listopada 2010 - OGG

czwartek, 25 listopada 2010

Prochy na całe zło.
Nieśmieszny komik w radiu  u fryzjera przyznał, że nie pił od ponad siedmiu lat. Jednak idąc z żoną brzegiem morza wśród odwiecznego szumu fal usłyszał od niej, że wolała go, kiedy pił. Wtedy był jeszcze do zniesienia. Teraz jest wrzodem na dupie, a jak wiemy wrzód na dupie to nic śmiesznego i nie ma się komu zwierzyć. Po tym zdarzeniu powrócił do picia. To nie był żart komedianta, gdyż rozmowa miała poważny ton. Przeważnie pije 2, 3 drinki. Czasami więcej, ale potrafi też cieszyć się z jednego. Smakuje mu piwko i znajduje upodobanie w piciu.

Lekcja z tego płynąca jest oczywista: dobrze jest chodzić do fryzjera. Jak polosujesz, zrobi ci fryzurę uderzająco podobną do tej ze zdjęciem piłkarza, którą mu wcześniej pokazałeś za wzór. Przypadkiem mogą też ci się obić o uszy doświadczenia życiowe innej ludzkiej istoty, tak, bo są inne ludzkie istoty dookoła oprócz ciebie. Pracują ciężko bądź obijają się lekko, potrącają cię bezczelnie na ulicy bądź mierzą cię skrytym pożądającym wzrokiem nieforemnej kobiety z wąsem w supermarkecie. Jeśli nie wiesz, jak taki wzrok wygląda, to jesteś dzieckiem szczęścia. Tak, tak, nie jesteśmy sami na świecie. Można wyciągnąć dobrą lekcję z doświadczeń kogoś innego, co oszczędzi nam przechodzenia przez to same bagno. Najczęściej jednak ignorujemy mądre lekcje i brniemy po uszy we własnym szambie.

Póki co nie chce mi się pić alkoholu. Pewnie nie dziś ani nie jutro, ale może za kilka miesięcy, lat bądź dekad okoliczności losu sprawią, że znowu zachce mi się chlać. Zalać robaka. Urżnąć się w trzy dupy żeby film mi się urwał. Żebym mógł pisać pijackie komentarze bądź smsy bądź snuć wir kaszko-mannowych myśli przed wschodem słońca. Kiedy tak się stanie, mam nadzieję, że przypomnę sobie tą wizytę u fryzjera na el, o, mam - u Laurusa i co usłyszałem w radiu, odłożę drinka i napiję się wody.

Palić nie będę. Palić mi się nie zachce.

Książka doktora Amena wystarczyła na miesiąc, co uważam za sukces - miesiąc jogurtów, organicznych warzyw, oleju rybnego, itp. Dzięki tej książce wiem, co robię źle, ale się aż tak nie przejmuję. Od prawie dwóch miesięcy nie żarłem frytek (no, raz, i to tylko kilka, a nie tak, żeby brzuchol bolał pół nocy) ani pizzy. A zwykłem być ich niewolnikiem od dzieciństwa umilanym trzema obiadami podwójnych porcji najlepszych domowych frytek w tygodniu. Jednak powoli wracam do jedzenia słodyczy, słodyczy, na które patrzyłem ostatnimi czasy z pogardą. Wczoraj kupiłem beznadziejną lidlowską selekcję ciasteczek (tych dobrych były tylko po dwa, reszty przynajmniej po 5 sztuk) i zżarłem połowę obrócony plecami do miski z owocami. Dzisiaj rano zżarłem resztę. Zostawiłem trochę, bo opamiętałem się pod koniec. Czy czuję kurwa żal? Lekki, ale nie będę sobie pluł w brodę.

Nie jestem Ciasteczkowym Potworem.

Poza tym intensywnie pływałem przez pół godziny na basenie, więc odkupiłem swe winy.

Człowiek nie jara, nie chleje, nie ćpa, to co mu pozostaje? Leki bez recepty i dobra herbatka! Zielona, zielona o różnych smakach, biała i te takie zdrowotne. Zestaw tablet popijanych 3 mocnymi napojami (kawa bądź zwykła herbata) dziennie, to to, czego tak potrzebujemy w te długie zimowe ponure dni pełne czychających na nasze płoche umysły szpony deprechy. Składnia?

Omega 3 - Fish Oil - na mózg, Ginseng - na brak energii, kamityna na lepsze spalanie tłuszczu (choć nie jest to do końca udowodnione, ale w coś trzeba wierzyć), witaminki B nie trzeba tłumaczyć, są po to, by nie czuć się be no i Quiet Life - 2 tabletki trzy razy dziennie na wkurwa. Zawierają naturalne wyciągi z jaj hipopotama. 

Chuj wie, czy to całe jebane gówno cokolwiek daje.

środa, 17 listopada 2010

Bezseeność i bezrobocie.
Kobieta we śnie miała proste rozwiązanie na buty których sznurówki ciągle się rozwiązują. Gdy spytałem jej, czy mogłaby się podzielić swą wiedzą spojrzała na mnie pobłażliwie. Zastanawiałem się, czy powie, żebym wyprał owe sznurówki nowe w pralce dzięki czemu nabiorą cudownych właściwości nierozwiązywania się. Pełen nadziei patrzyłem jak otwiera usta, lecz nim zdołała się zwierzyć jej czaszkę przedziurawiła na wylot rzeczywistość. I nie było już ani kobiety ani snu.

Śnienie jest równie ważne jak spożywanie kromy chleba ze skwarkami w sobotnie popołudnie. Jest naszą potrzebą fizjologiczną. Niestety często można się walnąć na łóżko, po krótkim pogmeraniu resztką sił w podłączony do tłustej sieci pseudo konstruktywnego życia laptop, zamknąć oczy i czekać na sen. Po 15stu minutach należy je otworzyć aby móc spojrzeć prawdzie w oczy: pomimo zmęczenia i późnej godziny, wybawienie od szarej rzeczywistości nie nadejdzie w najbliższym czasie.

Zamiast niego jak zawsze wita ochoczo przypadłość dręcząca miliony ludzi na świecie - myślonatłok. Myślonatłok objawia się tym, iż w naszej głowie kłębią się coraz czarniejsze i gęstsze chmury przykrych i smutnych myśli. Wizje przyszłości skąpane w błocie i pocie wysiłku, umęczenia i czeluści węgla kopalnego. Stres. Powinno się zasypiać z uśmiechem na japie wyobrażając sobie, że się lata wśród pól pełnych nagich kobiet różnej narodowości albo że się zabija w zwolnionym tempie swych wrogów wyciągając im kręgosłup przez klatkę piersiową lub też w wersji darmowej, czyli lite, mówi się im, że nigdy ich nie lubiliśmy i usunęliśmy ich z facebuka. Szczęśliwi ci, którzy nie padają ofiarą myślonatłoku.

Czasami zaś nie można zasnąć z bardziej oczywistych, przyziemnych powodów. A to sąsiad o 2.30 w sobotnią noc postanawia zadzwonić do kolegi, bo jeszcze się dość na napił i donośnym głosem, w razie, gdyby ten kolega go nie słyszał, upewnia się trzy razy, że spotkają się przy cepeenie za 15 minut. No i gdzie lepsze miejsce na taką krótką lecz jakże treściwą rozmowę, jak nie przed domem? Tego typu niebezpieczeństwo czyhające na sen nie musi być wcale zewnętrzne. Ba! Może być jak najbardziej wewnętrzne: sąsiadko-współlokatorka za papierową ścianą pełną łez może gościć miłość swego życia przez weekend. Miłość ta może wpaść na genialny pomysł udzielenia jej lekcji angielskiego o 23:30h, kiedy to każdy normalny samotny kawaler odcinający przerdzewiałymi nożyczkami więzi z resztką przyjaciół trzymające się na cienkiej nitce chodzi już spać. Nie przykro mi rozczarować Kochanego Czytelnika, lecz "lekcja angielskiego" nie jest wcale szyfrem na dziki seks, jest to po prostu lekcja angielskiego. Do lekcji potrzebna jest płyta CD, która z głośnika harczy majestatycznie MASHED POTATOES i jeszcze raz, wolno, żeby na pewno załapać: MAAASHEDDD POOOTAAAATOOOOESSSS - sekunda dla ciebie, żeby zorientować się, że wróżka w białych pączoszkach machająca do ciebie zawadiacko różdżką już odlatuje, ale bez ciebie - ZIEMNIAKI PUREE. Każdy przezorny i ubezpieczony wyciągnie dwie pomarańczowe zatyczki do uszu, wetka je sobie gdzie trzeba i pomimo nieprzyjemnego uczucia, że ktoś ci ucho dusi, spróbuje dogonić Wróżkę Zboczuszkę.

Trzeci wróg snu. Zmęczony po ciężkim dniu pracy bądź nieróbstwa wracasz do domu, próbujesz coś zrobić, bo masz jeszcze tyle na głowie, ale nic się nie klei, więc ucinasz sobie dwugodzinną drzemkę kosztem zaśnięcia o normalnej porze wieczorem. To spotkało mnie dzisiaj.

A teraz cofnijmy się w czasie, dzięki temu prędzej wrócimy do śnienia. Człowiek ma oczy to patrzy. Ma mózg, to myśli. Łączy te dwie rzeczy i zauważa. Niedaleko mego wypasionego osiedla pełnego szczęśliwych Polaków mówiących finezyjnie poprawną polszczyzną jest B&B gdzie umęczone duszyczki mogą się przespać i dostać nad ranem tłuste śniadanie. Przez długi czas mieli obskurny szyld powiewający na zewnątrz. Ilekroć przechodziłem obok, myślałem sobie, że najwyższy czas, żeby go zmienili. W końcu taki szyld jest reklamą biznesu, jeśli masz obskurny szyld, to i pewnie biznes podobny. Materac może mieć kujące w plecy sprężyny, a tłuste śniadanie może być o jedną parówkę za tłuste. Widać właściciele czytają w myślach, bo po długim czasie oczom mym ukazał się zupełnie nowy, no, z brak lepszego słowa, szyld - czerwony, świeży, z narysowanymi 4ema czy 5cioma gwiazdkami i zachwalający iż B&B o którym mowa, zdobył nagrodę Taboretu z Brązu. Pomyślałem sobie, no, no! Postęp. Minęło jeszcze więcej czasu i tak znowu przechodząc obok wyobraziłem sobie, co by to było, gdyby ktoś na tej ich tablicy (tu słownik synonimów aby nie powtarzać słowa SZYLD) narysował czarnym grubym flamastrem kutasa? Pewnie by się wkurwili ci właściciele. Kilka dni po tej złotej myśli wracam do domu wietrzną porą. Zmierzcha. Patrzę, a tu:

 Tak bardzo wiało, że im wywieszkę zrzuciło na chodnik. Zaśmiałem się szaleńczo, rozejrzałem do okoła (szukając właścicieli pogrążonych we łzach) i poszedłem dalej.

Kilka godzin wcześniej, około 16stej na drodze do domu (wszystkie drogi prowadzą do domu) szła przede mną dziewczyna. Szła, to źle powiedziane. Toczyła się. Ktoś kiedyś zauważył, że grubasy śmiesznie chodzą. Niestety zdjęcie chodu nie oddaje, ale przynajmniej daje lekki zarys ich świata. Człowiek się głowi jak narysować jakąś śmieszną postać, kombinuje nad przerysowanymi kształtami, a potem w prawdziwym świecie NAGLE! w oczy mu kole:


Takie młode dziecko, a tak ogrubione. Jeśli się nie boisz, kliknij i powiększ. Jedno jest pewne, to na pewno nie zasili ani jednej strony ze zdjęciami uczennic. OGG jest inny.

Aby w pełni doświadczyć następną sytuację, radzim włączyć sobie w tle ścieżkę dźwiękową uzupełniającą poniższe zdjęcie:
       

 Stety  niestety dzisiaj miałem podpis. Jeśli chcesz dostawać od rządu pieniądze za całe lata twej wcześniejszej krwawizny, musisz też czasami dać coś od siebie. Jak np. podpis.  Żeby wiedzieli, że wciąż jesteś w kraju. Kiedyś zasiłek można było otrzymywać bezpośrednio na konto bankowe, więc wiara siedziała sobie w Polsce bądź innym kraju ich pochodzenia jak królowie przy € 204 tygodniowo i raz na miesiąc z łaski zlatywała samolotami aby złożyć szlachecki podpis. Trochę to zajęło, ale Socjal się wreszcie zorientował i teraz można odbierać mamonę jedynie osobiście na poczcie. Osobiście bez legitymowania.


Socjal nie jest miłym miejscem, szczególnie w dzień podpisu. Dzisiaj budynek był szczególnie zatłoczony. Samo stanie w kolejce nie jest takie złe, ale dodaj do tego śmierdzące ciała brudasów przesiąkniętych stęchłym dymem tytoniowym gadających zmulonymi głosami o tym, jak wczoraj wódkę pili. Myślałem, że się tam uduszę. Oprócz oczywistego faktu bycia na zasiłku, staram się nie stać jednym z nich, więc myję się, golę i próbuję nie zapuszczać umysłu. Choć może się łudzę, w końcu jak raz cię użre bezrobotne zombie to koniec!

środa, 10 listopada 2010

Pogoda na zabój.
Widzicie tą KAPKĘ deszczu na moim widgecie pogodowym? To dlatego Irlandia jest taka zielona.
 



Choć zdjęcie tak tego nie uchwyca kupiłem so' Nokię N8 na którą mnie nie stać - taką samą, którą ma Dexter od 5tego sezonu. Wbrew sobie nie zdjąłem foli chroniącej ekran ani foli z tyłu (chroniącej 12px aparat). No i używać nie mogę, bo wpierw muszę przez noc ładować po raz pierwszy.

To mój gwiazdkowy prezent. Sam se zrobiłem. Jeszcze tylko zabiję psa sąsiadów, tego co tak wyje to stanę się taką niedorobioną europejską wersją Dextera Morgana.

sobota, 6 listopada 2010

Kopatronik.

Znowu bolała mnie głowa.

Dlatego wziąłem dwie czerwone pigułki. Tak, przenoszą do innego świata, lekko przytłumionego lecz przynajmniej mniej bolesnego. Podejmując temat tytułu "Kopatronik" należy krótko wyjaśnić, iż jest to KOP w sam środek dłużących się coraz bardziej i częściej przerw w OGGowaniu. Kopatronik nie załata całej dziury niepisania, lecz przynajmniej spróbuje ją lekko zakryć. O, to się nadaje w sam raz na łatę:

Spisanie kilku myśli zajmuje sporo czasu, przeważnie w granicach od pół godziny do godziny. Fajnie, jak masz ochotę zrobić sobie przerwę od skrobania się tam gdzie najczęściej się skrobiesz z dala od przypadkowych ślepi i coś naskrobać publicznie, dobrze jeśli sprawia ci to przyjemność i chwała ci za obnażanie się w cyfrowym świecie przegrzanych drucianych zwojów gdzieś między zerem a jedynką.

Jeśli jednak twoja aspołeczność i twa alienacja towarzyska zaczepiają się bezlitośnie również o świat cyfrowy w którym zwykłeś utapiać resztki swej ludzkości, jeśli zwężają twe już i tak bardzo wąskotorowe myślenie, jeśli usypiają twego ducha zamieniając cię w bezduszną pustą maszynę, wtedy raczej trudno będzie o nowy post o ile będzie on w ogóle miał gdzie zaistnieć.

Fakty: D+K: Dieta - wciąż kończy 12stą stronę. Idzie jak krew z nosa, cieknie wręcz od kilku tygodni, ale najważniejsze, że posuwa się do przodu. Dalej nie pije (ponad półtora miesiąca) i dalej nie pali. Ale czy nie ma robali? Kombinuje i planuje inne rzeczy bezustannie. Jedną z nich jest reanimacja i powrót do Krzyków Wewnątrz wymierzonych w amerykański rynek nim skończy się świat, bo oczywiście skończy się w 2012, proroctwa są słuszne. Dziw, iż jeszcze się wszyscy nie ruchamy ze wszystkimi (pomijając ciebie, Mariola) i nie łazimy w tygodniowych gaciach żrąc bez sztućców. Przecież zagłada cywilizacji i anarchia jest tuż tuż. Po co zwlekać kiedy nie powstrzymasz nieuniknionego?

Nim umrzem zobaczym przyszłość, acz nie naszą, lecz naszych dzieci - Profesor Zgrzyt (1984 - 2099).

czwartek, 25 listopada 2010

Prochy na całe zło.

Nieśmieszny komik w radiu  u fryzjera przyznał, że nie pił od ponad siedmiu lat. Jednak idąc z żoną brzegiem morza wśród odwiecznego szumu fal usłyszał od niej, że wolała go, kiedy pił. Wtedy był jeszcze do zniesienia. Teraz jest wrzodem na dupie, a jak wiemy wrzód na dupie to nic śmiesznego i nie ma się komu zwierzyć. Po tym zdarzeniu powrócił do picia. To nie był żart komedianta, gdyż rozmowa miała poważny ton. Przeważnie pije 2, 3 drinki. Czasami więcej, ale potrafi też cieszyć się z jednego. Smakuje mu piwko i znajduje upodobanie w piciu.

Lekcja z tego płynąca jest oczywista: dobrze jest chodzić do fryzjera. Jak polosujesz, zrobi ci fryzurę uderzająco podobną do tej ze zdjęciem piłkarza, którą mu wcześniej pokazałeś za wzór. Przypadkiem mogą też ci się obić o uszy doświadczenia życiowe innej ludzkiej istoty, tak, bo są inne ludzkie istoty dookoła oprócz ciebie. Pracują ciężko bądź obijają się lekko, potrącają cię bezczelnie na ulicy bądź mierzą cię skrytym pożądającym wzrokiem nieforemnej kobiety z wąsem w supermarkecie. Jeśli nie wiesz, jak taki wzrok wygląda, to jesteś dzieckiem szczęścia. Tak, tak, nie jesteśmy sami na świecie. Można wyciągnąć dobrą lekcję z doświadczeń kogoś innego, co oszczędzi nam przechodzenia przez to same bagno. Najczęściej jednak ignorujemy mądre lekcje i brniemy po uszy we własnym szambie.

Póki co nie chce mi się pić alkoholu. Pewnie nie dziś ani nie jutro, ale może za kilka miesięcy, lat bądź dekad okoliczności losu sprawią, że znowu zachce mi się chlać. Zalać robaka. Urżnąć się w trzy dupy żeby film mi się urwał. Żebym mógł pisać pijackie komentarze bądź smsy bądź snuć wir kaszko-mannowych myśli przed wschodem słońca. Kiedy tak się stanie, mam nadzieję, że przypomnę sobie tą wizytę u fryzjera na el, o, mam - u Laurusa i co usłyszałem w radiu, odłożę drinka i napiję się wody.

Palić nie będę. Palić mi się nie zachce.

Książka doktora Amena wystarczyła na miesiąc, co uważam za sukces - miesiąc jogurtów, organicznych warzyw, oleju rybnego, itp. Dzięki tej książce wiem, co robię źle, ale się aż tak nie przejmuję. Od prawie dwóch miesięcy nie żarłem frytek (no, raz, i to tylko kilka, a nie tak, żeby brzuchol bolał pół nocy) ani pizzy. A zwykłem być ich niewolnikiem od dzieciństwa umilanym trzema obiadami podwójnych porcji najlepszych domowych frytek w tygodniu. Jednak powoli wracam do jedzenia słodyczy, słodyczy, na które patrzyłem ostatnimi czasy z pogardą. Wczoraj kupiłem beznadziejną lidlowską selekcję ciasteczek (tych dobrych były tylko po dwa, reszty przynajmniej po 5 sztuk) i zżarłem połowę obrócony plecami do miski z owocami. Dzisiaj rano zżarłem resztę. Zostawiłem trochę, bo opamiętałem się pod koniec. Czy czuję kurwa żal? Lekki, ale nie będę sobie pluł w brodę.

Nie jestem Ciasteczkowym Potworem.

Poza tym intensywnie pływałem przez pół godziny na basenie, więc odkupiłem swe winy.

Człowiek nie jara, nie chleje, nie ćpa, to co mu pozostaje? Leki bez recepty i dobra herbatka! Zielona, zielona o różnych smakach, biała i te takie zdrowotne. Zestaw tablet popijanych 3 mocnymi napojami (kawa bądź zwykła herbata) dziennie, to to, czego tak potrzebujemy w te długie zimowe ponure dni pełne czychających na nasze płoche umysły szpony deprechy. Składnia?

Omega 3 - Fish Oil - na mózg, Ginseng - na brak energii, kamityna na lepsze spalanie tłuszczu (choć nie jest to do końca udowodnione, ale w coś trzeba wierzyć), witaminki B nie trzeba tłumaczyć, są po to, by nie czuć się be no i Quiet Life - 2 tabletki trzy razy dziennie na wkurwa. Zawierają naturalne wyciągi z jaj hipopotama. 

Chuj wie, czy to całe jebane gówno cokolwiek daje.

środa, 17 listopada 2010

Bezseeność i bezrobocie.

Kobieta we śnie miała proste rozwiązanie na buty których sznurówki ciągle się rozwiązują. Gdy spytałem jej, czy mogłaby się podzielić swą wiedzą spojrzała na mnie pobłażliwie. Zastanawiałem się, czy powie, żebym wyprał owe sznurówki nowe w pralce dzięki czemu nabiorą cudownych właściwości nierozwiązywania się. Pełen nadziei patrzyłem jak otwiera usta, lecz nim zdołała się zwierzyć jej czaszkę przedziurawiła na wylot rzeczywistość. I nie było już ani kobiety ani snu.

Śnienie jest równie ważne jak spożywanie kromy chleba ze skwarkami w sobotnie popołudnie. Jest naszą potrzebą fizjologiczną. Niestety często można się walnąć na łóżko, po krótkim pogmeraniu resztką sił w podłączony do tłustej sieci pseudo konstruktywnego życia laptop, zamknąć oczy i czekać na sen. Po 15stu minutach należy je otworzyć aby móc spojrzeć prawdzie w oczy: pomimo zmęczenia i późnej godziny, wybawienie od szarej rzeczywistości nie nadejdzie w najbliższym czasie.

Zamiast niego jak zawsze wita ochoczo przypadłość dręcząca miliony ludzi na świecie - myślonatłok. Myślonatłok objawia się tym, iż w naszej głowie kłębią się coraz czarniejsze i gęstsze chmury przykrych i smutnych myśli. Wizje przyszłości skąpane w błocie i pocie wysiłku, umęczenia i czeluści węgla kopalnego. Stres. Powinno się zasypiać z uśmiechem na japie wyobrażając sobie, że się lata wśród pól pełnych nagich kobiet różnej narodowości albo że się zabija w zwolnionym tempie swych wrogów wyciągając im kręgosłup przez klatkę piersiową lub też w wersji darmowej, czyli lite, mówi się im, że nigdy ich nie lubiliśmy i usunęliśmy ich z facebuka. Szczęśliwi ci, którzy nie padają ofiarą myślonatłoku.

Czasami zaś nie można zasnąć z bardziej oczywistych, przyziemnych powodów. A to sąsiad o 2.30 w sobotnią noc postanawia zadzwonić do kolegi, bo jeszcze się dość na napił i donośnym głosem, w razie, gdyby ten kolega go nie słyszał, upewnia się trzy razy, że spotkają się przy cepeenie za 15 minut. No i gdzie lepsze miejsce na taką krótką lecz jakże treściwą rozmowę, jak nie przed domem? Tego typu niebezpieczeństwo czyhające na sen nie musi być wcale zewnętrzne. Ba! Może być jak najbardziej wewnętrzne: sąsiadko-współlokatorka za papierową ścianą pełną łez może gościć miłość swego życia przez weekend. Miłość ta może wpaść na genialny pomysł udzielenia jej lekcji angielskiego o 23:30h, kiedy to każdy normalny samotny kawaler odcinający przerdzewiałymi nożyczkami więzi z resztką przyjaciół trzymające się na cienkiej nitce chodzi już spać. Nie przykro mi rozczarować Kochanego Czytelnika, lecz "lekcja angielskiego" nie jest wcale szyfrem na dziki seks, jest to po prostu lekcja angielskiego. Do lekcji potrzebna jest płyta CD, która z głośnika harczy majestatycznie MASHED POTATOES i jeszcze raz, wolno, żeby na pewno załapać: MAAASHEDDD POOOTAAAATOOOOESSSS - sekunda dla ciebie, żeby zorientować się, że wróżka w białych pączoszkach machająca do ciebie zawadiacko różdżką już odlatuje, ale bez ciebie - ZIEMNIAKI PUREE. Każdy przezorny i ubezpieczony wyciągnie dwie pomarańczowe zatyczki do uszu, wetka je sobie gdzie trzeba i pomimo nieprzyjemnego uczucia, że ktoś ci ucho dusi, spróbuje dogonić Wróżkę Zboczuszkę.

Trzeci wróg snu. Zmęczony po ciężkim dniu pracy bądź nieróbstwa wracasz do domu, próbujesz coś zrobić, bo masz jeszcze tyle na głowie, ale nic się nie klei, więc ucinasz sobie dwugodzinną drzemkę kosztem zaśnięcia o normalnej porze wieczorem. To spotkało mnie dzisiaj.

A teraz cofnijmy się w czasie, dzięki temu prędzej wrócimy do śnienia. Człowiek ma oczy to patrzy. Ma mózg, to myśli. Łączy te dwie rzeczy i zauważa. Niedaleko mego wypasionego osiedla pełnego szczęśliwych Polaków mówiących finezyjnie poprawną polszczyzną jest B&B gdzie umęczone duszyczki mogą się przespać i dostać nad ranem tłuste śniadanie. Przez długi czas mieli obskurny szyld powiewający na zewnątrz. Ilekroć przechodziłem obok, myślałem sobie, że najwyższy czas, żeby go zmienili. W końcu taki szyld jest reklamą biznesu, jeśli masz obskurny szyld, to i pewnie biznes podobny. Materac może mieć kujące w plecy sprężyny, a tłuste śniadanie może być o jedną parówkę za tłuste. Widać właściciele czytają w myślach, bo po długim czasie oczom mym ukazał się zupełnie nowy, no, z brak lepszego słowa, szyld - czerwony, świeży, z narysowanymi 4ema czy 5cioma gwiazdkami i zachwalający iż B&B o którym mowa, zdobył nagrodę Taboretu z Brązu. Pomyślałem sobie, no, no! Postęp. Minęło jeszcze więcej czasu i tak znowu przechodząc obok wyobraziłem sobie, co by to było, gdyby ktoś na tej ich tablicy (tu słownik synonimów aby nie powtarzać słowa SZYLD) narysował czarnym grubym flamastrem kutasa? Pewnie by się wkurwili ci właściciele. Kilka dni po tej złotej myśli wracam do domu wietrzną porą. Zmierzcha. Patrzę, a tu:

 Tak bardzo wiało, że im wywieszkę zrzuciło na chodnik. Zaśmiałem się szaleńczo, rozejrzałem do okoła (szukając właścicieli pogrążonych we łzach) i poszedłem dalej.

Kilka godzin wcześniej, około 16stej na drodze do domu (wszystkie drogi prowadzą do domu) szła przede mną dziewczyna. Szła, to źle powiedziane. Toczyła się. Ktoś kiedyś zauważył, że grubasy śmiesznie chodzą. Niestety zdjęcie chodu nie oddaje, ale przynajmniej daje lekki zarys ich świata. Człowiek się głowi jak narysować jakąś śmieszną postać, kombinuje nad przerysowanymi kształtami, a potem w prawdziwym świecie NAGLE! w oczy mu kole:


Takie młode dziecko, a tak ogrubione. Jeśli się nie boisz, kliknij i powiększ. Jedno jest pewne, to na pewno nie zasili ani jednej strony ze zdjęciami uczennic. OGG jest inny.

Aby w pełni doświadczyć następną sytuację, radzim włączyć sobie w tle ścieżkę dźwiękową uzupełniającą poniższe zdjęcie:
       

 Stety  niestety dzisiaj miałem podpis. Jeśli chcesz dostawać od rządu pieniądze za całe lata twej wcześniejszej krwawizny, musisz też czasami dać coś od siebie. Jak np. podpis.  Żeby wiedzieli, że wciąż jesteś w kraju. Kiedyś zasiłek można było otrzymywać bezpośrednio na konto bankowe, więc wiara siedziała sobie w Polsce bądź innym kraju ich pochodzenia jak królowie przy € 204 tygodniowo i raz na miesiąc z łaski zlatywała samolotami aby złożyć szlachecki podpis. Trochę to zajęło, ale Socjal się wreszcie zorientował i teraz można odbierać mamonę jedynie osobiście na poczcie. Osobiście bez legitymowania.


Socjal nie jest miłym miejscem, szczególnie w dzień podpisu. Dzisiaj budynek był szczególnie zatłoczony. Samo stanie w kolejce nie jest takie złe, ale dodaj do tego śmierdzące ciała brudasów przesiąkniętych stęchłym dymem tytoniowym gadających zmulonymi głosami o tym, jak wczoraj wódkę pili. Myślałem, że się tam uduszę. Oprócz oczywistego faktu bycia na zasiłku, staram się nie stać jednym z nich, więc myję się, golę i próbuję nie zapuszczać umysłu. Choć może się łudzę, w końcu jak raz cię użre bezrobotne zombie to koniec!

środa, 10 listopada 2010

Pogoda na zabój.

Widzicie tą KAPKĘ deszczu na moim widgecie pogodowym? To dlatego Irlandia jest taka zielona.
 



Choć zdjęcie tak tego nie uchwyca kupiłem so' Nokię N8 na którą mnie nie stać - taką samą, którą ma Dexter od 5tego sezonu. Wbrew sobie nie zdjąłem foli chroniącej ekran ani foli z tyłu (chroniącej 12px aparat). No i używać nie mogę, bo wpierw muszę przez noc ładować po raz pierwszy.

To mój gwiazdkowy prezent. Sam se zrobiłem. Jeszcze tylko zabiję psa sąsiadów, tego co tak wyje to stanę się taką niedorobioną europejską wersją Dextera Morgana.

sobota, 6 listopada 2010

Kopatronik.


Znowu bolała mnie głowa.

Dlatego wziąłem dwie czerwone pigułki. Tak, przenoszą do innego świata, lekko przytłumionego lecz przynajmniej mniej bolesnego. Podejmując temat tytułu "Kopatronik" należy krótko wyjaśnić, iż jest to KOP w sam środek dłużących się coraz bardziej i częściej przerw w OGGowaniu. Kopatronik nie załata całej dziury niepisania, lecz przynajmniej spróbuje ją lekko zakryć. O, to się nadaje w sam raz na łatę:

Spisanie kilku myśli zajmuje sporo czasu, przeważnie w granicach od pół godziny do godziny. Fajnie, jak masz ochotę zrobić sobie przerwę od skrobania się tam gdzie najczęściej się skrobiesz z dala od przypadkowych ślepi i coś naskrobać publicznie, dobrze jeśli sprawia ci to przyjemność i chwała ci za obnażanie się w cyfrowym świecie przegrzanych drucianych zwojów gdzieś między zerem a jedynką.

Jeśli jednak twoja aspołeczność i twa alienacja towarzyska zaczepiają się bezlitośnie również o świat cyfrowy w którym zwykłeś utapiać resztki swej ludzkości, jeśli zwężają twe już i tak bardzo wąskotorowe myślenie, jeśli usypiają twego ducha zamieniając cię w bezduszną pustą maszynę, wtedy raczej trudno będzie o nowy post o ile będzie on w ogóle miał gdzie zaistnieć.

Fakty: D+K: Dieta - wciąż kończy 12stą stronę. Idzie jak krew z nosa, cieknie wręcz od kilku tygodni, ale najważniejsze, że posuwa się do przodu. Dalej nie pije (ponad półtora miesiąca) i dalej nie pali. Ale czy nie ma robali? Kombinuje i planuje inne rzeczy bezustannie. Jedną z nich jest reanimacja i powrót do Krzyków Wewnątrz wymierzonych w amerykański rynek nim skończy się świat, bo oczywiście skończy się w 2012, proroctwa są słuszne. Dziw, iż jeszcze się wszyscy nie ruchamy ze wszystkimi (pomijając ciebie, Mariola) i nie łazimy w tygodniowych gaciach żrąc bez sztućców. Przecież zagłada cywilizacji i anarchia jest tuż tuż. Po co zwlekać kiedy nie powstrzymasz nieuniknionego?

Nim umrzem zobaczym przyszłość, acz nie naszą, lecz naszych dzieci - Profesor Zgrzyt (1984 - 2099).

@templatesyard