem w tych samych chce do basenu włazić. Trudno go nie zrozumieć.

Ostatnio odkryłem w swoim pokoju na Ul. Kujańskiej kasetę wideo ze studniówki. Myślałem, że komuś ją pożyczyłem i że ten ktoś mi jej nie oddał, a ona przez cały ten czas leżała u mnie w szafie! Podekscytowany cofnąłem się w czasie. Co to była za jazda, rany. Człowiek się tak ekscytuje oglądając taką kasetę ze studniówki. Jedyne, co szału nie robi, to KASETA. VHS, a mówiłem, a prosiłem, że jak już wynajmujemy ekipę do filmowania tego zacnego wydarzenia, to niech nam materiał na DVD wypalą. Ale nie, bo to by było za drogo, a i tak większość woli na VHS-ie mieć. I co teraz powiecie, co? Wciąż się cieszycie, Żydy, że wam żal było tych kilka złotych na cyfrową wersję? Człowiek taki jak ja musi iść do zakładu fotograficznego i poprosić o przegranie na DVD, co będzie tylko cyfrową kopią jakości z kasety, potem taki człowiek musi ten materiał wyrenderować w zaciuszu własnego domowego sprzętu martwego, żeby poprawić jakość. Taka poprawa jakości materiału VHS oraz nagrywanie go na format h264, avi czy mp4 kosztuje u fachowców w pizdu setek złotych. Ale dobra, zostałem przegłosowany. Tylko nie przychodźcie do mnie na kolanach, żebym wam wypalił kopię na DVD, psy. Żartuję, pewnie, że wypalę. Pewnie. W każdym razie, zapraszam do zapoznania się do piguły ze studniówki, a potem przeprowadzimy analizę. I proszę się nie martwić, nie wrzuciłem 3 nudnych godzin. Oto dwuminutowy OGG Lite 5.



Widzicie, wszystko było zbyt piękne, aby mogło trwać - nasz kochany wychowawca klasy, profesor Jarek otrzymał od nas w prezencie wszystko to, co najlepsze. A oprócz tego wieżę stereo. Czad. Na pewno w domu nie miał ani jednej, bo z pewnością poprzednie roczniki którymi się opiekował dawały mu na studniówce żylazko czy toster w prezencie, a nie nic tak czadowego jak my. Chwycono Jarka i zaczęto go w amoku szczęścia podrzucać. I wtedy wydarzył się INCYDENT. Niestety, za którymś razem wykładowca nie został złapany. Okazało się po fakcie, że praktycznie cały ciężar łapania lądował w rękach Bartka Kowalskiego (to ten, któremu wycieram twarz chusteczką). Reszta wbiła. Jeśli przyjrzycie się uważnie dołączonemu materiałowi wideo ujrzycie twarz Bartka w agonii, twarz naciągniętą do granic możliwości. Dzięki niemu profesor w ogóle wzlatywał w górę. Ten ostatni raz jednak mu się wyśliznął. Uwielbiam to oglądać w zwolnionym tempie, gdyż widać jak klatka po klatce zmieniają się ekspresje ludzi - wybałuszają oczy,  usta otwierają się w niemym krzyku, strach i przerażenie emanuje z niektórych twarzy. Każdy reaguje inaczej, każdy reaguje w innym czasie. Pomimo swej tragedii INCYDENT ten jest dla mnie... jakby to określić... czymś czadowym.

Profesor Jarek żyje i ma się dobrze. Wciąż uczy WOSu. Pozdrawiam!

PS. Jak pewnie drodzy OGGacze zauważyli, w prawym górnym rogu znajduje się aplikacja do czytania OGGa na smartphonach Nokii. Jeśli macie Nokię, proszę ściągać i pokazywać OGGa ludziom na imprezach i w kościele. Jak wiemy OGG bawi i leczy zarazem. Również 5 gwiazdek dać.

poniedziałek, 7 lutego 2011

OGG Lite 4 - Żul Mikołaj we Włoszech

Święty Mikołaj istnieje, ale z powodu presji Gwiazdki przeszedł załamanie nerwowe. Stoczył się i został żulem. Można go zobaczyć na Dworcu Kolejowym w Bydgoszczy. Bycie żulem nie oznacza jednak, że nie zasłużył na wakacje. A marzą mu się Włochy...






+ Lunatyckie tłumaczenia:  King's Speech - powinno być Królewska przemowa/Królewska Mowa/Przemówienie Króla, cokolwiek w tym stylu, a przetłumaczyli Jak zostać królem, kołki. Przecież w filmie nie chodzi wcale o to jak zostać królem, tylko o mowę króla. Ach, po co ja się tu produkuję, jak grochem o ścianę.

+ Cytat: "Taki już mój los - za każdy wzwód sroga kara" - Two and a half men. Wyrwane z kontekstu aż tak nie bawi, ale odcinek był lepszy niż zwykle (5ty sezon)

wtorek, 1 lutego 2011

WCZORAJ.

- Boże! Boże! - krzyczał podekscytowany, nieświadomy 7dmego przykazania.
- Przełknij!
- Widzę morze!
- Przełknij ślinę.

Zapewne największym strachem pasażerów jest spadający samolot. Dorzucę do tego, że przed upadkiem z pewnością zająłby się ogniem i część (lub całość) poczciwych ludzi zginęłaby w płomieniach przed kolizją.

Sebastian Jaster kiedyś śmiał nazywać się optymistą.

Inną bolączką jest wybór odpowiedniego siedzenia w dobrym sąsiedztwie. Wykupienie priorytetu, który kosztuje tylko kilka euro daje ci 75% przewagi nad śmiertelnikami, którzy wolą te kilka euro wydać na coś innego, jak na przykład na pączka, lizaka, drina bądź gwoździe do trumny. Nie uchroni cię to jednak przed sąsiadami. Największym zagrożeniem są płaczące niemowlaki, zaraz po nich zapite buraki.

Udało mi się wydać bezdzietny rząd nie od okna (ostatnio nie zależy mi na widokach z lotu ptaka). Jest na tyle wcześnie (1500ha, kiedy piszę te słowa), że stężenie alku we krwi ogranicza się do wczorajszego smrodku. Piszę te słowa w zeszycie. Początkowy strach przed tym, że małżeństwo na lewo ode mnie będzie podglądać co piszę i kpić, okazał się nieuzasadniony, gdyż mąż wygodnie wtula się w żonę w czerwonym płaszczu. Żona ogląda wideo na telefonie. OGG pisany jest dla ludu, jednak zwykle nie bywa pisany i czytany w tym samym momencie.

Z przyjemnością pisałbym bezpośrednio na laptopie, bo jak teraz zauważam, prędzej mi to idzie od pisania długopisem na papierze, czyli w stylu retro. Piszę odręcznie z tego samego powodu, z którego wziąłem powieść z krwi i kości w podróż (książkę, do której pewnie nie zajrzę) zamiast czytać jednego z wielu ebooków, które w szale szczęścia zakupu nowego telefonu wgrałem weń - ŻYWOT BATERII. Mamy mnóstwo nowych gadżetów, Nintendo 3DS wychodzi w marcu, ale wciąż wsadzamy w nie duże (jak na aktualną erę) baterie i staramy się zmniejszyć wszystko inne. W zasilaniu epokowego przełomu nie ma od lat. Baterie wytrzymują długo, jeśli nasze maszyny pracują na wolnych obrotach. Kiedy jednak używamy ich non-toper, np. do czytania książki, grania bądź edytowania audio-wideo, to po dwóch godzinach albo mniej bateria MacBooka Pro pada płasko, a po 3ech pada bateria Noki N8. Jednym z zasadniczych powodów dlaczego baterie kwiczą z bólu, szczególnie na smartphonach, jest podświetlanie ekranu LCD, a nawet i LED (choć, oczywiście, mniej). Naukowcy jeszcze nie stworzyli komercjalnego ekranu wyświetlającego pełną gamę kolorów, który nie musiałby być podświetlany, żeby cokolwiek było widoczne. Jeszcze. Na szczęście jeszcze w naszych czasach przyjdzie nam zobaczyć epapier, który zrewolucjonizuje wszystko.

Póki co kobieta z książeczką do Sudoku wygrywa nad moją telefoniczną aplikacją Sudoku.

Wracając do pornusów. W miarę niedawno otwarty sklep komputerowy na Dublin Airport ma jak to na lotniskach niestety bywa, wysokie ceny. Przynajmniej można wziąć w dłonie iPada i przekonać się na własnej skórze, że szału nie robi jak już się wcześniej zostało połechtanym urządzeniem dotykowym. Wrrrrr. Wrrrruuuum. Klikam na Safari, chcąc sprawdzić reklamowaną przyjemność surfowaniu w cudnoszybki sposób w sieci. A tu pokazuje się strona, którą ktoś próbował otworzyć przede mną. A raczej komunikat, dotyczący tej strony: PRZYKRO NAM, ALE NIE MOŻEMY OTWORZYĆ TWEJ STRONY www.pornhub.com, GDYŻ COŚ NAM MÓWI, IŻ ZAWIERA ONA TREŚCI O NATURZE PORNOGRAFICZNEJ, KTÓRE MUSIM BLOKOWAĆ. HA! - pomyślałem - nie jestem sam.

Tymczasem lot trwa spokojnie. Blondzia wciąż rozwiązuje sudoku delektując się kawunią, po której nie będzie musiała biec natychmiastowo do WC, gdyż nie ma moczopędu. Kobieta z tyłu męczy synka matematyką. Tak, Krzyś, który nie mógł wcześniej przełknąć (lub nie chciał), odpowiada jak z nuty na pytania ile jest 15 x 15? Biedne dziecko nieświadome, iż w niedzielę Bóg kazał odpoczywać. Ło, Jezzu!

Głodzina 15:35ha.

Siakiś Pan Kulturalny kupił sobie 330ml puszki Heinekena zamiast chlać ukradkiem Leszka. Dziewczyna z lotniskowego baru rozcięła nierzeźnickim nożem opakowanie mojej dopiero co kupionej uniwersalnej zapasowej telefonicznej ładowarki, kiedy spytałem ją, czy ma pożyczyć nożyczki? W latach 90tych poszedłem do Złotowskiego Domu Kultury, gdzie spytałem, czy zostały im się jakieś plakaty, które mógłbym dostać? Zaprowadziła mnie do małego pokoju, gdzie było pozwijanych razem kilkaset plakatów. Powiedziała, żebym brał jak coś mi się podoba. Kiedy w latach nie połączonych w jedną dwóch bibliotek publicznych spytałem panią bibliotekarkę, co się stało z działem komiksowym zeszła za zaplecze i dała mi to, co się zostało. Gatunek ludzki nie jest tak do końca schamiony.

Naiwne, bo młode, małżeństwo obok mnie rzuciło się na zdrapkę Ryanaira widząc tuż tuż Majorkę, która po zdrapaniu całości okazała się być fatamorganą.

Bydgoszcz, nie moje miasto. Autobus na dworzec już stało 1830ha, na 10 minut przed czasem. W szczelnie zamkniętym pojeździe wąsaty kierowca żuł kojąco kanapkę popijając siorbakiem. Pół godziny z Lotniska w Bydzi, które się pewnie jakoś nazywa na dworzec PKP kosztował 2.60 PLN. 2x 1.30. Skasowałem tylko jeden z nich, więc rozumiem, że drugi wciąż mogę wykorzystać? Nie mogłem się doszukać 60 groszy wśród moich polskich pieniędzy, bo takie małe. Nie dziwnego, że 67% Polaków cierpi na wadę wzroku i pije.

Bydgoszcz, ach - wspomnienia! Nieżyjąca ciotka w której mieszkaniu nie mogłem się przespać w trakcie dwudniowych egzaminów na filologię angielską, Asia z tatą sprzedającym tony piasku od rana w drodze do pracy oraz Monika, którą kac zapodział. No i dworzec. Brutalny. Bury. Tykalny przez Świętego Żula Mikołaja - postaci zawdzięczającej swą kolorowość dwulitrowej butelce moczopodobnego płynu trzymanej pod ramieniem. Betonowy dworzec z księgarniopodobnym tworem wypełnionym monitoringowym wzrokiem ekspedientki na twych plecach. Styczniowy chłód. Uśmiech nastolatka To kiedy przyjedziecie? Dziś? Jutro?, nastolatka, którego nadzieję złamała odpowiedź Jutro.


Pociąg z Bydzi do Piły okazał się być wypełniony ciepłem. Dosłownie i w przenośni. Przewozy regionalne nadrabiają doznania estetyczne doznawane w wagonach temperaturą. Chłopak opuścił dziewczynę nim pociąg ruszył, dziewczyna się zawiesiła na telefonie trajkocząc cały czas o tym, że zmęczona pracą, że w środę Magda przyjeżdża i ona ją zabiera na zrobienie tatuażu, hahahaha - chichocząc co chwila - i o tym, że na Woodstock trzeba się wybrać. Serdeczne przywitanie konduktora słowami Dobry wieczór! Bileciki do kontroli. spotkało się z oralnym brakiem odzewu. Laptopa nie wyciągnąłem w przedziale, bo się bałem, poza tym i tak zbyt telepało.

2035ha

niedziela, 30 stycznia 2011

Magiczny czerwony plecak i flashback.

MADE FRESH TODAY FROM DELICIOUS, TASTY, OH-MY-GOD THAT'S-SO-NICE INGREDIENTS - głosiły słowa na opakowaniu kanapki zakupionej na stacji benzynowej. Zawartość nijak miała się do wydrukowanych oszczerstw - dwa suche kawałki białego chleba tostowego z łaski wrzuconym plasterkiem sera wątpliwej jakości. Znacie ten znaczek na serze, który informuje, że wegetarianie również mogą go spożywać (czyli, że ser nie jest ubity ze świniaka)? Jestem przekonany, że w mojej kanapce takowego nie było. Jadło się to jak oponę. Gdyby jeszcze opona była przeszmuglowana przez granicę z upchaną w jej wnętrzu przemieloną na proszek przez miażdżenie marihuaną, to może nie byłoby tak drętwo. Ale to nie była niestety taka opona smaku. Opis kończył się nieszczerym THAT'S BETTER. Owe hasło pasowałoby w rowie podczas II Wojny Światowej, kiedy jedyną alternatywą dla rannego i opuszczonego, wykrwawiającego się, a na domar złego głodnego żołnierza byłoby tylko błoto z trawą do wypełnienia żołądka. 

Dlaczego, czemuż to nie przygotowałem sobie kanapek do wzięcia w cudowną podróż do Polski? Prosta odpowiedź: zapomniałem. A kiedy już sobie przypomniałem to było - jak to zwykła mawiać Joe, moja była menadżerka w pierwszej pracy w Irlandii, której złożę hołd w komiksie poniekąd autobiograficznym Herr Zeba: SKLEP - za późno. W taki oto sposób wylądowałem biegnąc pospiesznie w autobusie jadącym 2 godziny bez korków niedzielnym porankiem na lotnisko w Dublinie. Towarzyszkami mej podróży była kanapka z serem € 2.99 oraz kanapka z serem & szynką (szaleństwo) € 3.49. W supermarketach gotowe kanapki kosztują podobnie, ale przynajmniej są smaczne.

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie, do diaska! Łukasz Walentyn - to uświadomiony flashback, być może powtórzony lepiej jak to z prawdziwymi flashbackami już bywa - rzucił raz kamieniem w Pawła Końca. Było to te piękne czasy kiedy podstawówka ciągła się 8 lat i kiedy nie znało się słów typu jabane, gdyż było się zbyt młodym na takie słowa. Stało się to w środku blokowiska małego miasta, miasta, w którym przyszło mi spędzić pierwsze 2 dekady dźwigania krzyża na plecach w męczarniach życia. Dzieci mogą być brutalne. Kiedy mają ponad 10 lat zdarza się tak, że są. Łukasz Walentyn, którego brat zmarł jakoś w tym samym okresie co może aczkolwiek raczej nic nie ma wspólnego z opisywanym tu incydentem, wziął kamień duży jak pięść i rzucił nim w Pawła Końca. Trafił go prosto w usta, co możemy sobie wyobrazić, bolało. Bolało nawet gdy jego sławne nazwisko  pojawiało się na napisach po filmie. W obliczu tego przejawu przemocy nie współczułem nie w ząb Łukaszowi, kiedy naśmiewano się z jego nazwiska w tym wrażliwym dniu dla samotnych jakim są walentynki. 

Kto lubi się pakować niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Nie, nie we mnie i nie w Pawła, lecz w psa, który bezczelnie bezustannie ujada japą. Za bagaż podręczny w najtańszych liniach konserwowych Ryanair nie trzeba płacić. Za wszystko inne tak, wliczając powietrze. Bagaż może mieć maksymalne wymiary 55x40x20cm. Mój jedyny a zarazem ulubiony czerwony plecak mierzy mniej, więc jest prawie idealny. Gdyby mierzył dokładnie 55x40x20cm byłby idealny a cała wydzielona mi przez Ryanair przestrzeń zostałaby wykorzystana to ostatniego milimetra. Jednak bardzo trudno jest znaleźć plecak z dokładnie takimi wymiarami. Znalazłem plecak firmy Belkin, którego wysokość w szafę gra - 55 cm, jednak nie będę bulił € 53.99, żeby mieć ekstra 5 centymetrów. Bagaż podręczny może mieć maksymalnie 10kg, co niektórzy uważają za chamstwo. Ci, którzy tak uważają powinni zakupić bilet u innego przewoźnika, bilet pewnie będzie 3x droższy, ale waga bagażu podręcznego będzie stosunkowo większa. Kupowanie małej walizki na kółkach z wyciąganą rączką odpada, bo sama walizka by ważyła ponad 2,5kg, a taki czerwony magiczny pleczek pewnie nie waży z jednego kilo.

 Zmieszczenie się w taką małą przestrzeń wydawać by się mogło prostą i szybką sprawą dla mężczyzny, który nie musi podróżować z całą swoją garderobą. Mimo to zeszło chyba z półtorej godziny nim dało się wszystko upchać zorganizowanie razem. Czy zastanawiasz się czasami, drogi Oggowniku, coż też obcy ludzie mają przy sobie? Sam wiesz, co masz. To, czego potrzebujesz. A co mają inni? Czego oni potrzebują? Co ta atrakcyjna blondynka w białych rajstopach ma w torebce? Cóż ten 50-letni amant ma w portfelu? Czym ten czosnek ma tak wypchaną kieszeń? Co też ten koleś stukający w klawiaturę laptopa ma w czerwonym plecaku? Nie ręczę za innych, ale wiem co jest w plecaku: mała papierowa torba z ubraniami, bielizną i czepkiem, żadnych fetyszy, piórnik z kablami, ładowarkami i kilkoma badziewiami, tuba, a w tubie 5 mych ostatnich kartek A3 do rysowania, aparat fotograficzny ze statywem, książka do nauki włoskiego oraz powieść Johna Wyndham'a "Dzień tryfidów" (15min zeszło na szukanie odpowiedniej książki na podróż), zeszyt, paszport, martwy przedmiot uwielbienia: MacBook Pro oraz dwie zajebiste kanapki. Właściwie to jedna już zjedzona. Wstyd mi pisać o husteczkach myjących do podcierania oraz dwóch suchych panini, które nie zdążyłem niczym przełożyć.

Pieniądze zaś poupychane są w różnych miejscach aby nie zostać całkowicie spłukanym po ataku złodzieja, który czyha tuż tuż.

Nie wiemy jeszcze nic o celu podróży, o stopniu wyalienowania, a przede wszystkim o herbatce u nieznajomych. A wszytko to już w następnym odcinku obyczajowego dramatycznego wyświechtanego OGGa. Jak zwykle... niedłuuuuuuugo!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Apetyt na zdrowie.

Czy jest coś bardziej kojącego kiedy zasypiasz niż darcie się tuż za szybą z bibuły kocich jap w deszczową noc przemijającą z chlustającym wiatrem? Oczywiście, że jest: podwójna tęcza.

Podwójna tęcza uchwycona tuż przed zniknięciem. Kliknij śmiało na
zdjęciu aby ujrzeć je w dużej rozdzielczości, czyli lepszej jakości. Bo nie
ma to jak jakość, szczególnie, kiedy nie jesteś ślepy jak kret i twój ekran ma
większą rozdzielczość niż 640x460.


Dzisiaj sam Szatan mi włożył.

Dzisiaj sam Szatan włożył dwie butelki piwa na wydzieloną mi półkę w lodówce dzielonej przez cztery osoby, z których jedna wspanialsza od drugiej. W tym celu Szatan przybrał postać Pawła, najwspanialszego lokatora, z jakim przyszło mi mieszkać. Nie udała się jednak pokusa, gdyż nie rzuciłem się łapczywie i nie wytrąbiłem obu butelek na raz. Miło jednak wiedzieć, że próbował. Choć komuś na mnie zależy. Znaczy... raczej zależy mu najbardziej na mojej duszy, jednak jest ona ze mną złączona, więc wciąż miło. I czy to nie wspaniałe wiedzieć, że jesteś wart nie jedno, nie trzy, ale dokładnie dwa piwa? Lidla ma po raz kolejny dwa Tyskie za 3 euro.

Gdyby Paweł nie był opętany przez Szatana pewnie sam z siebie nie podarowałby mi tych dwóch piw wiedząc, iż podczas jego nieobecności zrobiłem kupę w jego pokoju. Pewnie nie. Dla obrony powiem, że kupa była w łazience w pokoju zrobiona albowiem hu hu ha zima zła zamroziła wodę w rurach i nie było czym spuszczać numerów dwa. Nie powiem, odczułem pewną satysfakcję.

Naprawdę nie jest prosto pisać OGGa o tej porze. O wczesnej go nie piszę, gdyż wczesna pora, pora energii, zarezerwowana jest na rysowanie komiksu, który ślamazarnie, ale posuwa się do przodu. Dlatego też będę kończył, lecz zakończę z klasą: delektując Was, drodzy Czytelnicy których da się zliczyć na palcach, delektując Was obrazami żywcem wyjętymi z rysunków Świadków Jehowy, tak, tych co raj pokazują. Najlepsze na świecie estetyczne doznania. Doznania te zostały zafundowane przez lokatorkę Agnieszkomartę oraz jej dewizę, że mięsa trzeba jeść dużo, dużo, DUŻO, żeby być zdrowym i silnym.

Oto one:

- Ten rosół ja wyrzucę - powiedział chłopak Agomarty dobrotliwym tonem.
- Nie! - krzyknęła dziko uczona przez Jezusa, że jedzenia się NIGDY nie marnuje - ja zjem.
To nic, że rosół już 5ty dzień spoczywa w garnku,
bo jak dobrze wiemy, na przeziębienie rosołek najlepszy!



Pychota. Palce lizać. Aż się ma ochotę chwycić za tą łychę i wcinać! KLIKNIJ
dobry człeku, by z bliska nacieszyć się rosołkiem, który nigdy się nie psuje.
MNIAM! - powiedział w zachwycie Jamie Oliver.

Jak powszechnie wiadomo, najlepsze mięso to te genetycznie modyfikowane,
a jak jest na przecenie, to jeszcze lepiej! Takie badziewiarskie filmy jak FOOD, INC. to
tylko propaganda tych, co wytwarzają organiczne drogie żarcie.

Kupujesz panie takie w Lidlu, rozmrażasz, potem do piekarnika na pół godziny
i wyjmujesz, panie, pieczone skrzydełka, że palce lizać, panie! To, że w domu cuchnie
zdechłym psem, to zbieg okoliczności.

wtorek, 11 stycznia 2011

Batman

Podczas Kilkenny Arts Festival 2010 największą popularnością cieszyły się moje komiksowe portrety na zamówienie. Wyszły mi kiepsko. Ogólnie była rozpacz i nikt nie chciał nic kupować, nawet mojego Batmana, którego naszkicowałem raz dwa i obrysowałem pędzlem moczonym w tuszu.

Ładna dziewczyna zainteresowała się tym rysunkiem, choć nie na tyle, żeby kupić. Wróciła drugi raz, żeby pokazać znajomym i zrobić zdjęcie. Do dziś dnia żałuję, żem jej tego po prostu nie dał. Teraz się tylko marnuje.


Mądrość z tego taka, że czasem trzeba być impulsywnym. Jak wtedy kiedy jesteś kobietą i ci żal na płaszcz na wysprzedaży, bo nie masz pieniędzy, a na drugi dzień ktoś już go kupił. Oczywiście trzeba umieć odróżnić pozytywną impulsywność od negatywnej. Negatywna to na przykład kradzenie w sklepie nożyków do golarki (bo drogie), butelki wina (boś spłukany alkoholik) albo iście po pijaku do łóżka z kobietą, która na trzeźwo nie wygląda już tak zajebiście. No i zrobienie z nią dziecka.

OGG Lite 3 schodzi na PSY.

- Otwórzcie te drzwi do chuja wafla! - wrzasnął Krzysztof Krawczyk - Ile tu, kurwa, jeszcze mamy czekać?! Ja chcę kurwa lecieć już!!!

Na te rzucanie mięsem ludzie reagowali uśmieszkiem wyrażającym lekkie zawstydzenie. Pomimo tego, że zbyt głośno, Krzysztof wyrażał jednak uczucia wszystkich, którzy tak samo jak on czekali w kolejce na lot do Poznania liniami Ryanair dnia 23 grudnia roku 2010.

Ponieważ po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat w Irlandii - gdzie Pan Krawczyk odwiedzał krewnych (m.in. Babcię Zgryzeldę, która to nawiasem mówiąc nauczyła go śpiewać) - spadł śnieg, życie zamieniło się w koszmar dla tubylców. Drogi zostały zasypane 9cio centymetrową warstwą śniegu, lotniska zostały sparaliżowane, a na przedmieściu ktoś ulepił kutasa zamiast bałwana. Horror. Horror!

Odlot miał nastąpić przy bramce numer 666, lecz wielokrotnie zniecierpliwiony Krzysztof Krawczyk oraz tłum mamiony był monitorami, które podawały inny numer bramki. Trzeba było się przemieszczać. Po godzinie łażenia od bramki do bramki, Pan Krzysztof dostał swoje zasłużone za męki piwo. Obok niego pozbawiony jakiegokolwiek bagażu, ubrany w cienką kurtkę (jak na jak zwykle delikatną polską zimę o plusowych temperaturach przystało) młodzieniec podrygiwał tanecznym krokiem bezustannie wywołując nową falę uśmieszków. Przeskakiwał z nogi na nogę zgarbiony i obracał tułowiem rozmawiając przez telefon ze swoją amfetaminową siostrą.

Cóż... klienci się niecierpliwili.

Wreszcie drzwi otwarto i kolejka priorytetowa dała się wpierw zapuszkować. A potem reszta śmiertelników, której nie zależało, żeby być pierwszymi w metalowej śmierci. Jak powszechnie wiadomo, w żółtych samolotach Ryanair nie ma przestrzeni na kolana, więc każdy musiał się ścisnąć i szczęśliwi byli ci, którzy umieli siadać po turecku. Wszyscy rozsiedli się niewygodnie i nie odprężyli. Niestety! Niepiękna stewardesa nie mogła odetchnąć z ulgą, gdyż na końcu samolotu ktoś robił zgiełk. Był to Krzysztof Krawczyk, szczęśliwy od ucha do ucha, że zaraz odleci.

- Ladies and gentlemen, we would like to remind you that smoking is prohibited on the airplane. Also please restrain yourselves from consuming alcohol beverages. - powiedziała przez intercom.

Pan Krawczyk pociągnął bucha papierosa marki "Mocne" i pociągnął łyk piwa "Lech" po czym spytał kola obok, co ta baba tam plecie po angielsku?

Zaczęło śnieżyć na całego. Pas odlotów został zamknięty na trzy godziny, lecz ludzie wciąż mieli nadzieję w sercach przez dokładnie 15 minut, po których Pan Pilot poinformował, iż lot został odwołany ze względu na Dziadka Mroza. Pasażerowie opuścili ze łzami samolot i dało się słyszeć gdzieś unoszoną przez wiatr piosenkę:

A bywa tak i tak.
Nie zawsze się w życiu szczęście się ma!


W obliczu zaistniałej sytuacji Krzysztof Krawczyk musiał zostać w Irlandii i spędził święta w samotności słuchając swoich Złotych Przebojów. Miał propozycję od Beaty Kozidrak, która tak się złożyło, była w County Kerry buszując wśród kóz, żeby spędzić z nią Wigilię, lecz żyłka mu w oku pękła i przeszedł załamanie nerwowe.

W Sylwestra nikt nie chciał słyszeć, jak pięknie śpiewa, więc odizolował się w kącie tuż przy WC i zajął się wydzielaniem papieru toaletowego potrzebującym. O północy pocałował piękną kobietę i wypił kieliszek szampana ciesząc się, że nie siedzi teraz w swej ponurej noże słuchając "Rysunku na szkle".

środa, 5 stycznia 2011

OGG Lite 2 - Łechtanie.



Kazik pisze lepsze teraz lepsze teksty. Ale jak był młody to też na papierze toaletowym się twórczo wypacał. Każdy musi gdzieś zacząć.

wtorek, 4 stycznia 2011

ZUF i PKL

Zaczynam w końcu rozumieć politykę... albo lepiej: bycie politykiem. Wystarczy dużo się kłócić i być upartym jak osioł. Czasami można też mieć (choć nie trzeba) oryginalną myśl i próbować przemienić ją w ustawę. Potem trzeba się jeszcze więcej wykłócać, żeby uchwalono tą ustawę, a kiedy się uda, to cała Rzeczpospolita Polska będzie musiała się podporządkować mojej oryginalnej myśli. Bo polityk ma władzę. Ustanowiłbym więc ZUF - Zakład Ubezpieczeń Fajowych - alternatywę dla niefajnego ZUS-a.

Oszczędzasz, pieniądze są inwestowane. Masz gwarancję, że na starość nie będziesz głodem przymierał i że żadna nowa reforma ci twoich własnych pieniędzy nie odbierze. I na rencie będzie cię stać na wakacje za granicą choć raz do roku. Za granicą, a nie w Ośrodku Wypoczynkowym Ursus. I od wysokości twej rentoemerytury nikt już drugi raz podatku potrącać nie będzie. Bo po co?

Ustawa by przeszła (bo to by była fajna ustawa). Ustanowiłbym rżąc głośno przekrzykując wszystkich w Sejmie reformę PKP i stworzyłbym PKL - Polskie Koleje Latające. Nie dość, że do toalet w wagonach nikt nie bałby się wejść, to na peronie byłoby czytelnie widać, że mój pociąg przyleci na peron 3 za 13 minut i świecące wielkie strzałki unoszące się w powietrzu pokazywałby mi jak tam dojść. A nie tak jak teraz, stoisz marznąć (czy lato czy zima, po stacje kolejowe zawsze chłodem powiewają) i biegasz tam i z powrotem rozglądając się nerwowo wypatrując jakiejś, choć małej, tak z łaski, informacji o tym gdzie powinieneś się udać, aby odnaleźć swój peron a co za tym idzie być może i pociąg.

- A ten, to do Poznania jedzie?
- A panie, a skąd ja mom widzieć? Idź pan, przeszkadza  mi pan w jedzeniu pysznej zapiekanki, a ja głodna jestem. Udka mi się już skończyły.
- Przepraszam, ten jedzie do Poznania?
- Kurwa, chuj wie! Nie widzisz, że Lecha so próbuję spokojnie spijać w tym i tak już wąski korytarzu? Kurwa. Ważne że jedzie, nie ważne gdzie.

Latające wagony PKL wyposażone by były w darmowy internet wi-fi, żebyś z nudów nie umarł i żeby być lepszym od konkurencji.

Nie mówiąc już o tym, że bilety na PKL mógłbyś sobie kupić w zaciszu własnego domu (lub telefonu komórkowego) w ciągu dwóch minut, zaplanować całą podróż i jeszcze dostać 20% rabatu za zakup online. A jeśli jakimś cudem by ci net odcięli i musiałbyś zakupić bilet po staroświecku na stacji, to pani w okienku nie byłaby grubym opryskliwym bękartem z jedną ręką tłustą od rosołu a drugą trzymającą przygaszoną pojarę, na którą musisz czekać w kilometrowej kolejce, żeby cię obsłużyła i jak już wreszcie dotrzesz do niej mając dwie minuty na odjazd, to pani z miłości nie do świata czy narodu, lecz z miłości do ciebie, zamyka okienko i idzie wypalić szluga do końca.

@templatesyard