października 2010 - OGG

niedziela, 24 października 2010

Martwica uprzedzonego.
Atak zaczął się w piątek po południu.

Trudno było znaleźć konkretny powód. Przez sobotę i niedzielę zabarykadowałem się w swoim pokoju. Gdybym miał tam czajnik, mini lodóweczkę i łazienkę pewnie wcale bym nie wystawiał nosa na zewnątrz. Jednak nie miałem. Okazuje się, że najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką zrobiłem w ciągu ostatnich 3 dni był projekt wykonany podczas warsztatów dla umysłowo chorych w mojej głowie.


Jak myślicie, co to ma być? Słoneczko?

Tekturowa krajzega? Oto prawidłowe wyniki:


Trzymaczka do m.in. gumki, nici dentystycznej i wazeliny obciągana na kubek na pisaki.

Wszystko zaczęło mnie wkurwiać. Życie. Co to za życie? Niestabilne, niespodziewane, niepewne. Niektórzy mówią, że to jest właśnie w nim wspaniałego, żeby traktować każdy dzień jakby dziś miały się spełnić twoje marzenia, jakby to był najważniejszy dzień w twoim życiu. Przystawić im pistolet do głowy i strzelać, aż się kulki w magazynku skończą.

Poza tym, kto tak na prawdę mówi? Ja wiem kto: bogaci. Urodzeni w dostatku. Albo totalnie oświeceni (i wciąż bogaci).

Wkurwia mnie przytłumiony głos klepiącego na dole Piotra, mojego oprawcy. Nic nie robi, tylko siedzi cały dzień przed telewizorem jak ten ziemniak kanapowy. Nic mnie nie obchodzi, że się czasem gdzieś ruszy, dla mnie jest uwiązany niewidzialnym szlauchem do tej kanapy. Je przed telewizorem. Sprawia mu to radość. Żeby ekstaza była większa znosi laptop do salonu, kładzie go sobie na kolana, słuchawki wkłada w uszy i odpływa do ziemniaczanego raju. Ma tam wszystko - telewizję przed nosem, internet na wyciągnięcie tłuściutkich paluszków oraz ulubioną muzę. Majteczki w kropeczki, szalalala. Żeby tak jeszcze w kanapie był sedes wbudowany to raj sięgnąłby zenitu o którym nie śnili Świadkowie Jehowy. (Tak na prawdę to nie on słucha takich przebojów, tylko Agata - gnieżdżąca się za papierową ścianą mojej groty idiotka z dobrym sercem.)

Raz, kiedy skończyłem ostatni ogórek kiszony, stanąłem wyprostowany w progu drzwi między salonem a jadalnią dzierżąc w ręku słoik po nich i powiedziałem:
- Piotr, przepraszam, że przeszkadzam... - Piotr obrócił w moją stronę powolnie głowę, ale tylko głowę, reszta ciała nie ruszyła się nawet o milimetr, widać, nie byłem godny jej uwagi. Wyciągnął słuchawki z muzą, i spytał od niechcenia:
- Co mówisz? Nie słyszałem?
- Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam pusty słoik i pomyślałem, że by ci się przydał.
- Po co mi słoik?
- Nie musiałbyś wstawać na siku. Mógłbyś lać wprost do niego.
Piotr spojrzał na mnie jak na wariata i nie wiedział co powiedzieć, więc szybko dodałem:
- I jest też wystarczająco duży na numer dwa gdyby była taka potrzeba.
- A po czym jest ten słoik?
- Po ogórkach kiszonych.
- To nie, ja nie chcę.

Normalnie ten lekko przytłumiony głos z salonu, którego część jest bezpośrednio pod moim pokojem wcale mi nie przeszkadza. Ale kiedy jestem tak poddenerwowany, to doprowadza mnie do szewskiej pasji i zagryzam zęby myśląc o tym, jak nienawidzę tego pieprzonego prostaka. To przez niego nie schodzę na dół. Wiem, że on tam jest, a jeśli zejdę, to może czegoś ode mnie chcieć. A ja nie będę umiał powiedzieć nie. Jestem sparaliżowany, przez niego. Znacie pewnie to uczucie, kiedy powietrze jest skażone. Kiedy można w nie wbić nóż, takie gęste jest.

Koło drzwi mam miskę po wczorajszej sałatce, bo się staram zdrowiej odżywiać. Wrzucam tam resztki jedzeniowe, nie chce mi się schodzić i je pojedynczo wyrzucać. Skórka od banana, torebka od herbaty, ogryzka po gruszce i przemamlana pomarańcza. Wysysam z niej soki, reszta jest dla mnie niejadalna, dlatego zawsze jej więcej po zjedzeniu niż przed. Póki co resztki nie śmierdzą, a ja nie mam ochoty iść na dół, wyrzucić je do śmietnika i myć tą miskę. Nie dzisiaj.

Sam nie wiem, może atak jest spowodowany pełnią księżyca? Może czymś niezależnym ode mnie? Och, jak bardzo chciałbym mieć równowagę umysłową, a nie musieć przechodzić przez to od czasu do czasu. Dlaczego człowiek nie może po prostu czuć się dobrze? I znowu ten jebany pies zaczyna szczekać. Kiedyś tam pójdę i go zabiję z zimną krwią. Urwę mu ten łeb, wyszarpię bijące serce i rzucę o szybę właścicielom. Może to ich czegoś nauczy?

Nakręcam się codziennie tym, że muszę rysować choć stronę tygodniowo. Kiedy nie ma się prawdziwego deadline'nu trudno jednostce się zmotywować. Poza tym przez to nakręcanie robię się nerwowy i praca na tym cierpi. Więc chciałem sobie odpocząć w weekend, nie myśleć o komiksie, poobijać się, jednak nawet tego widać nie umiem zrobić jak należy. Dzisiaj było najgorzej. Do 14stej leżałem w łóżku odżywiwszy się wcześniej tylko płatkami i kawą. Uprawiałem seks ze swoim MacBookiem Pro. Pieściłem go czule we wrażliwych miejscach. No co? Jak trzymasz laptopa godzinami na swoim kroczu, to jak to inaczej określić? Po 14stej się ubrałem i znowu walnąłem na łóżku pogrążając się jeszcze bardziej. Zwykle mam wewnętrzną energię, żeby wstać i wyrwać się ze szponów złego nastroju, jednak nie ostatnio. Czułem się fatalnie. Kiedy czuję się fatalnie jestem zdemotywowany. Wiem, że powinienem np. wstać, pójść się przebiec, wziąć prysznic i ogolić się. Wiem to, ale nie chce mi się tego robić. I nie jest to zwyczajnie sprawa lenia, o nie. Choróbsko sięga o wiele głębiej. Tak jakby były we mnie dwie osoby. Jedna wie co należy robić, lecz druga mówi jej, żeby tego nie robiła, bo po co? I w ten oto sposób stoję w bezruchu na środku swojego pokoju w mentalnym bloku niezdolny do wykonania prostej czynności. I zmusiłem się, do ubrania, lecz wtedy znowu chęć rzucenia wszystkiego w chuj się pojawiła, więc ponownie musiałem się wydrzeć z domu i wykonać swój plan w nadziei, że czynności te poprawią moje samopoczucie.

Nie poprawiły aż tak. Obiecałem sobie, że jutro nie będę gnił w łóżku, wstanę wcześnie i będę się czuł dobrze. Bo takie wkurwianie się na cały świat jest bardzo niezdrowe i wyczerpujące. Myślałem, że sztuką będzie uprawiać regularnie ćwiczenia fizyczne. Jednak sztuką jest ćwiczyć swój umysł i znaleźć sposoby na unikanie powtarzających się ataków martwicy mózgu.



PS. LUNAtyckie tłumaczenia: "Whip it" - Dziewczyna z Marzeniami

czwartek, 21 października 2010

Zabójcza aktywność.
Tak sobie rzuciłem okiem na to cóż nowego w kinie jutro będzie, a tam "Paranormal Activity 2" będzie. Łuuuuu! Przy pierwszym oglądałem w częściach, żeby przetrwać. Widzicie, ja lubię wiele rzeczy, niestety sporo z nich jest nie dla mnie i taki mój dylemat.

Lubię ostre żarcie. Pikantne sosy. Co ci jamę ustną wypalają i żołądek. Niestety, mój żołądek i jama ustna są za słabe na tego typu żarcie, więc nie mogę go jeść. A chciałbym. Pozostaje mi tylko średnio ostre.

Lubię też horrory. Uwielbiam się bać. Niestety zwykle ze strachu zasłaniam sobie obraz dłonią i oglądam przez palce w strasznych momentach. Ale lubię się bać. Podoba mi się to, że horror potrafi wpędzić cię w taką jazdę, że serce wali i tracisz kontakt z rzeczywistością obawiając się, że ludzie w kinie to nie ludzie, tylko opętani przez szatana skurwysyni. (W życiu klnę mniej niż na tych cyfrowych kartach). I to bez brania narkotyków, tylko przez audio wideo masz taką jazdę. Czad. Więc nie wiem, kto ze mną pójdzie na ten film do kina. Samemu straszno. Trzeba się było jednak nie alienować.

Raport mniejszości:
Czas nie picia alkoholu: jutro będzie cały miesiąc.
Czas nie palenia: będzie z 5 miesięcy.

niedziela, 24 października 2010

Martwica uprzedzonego.

Atak zaczął się w piątek po południu.

Trudno było znaleźć konkretny powód. Przez sobotę i niedzielę zabarykadowałem się w swoim pokoju. Gdybym miał tam czajnik, mini lodóweczkę i łazienkę pewnie wcale bym nie wystawiał nosa na zewnątrz. Jednak nie miałem. Okazuje się, że najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką zrobiłem w ciągu ostatnich 3 dni był projekt wykonany podczas warsztatów dla umysłowo chorych w mojej głowie.


Jak myślicie, co to ma być? Słoneczko?

Tekturowa krajzega? Oto prawidłowe wyniki:


Trzymaczka do m.in. gumki, nici dentystycznej i wazeliny obciągana na kubek na pisaki.

Wszystko zaczęło mnie wkurwiać. Życie. Co to za życie? Niestabilne, niespodziewane, niepewne. Niektórzy mówią, że to jest właśnie w nim wspaniałego, żeby traktować każdy dzień jakby dziś miały się spełnić twoje marzenia, jakby to był najważniejszy dzień w twoim życiu. Przystawić im pistolet do głowy i strzelać, aż się kulki w magazynku skończą.

Poza tym, kto tak na prawdę mówi? Ja wiem kto: bogaci. Urodzeni w dostatku. Albo totalnie oświeceni (i wciąż bogaci).

Wkurwia mnie przytłumiony głos klepiącego na dole Piotra, mojego oprawcy. Nic nie robi, tylko siedzi cały dzień przed telewizorem jak ten ziemniak kanapowy. Nic mnie nie obchodzi, że się czasem gdzieś ruszy, dla mnie jest uwiązany niewidzialnym szlauchem do tej kanapy. Je przed telewizorem. Sprawia mu to radość. Żeby ekstaza była większa znosi laptop do salonu, kładzie go sobie na kolana, słuchawki wkłada w uszy i odpływa do ziemniaczanego raju. Ma tam wszystko - telewizję przed nosem, internet na wyciągnięcie tłuściutkich paluszków oraz ulubioną muzę. Majteczki w kropeczki, szalalala. Żeby tak jeszcze w kanapie był sedes wbudowany to raj sięgnąłby zenitu o którym nie śnili Świadkowie Jehowy. (Tak na prawdę to nie on słucha takich przebojów, tylko Agata - gnieżdżąca się za papierową ścianą mojej groty idiotka z dobrym sercem.)

Raz, kiedy skończyłem ostatni ogórek kiszony, stanąłem wyprostowany w progu drzwi między salonem a jadalnią dzierżąc w ręku słoik po nich i powiedziałem:
- Piotr, przepraszam, że przeszkadzam... - Piotr obrócił w moją stronę powolnie głowę, ale tylko głowę, reszta ciała nie ruszyła się nawet o milimetr, widać, nie byłem godny jej uwagi. Wyciągnął słuchawki z muzą, i spytał od niechcenia:
- Co mówisz? Nie słyszałem?
- Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam pusty słoik i pomyślałem, że by ci się przydał.
- Po co mi słoik?
- Nie musiałbyś wstawać na siku. Mógłbyś lać wprost do niego.
Piotr spojrzał na mnie jak na wariata i nie wiedział co powiedzieć, więc szybko dodałem:
- I jest też wystarczająco duży na numer dwa gdyby była taka potrzeba.
- A po czym jest ten słoik?
- Po ogórkach kiszonych.
- To nie, ja nie chcę.

Normalnie ten lekko przytłumiony głos z salonu, którego część jest bezpośrednio pod moim pokojem wcale mi nie przeszkadza. Ale kiedy jestem tak poddenerwowany, to doprowadza mnie do szewskiej pasji i zagryzam zęby myśląc o tym, jak nienawidzę tego pieprzonego prostaka. To przez niego nie schodzę na dół. Wiem, że on tam jest, a jeśli zejdę, to może czegoś ode mnie chcieć. A ja nie będę umiał powiedzieć nie. Jestem sparaliżowany, przez niego. Znacie pewnie to uczucie, kiedy powietrze jest skażone. Kiedy można w nie wbić nóż, takie gęste jest.

Koło drzwi mam miskę po wczorajszej sałatce, bo się staram zdrowiej odżywiać. Wrzucam tam resztki jedzeniowe, nie chce mi się schodzić i je pojedynczo wyrzucać. Skórka od banana, torebka od herbaty, ogryzka po gruszce i przemamlana pomarańcza. Wysysam z niej soki, reszta jest dla mnie niejadalna, dlatego zawsze jej więcej po zjedzeniu niż przed. Póki co resztki nie śmierdzą, a ja nie mam ochoty iść na dół, wyrzucić je do śmietnika i myć tą miskę. Nie dzisiaj.

Sam nie wiem, może atak jest spowodowany pełnią księżyca? Może czymś niezależnym ode mnie? Och, jak bardzo chciałbym mieć równowagę umysłową, a nie musieć przechodzić przez to od czasu do czasu. Dlaczego człowiek nie może po prostu czuć się dobrze? I znowu ten jebany pies zaczyna szczekać. Kiedyś tam pójdę i go zabiję z zimną krwią. Urwę mu ten łeb, wyszarpię bijące serce i rzucę o szybę właścicielom. Może to ich czegoś nauczy?

Nakręcam się codziennie tym, że muszę rysować choć stronę tygodniowo. Kiedy nie ma się prawdziwego deadline'nu trudno jednostce się zmotywować. Poza tym przez to nakręcanie robię się nerwowy i praca na tym cierpi. Więc chciałem sobie odpocząć w weekend, nie myśleć o komiksie, poobijać się, jednak nawet tego widać nie umiem zrobić jak należy. Dzisiaj było najgorzej. Do 14stej leżałem w łóżku odżywiwszy się wcześniej tylko płatkami i kawą. Uprawiałem seks ze swoim MacBookiem Pro. Pieściłem go czule we wrażliwych miejscach. No co? Jak trzymasz laptopa godzinami na swoim kroczu, to jak to inaczej określić? Po 14stej się ubrałem i znowu walnąłem na łóżku pogrążając się jeszcze bardziej. Zwykle mam wewnętrzną energię, żeby wstać i wyrwać się ze szponów złego nastroju, jednak nie ostatnio. Czułem się fatalnie. Kiedy czuję się fatalnie jestem zdemotywowany. Wiem, że powinienem np. wstać, pójść się przebiec, wziąć prysznic i ogolić się. Wiem to, ale nie chce mi się tego robić. I nie jest to zwyczajnie sprawa lenia, o nie. Choróbsko sięga o wiele głębiej. Tak jakby były we mnie dwie osoby. Jedna wie co należy robić, lecz druga mówi jej, żeby tego nie robiła, bo po co? I w ten oto sposób stoję w bezruchu na środku swojego pokoju w mentalnym bloku niezdolny do wykonania prostej czynności. I zmusiłem się, do ubrania, lecz wtedy znowu chęć rzucenia wszystkiego w chuj się pojawiła, więc ponownie musiałem się wydrzeć z domu i wykonać swój plan w nadziei, że czynności te poprawią moje samopoczucie.

Nie poprawiły aż tak. Obiecałem sobie, że jutro nie będę gnił w łóżku, wstanę wcześnie i będę się czuł dobrze. Bo takie wkurwianie się na cały świat jest bardzo niezdrowe i wyczerpujące. Myślałem, że sztuką będzie uprawiać regularnie ćwiczenia fizyczne. Jednak sztuką jest ćwiczyć swój umysł i znaleźć sposoby na unikanie powtarzających się ataków martwicy mózgu.



PS. LUNAtyckie tłumaczenia: "Whip it" - Dziewczyna z Marzeniami

czwartek, 21 października 2010

Zabójcza aktywność.

Tak sobie rzuciłem okiem na to cóż nowego w kinie jutro będzie, a tam "Paranormal Activity 2" będzie. Łuuuuu! Przy pierwszym oglądałem w częściach, żeby przetrwać. Widzicie, ja lubię wiele rzeczy, niestety sporo z nich jest nie dla mnie i taki mój dylemat.

Lubię ostre żarcie. Pikantne sosy. Co ci jamę ustną wypalają i żołądek. Niestety, mój żołądek i jama ustna są za słabe na tego typu żarcie, więc nie mogę go jeść. A chciałbym. Pozostaje mi tylko średnio ostre.

Lubię też horrory. Uwielbiam się bać. Niestety zwykle ze strachu zasłaniam sobie obraz dłonią i oglądam przez palce w strasznych momentach. Ale lubię się bać. Podoba mi się to, że horror potrafi wpędzić cię w taką jazdę, że serce wali i tracisz kontakt z rzeczywistością obawiając się, że ludzie w kinie to nie ludzie, tylko opętani przez szatana skurwysyni. (W życiu klnę mniej niż na tych cyfrowych kartach). I to bez brania narkotyków, tylko przez audio wideo masz taką jazdę. Czad. Więc nie wiem, kto ze mną pójdzie na ten film do kina. Samemu straszno. Trzeba się było jednak nie alienować.

Raport mniejszości:
Czas nie picia alkoholu: jutro będzie cały miesiąc.
Czas nie palenia: będzie z 5 miesięcy.

@templatesyard