stycznia 2010 - OGG

piątek, 29 stycznia 2010

iPAD: PRZYSZŁOŚĆ JEST TERAZ
Jakiś czas temu SONY wydało swój elektroniczny czytacz eBooków, który oprócz tego że drogi to i nieciekawy. Apple ma dla nas coś nowego i jestem pod takim wrażeniem, że hej! Właśnie obejrzałem prawie półtoragodzinną prezentację na której CEO Apple przedstawia iPada. Nie ma on nawet 1.5cm grubości, tylko 13.4 mm! 24cm x 19 cm wielkość ekranu. Nie waży nawet kilograma.

Na jednorazowym ładowaniu baterii ma wytrzymywać nawet do 10h! Można w nim oglądać filmy, przeglądać sieć, czytać książki, słuchać muzyki, grać w gry i używać różnych aplikacji. Ma wbudowany kalendarz i galerię zdjęć.


Wszystko jest dotykowe - stukasz palcem w ekran, możesz zaznaczyć dany obszar przesunięciem dwóch palców, możesz rzucić granata w grze machając palcem w górę. Jadąc samochodem wystarczy przekręcić ekran w lewo lub w prawo aby skręcił w lewo lub w prawo. Apple zaprojektowało swój własny czujnik dotyku, który jest bardzo precyzyjny. Jest to coś co chcę mieć.

Szczegóły techniczne możecie znaleźć tutaj: http://www.apple.com/ie/ipad/specs/ . Oczywiście polska strona internetowa Apple też reklamuje go na pierwszej stronie, ale nic poza tym nie mówi ciekawego oprócz tego, że możecie tam obejrzeć prezentację wspomnianą wcześniej i wideo reklamujące iPada (po angielsku).

Wspomnę tylko, że będzie 6 modeli - 16GB, 32GB i 64GB z WI-FI oraz WI-FI z 3G. Cena (przypominam, żeby kliknąć na obrazek aby się powiększył):
Tak, tak.. niby trochę drogo... Z drugiej strony jest to przełomowy nowy wynalazek zmieniający sposób przeglądania sieci. Wygodny jak cholera. I jest wart tej ceny.

W USA kontrakty na internet do iPADa będą strasznie tanie. Po prostu niebo w gębie. Spójrzcie tylko:
15 $ za 250MB - wystarczy na miesięczne serfowanie po sieci bez problemu. Chcesz sobie ściągać pirackie porno? 30$ i bez limitów. (To taniej niż reszta 3G która w USA przeważnie kosztuje koło 60$ miesięcznie). Najpiękniejsze jest to, że nie ma kontraktu, bo jest PRE-PAID, czyli płatne z góry raz na miesiąc. Nie to co w innych krajach, szczególnie w Polsce, gdzie musisz podpisywać kontrakt na rok albo i dłużej i dostajesz badziewiarsko drogi i wolny internet z limitami. Prezentacja mówi, że takie ceny za internet dla iPADa to przełom cenowy i aż żal ściska za jaja, że jeszcze tam nie mieszkam. (Wybaczcie jaja, nie mogłem się oprzeć). Międzynarodowe taryfy mają być ogłoszone w okolicach czerwca tego roku.

Akcesoria: 3 póki co: uchwyt/nosidełko dla iPADa, wkładasz go w nie i stoi niczym cyfrowa ramka do zdjęć, prawdziwa klawiatura - doczepiasz go do niej i czad oraz piękne etui które jak widać poniżej ma 3 funkcje:
Tu znajdziecie krótkie wideo reklamujące jego funkcje: http://www.apple.com/ie/ipad/ipad-video/


Jak widzicie jestem podrajcowany. Co mnie najbardziej rajcuje to co za takim iPADem będzie następne. Wchodzimy w przyszłość z filmów S-F nareszcie. Już niedługo będziemy mogli robić to samo na ekranie nie grubszym niż kartka papieru który będzie hologramem, matrycą bez ciężaru.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

MGŁA oraz nie wszystko o moim ojcu.
Dookoła była mgła. Mgła unosiła się już nad miastem od kilku dni. Wydobywało się z niej trajkotanie ptaków. Głośne. Prawdziwe. Rozciągnięte nad i pod dachami domów. Na osiedlu nie stały bloki. W Irlandii nie było komunistycznych bloków.

Był czas aby działać. Mimo to nie chciało się działać lub nie wiedziało się jak. Najprościej było zaprosić lenia, który pojawiał się zawsze o właściwej porze. Który cię tulił i uświadamiał, że nic nie chce ci się robić. Nie musisz nic robić. Najważniejsze, żebyś się napił butelki wina lub czegoś podobnego. Na co masz ochotę. W końcu i tak nie masz nic lepszego do roboty. Ale czy butelka wina zastępowała ludzi? Tak, zastępowała. Sprawiała, że nie czułeś się taki samotny mimo tego iż przekonywałeś się, że wcale samotności nie odczuwasz. Definicja tego słowa zmieniła się drastycznie przez te 7 lat. Dorosłeś. A wraz z tobą twoja samotność. Samotność nie bez powodu. Buntownik z wyboru.

Zamiast płakać wolałeś się napić, choć i tak nie płakałeś zbyt często.

Kiedy byłeś małym chłopcem co wieczór modliłeś się do Boga. Tak wychowali cię rodzice co niedziela zabierając cię z sobą na poranną mszę z której nic nie rozumiałeś. Rozkładałeś ręce naśladując księdza, zasypiałeś na ramieniu swojej mamy czując się jak w niebie. Kiedy wracaliście ze spaceru skakałeś jak szalony podrzucając kolana w powietrze niczym koń w galopie. Tata powiedział ci twardo, żebyś się nie wygłupiał. Teraz by już nawet tego nie pamiętał. Nie wygłupiałeś się specjalnie. Taki wtedy po prostu byłeś. Dlatego, kiedy tata wrócił zmęczony z pracy ty stojąc na górze schodów zrzuciłeś na niego plastikową łopatkę do lepienia zamków z piasku prosto w jego jasną łysinę na czubku głowy.

Twoje samopoczucie przede wszystkim uzależnione jest od stanu twojego ciała. A ciało jest zmęczone, nie wyspane. Lekko wstawione. Coś się zmienia, lecz tylko twoja podświadomość wie o co chodzi pozostawiając cię póki co na pastwę losu. Każdy plan może zakończyć się niepowodzeniem. Każda chwila mija.

Gdyby sytuacja była inna słowa byłyby inne.

Czekając na cud nie zauważamy cudu.

Najprościej byłoby zrzucić wszystkie maski i pokazać się światu, lecz świat takich nas by nie chciał oglądać, ani my takiego świata. Więc trwamy w słowach w które nie wierzymy, w gestach które nie są nami. Gramy swoją rolę bojąc się otworzyć. Do pewnego stopnia musimy ją grać, aby przetrwać. Gdybyśmy zaczęli wrzeszczeć wniebogłosy na środku ruchliwej ulicy bo mielibyśmy taką ochotę nic dobrego by z tego nie wynikło. Niektórzy widzą nas takimi jakimi jesteśmy. To jedyne ukojenie. Wiedzieć, że nie jesteś sam.

Wszystko co piękne jest przemija. Wszystko co piękne jest zostaje - śpiewa Turnau. Kiedyś mogłeś myśleć, że zaprzyjaźniłeś się ze Śmiercią. Że staliście się dobrymi kumplami. Tak tylko ci się wydawało. Potrzeba czasu i odwagi, aby pójść za Śmiercią na randkę. Aby spojrzeć w nią i nie uciec kiedy ona spojrzy i w nas. Mimo to żyjemy jakby ona miała nigdy nie nadejść, ponieważ tak jest nam łatwiej. Trwać w swoim zakłamaniu i strachu gdzie nic nie jest pewne, gdzie lepiej nie ryzykować bojąc się negatywnego rezultatu. I tak ignorowana Śmierć idzie tam, gdzie najbardziej jest potrzebna.

Ludzie kochają się pocieszać, kochają uczyć innych jak żyć, żeby być szczęśliwymi. Obojętnie jaka by nie była twoja metoda możesz ją śmiało przelać na papier i wiedzieć, że będzie z tego bestseller. Po trzech książkach zobaczysz, że każda mówi o tym samym, lecz innymi metodami. Zniechęcenie sprawi, że przestaniesz im wierzyć. Lecz po czasie zrozumiesz co kryło się między wierszami.

Czy Bóg istnieje czy nie, wychodzi na jedno i to samo. W tej chwili nie wierzę w Boga. Dlatego piszę często bóg. Kiedyś wierzyłem w inną siłę która nas łączy, która się nami opiekuje, która nadaje naszemu życiu sens. Teraz już nie. Jesteśmy panami naszych żyć. Możemy wszystko lub nic. Decyzja należy do nas. Gdyby istniał kochający Bóg nikt by nie ginął tragicznie. Boga nie ma. Jest natura. Natura dba o balans na Ziemi. Natura kieruje naszymi instynktami w zapisanym wieki temu kodzie DNA. Pewnego dnia kiedy byłem młodszy ujrzałem nowego Tintina w kiosku kosztującego 5 złotych. (Znacie dobrze tą historię). Wracając na swym rowerze salto do domu, jadąc pod górkę pomodliłem się gorąco do Boga o te pieniądze. Po powrocie sąsiad poprosił tatę żeby mu pożyczył przyczepkę i pomógł przywieźć wannę ze sklepu, którą sobie dopiero co kupił. Gdy tak się stało spytał ile tacie wisi, lecz on odrzekł, że nic (bo pomimo wszystko zawsze był z niego i jest dobry mądry człowiek w granicach sposobu i czasów w których się wychował). Żeby jak już to sąsiad dał coś małemu na loda. To ja byłem tym małym i dostałem dokładnie 5 złotych na komiks. Ta historia służyła mi przez lata w rozmowach za dowód, że Bóg istnieje. Jednak to moje własne zaślepienie w niego uwierzyło. Spotka cię coś dobrego, dziękujesz panu, tak musiało być. To przeznaczenie! Spotka cię coś złego to się głowisz dlaczego? Bóg okrutny nie istnieje. Bóg nie istnieje. Wszystko to kim jesteśmy i czego chcemy wyrzucamy w świat połączony niewidzialnymi polami elektro-magnetycznymi, aurą. Nasze zmysły skupiają się na tym, czego w danej chwili najbardziej chcemy i takie obrazy dookoła wynajdujemy zwiększając swoje szanse na osiągnięcie celu. To my przyciągamy.

Boska interwencja to aktualnie sposób w jaki człowiek tłumaczy sobie to, co niegdyś tłumaczyło mu piorun na niebie lub deszcz w słoneczny bezchmurny dzień.

Jak więc wytłumaczyć samo to, że tu i teraz jesteśmy? Można nazwać to cudem i będzie to prawda. Można nazwać to przypadkiem i również będzie to prawda. Jednak życie zbyt za krótkim jest na zadawanie pytań bez odpowiedzi. Trza działać!

Sebastian Jaster. Ateista.

niedziela, 24 stycznia 2010

BEHEOB III: Bliżej, głębiej.
Heńka prześcieradło było brudne. W zasadzie, to cała jego pościel była brudna. Nie dziwota skoro nie zmieniał jej od roku. Kiedy żona odeszła nie musiał zaprzątać sobie głowy takimi sprawami. Pod łóżkiem leżała zagubiona skórka od banana. Bardziej zagubiona niż bohaterowie Lost. Na ścianie kwitło coś, co wyglądało jak twór z przyszłości, choć nie było. Heniek pomalował tym ścianę w noc w którą jego żona odeszła. Na żółto i na niebiesko. Były to wymioty.

Zlew miał pełny naczyń. O toalecie nawet nie wspomnimy. Jeszcze.

Heniek mieszkał w bloku na najwyższym piętrze. Mieszkanie miał małe udekorowane pustymi butelkami po wódce i piwach i po whisky. Whisky pochodziło z Bożego Narodzenia. Wódka z mniejszych świą†, a piwo pił na co dzień popijając tequilą. Butelki po tequili też się gdzieś tu powalały. W ciemności dało się słyszeć dźwięk kluczyka w zamku. Drzwi skrzypnęły i włochata ręka włączyła światło w przedpokoju. Ręka ta należała do Heńka i była przytwierdzona do jego ciała. Jeszcze.
- Rozgość się - zachęcił Mariolę zdejmując swój but. Potem zdjął drugi, ale to wynika samo z siebie. Tylko, że jak mówił rozgość się to zdejmował tylko jeden. Nie ma po co pisać, że zdejmował wtedy buty. Heniek nie zdejmował obu butów na raz, a my chcemy być konkretni. - Chcesz się czegoś napić? Mam mleko. Kota też gdzieś miałem, ale już od dłuższego czasu go nie widziałem.
- Może napił się mleka, zaćmiło go i wyskoczył przez okno?
- Chcesz powiedzieć, że Janosik był samobójcą?
- Chcę powiedzieć, że może masz mleko przeterminowane?
- Sprawdzę.
- Nie! Nie zostawiaj mnie samej. Boję się.
- Przecież nie zabrałem cię na komisariat.
- Już nie boję się komisariatu. Nie kiedy przestąpiłam próg twojego mieszkania. Co za nora pokutnika! Ludzie całe życie gdybają czy piekło istnieje, a jeśli tak to jak wygląda. Ja już wiem. Piekło istnieje i właśnie na nie patrzę. Czy to znaczy, że umarłam?
- Co ty opowiadasz? W moim domu nic ci nie grozi. Pójdę tylko do kuchni a ty tu sobie usiądź. Zaraz wrócę.
- Gdzie?
- Tu, na kanapie.
- Tu jest kanapa? To? A jak usiądę i mnie wchłonie?
- Nie histeryzuj. Może upłynęło trochę czasu od generalnych porządków, ale odkurzam regularnie.
Przerażona od stóp do głów Mariola usiadła delikatnie na brzegu czegoś co przypominało twój największy koszmar. Była tak wstrząśnięta, iż wydawało jej się, że słyszy ujadanie, ale nie miała pojęcia skąd ono dochodzi. O, skamlęcie i ujadanie znikło. Dziwy nad dziwami. Mieszkanie zdawało się atakować wszystkie jej zmysły. Heniek skierował się w stronę kuchni.
- O mój boże! Co to jest?! - krzyknęła. Oczywiście nie kuchnia, tylko Mariola. Skoro wiemy, że są tylko dwie osoby w mieszkaniu łatwo się połapać kto co mówi. Heniek zawrócił na pięcie i próbował znaleźć wzrokiem to, co wystraszyło płochą duszyczkę.
- Gdzie?
- Tu! Tu, na... nieopisywalnym ludzkimi słowami tworze znanym niegdyś jako kanapa.
- A! - machnął zbywająco dłonią Heniek. - To moja poduszka.
- Czy wszystkie twoje poduszki mają ogony?
Heniek wytężył wzrok. Podszedł bliżej i uniósł poduszkę za kark.
- Janosik?
Tak, to był Janosik. Trzy tygodnie temu napił się przeterminowanego mleka po czym zaczęło mu się wydawać, że wciąż jest spragniony (skutek uboczny nieświeżego mleka). W panice, że jeśli zaraz się nie napije to zdechnie, dorwał pół butelki absyntu, którą Heniek nieroztropnie zostawił niedopitą. Wypił wszystko. Całe 80%. Za sprawą boskiej interwencji udało mu się doczłapać na "kanapę". Wydawało mu się, że jest w Kocim Niebie i stąpa po chmurach ulepionych z brył kociego żarcia wytwarzanego z mnóstwa obrzydliwych składników, które są tylko chemicznie doprawiane aby miały smak czegokolwiek i które w Lidlu są bardzo tanie, a markowe produkty jak np. Pedigree mają dokładnie takie same składniki, a ty naiwnie przepłacasz bo jesteś niewolnikiem dobrej kampanii reklamowej. I pomimo, że ugasił pragnienie, a może właśnie dlatego, iż zbyt mocno je ugasił: zdechł.
- Przepraszam cię na chwilę - powiedział Heniek - muszę go pochować. To nie potrwa długo. Dwie minutki.
Detektyw wyszedł na klatkę schodową, która miała zsyp do wyrzucania śmieci.


- A sąsiad co robi z tym kotem? - zapytała wścibsko sąsiadka Lukrecja z naprzeciwka, która w tym samym momencie wyszła z mieszkania. Lukrecja lekko się garbiła i miała wystającą szczękę a w ustach odwieczną pojarę. I miała seks raz w '83cim, ale jej się nie spodobało. (Wiem, wiem, tego tekstu już używałem. Pochodzi on z filmu 12:01 w którym główny bohater przeżywa w kółko ten sam dzień. Najwidoczniej mam tak z tym tekstem jak Bartek Ka z rzucaniem na pytanie Skąd? w szkole średniej w klasie zawsze tej samej odpowiedzi: Z kątowni! Teraz łączę się z nim w minucie cichego porozumienia i zrozumienia. Poza tym Lukrecja na prawdę bzykała się raz w '83).
- A sąsiadka co robi z tym psem?! - kontratakował Heń. Lukrecja spojrzała na Puszka, którego skręcony kark ocierał się o jej wycieraczkę.
- Widać to samo co sąsiad! - Przeszła obok niego i wrzuciła Puszka do zsypu. Wróciła z głową opuszczoną w dół. Nim zamknęła drzwi odwróciła się powoli i spojrzała na niego spod oka. Wyciągnęła ostatni buch ze swojej pojary zagryzając kurczowo sztuczne zęby. Drżącym palcem wskazującym wskazała na niego, na swoje oczy i zakreśliła kółko w powietrzu. Zatrzasnęła za sobą drzwi z hukiem. Heniek wyrzucił Janosika i wrócił.
- Spóźniłeś się - zauważyła Mariola.
- Wybacz, ale zdaje się że chcąc nie chcąc wszedłem do kręgu zaufania Szczeny. Chcesz coś zjeść?
- O tak! O niczym innym nie marzę! Zdycham z głodu. A co masz?
- No... - zaczął spoglądając w otchłań lodówki.
- Kurczaka?
- Ni ma.
- Chleb?
- Ni ma.
- A serek jest?
- Ni ma.
- A polędwica?
- Nie ma.
- A co jest, te zet en oprócz mleka o którym już wiem?
- Gówno jest! - biorąc pod uwagę całą dziwną sytuację i te lokum, którego nawet Twin Peaks by się wystraszyło, to wyrażenie mogło nie być wyrażeniem, lecz stwierdzeniem faktu. - A oprócz gówna? Wiesz co, nie ważne. Zapomnij, że pytałam. Zamów coś na wynos.
- Nie mam pieniędzy. Przechlałem całą swoją ostatnią wypłatę. Szkoda, że u nas w kraju nie płacą co tydzień, tyko raz na miesiąc.
- Boże!!! No to chociaż daj szlugasa daj. Zabije głód na jakiś czas.

Tymczasem po drugiej stronie lustra Alicja dłubała w nosie czekając na marcową premierę.

- Jak ty tak możesz? - spytała rozmiedrzewiona Mariolka. (rozmiedrzwewiona to mój własny wyraz, kombinacja rozmierzwionej z niezadrzewioną. Znaczy tyle, że oburzona, wstrząśnięta i zdruzgotana z poczuciem złości i kory).
- Tak mogę.. co?
- Żreć chamską tą parówkę przed oczami mymi kiedy próbowałeś mi wmówić, że lodówa pusta.
- To moja ostatnia parówka.
- I co z tego?
- No wiesz, przede wszystkim musimy nauczyć się kochać siebie samych żebyśmy mogli pokochać innych.
- Co? Co ma parówka do kochania?
- Chodzi mi o to, że nasze dobro wpierw, potem dobro innych.
- Ale ty jesteś gruby. Masz w tym swoim tłuszczu całą spiżarnię parówek.
- Cicho siedź i daj mi w spokoju zjeść, a nie tu mnie zagadujesz - Heń z namaszczeniem odkroił nożem stołowym kawałem parówki i zjadł. Nadział na widelec ostatni kawałek.
- Zostaw mi chociaż ten ostatni kęs!!!
Otworzył szeroko japę i uniósł parówkę. Zawisł tak na chwilę z nią w powietrzu i odwrócił powoli oko, ale tylko oko bo siedział bokiem i spojrzał na wygłodniałą Mariolkę. Potem skierował oko z powrotem i skupił spojrzenie na ostatnim kęsku (tak jak Peter z Family Guy'a się zawsze patrzy tymi swoimi oczkami).
- Błagam! Tym razem zrobię wszystko dla tego ostatniego kęsa! W brzuchu mi burczy. Słyszysz? Słyszysz?! Jeżeli chcesz mogę być twoją Sarą a ty będziesz moim Lindą.
- A tam w tym filmie był seks, bo nie pamiętam?
- Tak. Tak! Tak!! Decyduj się wreszcie!
- Stosunek z atrakcyjną 18sto-latką w zamian za ostatni gryz parówki? Hmm - powiedział bardziej do siebie niż do niej. - Nie powiem, żeby nie przeszło mi to przez głowę, ale myślałem, że coś na tym zyskam, a nie że stracę.
- Parówkę kurwa stracisz. Wielkie mi rzeczy. Ty tak na poważnie czy tylko sobie ze mną igrasz? Kiedy jeszcze będziesz miał taką okazję? Spójrz na siebie: stary, gruby, brzydki...
- No! - przerwał jej - Pohamuj się, bo urazisz moje ego. Jesteś już blisko. Zawsze mogę iść na dziwki, tylko, że w Dziwce nie ma żadnego burdelu. Musiałbym pojechać do Kościoła. Taka wieś 10 kilometrów stąd. Tam mają burdel. W Kościele. A jakie piękne dziwki. Uuum-um! - zachwycił się - Osobiście tam nie byłem, ale widziałem zdjęcia w albumie rodzinnym.
- Tylko że tam musiałbyś zapłacić ze dwie stówki, albo nawet i trzy...
- Z torbą na twarzy i od tyłu do 3ech minut Paulina ma promocje - tylko jedna stówka.

- Paulina była piękną profesjonalistką - rozpoczął swój wywód detektyw Heniek - długie do kolan rude włosy, nieziemska uroda, nogi takie że jak stąd na księżyc! Ale niedawno zdarzył się tragiczny wypadek. Była parna noc w Nowym Orleanie. Paulina poleciała na wakacje z Romkiem, jej wibratorem. Kiedy go używała, to się zatracała krzycząc Witaj Romku w moim domku! Tego wieczoru się upijała - miała już w siebie wlane dwie butelki czerwonego lokalnego wina Rumcajs rocznik 2008, a Romek był w jej domku już dwa razy choć noc wciąż była młoda. Ale to wszystko nie tak miało wyglądać! Romek nie był jej pierwszym wyborem, tylko Bruno, którego poznała przez internet. Amant żył w Nowym Orleanie dlatego na wakacje postanowiła tam pojechać, odpocząć od pracy i mieć z nim przelotny romans. Niestety jak to w życiu bywa chuj w bombkę strzelił i wszystko się popsuło. Bruno okazał się od 5 lat nie wrzucać swoich aktualnych zdjęć, a ma to szczególne znaczenie bowiem przez ten okres przytył 20 kilogramów i stracił rękę. A było to tak: Bruno dwa razy w tygodniu miał jazdę konną. Raz spadł z konia i już się nie podniósł. Po ciężkiej rehabilitacji wrócił do siebie, jednak miał tiki nerwowe. Dlatego kiedy był znowu na stadninie i dawał rumakowi kawałek marchewki to jego otwarta płaska dłoń [*bo w taki sposób należy karmić konie, dzięki ci EMI - przypisek autora] z powodu tiku zwarła się i koń ją ugryzł i już nie puścił. Były komplikacje i ostatecznie należało mu całą rękę amputować.

(Wierzchowca należało uśpić, choć to nie on zawinił, no, może powinien był puścić tą rękę wcześniej, a nie się z nią tarmosić 3 minuty. A szkoda, bo akurat miał zostać ojcem. Tak, ten koń. Wszystkie rumaki na czele z jego żoną na znak protestu postanowiły uczcić jego pamięć minutą ciszy podczas której pomodliły się do swego Końskiego Boga Koniodalfa. Bóg Koniodalf wcześniej nazywał się Koniodolf, ale po tym całym złu, które wyrządził Hitler i fakcie, że nie zawładnął światem ani nawet Europą, nie chciano aby imię Końskiego Boga w jakikolwiek sposób kojarzyło się z Adolfem. Minuty ciszy przerwało głośne pierdnięcie kobyły Zofii. Bo z natury zawsze od razu wypuszczała swoje gazy. Pozostałe spojrzały na nią zbulwersowane. Taki brak końskości, zero szacunku dla przyjaciół, martwych i dla Koniodalfa. Jędza).

Z powodu traumatycznych doświadczeń Bruno wpadł w depresję i zaczął dużo jeść nigdy więcej nie robiąc już pompek. Z jedną ręką? Kiedy lekko przeszła mu depresja zaczął szukać jakiejś ostrej laski żeby wyładować swą chuć. W podstawowych informacjach o sobie na facebook'u zaznaczył, że szuka randki i związku. Żałował, że nie było tam opcji jednorazowe pieprzenie. Widząc go Paulina wpadła w szał, wykrzyczała się pytając gdzie jego mięśnie, gdzie jego ręka i o której zamykają mięsny, bo chyba jeszcze zdąży skoro do randki nie dojdzie. A o mięchu cały dzień marzyła. Wtedy też zrozumiała, dlaczego tak długo musiała czekać na czacie (chat) aż odpisze. Jeno jedna ręka to nie to samo co dwie. Bruno próbował ją przepraszać, ale to zdało się na nic. Śledził ją do jej taniego hostelu. Po drodze zahaczyła o rzeźnika na pięć minut przed zamknięciem. Stanął na dole i gdy upewnił się w którym pokoju się zatrzymuje poszedł kupić kwiaty. Widząc go w drzwiach prawie zepchnęła go ze schodów więc chyba w końcu do niego dotarło (poręcz była po lewej kiedy popchnięty stracił równowagę, jego jedyna dłoń była po prawej). Bukiet który przyniósł rzuciła wkurzona na podłogę. Wkurzona i spocona, bo było parno jak już pisaliśmy. Sfrustrowana skierowała się od razu do sypialni aby się rozładować. Kiedy zrobiła to dwa razy dopadł ją znienacka olbrzymi głód. Taki głód, który zdarza się tylko raz w życiu. Albo wcale. Taki głód, który czują dzieci w Afryce. Paulina wiedziała, że musi coś zjeść. Zostawiła Romka jeszcze delikatnie drżącego na pościeli w słoneczniki i poszła do kuchni. Włączyła elektryczną kuchenkę i przypomniało jej się, że miała coś wyprasować, więc włączyła również żelazko. Parna noc dawała jej się we znaki więc zrzuciła z siebie cienki jedwabny szlafrok w tulipany. Szlafrok miał wzorki makowca, tak tego ciasta.

Paulina taka jaką ją bóg stworzył zaczęła smażyć stek podrygując swą kształtną pupcią w rytm puszczonej z płyty piosenki zespołu Goldrapp Ooh La La. Zapomniane żelazko robiło się niebezpiecznie nagrzane. Płomień krwistej świecy stojącej tuż przy zasłonie groźnie piął się w górę. Paulina odpłynęła wraz z muzyką hen daleko zapominając przez moment o świecie. Bożym końskim świecie. Nie zauważyła nawet, że w swym upojeniu alkoholowym włączyła również drugi palnik, na którym stała drewniana deska do krojenia. Przewróciła stek na drugą stronę kiedy zorientowała się, że coś się zmieniło. Czegoś... brakowało. Muzyki!

Odwróciła się. Przy wieży w salonie w mrocznym złowrogim zielonym cieniu z ulicznego neonu stał Bruno. W swej dłoni dzierżył pilota od stereo.
- Zawsze lubiłem bardziej ich inny kawałek: Number One - rzekł i nacisnął play. W mieszkaniu rozbrzmiała znowu Alison Goldfrapp. - Ten teledysk z głowami psów? Bezcenny. - umilkł na chwilę. - Dlaczego mnie nie chcesz Paula? Mam tyle miłości, którą chcę cię obdarować.
- Chcę żebyś się stąd wyniósł, myślałam, że dałam ci to wcześniej do zrozumienia! - Wycedziła poddenerwowane słowa. Amant odłożył pedantycznie pilota na stolik do kawy i wyciągnął coś zza pleców. Nie, nie bata. Klucz szwedzki. Paulinę przeszył zimny dreszcz. Uświadomiła sobie, że jej amant może mieć porządnie uszkodzoną psychikę, jeśli nie gorzej. Zmieniła od razu ton, jednak jedyne co udało jej się wydukać to:
- Po co ci ta żabka?
Bruno uśmiechnął się szaleńczo:
- Do skręcania rur.
- Jesteś... hydraulikiem?
Wyczuła zapach przypalającego się drewna. - Muszę wyłączyć palnik.
- Zostaw. Nic nie musisz. I nie przejmuj się tym, że ci się stek przypali. Lubię dobrze przypieczonego. Lubię, kiedy zaczyna cuchnąć i nie pozostaje po nim nic oprócz węgla.
- No to... daj mi choć wyłączyć żelazko. Proszę.
- Nie! - powiedział stanowczo. Niech będzie włączone. Niech się rozgrzeje do czerwoności.
- Ale... ale... ty wiesz jaki rachunek za prąd przyjdzie? Trzeba dbać o środowisko i o naszą planetę.
Deska zajęła się ogniem, stęch przypalonego mięsa był coraz bardziej intensywny. Zasłona zajęła się od świeczki. Alarm przeciwpożarowy się nie włączył, bo bateria nie była wymieniana od 3 lat. Bruno ruszył na Paulinę, która chwyciła patelnię i uderzyła go. Rozpalony olej prysnął mu z całym impetem w twarz. Nim patelnia z przypalonym stekiem upadła z trzaskiem na ziemię Bruno zdążył wgryźć się w kawałek steku.
- Uum! Pycha.
Dookoła nich rosły płomienie. 60 sekund do 120 sekund. Tylko tyle masz czasu aby uciec z zamkniętego pomieszczenia cało. Może ci się wydawać, że nie masz żadnych obrażeń, lecz dwutlenek węgla to śmiertelny wróg który może zniszczyć twoje płuca w kilkanaście sekund pozostawiając cię do końca życia z niewydolnością płuc i skracając drastycznie długość twojego życia. On w to wbijał.
- A teraz, na danie główne... - wrzasnął obłędnie zamachując się w powietrzu żabką. Paulina wywinęła się, klucz zabił głucho w blat. Wyciągnęła rękę chwytając żelazko i kiedy Bruno odwrócił się przypaliła mu nim twarz. Wbiła je w sam środek dogniatając najbardziej jak potrafiła, jakby walczyła z najgorszym pognieceniem, z najgorszą fałdą na ubraniu. Klucz szwajcarski upadł na ziemię, chwilę potem dołączył do niego Bruno. Paulina rzuciła się ku drzwiom. Nim do nich dobiegła pożerający ogień, który wypalał coraz większą część stropu poluzował kawałek belki, ta cała w płomieniach runęła wprost na buzię Pauliny spoglądającej w górę do boga i proszącej go o ratunek. I tak oto karmy stało się za dość. Spalona twarz za spaloną twarz. Bruno umarł, Paulina przeżyła.


- Harvey Dent miał przynajmniej pół starej twarzy, Paulina nie miała nawet tego. Musiała odrodzić się na nowo, powstać jak stała niegdyś. Dokładniej: położyć się, jak niegdyś leżała z racji wykonywanego zawodu. I tak oto narodziła się prostytutka z papierową brązową torbą na głowie, z dwiema dziurami na oczy. Tak narodziła się Paulina - dziwka z niekończącą się promocją nie uzależnioną od poświątecznych wysprzedaży - zakończył swój wywód Henio.
- To co będzie z tym ostatnim kawałkiem parówki? Pewnie już wystygła przez to całe twoje mielenie ozorem.
Otworzył szeroko japę i uniósł parówkę. Zawisł tak na chwilę z nią w powietrzu i spojrzał na wygłodniałą Mariolkę. Potem skupił spojrzenie na ostatnim kęsku. Powoli, niemal w zwolnionym tempie zaczął ją sobie wkładać do gardła patrząc na Mariolę jakby czekał na jej reakcję. Przełknął głośno. Uśmiechnął się.
- Jesteś żałosnym grubasem. Warto było? Przecież mówiłeś, że już wcześniej myślałeś żeby się ze mną przespać, a tu takie numery odstawiasz!
- Słuchaj, młoda. Piękna z ciebie dziewczyna. Ale skąd ja mogę wiedzieć, że mówiłaś prawdę że masz 18ście lat? Bo jeśli skłamałaś i jesteś niepełnoletnia, to popełniłbym przestępstwo. I miałabyś mnie w garści. Nie musiałabyś mi nic mówić, musiałbym cię puścić wolno. A mam przeczucie, że kłamałaś. Tak, przyznaję ci rację, rozważałem pójście z tobą do łóżka, ale za nasze myśli na szczęście jeszcze nikt nas nie może ukarać i możemy sobie wyobrażać co nam się żywnie podoba.
- Filozof.
Zrezygnowana Mariola odpaliła kolejnego papierosa. Oparła łokcie na kolanach i spuściła głowę. Pociągnęła tak kilka buchów. Kiedy ją podniosła przed jej oczami promieniowały dwie butelki wina. Pełne.
- Znalazłem. To co, napijemy się i opowiesz mi wszystko.
- Ale już nie będziesz prosił żebym śpiewała?

Butelkę wina na łeb później Mariola się otworzyła.
- Ci, którzy napadli na bank i zabili tych wszystkich biednych ludzi...
- Współczujesz im?
- Co?
- Powiedziałaś że biedni, czyli im współczujesz?
- Też. Chodziło mi bardziej o to, że pewnie nie dostawali na rękę więcej niż 900 złotych miesięcznie. Jak mi będziesz przerywał to lepiej znajdź trzecią butelkę wina.
- Nie już nie będę. Poza tym i tak już trochę bełkoczesz.
- Znałam jedną z tych osób. Tomek, mój brat. Było jeszcze dwóch... zdaje się że jeden miał na imię Dobromił a drugi Bogdan...
- Ale chyba nie Brutalny?
- Tak! Brutalny Bogdan, dla przyjaciół i jednej ciotki Bebe. Skąd wiedziałeś?
- A, to taki okoliczny rzezimieszek. Bebe raz rzucił cegłą w nocny klub, za to, że nazywał się Non-stop a był zamknięty już przed 23cią. Znaleźliśmy go bez problemu, bo sąsiad zauważył, że brakuje jednej cegłówki w jego domu. Zbrodnia doskonała nie istnieje. O Dobromile nie słyszałem, musi być pomysłowy. A Tomek jak się nazywa?
- Tak samo jak ja.
- Czyli?
- Pajda. Tomek Pajda. Nie był nigdy wcześniej notowany, więc raczej o nim nie słyszałeś. Pochodzimy ze Zdrowego Rozsądku.
- A! To wszystko wyjaśnia. Nie zapuszczam się do tego miasta, bo mam tam historię.
- Jaką?
- Straszną.
- Opowiedz!
- Eee, innym razem. Jestem zbyt trzeźwy. Poza tym teraz słuchamy twojej historii.
- Musisz wiedzieć, że mój brat to dobry człowiek. W życiu muchy nie zabił. No, zabił kilka much, ale zwierzęcia w życiu nie zabił. No... skoro jesteśmy szczerzy, to raz włożył kota do rynny i podpalił, żeby zobaczyć co się stanie. Kota wystrzeliło w niebiosa. Łopatą trzeba go było zbierać.
- Twój brat to nie jest dobry człowiek. Ma jakiś przydomek? Może po przydomku go skojarzę.
- Kumple mówią na niego Diablo.
- A tak, teraz kojarzę tego nicponia. Nie wiedziałem, że ma siostrę.
- Dopiero co wróciłam z zagranicy. W Irlandii byłam i ciułałam grosz do grosza w niewolniczym WcDonaldzie. W każdy razie Diablo potrzebował pieniędzy. Bebe i Dobromił od razu się zgodzili. Czekałam w samochodzie, miałam się rozglądać i od razu dać im znać gdyby coś było nie tak. Nagle usłyszałam strzały, wybiegli, a Tomek.. Diablo... on...
- No... śmiało! - zachęcił obejmując ją ramieniem. Zebrały się w niej łzy.
- Diablo mnie nie poznał i wyrzucił z samochodu. Zaraz potem nadjechaliście wy i znaleźliście mnie. Jak boga kocham, ja nie wiedziałam, że oni kogokolwiek zabiją! To miała być czysta robota.
- Dlaczego twój brat cię nie poznał?
- To był pierwszy raz jak wciągał amfetaminę. Amfa miała im pomóc żeby nie czuli strachu. Żeby być bardziej efektywni. No i jak widać mu odwaliło.
- Ty też wciągałaś?
- Nie, ja mam słabe naczynia krwionośne. Alkoholi i papierosy to moje jedyne uzależnienia.
- Czyli twój brat nagrał tą całą robotę? Przecież to mogłaś nam spokojnie na posterunku powiedzieć.
- To nie wszystko. Widzisz Heniek...
- Mów mi Heniu, śmiało!
- Heniu, ktoś skontaktował się z moim bratem... przez telefon. Ktoś zaproponował mu, żeby napadł na ten bank, dostarczył mu przez dealera amfetaminy. Diablo sam by na coś takiego nie wpadł. Nie on. Po napadzie mieli oddać tej osobie łupy, a ona miała ich za to hojnie wynagrodzić.
- Kto? Kim jest ten cień, który rzuca się na nasze miasto?
- Jak już mówiłam kontaktował się przez telefon. Nigdy go nie widziałam.... Dopóki dopóty nie wylądowałam na komisariacie i nie usłyszałam jak ktoś cię zawołał w trakcie przesłuchania. Od razu poznałam ten głos.
- Ale... Ale jedyną osobą, która mnie zawołała był... Kapitan Obcęga! Chcesz powiedzieć, że to Kapitan Obcęga za tym wszystkim stoi?!
- Tak.
- Jesteś pewna? Może się przesłyszałaś?
- 100% pewna. Ten głos poznam wszędzie.
- Ale dlaczego? To nie ma sensu, po co Kapitan Obcęga miałby napadać nie osobiście na bank? Po co miałby ryzykować zatrudniając do tego okolicznych konowałów?
- Może mu pensja nie wystarcza? Może ma jakiś mroczny sekret? Może w banku było coś, co nigdy nie miało ujrzeć światła dziennego i wcale nie chodzi o pieniądze? Może wziął pożyczkę na zakup zamku podobnego do zamku Nicolasa Cage'a, ale w przeciwieństwie do niego on nie może grać w 100stu filmach rocznie, żeby wszystko na bieżąco opłacać?
- Nie, Kapitan Obcęga prędzej by sobie kupił łódź podwodną.
- Żółtą?
- Bo ja wiem? Mam mętlik w głowie. Muszę się z tym przespać. Jutro zdecyduję co dalej zrobić.
Wybacz, ale muszę cię przykuć łańcuchem do kaloryfera, żebyś nie uciekła. Choćbyś nie wiem jak błagała i tak cię przykuję. Jakby ci było niewygodnie powiedz Christinie Ricci, żeby się przesunęła.


CZY W NOCY ZAPITY HENIEK ZMIENI ZDANIE I SPRÓBUJE SIĘ PRZESPAĆ Z MARIOLĄ? A MOŻE NAD RANEM, NA KACU? CZY KAPITAN OBCĘGA SKRYWA JESZCZE WIĘCEJ SEKRETÓW? CZY DA SIĘ ŻYĆ BEZ SERA CZY BEZ SERA Z WINEM? NA TE I INNE PYTANIA POZNACIE ODPOWIEDŹ JUŻ ZA TYDZIEŃ!

sobota, 23 stycznia 2010

AAP - - nie, nie -sik. Bardziej Alkoholizm, Akceptacja i Piekarz. Zły PIEKARZ - czyli najdłuższy tytuł posta ever. (A post wcale nie tak długi).
PIEKARZe.

Miałem styczność w życiu z 3ema piekarzami i co Wam powiem, to wam napiszę - piekarze to źli ludzie. Pierwszy był krętaczem, który opuszczał imprezy jeśli tylko browar się skończył. Może to samo w sobie jeszcze złem nie jest, ale czytajmy dalej: Swojej ówczesnej dziewczynie ofiarowywał dowody miłości wyrządzone z ciasta. Nie, nie przyrządzone, wyrządzone. I tak wyrządził jej własnoręcznie wymyślonego rogalika w kształcie serca. (Być może było to coś zupełnie innego, ale przynajmniej macie pojęcie o co biega). Gdyby to wciąż było za mało zła to wiedzcie, iż on ją zdradził. Przespał się z kimś innym. Z innym człowiekiem. Zło. Widziałem go później lat kilka lub tylko jeden rok i mogę go widzieć codziennie jeśli tylko wej∂ę na facebook'a polski, czyli na naszą-klasę. Przypakował, ale do Harvey'a Keitel'a ze Złego Porucznika wciąż wiele mu brakuje. Poza tym pewnie nie ma sterydów, a Harvey miał. No i przypakował nie w sposób na Will'a Smith'a, bo tak to ładnie jest. On przypakował jak taki typowy polski dresiarz, typowy bywalec siłowni, który myśli że baniową budowę ciała uleczy mułami. Szafa - o taką budowę ciała chodzi.

Drugi piekarz o którym tylko słyszałem i który był chyba oglądać pokój w mym już nie tak nowym miejscu zamieszkania 5cio sypialniowym, okazał się być wciągającym fetę ćpunem. Ganja jeszcze tak o ile by mi nic z lodówki nie wyżerał nawet jeśli coś bym tam miał oprócz przeterminowanego mleka a w trakcie pisania tych słów coś jeszcze innego tam mam. Ale amfetaminiarz? Nie. Amfetaminowy Piekarz pracuje w niesuper markecie Dunnes Stores i pewnie już od 4tej rano musi sobie wciągnąć kreskę, żeby mieć siłę buły piec. Zło.

Trzeci piekarz nie brzmiał przez telefon tak strasznie jak wyglądał na żywo. Pojawił się wczoraj wieczorową porą (choć nie był brunetem) w tym samym celu co Amfetaminowy Piekarz. Przyjechał Audi a wiem to tylko dlatego, gdyż powiedział że przyjedzie Audi. Samochodami Sebastian się zbytnio nie interesuje choć zmusili go do oglądania TVN Turbo. No i ten piekarz numer 3 wyglądał po prostu jak zbój. Dresowy ubiór, krótkie włosy nażelowane bosko. Być może w kieszonce ukrył srebrny łańcuszek. I wtedy Sebastian wyszedł z domu w świat, bo miał dosyć swej groty. Idąc ulicą zerknął do bardzo kiepskiej pizzerii Del Pappas aby ujrzeć w środku Piekarza Zbója który stukał w klawisze swej komórki ze spuszczoną głową oczekując na pseudo żywność. Biedak głodny się zrobił. A co robisz jak jesteś głodny i masz stałe źródło dochodów w postaci pracy piekarza? Przecież nie upieczesz sobie nic w domu, nie! Pojedziesz w swojej bryce (Audi) do pizzerii i choć raz w życiu to ktoś będzie piekł dla ciebie. Tu, pomimo jego wyglądu, zrobiło mi się go trochę żal. Ale mimo to: zło.

Oto portret pamięciowy z połączenia tych trzech postaci:



AKCEPTACJA.

Są w naszych życiach sprawy, które przychodzi nam łatwo zaakceptować. Ale są i takie z którymi bardzo trudno się pogodzić. Jednak akceptacja jest kluczem do uwolnienia się od złych uczuć, które do niczego nie prowadzą. Nie zgadzając się wewnętrznie z czymś nie zmienimy tego, nasz opór czy nie chęć nie sprawią, że sytuacja czy osoba się magicznie zmieni. Akceptacja jest często trudna, należy nad nią pracować, a czasami jedyne co nam może pomóc to czas. Ostatecznie akceptacja jest jedynym wyjściem aby przetrwać i aby nie zwariować.

ALKOHOLIZM.

Wczoraj piłem. Przedwczoraj też. Ale wcześniej miałem dzień przerwy. Tylko nie wiem o ile wcześniej. To jednak nic, pieniądze się skończyły więc nadszedł tydzień nie picia. MI i mojemu brzuchowi wyjdzie to na zdrowie. Również wyjdzie to na zdrowie mym zębom, które zostają zapominane po nocnym powrocie do domu i zasypiają nieumyte. Czego nie mogę rozgryźć: po mojej prawej leży talerzyk, który nie przewrócił się, więc leży. Na nim okruchy po pełnoziarnistym chlebie fitness na który przerzuciłem się ponad 2 miesiące temu (lubię wmawiać sobie, że coś robię, aby schudnąć). Pamiętam wczoraj wieczorem, że chciałem coś zjeść po powrocie do domu, ale nie przypominam sobie, żebym coś robił. To chyba jednak talerzyk z rana. Tak. Tak.

Z KRAJU I ZE ŚWIATA.
Świat: Goldfrapp wyda nową płytę "Head First" już w marcu.


HURRA! Może od czasu pierwszej płyty nie zrobili nic dorównującego Utopii, ale wciąż jest to świetny zespół. Oto bardzo fajny singiel Rocket z tej nowej płyty:



Kraj: Wybaczcie moją łacinę: chujowe reklamy - wczoraj reklama żarcia dla kotów, kot skacze jak Neo po dachach. Widać jak chuj, że komputerowo zrobione. Skacze tylko po to, żeby przybiec do domu i się nażreć tej zajebistej karmy, która "jest bogatsza w takie i takie składniki, których nie ma w zwykłej karmie". Jeśli więc chcesz, żeby twój kot wszedł na dach i zdążył się uchylić przed kulami agenta Smith'a, to kup mu tą karmę. Powinni zakazać reklam zwierzęcego jedzenia. Albo kierować je do zwierząt, zamiast lektora słyszelibyśmy tylko miauczenie kota, kot w domu od razu by załapał i wskazał łapą swojej pani, że chce właśnie tą karmę.

To w sumie było trochę ze świata, bo jestem pewien, że to nie polska reklama, ale następne już będą: Dzisiaj: Radiowa Trójka: Reklama Radiowa: koleś napada na bank dzwoniąc do banku i się łączy z automatycznym systemem, który mówi mu menu i każe wcisnąć odpowiedni guzik. Jaki idiota wymyślił reklamę w której ktoś napada na bank dzwoniąc przez telefon do banku i krzyczy To jest napad? Może to ma być śmieszne? Albo te doprowadzające mnie do szału reklamy samochodów lub innych produktousług, gdzie koleś udaje, że jest Japończykiem. Gada w taki denerwujący sposób, bo ani nie gada do rzeczy ani nie brzmi jak Japończyk. Dla mnie. Choć pewnie resztę społeczeństwa to bawi. Litości.

Z MÓZGU. (To Pinky jest i Mózg, Mózg, Mózg, Mózg! - Looney Tunes)

Tak narzekałem na te baby (szanuję kobiety - znaczy nie biję ich jak nie chcą, ale tu piszę o konkretnych babach) w kolejkach sklepowych, które wpierw pakują rzeczy do koszyka a dopiero potem płacą spocone, zdyszane i marzące o szlugu. Już też tak robię. Tylko, że świadomie. Bez sensu wpierw zapłacić a potem się spieszyć bo wydaje ci się, że reszta kolejki chce ci widły w plecy wbić. A pani sprzedawczyni ma obowiązek poczekać aż się spakujesz nim zacznie obsługiwać następną duszyczkę. To jest mój czas, moje zakupy, moje pieniądze. Mogę pakować jak długo mi się podoba, gdyż za to płacę. Wczoraj też była jakaś rzecz którą zrobiłem, choć zawsze byłem jej przeciwny, ale już nie pamiętam co. Poza tym fajnie tak złamać własne zasady i postąpić wbrew sobie. OCZYwiście mówimy o małych nieistotnych sprawach które nikomu krzywdy nie robią.

BLOGGER.

Chciałem, aby tytuł postu był dłuższy, jednak po latach odkryłem dzisiaj, iż tytuł postu ma limit.
____________________________________________
Nowy odcinek BEHEOBa już dzisiaj lub jutro. Zostańcie z nami! Nie zmieniajcie stacji! Jak włączycie RMF-fm to wam poderżniemy gardło. Jak włączycie Radio Zet, to poderżniemy wam gardło, ale wpierw odpiłujemy żywcem prawą nogę. Więc lepiej nie zmieniajcie stacji!

środa, 20 stycznia 2010

wtorek, 19 stycznia 2010

Nikt tak pięknie nie pisze o niestrawności.
Od kilku dni przekładam małe denerwujące duperele z miejsca na miejsce odwlekając dzień, w którym ułożę je wreszcie gdzie trzeba. Pocieszać powinien mnie fakt, iż nie tylko ja tak robię. Fakt ten mnie nie pociesza. Złoszczę się na te przedmioty martwe, ale to ja je tam wciąż stawiam. Wciąż przekładam. Jestem zły na siebie. A jednak trzymam je tam. Tak jest prościej.

Mam wszystko czego mi potrzeba. W tej chwili. Fałszywe poczucie ładu i bezpieczeństwa. Nie spieszy mi się nigdzie. Wiem, że rzeczy których chcę czekają na mnie gdzieś dalej na drodze. Jest to komfortowe uczucie. Jest mi prościej odnaleźć spokój gdy jestem sam. Jednak gdy jestem w otoczeniu ludzi których się obawiam komfort znika. Nie jest to więc pełne uczucie, nie jest to uczucie trwałe. Jest to uczucie wytworzone sztucznie... a jednak jakie odprężające!

Mam wszystko czego mi w tej chwili potrzeba oprócz kropel żołądkowych. Znajduję je bardzo skutecznymi. W dwóch identycznych kubkach z dwoma kwiatkami zaparzam mięte. Nie będę wykorzystywał torebek drugi raz. Nie należę do tych ludzi. Postawiony w czterech ścianach z osobą przekonywującą i głęboko wierzącą w swe słowa że intensywna torebka może być wtórnie wykorzystana przytaknę jakbym się zgadzał. Lecz się nie zgodzę. Powinno się umieć poznać na swoim rozmówcy, wyczuć czy jest to osoba uparta. Jeśli jest, nie ma co wdawać się w dyskusję i mówić jej, że ona nie ma racji. Ponieważ w zakamarkach naszych umysłów święcie wierzymy, że ją mamy.

Dobra analiza mogłaby rozwiać nasze wątpliwości. Nie można przeprowadzić dobrej analizy bez wszystkich czynników sprawczych. Na obiad było smażone udko kurczaka w panierce, smażona czerwona kapusta i podsmażony groszek z bułką tartą. Tak jak tata zwykł robić. Udko nie mogło wywołać bólu brzucha, pochodziło z tej samej paczki z której już wcześniej było zjedzone. Zamrażarka zatrzymała datę ważności. Data na kapuście mówiła 2012 (katastroficzna?), a na groszku 2013. Prawdopodobnie byłem swoim własnym oprawcą i nachapałem się jak szalony wywołując lawinę przerażających ale zawsze sympatycznych żołądkowych odgłosów. I jak teraz iść kupić alkohol, kiedy nie można iść wyprostowanym? Nie chciałbym znowu być wziętym za Quasimoda.

Kiedy pogaśnie większość okien w okolicy założę szarą niepozorną kurtkę i wyjdę z domu. Wezmę z sobą nóż, który dzielę z pozostałymi lokatorami. Nóż ten ma grube ostrze i wygląda jak z horrorów. Wykorzystam go dla odmiany do czegoś innego niż krojenie marchewki na pastę. Zabiję nim kota. Spasłego kocura z idiotycznym dzwoneczkiem na czerwonej obroży. Rozpruję mu brzuch. Zanurzę dłonie w jego wnętrznościach. Moje delikatne dłonie artysty. Wyciągnę jego narządy i zobaczę w nich przyszłość. Zobaczę w przyszłości siebie, a ja z przyszłości zobaczy mnie. I spojrzymy na siebie w milczącym porozumieniu. Nim wytrę ostrze z krwi szmatką kupioną w sklepie Wszystko Za Dwa Euro czubkiem języka skosztuję jego krwi. Wrócę do domu i odłożę narzędzie zbrodni na miejsce.

Chyba, że mój własny brzuch wciąż będzie bolał. Wtedy zostanę w domu i będę dalej patrzył jak mi się ściąga 3cia seria Dexter'a.

sobota, 16 stycznia 2010

BEHEOB: odcinek w którym już ktoś był, czyli niedziewiczy, czyli drugi.
Przetarł swoją niedogoloną twarz spoglądając na Dziwkę - jego miasto.

- Co tak stoisz? Będziesz tu tak stał cały dzień?! - warknął zza jego pleców Kapitan Obcęga. Jak dobrze wiemy, o ile czytaliśmy wcześniejszy fascynujący i wyciskający łzy jak Titanic odcinek w którym bogu dzięki nie śpiewała Céline Dion, jedyny świadek w krwisto-krwawym zuchwałym napadzie na jedyny bank w mieście, piękna dziewczyna z nałogiem nikotynowym i z nie tak do końca pewnym stosunkiem do bata, uciekła dosłownie przed sekundą z Komisariatu Policji w Dziwce przez niezakratowane okno. Na widok pustego pokoju do przesłuchań detektyw Heniek stanął jak wryty. Jego kapitan starał się mu dać coś do zrozumienia, tego Heniek był pewny. Jednakże jego przełożony należał do tego typu ludzi, którzy lubią się bawić z twoim umysłem, którzy lubią przeprowadzać na tobie eksperymenty tylko po to, żeby zaspokoić ich własną wypaczoną ciekawość i swoje mroczne żądze, swoją potrzebę kontrolowania innych, kontrolowania ich bytu, ich odruchów. Naciśniesz odpowiednio tu i tam, wykonasz gest i tylko czekać na rezultaty. Tak jak wtedy kiedy Kapitan Obcęga był tylko małym chłopcem (narrator tego opowiadania, mimo iż nie obiektywny, jest za to wszechwiedzący) z pięknym zestawem obu rąk. Wyciągnął swojego kolegę, nawet nie przyjaciela, Borysa do lasu pod pretekstem obalenia Nalewki Wiśniowej Druida. A tak na prawdę chciał obalić samego Borysa.
Dlatego jeszcze nim się spotkali wylał zawartość swej Nalewki Druida w najbardziej do tego odpowiednie miejsce, czyli w gardło swojej mamy pijaczki o ładnym imieniu Anastazja, i zastąpił ją sokiem z winogron (ją nalewkę, nie mamę). Kiedy więc Borys miał już helikopter Obcęgi był trzeźwy jak ktoś, kto jest z natury trzeźwy (tak, miało być tu bardziej wyjechane porównanie, jednak byłoby ono niesmaczne z racji tego, iż nie byłoby fikcją i gdyby jakoś potem gdzieś ktoś kiedyś dorwał autora tego OGGa po przeczytaniu tego odcinka mógłby być bardzo zły, mógłby powiedzieć, że to niemoralne wykorzystywać jego tragedię rodzinną dla takiego porównania i dorzucić jeszcze, że powinieneś się wstydzić, a może nawet sprzedałby ciosa; w wyniku czego porównanie skromne do kogoś z natury trzeźwego jest nie tyle co uzasadnione, co bardzo bezpieczne). No i po zapiciu Borysa rozebrał go do naga i zadzwonił po policję. Ukrył się za sosną i czekał na rozwój wydarzeń. Jaka normalna osoba mogłaby przeprowadzić taki test? Żadna. Bo Kapitan Obcęga nie był normalny.

Kapitan Obcęga miał mroczny sekret. Dobry detektyw bazujący na instynkcie już od pierwszego uścisku jego jedynej dłoni poczułby pewien chłód wyciekający spod maski uśmiechu. Niestety Heniek dobrym detektywem nie był. Więc jak to się olaboga!któregoniema stało, że Heniek w ogóle został detektywem? Ano przespał się z kim trzeba było, żeby dostać posadę. Ostatecznie. Ostatecznie, gdyż wpierw przespał się z Marychą, sprzątaczką alkoholiczką. Myślał, że Marycha mu załatwi posadę. Heniek, może i nie był rozgarnięty, ale ambitny tak. W dzień wolny poszedł przez ścieżkę przy łące pod dom Marychy, przez brudną szybę zobaczył, że Marycha zachlana w trzy dupy jeszcze z poprzedniego wieczoru leży z gołą dupą na kanapie i się leczy ciągnąc z gwinta pozostałości pijackiego raju. Czyli, że nie spała - ucieszył się Heniek i wszedł. Wszedł na całego. Wszedł do domu, wszedł w Marychę, wszedł nawet do komórki z ziemniakami, żeby obrać 6eść na obiad, bo po tym jak wyszedł z Marychy to ona się głodna zrobiła. Niestety dla jego kariery, okazało się (po miesiącu), że Marycha nie tylko nie załatwi mu posady detektywa, to jeszcze, że Marycha nawet nie była sprzątaczką na posterunku, tylko w bibliotece. Razu pewnego los tak chciał, że Heniek zaszedł tam szukając książki Sto dwadzieścia dni sodomy markiza de Sade, bo ktoś mu powiedział, że to miła lekka lektura akurat na posiedzenia na sedesie ( to chyba Kapitan Obcęgi mu to zasugerował, teraz widzicie jaki on jest pokręcony). Marycha go zagadała i stało się to, co się stało powyżej.

Taki miała bajer.

Po trupach do celu - mówi popularne przysłowie. W tym przypadku po zaliczeniach do celu wreszcie Heniek jakimś cudem przespał się z kim trzeba było i został detektywem.

- Czy ja mam ci to wyłożyć jak krowie na rowie? - zirytował się Kapitan Obcęgi - Dobra, biegnij za nią! To nasz jedyny świadek. Jeszcze ją zdążysz złapać!
- Panie Kapitanie, ona już pewnie jest hen! Daleko!
- To dlaczego ją widzę przez okno na ulicy?
- Na ulicy jest okno?
- Przez to okno tu w pomieszczeniu tam na zewnątrz na ulicy widzę ją. No, teraz to już nawet jej nie widać. Biegnij Heniek, biegnij ile sił masz w tych swoich koślawych nóżkach.
Heniek w mgnieniu oka rzucił się przez okno rozpościerając obie ręce jak Jezus na krzyżu oraz jak Lara Croft kiedy nurkuje. Płot zakończony dzidami przeskoczył, gdyż nim się rzucił zaczepił klamrą swój pas o deskę w oknie i się po nim spuścił. A pas miał długi, bo nie tyle że był gruby, co ten pas był jego zastępczym batem. Pędząc na tyle, na ile 40 kilogramów nadwagi pozwala śmignął przez maskę malucha i wskoczył na dach jadącego z naprzeciwka trabanta. Z tego punktu widzenia zobaczył jakieś 50 metrów przed sobą uciekinierkę. Schowała się za przystankiem autobusowym, żeby złapać tchu. Jakiś młody szczyl zmierzył ją wzrokiem.
- Masz może papierosa? - spytała go. Miał. Dał. - Cholera, nie mam ognia. - Ognia też miał, oczywiście, zapalając go doszło do tej chwili intymności, do której zawsze dochodzi pomiędzy dwójką ludzi, kiedy jedno odpala drugiemu papierosa. Spoglądasz w oczy tej osobie, TY dajesz jej ogień, dzięki tobie może się zaciągnąć. Wasz wzrok się łączy. Po drugiej stronie ulicy Jim Morrison śpiewa "Come on baby, light my fire!", po czym narkotyki uderzają mu do mózgu i pada na Polbruku uśmiechnięty od ucha do ucha. Padł twarzą w kupę kundla, ale wciąż się uśmiecha. Bo to cały Jim. Zaćpany Jim. I wtedy Jim znika. Świat nie istnieje. Są tylko wasze oczy, i wtedy...
- TU NIE WOLNO KURNA PALIĆ - wyrzucił z siebie pełne goryczy słowa stary dziadek w jeszcze starszym płaszczu (w rodzinie od trzech pokoleń, z rodziny rolników, to się takie rzeczy trzyma, znaczy ubrania, bo ubrania są drogie, a pieniążki lepiej wydać na flaszkę albo inne niezbędne rzeczy do życia jak np. ogórki kiszone albo śledziki, najlepsza zagrycha). - Na przystanku PKS się nie PALI! Niech to pani zgasi! - jad wyciekał mu z gęby, a czerwone czoło posiekały kreski złości. Ten dziad to ten sam archetyp dziada z kościoła, który trwoży się przed bogiem, który jest wierny, który kocha!, ale którego wkurw łapie jak widzi, że jakiś 13stoletni szczeniak gada ze swoim kolegą na mszy, krew go zalewa od stóp do głów, adrenalina sięga zenitu. Ten Dziad jest uosobieniem furii i zaczyna się drzeć, drze się na ile mu japa i stare płuca pozwalają, że to święte miejsce, że to dom boży, i że tu nie wolno gadać na mszy!!! Czy tak by się Jezus zachował drodzy parafianie?
- Panie, zostaw pan tą dziewczynę w spokoju! - stanął w obronie jeszcze inny mężczyzna z przystanku (Adrian Walec). - Polska to wolny kraj, no, choć na tyle, że póki co nie ma tu żadnego znaku o zakazu palenia. Poza tym, co cię dziadu boli, stoimy na wolnym powietrzu...
- ŁAAA ! - krzyknął zły dziad, ponieważ mu zabrakło argumentów, a kiedy argumentów (lub ROZUMU) brakuje, to wchodzimy na/w tryb ZWIERZĘ.
- Tam! Szybciej! - dało się słyszeć krzyk dochodzący z nadjeżdżającego trabanta, na którego dachu stał Heniek. - Ty! Z papierosem! Nie, nie ty Walec, czego ja mógłbym od ciebie chcieć? No, w sumie mam zdjęcia do wywołania, ale teraz nie mam na to czasu! TY dziewczyno! Stój, jeszcze nie skończyliśmy cię przesłuchiwać!
Dziewczyna, którego imienia wciąż nie znamy, ale wiemy, że ładna i ładne nogi ma, rzuciła się do ucieczki przeklinając sama do siebie - Kurwa, że też mi papieros zgasł!

Heniek zeskoczył ze szczytu samochodu i ruszył dalej z buta, ponieważ już był stosunkowo blisko ściganej. Trochę o pogodzie: dzień był ładny, ale trochę zimny. Kasi Gul w ogóle to było strasznie zimno, nawet miała dreszcze. A mimo to wyszła na świat kupić salceson. Bo salceson to była jej słabość. Po taki dobry salceson to nawet z dreszczami można się wybrać. Każdy ma swoją słabość - piwko, kreska, niezła dupa, fight club, a Kasi słabością był salceson. Od lat. 45ciu jeśli chcecie wiedzieć. Kasia ma 55 lat. Przez pierwsze dziesięć lat życia jadła nie salceson, ale potem była na wakacjach u babci, która się wgryzała ustami w udko kurczaka jakby to miało być jej ostatnie udko w życiu. No i Kaśka tam tak siedziała na taborecie, bo babciny zad zajmował dwa jedyne krzesła w gospodzie. I myślała, że te wakacje są niezbyt udane, nudy, nie ma się z kim bawić, kogut na nią patrzył spod oka (lewego, bo prawe stracił w Bitwie o Terytorium z szaro-burym kocurem postrachem wsi i okolic Klwykiem - tak, tak miał na imię kocur, właśnie tak, to nie błąd pisowni, Klwyk to piękne imię, wymówmy je teraz w zaciszu naszych laptopów i komputerów, połączmy się gdziekolwiek teraz nie jesteśmy i ilu by nas teraz nie było, usłyszmy te słowo wychodzące na zewnątrz, wymówmy je głośno i stanowczo, wymówmy to imię kota-oprawcy przez którego kogut Zdzichu stracił prawe oko, teraz, wszyscy gotowi? no to dajemy: KLWYK. I jeszcze raz KLWYK! Tak, niech nas usłyszą). W domu babci śmierdziało czymś rozkładającym się, prawdopodobnie serem, bo tak coś jakby jeden plasterek się gdzieś zawieruszył miesiąc temu. W nocy wilki wyły, koty się darły (chuć, chuć, chuć!), a materac wpijał się w bok. I meble trzaskały, jakby żyły własnym życiem. I swędziało ją coś pod powieką. I zakupy musiała taszczyć ze sklepu spożywczego U Ani gdzie tubylcy paczyli a czasem nawet patrzyli na nią dziko i wypytywali o różne okropne rzeczy, np. która godzina? - a skąd ona miała wiedzieć która godzina? Co ona, zegarynka? Taa, więc wyglądało na to, że te wakacje będą jej najgorszymi wakacjami na zawsze, na wieki, kiedy to nagle! Babcia wessała resztę udka oblizując paluszek po paluszku, bo higiena przede wszystkim i poprosiła Kasię, żeby przyniosła czwarte danie.
- Nie wiedziałam kochana babuniu, że jest 4te danie?
- Bo nie ma Kasiuniuniu - babcia zawsze rozdrabniała imiona - ale my sobie zrobimy 4te danie, a jak!
- A jak, właśnie?
- Przynieś pajdę chleba, tylko załóż wpierw laczki, bo jak jadłaś przy stole to upuściłaś. Ukroimy sobie kilka sznytek i zjemy z salcesonem! Ho ho! Ale będzie wyżerka, ale się najem! Kto wie, może nareszcie się najem? Bo jak się nie najem, to będzie niedobrze. Bardzo niedobrze - babcia pociemniała, jej źrenice rozszerzyły się, spojrzała na swój nieduży piec, potem na Kasię jakby oceniając, czy się zmieści, tak, powinna się zmieścić, Wiktor, ten chłopiec co chodził po domach i sprzedawał kurki w słoiku był trochę większy od Ka, ale się zmieścił. Tak. - Bardzo niedobrze.
- A babuniu, a co to je salceson?
- O kochanie, jakaś ty słodka. Tak mało o życiu wiesz!
- A jeszcze mniej o salcesonie - uśmiechnęła się do babci Jadzi.
- Salceson, to je pokój do wynajęcia...
- Nie rozumie?
Babcia nachyliła się nad jej główką, spojrzała jej głęboko w oczy i dokończyła:
- Pokój z widokiem na raj! - I tak też było. Pierwszy gryz salcesonu i wnuczka przeniosła się momentalnie do pokoju w którym patrzyła przez okno na raj. Tylko zasłony trochę kiczowate były. A babunia się najadła do syta. Potem poszła spać. Nawet zębów nie umyła, taka była zjechanobżarta.

Z prawdziwą przyjemnością dalibyśmy Naszemu Drogiemu Czytelnikowi wgląd w życie wszystkich przechodniów, którzy tego dnia szli ulicą na której rozgrywał się dramatyczny pościg, ale boimy się, iż moglibyśmy Cię stracić. Toteż dalej z grubsza: Starsze niegdyś piękne panie z nabrzmiałymi pulchnymi nogami (nie, nie cyckami, dlaczego mielibyśmy myśleć o cyckach starszych niegdyś pięknych pań? Mamy lepsze rzeczy o których moglibyśmy myśleć, na przykład ta puszka w której jest whisky z colą - Jim Beam, świetny wynalazek. TAk, jest wciąż dosyć wcześnie, wczoraj piliśmy, powinniśmy mieć dzień przerwy lub choć poczekać do wieczora, ale z drugiej strony już po 12stej, a po dwunastej to już nie alkoholizm, nie, skąd, przyzwoici ludzie piją po 12stej, nieprzyzwoici przed) szły nieżwawo załatwiać rzeczy na mieście: do rzeźnika, do lekarza, do apteki, do piekarza. Tylko Aneta co ma oczy jak luneta i zna znaczenia słowa mineta (któremu nie stawia nigdy weta), a w ogrodzie ma kreta, szła w innym kierunku. Szła do Boskiego Żigolo, bo ją było stać. Odkąd umarł jej mąż cień renty nie szedł na alkohol, tylko na inne używki. Boski Żigolo wcale nie był boski, ale był Żigolo i to się liczyło. W średnim wieku. Miał problemy z kręgosłupem i sercem, był łysy i wcale nie przystojny. Ale długo mógł. Bardzo długo mógł zaparzać herbatę, bo lubił mocną. Interes w miarę się kręcił, gdyż ten żigolas miał monopol. Tak, wiemy, że pisze się żigolak, ale on lubił kiedy nazywało się go żigolas, bo wtedy czuł się jak Legolas.

Wszyscy ci ludzie (oprócz Boskiego Żigolo) stali się przypadkowo świadkami w centrum wydarzeń.
- Ma pani ogień? - spytała przelatując obok jednej z tych starszych pań.
- Worek?
- Ogień?! Co, głucha jesteś? - przeleciała dalej nie czekając na odpowiedź, gdyż Heniek deptał jej po piętach.
- Worek ziemniaków? - mówiła dalej kobita - A po ile za kilo?
- Ma pani ogień? - uciekinierka nie poddawała się tak łatwo. Spytała kolejną kobitę, Bachę (jej mąż chciał budyń na deser, ale ona mu nie zrobiła bo kładła na wszystko lachę).
- Od 35 lat nie miałam papierosa w ustach! - warknęła jak sfrustrowany pies Bacha.
- Co mnie to - sap, sap - obchodzi? A, pierdolę to! - po tych jakże dosadnych słowach przerwanych onomatopeją porzuciła papierosa. Ścigana i ścigający znikli za rogiem. Papieros leżał na płytce chodnikowej (Polbruk skończył się 10m temu, bo pieniędzy zabrakło i dalej mieliśmy już stare szare komunistyczne płyty chodnikowe). Bacha rozejrzała się dookoła. Spokój. Cisza. Dwa gołębie na drutach. Spojrzała na papierosa i coś w niej normalnie pękło. Zbliżyła się do niego, pochyliła. Podmuch wiatru strącił go w szparę pomiędzy dwiema płytkami. Pochyliła się jeszcze bardziej. Już, już fioletowymi przesadnie długimi paznokciami złapała go kiedy wtem ktoś dał jej porządnego klapsa w spory tyłek.
- Lepiej się tak pani niech nie wypina! - zaśmiał się 17stoletni niewyparzony małolat.
- Poczeka! - krzyknęła za oddalającym się chłopakiem, który zatrzymał się i obejrzał na Bachę, kurę domową.
- Bo co?
- Ma ognia?
- Ma!
- To da!
Pyskacz albo był bardzo odważny albo bardzo głupi, wrócił się. Bacha włożyła szluga w usta i wejrzała w pyskacza, który odpalił jej szlugasa. I znowu doszło do omawianego wcześniej momentu intymności. 17stoletni chłopak, 68letnia Bacha. Szczupłe, nieowłosione ciało i wałowate, szorstkie dyniowate ciało. Pożądanie. Bacha zaciągnęła się po czym ozwała się:
- Moje mieszkanie jest tu niedaleko. Chodź na chwilę do mnie. Mam piwo w lodówce.
- No nie wiem. Właśnie miałem się spotkać z kolegą.
- Ile ci brakuje?
- Nic mi nie brakuje. Pełny wypas.
- Ile ci brakuje do grama?
- Ale... ale skąd???
- Masz bluzę z rysunkiem liści marihuany. W tylnej kieszeni twoich obścisłych pięknych jeansów jest lekkie wybrzuszenie od szklanej lufki. Włosy masz w nieładzie i sprawiasz wrażenie lekkoducha. Biorąc pod uwagę stan twoich butów pochodzisz z niezbyt bogatej rodziny. Pewnie też i skąpej w obliczu czego nie udało ci się z domu wykraść więcej niż 15 złotych. Pomimo całej twojej aury pewności siebie nie jesteś chamem i moczymordą - co widać - wnioskuję dlatego, że nie kupujesz bezpośrednio u dealera tylko ktoś ci kupuje, toteż nie dostaniesz pełnego grama a będziesz musiał zapłacić 30 złotych, a nie 25 dla stałych zaufanych klientów. Twój kolega ma mieć pozostałe 15 złotych. Ale co by było, gdybyś ty wyświadczył mi małą przysługę, a ja bym ci za to zapłaciła powiedzmy... powiedzmy 45 złotych?
- Mógłbym sam sobie kupić aż dwa gramy!
- Byłbyś moją nową męską dziwką - pomyślała Bacha, ale powiedziała co innego - I miałbyś świetną historię do opowiedzenia, jakbyś się już ujarał. Chodź, mój mąż wraca z pracy dopiero po 17stej.
- Mąż?

Ścigana wbiegła do bloku. Jakimś cudem dostała się na dach.
- Stąd już nie uciekniesz - wysapał zdyszany Heniek. - I powiedz mi jedno, dlaczego uciekłaś na dach? Odcięłaś sobie jakąkolwiek drogę odwrotu. Niedorozwinięta jesteś? Widziałaś jak to się kończy na filmach?
- Niedobrze - powiedziała stając niebezpiecznie blisko krawędzi. - Ale myślałam, że ciebie zgubiłam. Liczyłam też na to, że nawet jeśli ciebie nie zgubiłam, to będę mogła stąd jakoś uciec...
- Jak? Skacząc z bloku na blok? Albo że zbiegniesz po drabinie przeciwpożarowej? To zwykły blok mieszkalny, one nie mają drabin. Jak będzie się paliło to albo uciekniesz klatką albo wyskoczysz z okna. Lepiej mieszkać na parterze.
- I co teraz?
- Powiem ci co teraz. Teraz pójdziesz ze mną grzecznie z powrotem na komisariat i zaczniesz śpiewać.
- Nie umiem śpiewać. Dlatego nigdy się nie zgłosiłam do Idola. Pod prysznicem czasami podśpiewuję. Ale to bardziej wycie niż śpiewanie. Nie pozwolę, by głupota mnie kiedykolwiek zaślepiła. Jeżeli jestem w czymś dobra to to wiem, ale śpiewać nie umiem. Ale... gdybym nie musiała iść na komisariat i pozwoliłbyś mi Heniek zaśpiewać tu i teraz a potem byś mnie puścił wolno, tobym zaśpiewała.
- A znasz Placebo Without you I'm nothing?
- Przykro mi, tego akurat nie.
- To może Creep Radiohead?
- Tylko refren. Może być?
- Zapomnij, chcę całą piosenkę. A Madonna Like a virgin?
- To nie jest odpowiednie miasto, żeby śpiewać taką piosenkę.
- Fakt. Może coś Queen'a?
- Nie lubię.
WTEM!

Wtem końska mucha capnęła Heńka z tyłu w szyję. Heniek zawył z przeszywającego go bólu i próbował ją zabić, ale uciekła. I to był moment na który dziewczyna czekała, ta chwila rozkojarzenia wystarczyła aby wzięła zamach batem i uderzyła Heńka w twarz. Niepozorny Henio uchylił się przed nadlatującym bólem niczym Neo przed kulami. Bat jedynie połechtał go lekko w czubek nosa. Detektyw błyskawicznie złapał cegłówkę leżącą tuż koło niego i rzucił nią wiadomo gdzie wiadomo kogo z imieniem jednak nie wiadomo jakim nim zdążyła się zamachnąć drugi raz. Cegłówka leciała. Ci, którzy potrafili na prawdę pisać dawno już coś opublikowali, ci, którzy pisać nie potrafili żyli w USA i też coś już opublikowali. Ci, którzy byli w obozie uciekali. Obóz był po mrocznej stronie cegłówki. Żyły w nim robale. W tym Adrian - robal który nie potrafił wymawiać literki r, więc mówił np. lobal, a nie poprawnie robal. Śpiewał: Jestem lobalem, wyoblaź to sobie sobie. Monotonia życia w miłym wilgotnym miejscu wśród towarzystwa do którego dawno przywykłeś została im odebrana już w momencie kiedy Henio podnosił cegłówkę z ziemi. Spokojne robale z marzeniami musiały się ewakuować błyskawicznie, kiedy cegła leciała w stronę dziewczyny (cegła oczywiście doleciała w oka mgnieniu, jednak my zwalniamy czas ażeby dokładnie opisać każdy szczegół). Zaczęły więc one z niej zeskakiwać, hop! hop! jeden za drugim robale opuszczały swe domostwo. Zlatywały powoli w nieznaną im przyszłość, trauma ta zostanie z nimi aż do śmierci. A w tle zdziwiona twarz dziewczyny, powoli (bo w zwolnionym tempie, ile jeszcze razy mam powtarzać?) rozpościerała źrenicę i otwierała usta aby wydać okrzyk przerażenia. Taki krzyk przerażenia, który każdy normalny Sebastian wydałby po zobaczeniu reklamy zupełnie nowej wersji kinowej Koszmaru z Ulicy Wiązów która wyjdzie w kinach 30 kwietnia tego roku, wersji nakręconej przez reżyserskie beztalencie. Cegłówka obracała się lekko o 360° i jej mroczna strona znowu chowała się w cieniu zrzucając resztę robali. Został tylko jeden.

A jak.

Simba, spasły robal z ciekawą osobowością postanowił nie opuszczać swojego domu. Już od dawna się alienował i nie wychodził na żer nawet gdy inne robale go namawiały. Nie umiał się odnaleźć w tym świecie pełnym niepisanych zasad i specjalnie mu się nie chciało próbować to zmienić. Siedział tak tylko całymi dniami w wilgoci i oszukiwał się, że czuje się dobrze. Że ma tam wszystko czego tylko robal może zapragnąć. Mógł sobie wmawiać co mu się podobało, nie zmieniało to faktu że był sam. Nie było żadnej Pani Robalowej. Nie było z kim pójść jeść śmieci czy spacerować po rurach. Nie miał towarzyszki życia z którą mógłby uprawiać sporty ekstremalne, czyli przejście przez ulicę. Wszystkie potrzeby i nadzieje stłamsił w sobie chowając się przed światem. Lobal. I oto dziś nadszedł dzień na cud. Całe jego życie zostało wywrócone do góry nogami (dosłownie) i należało tylko podjąć jedną prostą decyzję. Należało zaryzykować i rzucić się w nieznany nowy świat. Niestety Simba był uparty. Postanowił zaryzykować wszystko nawet jeśli oznaczałoby to, że cegła uderzy Mroczną Stroną w cementowy dach i zgniecie go jak... małego robaka, którym przecież był. I nikt go nie wspomni. I nikt nie zapłacze nad jego losem. Gdyby chociaż był alkoholikiem, jak autOGGr, to by się rzucił i by spędził resztę życia upijając się dalej, robiąc coś, co przychodziło mu najprościej, drinki, które sprawiały że wydawało mu się iż czuje się lepiej. Tylko że Simba był abstynentem.

Całe życie stanęło mu przed oczami których nie miał bo był robalem: dzieciństwo w slamsach, lata młodzieńcze w slamsach, życie dorosłe w slamsach. starość w slamsach. Tak to wszystko zleciało, a on nie zdążył nawet nic osiągnąć. Mógł napisać wiersz. Mógł dołączyć do Robaczanej Ligi Świadków Jehowy. Mógł, ale było już za późno. Śpieszmy się kochać innych, tak prędko odchodzą. Czy on był kochany? Rodzice go kochali, ale już odeszli. Siostra odwróciła się do niego plecami, wyrzekła się go i wyjechała do Anglii, bo tam ponoć robakom lepiej się żyje i lepszy mają system socjalny niż w Polsce. A Ewa? Ewa to była dziewczyna-robak, która mu pokazała dlaczego warto jest być robakiem, ale to było dawno i nieprawda. Odeszła z innym. Silniejszym, bardziej dorosłym. TAk. I nawet już listów nie pisała.

Świadek również uchylił się przed nadlatującym bólem i cegła spadła ze szczytu bloku wprost na rozszalałą jezdnię wgniatając Simbę w asfalt. Tak kończą robale, co się boją życia. No.

Tymczasem nasza dziewczyna z powodu wywinięcia się zabójczej sile cegłówki straciła równowagę. Zachwiała się nad krawędzią dachu, gdyż jak pisaliśmy była jej niebezpiecznie blisko. Zakręciła rękami próbując złapać grunt pod nogami, lecz on się usunął, a ona zaczęła spadać. Wyglądało na to, że spotka ją taki sam los jak Simbę: DNO!

[W tym wstrząsającym momencie najprościej byłoby zakończyć odcinek. Proszę się jednak nie lękać, mamy serce.. i pełną szklankę alkoholu. Tak, wiemy, że picie do lustra jest żałosne, co jednak, jeśli nie mamy lustra? Dobrze, tak się tylko mówi. Proszę jednak pamiętać słowa Franza: Życie na trzeźwo jest nie do zniesienia.]

Bezimiennemu świadkowi, którego imię nareszcie poznamy pod koniec tego odcinka, wszystko zawirowało. Jak? Dokładnie tak jak w Vertigo Hitchcock'a, dokładnie tak samo. Obrazowo? Bardzo. Zobaczyła hen!daleko ulicę i poczuła, że zaraz zhaftuje. I właśnie wtedy...
a) gołąb nadleciał i zadziobał ją na śmierć nim zdążyła zaliczyć glebę
b) Heniek zapuścił bata, który owinął się wokół niej
czy
c) wszyscy chrześcijanie się doczekali, Jezus zszedł na ziemię i każdemu zrobił dobrze?

OCZYwiście odpowiedź BE. Pocąc się jak świnka Heniek wyciągnął swojego świadka. Oko miał wciąż dobre i końcówka (nie korci Cię czasem, żeby złamać wszystkie reguły i np. napisać końcuffka?) bata owinęła się wokół jej nadgarstka. Strwożony świadek wpadł mu w ramiona. Scena wyglądała dokładnie tak jak w okładkach powieści tej zajebistej pisarki Danielle Steel. Oprócz bata.
- Proszę, nie zabieraj mnie na komisariat.
- Muszę.
- Nic nie musisz. To twoje życie.
- I w moim życiu chcę cię zabrać na komisariat.
- Nie. Nie, ty tego nie chcesz. Oni tego chcą. Proszę! Zabierz mnie do siebie! Wszystko ci powiem. Wszystko.
Poczuł jej delikatne dłonie przez swoją owłosioną klatę. Iskierka w jej oku była czymś, w czym mógłby się spokojnie zatracić. Było to życie tak różne od jego, życie z krwi i kości.
- Muszę wrócić do pracy, nie mogę wrócić od razu do domu. Będą pytania. Telefony.
- To po drodze zajdź do monopolowego. Mi też się coś przyda. Do pracy zadzwoń i powiedz, że uciekłam, a ty straciłeś jądro i bierzesz kilka dni wolnego, żeby dojść do siebie. Oni to zrozumieją.
- Obcęga stracił rękę. Nie jądro. Wątpię, żeby zrozumiał.
- Spróbuj choć.
- Poza tym mamy maszynę z zegarem, podbijamy tam karty kiedy przychodzimy do pracy i kiedy wracamy do domu.
- No to co? Nie będziesz miał podbitej jednej karty raz, wielkie mi rzeczy. Co ci zrobią? Potrącą dwa złote z pensji?
- Dobra, ale wcześniej czy później będę musiał cię tam zaciągnąć. Jesteś jedynym świadkiem.
- Heniek, to wchodzi głębiej niż myślisz.
- Myślisz?
- Tak, ta sprawa sięga o wiele głębiej. Zaufaj mi. Wszystko ci wytłumaczę.
- Ach.
- Zaryzykuj Heniek. Zaryzykuj! Raz się żyje.
Piękno jej ciała, jej niewinność. Jej otwartość. Wszystko to, w co Heniek wierzył zostało poddane próbie, ale mu nie zależało. Nawet jeżeli chciała go wykorzystać, nawet, jeżeli chciała go udusić w śnie lub uderzyć go rozpalonym żelazkiem w twarz, nic się nie liczyło. Chciał po prostu odpłynąć na łódce do zatracenia i choć raz poczuć, że żyje. Dlatego się zgodził.
- Jak masz na imię?
- Mariola.
- Chcesz papierosa?
- O niczym innym nie marzę!


Heniek odpalił jednego ze swoich szlugów. Słońce znikało za Dziwką, nadchodził wszechogarniający mrok rozpraszany jedynie miejskimi lampami. Niebo zszarzało i prawie zczarniało. Na szczycie pewnego bloku dało się dojrzeć czerwony punkt, żar z papierosa. Jeżeli przechodniu zatrzymałbyś się i przyjrzał uważnie (i był 6 pięter nad ziemią) dopatrzyłbyś się zarysu dwóch sylwetek złączonych w uścisku. Pora na dobranoc dawno już minęła. Światła zgasły. Nadeszła noc.

czwartek, 14 stycznia 2010

KAC w 3D
Zdaje się, że firma Fuji wyprodukowała pierwszy aparat cyfrowy pozwalający robić zdjęcia w 3D. Zdaje się, gdyż autor tego OGGa jest zbyt zmęczonym człowiekiem aby to sprawdzić w sieci i podać jakiekolwiek szczegóły oprócz tych, które sam pamięta.

Sony w Japonii zaprezentowała prototyp pierwszej kamery nagrywającej w trójwymiarze - robi ona 240 klatek na sekundę, obraz zostaje rozszczepiony na dwa już po przejściu przez soczewkę, mamy więc lepszy teoretycznie obraz od kamer/aparatów łapiących obraz za pomocą dwóch obiektywów ustawionych blisko siebie, z których każdy daje lekko inny kąt widzenia (na tej zasadzie wyświetlane są filmy 3D). No i dzięki temu można oglądać film nagrany kamerą 3D w telewizorze za pomocą specjalnych OCZYwiście okularów, lub też bez nich będziemy widzieć ostry i nie zmulony standardowy obraz 2D. Jest nadzieja wokół nas.

A co z grami w 3D na ekranach naszych wypasionych mniej lub bardziej komputerowych monitorów? Cóż, komputer musi puszczać na raz dwa obrazy, ma to sens, gdyż tyle mamy oczu. Standardowy monitor ma powiedzmy 60 gHz, potrzebujemy więc takiego, który będzie miał co najmniej 120, czyli 2x tyle. No ale to wymaga naprawdę silnego komputera na sterydach, takiego po odżywkach, który chodzi na siłownię, żeby to wszystko w czasie rzeczywistym płynnie pokazywać. Kilka firm, a przynajmniej dwie, produkują już takie monitory, jednak cenowo jest to niezbyt atrakcyjne.

Potrzebujemy czegoś prostszego, jeżeli chcemy doświadczyć głębi trójwymiaru innej poza tą którą mamy w naszej szarej rzeczywistości. Okulary z dwoma monitorkami, takie gadżety jak z S-F są do dupy i są drogie, więc nie warto ich kupować. Mają niską rozdzielczość i szału nie robią. Jakby robiły szał, to bym już taką parę miał. Firma nVidia coś tak kombinuje i ma jakiś sprzęt do 3D, ale to tylko do komputerów i takie tam, że aż mi się nie chce pisać.

Idealnie byłoby gdybyśmy nie musieli zakładać żadnych okularów, a i tak widzielibyśmy obraz 3D. No i coś takiego również już jest, są takie telewizory, jednak wciąż to lekko kuleje, jakościowo pozostawiając wiele do życzenia. I ponoć są też specjalne filtry, umożliwiające oglądanie 3D na zwykłym telewizorze. Bierzesz taką Unitrę, kładziesz ten filtr na kineskopie i odpływasz daleko na szerokiego przestrzeń oceanu. Tylko, że jakoś tego w sklepie jeszczem nie widział.

Sony, Discovery oraz Imax połączyły wspólne siły i zamierzają w 2011 uruchomić w USA pierwszy kanał w 3D emitujący 24/7. Inicjatywa się chwali. Ciekawe jak to wszystko rozwiążą technicznie. Biorąc pod uwagę postęp technologiczny, raczej grubi amerykanie oraz ten niski procent szczupłych jak Orlando Bloom będą musieli zakładać okularki żeby popływać bez fizycznego wysiłku. Ekscytujące, aż chce się klaskać z podniecenia. Poważnie. Ja bym tu i teraz klasnął, ale i tak byście nie usłyszeli.

Wszystko to pięknie i cudownie, ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy: aby naprawdę doświadczyć 3D potrzebujemy zupełnie odciąć się od sąsiadów, ich psa, który kurwa ujada tylko, jakby nie miał nic lepszego w życiu do roboty, od alarmu samochodowego, który regularnie wyje a właściciel ma to w nosie, a dzielnica cierpi. Przydałoby się nawet nieraz odciąć od tej niby zajebistej, ale czasami tak męczącej osoby, która siedzi koło nas na kanapie. Więc jeśli mielibyśmy mieć 3D w domu, to potrzebowalibyśmy ekranu wielkości ściany. Tak byłoby o wiele lepiej. JEDNAK najistotniejsze dla mnie jest to, że to wciąż będzie dość ograniczone i czekam na dzień, kiedy 3D będzie mogło wypełnić całą przestrzeń dookoła nas, 360°. Jest to jak najbardziej możliwe i z pewnością najprostsze jeżeli chodzi o gry komputerowe, które są już zbudowane w takim świecie.

Sumując i reasumując: Każde pokolenie ma swoje marzenia. Jesteśmy na tyle szczęśliwi, że jeszcze za naszego życia uda nam się zobaczyć i doświadczyć jak te marzenia stają się rzeczywistością. Mówię tu głównie o 3D i laptopach kwarcowych. Bo to SĄ nasze marzenia, czyż nie? Nie? NO. Nim zupełnie zdziadziejemy będziemy zabijać realne potwory w skali 1:1 w naszym salonie albo też galopować na koniu po zielonym wzgórzu z mieczem w rękojeści do naszego zamku na spotkanie roku też w naszym salonie. I ja na to czekam. Bardzo. A jak czas nadejdzie i zdziadziejemy, to przestanie nas interesować co nowego przyniesie przyszłość, to będą już marzenia nowego pokolenia.

A kac w 3D wygląda tak: pij całą noc, jaraj szlugi. Obudź się, kup kawę w WcDonalds (akurat kawę mają dobrą i otwarte wcześnie) i idź do kina Imax na najlepiej Hubble 3D. Załóż okulary i doświadczysz nie tylko kaca w 3D, ale też kaca w przestrzeni kosmicznej.

czwartek, 7 stycznia 2010

DZIWKA PRZEDSTAWIA: Bat, Heniek i Obcęga - odcinek dziewiczy.
- Bili cię batem? - spytał z niedowierzaniem.
- Tak.
- A często?
- Tylko jak sobie przeskrobałam.
- A często miałaś przeskrobane?
- Tak - chlipnęła. - Szczególnie kiedy śnieg padał.
- Ale że śnieg? Przecież śnieg jest taki romantyczny: on i ona, spacer, płatki spadające w świetle wyżółcono wypomarańczowionych nienaturalnych acz urzekających miejskich lamp...
- No. Nie kiedy musisz odgarniać śnieg łopatą z podjazdu. Bo kiedy musisz odgarniać z rana starą łopatą pół metra w porywach do metra śnieg z podjazdu i masz na to tylko 5 minut, a antyperspirantu już 3eci dzień zapomniałaś kupić bo taka jesteś zabiegana to wtedy WCALE nie jest romantycznie. Mogę papierosa?
Siedział po przeciwnej stole białego prostego stołu. W tej chwili nie palił. Nie było też widać czy posiadał paczkę czy nie.
- A skąd wisz, że palę?
- Wisz? Co ty, ze wsi jesteś?
- Wisz co?! To znaczy: wiesz co? Nie obrażaj wieśniaków. Szczególnie tych inteligientnych. Tylko odpowiadaj: skąd wiesz, że palę?
- Kiedy tylko wszedłeś wyczułam stęchły zapach tytoniu, a z każdym nowo wypowiedzianym zdaniem przez ciebie dolatuje do mnie smród zgniłej dwójki wymieszany ze smrodem tytoniu o szczególnym natężeniu szczególnie pomiędzy zębami, których oczywiście nie nitkujesz, bo ty jesteś macho, ale kobiety, to ci nie wybaczą. Chyba że są ze wsi, to im różnicy nie robi, a taki chłop z dobrą pracą, taki policjancik jak ty, to dobry kąsek dla nich. Taka Jadwiga, dla przyjaciół i klientów Jadzia, toby pewnie z tobą na randkę poszła. No. EKHE-EM - odchrząknęła.
- Nie podoba mi się twój ton. Zbytnio pyskujesz, szczególnie biorąc pod uwagę, iż bito cię batem. Powinna byś być bezbronna, strachliwa łamane przez płochliwa. Poza tym, czy ty nie jesteś za młoda na papierosa? - spytał wyjmując paczkę pomiętolonych najtańszych papierosów i kładąc ją na ten stół, bezbarwny, nieciekawy stół, który już raz opisaliśmy, ale czemu nie opisać go jeszcze raz? W końcu to moja opowieść.

Papierosy te były bez filtra. Było to niesłychane, gdyż nasza opowieść dzieje się w czasach obecnych. A w obecnych czasach nie robią już papierosówbez filtra. A nawet, jeśli gdzieś kurna robią, to nie w tym mieście w którym dzieje się nasza opowieść. Skoro już o tym mowa, miasto nazywa się Dziwka, leży tuż obok wsi Alfons. Gdybyś szukał Dziwki samochodem dobry przechodni, który oczywiście nie ma nic lepszego do roboty niż wyjąć słuchawki z zajebistą muzą z uszu ażeby ci pomóc widząc, że stanąłeś koło niego, opuściłeś szybę i czegoś chcesz bo machasz japą i ręką, to ten dobry przechodni imieniem Sebastian doradzi ci, że jeżeli chcesz się dostać do Dziwki, to musisz przejechać przez Alfonsa, bo to najkrótsza droga.

- Nie jestem za młoda. Mam osiemnaście lat.
- Wyglądasz na 13naście, a zachowujesz się na 15tnaście. W tym zdaniu jest ukryta logika. - Heniek odpalił papierosa i zaciągnął się dymem. Paczkę schował z powrotem do kieszeni. Heniek miał 46 lat, żona odeszła, wynajmował kawalerkę i był psem detektywem. Coś mu w życiu nie wyszło i ostatnio martwił się, że umrze samotnie. I że nikt nie znajdzie jego wspomnień, które regularnie spisywał w starych zeszytach, kalendarzach i innych takich rzeczach, co papier mają. A nawet jeśli ktoś znajdzie jego wspomnienia - i tu dramat się zaczyna - to nawet się nie pokwapi, żeby je przeczytać tylko je odda na makulaturę. Albo spali je ktoś śmiejąc się jak szaleniec, a on - Heniek, Henio - on to wszystko będzie słyszał zza grobu. I płakał będzie. Długo. I smutno. Buu - uuu - o, mniej więcej tak, tylko dłużej. I smutniej. I dobrze, bo kto by to gówno kurwa chciał czytać? Nic ciekawego Heniek nie pisał. Ot tyle, obiektywnego narratora szlag trafił. Myśleć by można, że szlag pisze się przez K, czyli szlak, lecz nie! Myśleć by tak można jeśli przysłowie zacytowane wcześniej zna się tylko ze słuchu, ale człowiek żyje i dowiaduje się, że istnieje szlag. Choć do końca wciąż nie wiem czym - ani broń boże którego nie ma KIM - jest szlag. Ale już wie, że to przez G na końcu, bo tak brzmi dobrze. Gdyby kochany przez siebie i innych bardziej lub mniej czytelnik zastanawiał się teraz, czy nasza historia co chwila będzie odbiegała w zupełnie innych kierunkach niż właściwa akcja, czyli dziewczyna, którą bito batem oraz Heniek detektyw, pragnę uspokoić: tak, będzie.

-To co z tym papierosem? Jarać mi się chce, kopcić. Proszę. Proszę. Tak mi się jarać chce!
- Tak? - spytał detektyw, którego twarz zdawała się niknąć za żarem i dymem papierosa, który zdawał się oddalać i był tylko ten wszechobecny żarzący się okrąg, ten wspaniały dymek. Heniek zdawał się już być na końcu pokoju, choć jego papieros i dym wciąż były tuż przy 18mnastoletniej dziewczynie. Nagle zza dymu wynurzyła się para białych ślepi i pożółkłych zębów (o których co nieco też już wiemy, sporo wiemy, dobre opowiadanie. Wcale nie tracimy czasu. Uuu, tak. Rozrywka na miarę królów takie fajne czytadło. Tylko jeszcze kawioru, gulaszu, lampki wina, albo byle co, byle w łeb dawało i byłoby już totalnie jak w elicie, o tak. To jest to). Ślepia zwęziły się, a usta znowu zaciągnęły się dymem.
- Na prawdę chce mi się palić!!! Proszę, błagam! Tak, błagam! Zrobię wszystko! Wszystko dla tego papierosa!
Heniek wyszczerzył się w grymasie. Z głębin nie aż tak głębokiego pomieszczenia dało się usłyszeć szept:
- WSZYSTKO? - i jeszcze ciszej - A dasz się uderzyć batem?
Jej oczęta szybko się wybałuszyły w niedowierzaniu. Zamyśliła się, zakręciła nerwowo palcem kosmyk włosów i spojrzała znowu w mięsistą twarz Heńka:
- Nie jestem pewna, czy my się dobrze rozumiemy. Co masz na myśli mówiąc batem?
- No, czy dasz się uderzyć batem dla jednego papierosa?
- A jak wygląda ten twój bat?
- Jest długi i gruby.
- I czarny? Czarny jak twoje serce i ta noc?
- Nie, nie. Ciemny taki. I długi. I gruby.
- Ta, już mówiłeś. Wciąż nie jestem pewna czy myślimy o tym samym, ostatnie pytanie powinno wszystko wyjaśnić: a gdzie masz tego bata? W szafie w domu?
- Hahaha - zaśmiał się dziko. - Wiesz gdzie go mam? Pod stołem, he he!
- Jezus maria i baby jesus tak czułam coś! To nie, wszystko dla papierosa oprócz tego. Nie jestem taka jak to miasto.
- Co? Czy myślisz, że ja mówię o swoim penisie?
- Baa! A o czym innym ty stara świnio!
- I czy ty na prawdę myślisz, że nazwałbym swojego penisa "bat"?
- Kto was tam mężczyzn wie.
- I co?! Jak byłbym był z kobietą w łóżku to bym używał takiego wyrażenia, niby: "Choć tu, teraz uderzę cię batem!" ???
- Jeżeli o mnie chodzi, to równie dobrze mógłbyś mówić, że twoim batem potrafisz się łapać trzepaka i się podciągać. Gówno mnie to obchodzi.
- O! i znowu ten ton. Wstyd. Co ty wygadujesz dziewczyno.
- A ty?
- TY! Heniek! Ho no tu - burknął głos z dopiero co uchylonych drzwi. Znajdował się za nimi porucznik Obcęga, który był mańkutem. Kiedyś nie był, ale podczas aresztowania Łukasza, ee, takiego nastolatka za to, że posiadał gram marihuany stracił prawą rękę. W czasach kiedy miał dwie nazywał się porucznik Obcęgi, kiedy mu jedną spaliło, nazywa się już tylko Obcęga. Tak, wiem co myślicie, że do bani z takim opowiadaniem. Coś Wam powiem, to opowiadanie jest o niebo lepsze i lepiej skonstruowane od całej 4tej serii Heroes, ot co. Dlatego na Heroes zapadła gilotyna, nie będzie 5tej serii. A gdyby mieli takich scenarzystów jak słowa tego, którego tu czytacie to ho. Nawet ho, ho. Jo.
- Tak, poruczniku Obcęgi? - zapomniał się Heniek - Znaczy się Obcęga, poruczniku Obcęga, w czym mogę pomóc?
- Pan wyjdzie i zamknie drzwi na chwilę. Chcę z panem zamienić dwa słowa.
- A co z moim papierochem? - rzuciła wkurwiona.
- Chuj cię prędzej strzeli między oczy niż zapalisz papierosa - wrzasnął zza pleców Henio.
- Chyba bat - odwrzasnęła. Bo w ciemię batem bita nie była.

- I jak postęp w śledztwie? - spytał porucznik Obcęga, który chyba lepiej by brzmiał, gdyby był Kapitanem Obcęgą. Tak, no to tak się umawiamy.
- Nie chce gadać kapitanie. Jedyne co do tej pory powiedziała, to że ją batem bili.
- Nie rozumiem?
- No, tak tam siedzieliśmy bez słowa przez około 5ęć minut. Nie wiedziałem jak przełamać lody, więc spytałem z niedowierzaniem, czy ją batem nie bili?
- Czy cię popiździło Heniek? Czy cię popiździło?
- Yyy, nie. Myślę, że nie.
- Jak kurwa się na retoryce nie znasz, to lepiej zamilcz. To my, cała brygada, przyjeżdżamy 45 minut po wezwaniu jak na polską policję i Dziwkę przystało na miejsce zbrodni, przyjeżdżamy pod ten obrabowany bank i znajdujemy tą biedną posiniaczoną nagą dziewczynę...
- Ekhe-em! Ona nie była naga...
- MILCZEĆ kazałem. I znajdujemy tą posiniaczoną, ubraną dziewczynę w szoku. Znajdujemy tego jedynego świadka, bo wszyscy pracownicy zostali brutalnie zamordowani włącznie z Romkiem, o którym wszyscy mówili, że to agent, bo so taką dobrą i ciepłą posadę w banku znalazł. Zabieramy ją na posterunek, który nie jest 13stym, choć to pewnie byłby oryginalny pomysł dla tego serialu. No i ją tu przywozimy, przypominam, że ona jest w szoku. Wyznaczam ciebie Heniek, bo odkąd zupełnie wyłysiałeś jesteś jakiś nie swój, żebyś wrócił do gry. Wchodzisz do pokoju przesłuchań i pierwsze zdanie, jakie zadajesz tej biednej istocie, to czy ją batem kurwa bili?!
- Ale... mogę już nie milczeć? - Kapitan Obcęga przytaknął - Dziękuję. Ale ona powiedziała, że ją bili.
- Wiesz co, gówno, śmierdzące, świeże gówno szopa mnie obchodzi czy ją bili batem, grzałką czy bułką paryską. Co mnie obchodzi natomiast, to gdzie są pieniądze z banku i gdzie są te parszywe łotry, które je ukradli zabijając po drodze wszystkich dookoła. Nawet nie wiemy jak ma na imię, rozumiesz? Nie miała dowodu osobistego, karty bibliotecznej ani śladów na czole po ospie. Nie wiemy, czy jest z Dziwki, czy od Alfonsa. Nie wiemy nawet, czy ogląda ten byczy serial polski o detektywach na TVN. A powinna, bo jest taki byczy. Prawda?
- No, zajebisty jest - przydupił się jak zwykle Henio. Nie tylko to robił z dupą, ale o tym kiedy indziej. - Seriale amerykańskie się chowają. Jest niemal tak dobry jak Brzydula. Ja bym to mógł oglądać z ciepłym kakałkiem odcinek po odcinku i aż bym spać nie mógł gdyby je miał wszystkie, tylko musiałbym dalej oglądać.
- Właśnie to takie wciągające. Ach, kocham polskie seriale! No! - opamiętał się Kapitan Obcęga - W każdym razie wiesz co masz robić. Zacznij od imienia, potem jej daj papierosa. Znajdziemy tych łotrów! - I klepnął jedyną ostałą dłonią Heńka w.... ramię. I odszedł w rytm zajebistej muzy którą puszczali w Radiowej Trójce. Tą samą którą puszczali w Radiowej Trójce o 22:49 czasu Dublin/Londyn czyli 23:49 Polska dnia 7mego stycznia roku pańskiego 2010tego.

Heniek wrócił do pokoju, lecz nie zamknął za sobą drzwi tylko stanął wryty na ułamek sekundy. To co zobaczył, było niesłychane - pokój był pusty! (Nie licząc jego). Podbiegł do stołu i rozejrzał się. Za krzesłem na którym siedziała było otwarte okno. Musiała zeskoczyć z 1szego piętra i uciec! Ale jak? Choć to tylko pierwsze piętro, to jednak 9 metrów i dzidy na szczycie płotu poniżej. Heniek kucnął i spojrzał pod stół. Ten stół, który tak dobrze znamy. Tak jak myślał - nie dość, że uciekła, to w dodatku zabrała bata, którego przyczepił szarą taśmą do pakowania pod stołem.
CZY HENIEK ODNAJDZIE BATA? CZY POZNAMY IMIĘ DZIEWCZYNY? CZY DZIEWCZYNA ZAPALI? JEŚLI TAK, TO ZA JAKĄ CENĘ? CZY PRZESTĘPCY SIĘ ZNAJDĄ? CZY ROMEK BĘDZIE MIAŁ DROGĄ TRUMNĘ CZY TANIĄ, PROSTĄ, TAKĄ JAK STÓŁ W POKOJU DO PRZESŁUCHAŃ? CZY BĘDZIE NASTĘPNY ODCINEK?

Na wszystkie te i inne lub tylko na jedno pytanie poznamy odpowiedź już za tydzień!

piątek, 29 stycznia 2010

iPAD: PRZYSZŁOŚĆ JEST TERAZ

Jakiś czas temu SONY wydało swój elektroniczny czytacz eBooków, który oprócz tego że drogi to i nieciekawy. Apple ma dla nas coś nowego i jestem pod takim wrażeniem, że hej! Właśnie obejrzałem prawie półtoragodzinną prezentację na której CEO Apple przedstawia iPada. Nie ma on nawet 1.5cm grubości, tylko 13.4 mm! 24cm x 19 cm wielkość ekranu. Nie waży nawet kilograma.

Na jednorazowym ładowaniu baterii ma wytrzymywać nawet do 10h! Można w nim oglądać filmy, przeglądać sieć, czytać książki, słuchać muzyki, grać w gry i używać różnych aplikacji. Ma wbudowany kalendarz i galerię zdjęć.


Wszystko jest dotykowe - stukasz palcem w ekran, możesz zaznaczyć dany obszar przesunięciem dwóch palców, możesz rzucić granata w grze machając palcem w górę. Jadąc samochodem wystarczy przekręcić ekran w lewo lub w prawo aby skręcił w lewo lub w prawo. Apple zaprojektowało swój własny czujnik dotyku, który jest bardzo precyzyjny. Jest to coś co chcę mieć.

Szczegóły techniczne możecie znaleźć tutaj: http://www.apple.com/ie/ipad/specs/ . Oczywiście polska strona internetowa Apple też reklamuje go na pierwszej stronie, ale nic poza tym nie mówi ciekawego oprócz tego, że możecie tam obejrzeć prezentację wspomnianą wcześniej i wideo reklamujące iPada (po angielsku).

Wspomnę tylko, że będzie 6 modeli - 16GB, 32GB i 64GB z WI-FI oraz WI-FI z 3G. Cena (przypominam, żeby kliknąć na obrazek aby się powiększył):
Tak, tak.. niby trochę drogo... Z drugiej strony jest to przełomowy nowy wynalazek zmieniający sposób przeglądania sieci. Wygodny jak cholera. I jest wart tej ceny.

W USA kontrakty na internet do iPADa będą strasznie tanie. Po prostu niebo w gębie. Spójrzcie tylko:
15 $ za 250MB - wystarczy na miesięczne serfowanie po sieci bez problemu. Chcesz sobie ściągać pirackie porno? 30$ i bez limitów. (To taniej niż reszta 3G która w USA przeważnie kosztuje koło 60$ miesięcznie). Najpiękniejsze jest to, że nie ma kontraktu, bo jest PRE-PAID, czyli płatne z góry raz na miesiąc. Nie to co w innych krajach, szczególnie w Polsce, gdzie musisz podpisywać kontrakt na rok albo i dłużej i dostajesz badziewiarsko drogi i wolny internet z limitami. Prezentacja mówi, że takie ceny za internet dla iPADa to przełom cenowy i aż żal ściska za jaja, że jeszcze tam nie mieszkam. (Wybaczcie jaja, nie mogłem się oprzeć). Międzynarodowe taryfy mają być ogłoszone w okolicach czerwca tego roku.

Akcesoria: 3 póki co: uchwyt/nosidełko dla iPADa, wkładasz go w nie i stoi niczym cyfrowa ramka do zdjęć, prawdziwa klawiatura - doczepiasz go do niej i czad oraz piękne etui które jak widać poniżej ma 3 funkcje:
Tu znajdziecie krótkie wideo reklamujące jego funkcje: http://www.apple.com/ie/ipad/ipad-video/


Jak widzicie jestem podrajcowany. Co mnie najbardziej rajcuje to co za takim iPADem będzie następne. Wchodzimy w przyszłość z filmów S-F nareszcie. Już niedługo będziemy mogli robić to samo na ekranie nie grubszym niż kartka papieru który będzie hologramem, matrycą bez ciężaru.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

MGŁA oraz nie wszystko o moim ojcu.

Dookoła była mgła. Mgła unosiła się już nad miastem od kilku dni. Wydobywało się z niej trajkotanie ptaków. Głośne. Prawdziwe. Rozciągnięte nad i pod dachami domów. Na osiedlu nie stały bloki. W Irlandii nie było komunistycznych bloków.

Był czas aby działać. Mimo to nie chciało się działać lub nie wiedziało się jak. Najprościej było zaprosić lenia, który pojawiał się zawsze o właściwej porze. Który cię tulił i uświadamiał, że nic nie chce ci się robić. Nie musisz nic robić. Najważniejsze, żebyś się napił butelki wina lub czegoś podobnego. Na co masz ochotę. W końcu i tak nie masz nic lepszego do roboty. Ale czy butelka wina zastępowała ludzi? Tak, zastępowała. Sprawiała, że nie czułeś się taki samotny mimo tego iż przekonywałeś się, że wcale samotności nie odczuwasz. Definicja tego słowa zmieniła się drastycznie przez te 7 lat. Dorosłeś. A wraz z tobą twoja samotność. Samotność nie bez powodu. Buntownik z wyboru.

Zamiast płakać wolałeś się napić, choć i tak nie płakałeś zbyt często.

Kiedy byłeś małym chłopcem co wieczór modliłeś się do Boga. Tak wychowali cię rodzice co niedziela zabierając cię z sobą na poranną mszę z której nic nie rozumiałeś. Rozkładałeś ręce naśladując księdza, zasypiałeś na ramieniu swojej mamy czując się jak w niebie. Kiedy wracaliście ze spaceru skakałeś jak szalony podrzucając kolana w powietrze niczym koń w galopie. Tata powiedział ci twardo, żebyś się nie wygłupiał. Teraz by już nawet tego nie pamiętał. Nie wygłupiałeś się specjalnie. Taki wtedy po prostu byłeś. Dlatego, kiedy tata wrócił zmęczony z pracy ty stojąc na górze schodów zrzuciłeś na niego plastikową łopatkę do lepienia zamków z piasku prosto w jego jasną łysinę na czubku głowy.

Twoje samopoczucie przede wszystkim uzależnione jest od stanu twojego ciała. A ciało jest zmęczone, nie wyspane. Lekko wstawione. Coś się zmienia, lecz tylko twoja podświadomość wie o co chodzi pozostawiając cię póki co na pastwę losu. Każdy plan może zakończyć się niepowodzeniem. Każda chwila mija.

Gdyby sytuacja była inna słowa byłyby inne.

Czekając na cud nie zauważamy cudu.

Najprościej byłoby zrzucić wszystkie maski i pokazać się światu, lecz świat takich nas by nie chciał oglądać, ani my takiego świata. Więc trwamy w słowach w które nie wierzymy, w gestach które nie są nami. Gramy swoją rolę bojąc się otworzyć. Do pewnego stopnia musimy ją grać, aby przetrwać. Gdybyśmy zaczęli wrzeszczeć wniebogłosy na środku ruchliwej ulicy bo mielibyśmy taką ochotę nic dobrego by z tego nie wynikło. Niektórzy widzą nas takimi jakimi jesteśmy. To jedyne ukojenie. Wiedzieć, że nie jesteś sam.

Wszystko co piękne jest przemija. Wszystko co piękne jest zostaje - śpiewa Turnau. Kiedyś mogłeś myśleć, że zaprzyjaźniłeś się ze Śmiercią. Że staliście się dobrymi kumplami. Tak tylko ci się wydawało. Potrzeba czasu i odwagi, aby pójść za Śmiercią na randkę. Aby spojrzeć w nią i nie uciec kiedy ona spojrzy i w nas. Mimo to żyjemy jakby ona miała nigdy nie nadejść, ponieważ tak jest nam łatwiej. Trwać w swoim zakłamaniu i strachu gdzie nic nie jest pewne, gdzie lepiej nie ryzykować bojąc się negatywnego rezultatu. I tak ignorowana Śmierć idzie tam, gdzie najbardziej jest potrzebna.

Ludzie kochają się pocieszać, kochają uczyć innych jak żyć, żeby być szczęśliwymi. Obojętnie jaka by nie była twoja metoda możesz ją śmiało przelać na papier i wiedzieć, że będzie z tego bestseller. Po trzech książkach zobaczysz, że każda mówi o tym samym, lecz innymi metodami. Zniechęcenie sprawi, że przestaniesz im wierzyć. Lecz po czasie zrozumiesz co kryło się między wierszami.

Czy Bóg istnieje czy nie, wychodzi na jedno i to samo. W tej chwili nie wierzę w Boga. Dlatego piszę często bóg. Kiedyś wierzyłem w inną siłę która nas łączy, która się nami opiekuje, która nadaje naszemu życiu sens. Teraz już nie. Jesteśmy panami naszych żyć. Możemy wszystko lub nic. Decyzja należy do nas. Gdyby istniał kochający Bóg nikt by nie ginął tragicznie. Boga nie ma. Jest natura. Natura dba o balans na Ziemi. Natura kieruje naszymi instynktami w zapisanym wieki temu kodzie DNA. Pewnego dnia kiedy byłem młodszy ujrzałem nowego Tintina w kiosku kosztującego 5 złotych. (Znacie dobrze tą historię). Wracając na swym rowerze salto do domu, jadąc pod górkę pomodliłem się gorąco do Boga o te pieniądze. Po powrocie sąsiad poprosił tatę żeby mu pożyczył przyczepkę i pomógł przywieźć wannę ze sklepu, którą sobie dopiero co kupił. Gdy tak się stało spytał ile tacie wisi, lecz on odrzekł, że nic (bo pomimo wszystko zawsze był z niego i jest dobry mądry człowiek w granicach sposobu i czasów w których się wychował). Żeby jak już to sąsiad dał coś małemu na loda. To ja byłem tym małym i dostałem dokładnie 5 złotych na komiks. Ta historia służyła mi przez lata w rozmowach za dowód, że Bóg istnieje. Jednak to moje własne zaślepienie w niego uwierzyło. Spotka cię coś dobrego, dziękujesz panu, tak musiało być. To przeznaczenie! Spotka cię coś złego to się głowisz dlaczego? Bóg okrutny nie istnieje. Bóg nie istnieje. Wszystko to kim jesteśmy i czego chcemy wyrzucamy w świat połączony niewidzialnymi polami elektro-magnetycznymi, aurą. Nasze zmysły skupiają się na tym, czego w danej chwili najbardziej chcemy i takie obrazy dookoła wynajdujemy zwiększając swoje szanse na osiągnięcie celu. To my przyciągamy.

Boska interwencja to aktualnie sposób w jaki człowiek tłumaczy sobie to, co niegdyś tłumaczyło mu piorun na niebie lub deszcz w słoneczny bezchmurny dzień.

Jak więc wytłumaczyć samo to, że tu i teraz jesteśmy? Można nazwać to cudem i będzie to prawda. Można nazwać to przypadkiem i również będzie to prawda. Jednak życie zbyt za krótkim jest na zadawanie pytań bez odpowiedzi. Trza działać!

Sebastian Jaster. Ateista.

niedziela, 24 stycznia 2010

BEHEOB III: Bliżej, głębiej.

Heńka prześcieradło było brudne. W zasadzie, to cała jego pościel była brudna. Nie dziwota skoro nie zmieniał jej od roku. Kiedy żona odeszła nie musiał zaprzątać sobie głowy takimi sprawami. Pod łóżkiem leżała zagubiona skórka od banana. Bardziej zagubiona niż bohaterowie Lost. Na ścianie kwitło coś, co wyglądało jak twór z przyszłości, choć nie było. Heniek pomalował tym ścianę w noc w którą jego żona odeszła. Na żółto i na niebiesko. Były to wymioty.

Zlew miał pełny naczyń. O toalecie nawet nie wspomnimy. Jeszcze.

Heniek mieszkał w bloku na najwyższym piętrze. Mieszkanie miał małe udekorowane pustymi butelkami po wódce i piwach i po whisky. Whisky pochodziło z Bożego Narodzenia. Wódka z mniejszych świą†, a piwo pił na co dzień popijając tequilą. Butelki po tequili też się gdzieś tu powalały. W ciemności dało się słyszeć dźwięk kluczyka w zamku. Drzwi skrzypnęły i włochata ręka włączyła światło w przedpokoju. Ręka ta należała do Heńka i była przytwierdzona do jego ciała. Jeszcze.
- Rozgość się - zachęcił Mariolę zdejmując swój but. Potem zdjął drugi, ale to wynika samo z siebie. Tylko, że jak mówił rozgość się to zdejmował tylko jeden. Nie ma po co pisać, że zdejmował wtedy buty. Heniek nie zdejmował obu butów na raz, a my chcemy być konkretni. - Chcesz się czegoś napić? Mam mleko. Kota też gdzieś miałem, ale już od dłuższego czasu go nie widziałem.
- Może napił się mleka, zaćmiło go i wyskoczył przez okno?
- Chcesz powiedzieć, że Janosik był samobójcą?
- Chcę powiedzieć, że może masz mleko przeterminowane?
- Sprawdzę.
- Nie! Nie zostawiaj mnie samej. Boję się.
- Przecież nie zabrałem cię na komisariat.
- Już nie boję się komisariatu. Nie kiedy przestąpiłam próg twojego mieszkania. Co za nora pokutnika! Ludzie całe życie gdybają czy piekło istnieje, a jeśli tak to jak wygląda. Ja już wiem. Piekło istnieje i właśnie na nie patrzę. Czy to znaczy, że umarłam?
- Co ty opowiadasz? W moim domu nic ci nie grozi. Pójdę tylko do kuchni a ty tu sobie usiądź. Zaraz wrócę.
- Gdzie?
- Tu, na kanapie.
- Tu jest kanapa? To? A jak usiądę i mnie wchłonie?
- Nie histeryzuj. Może upłynęło trochę czasu od generalnych porządków, ale odkurzam regularnie.
Przerażona od stóp do głów Mariola usiadła delikatnie na brzegu czegoś co przypominało twój największy koszmar. Była tak wstrząśnięta, iż wydawało jej się, że słyszy ujadanie, ale nie miała pojęcia skąd ono dochodzi. O, skamlęcie i ujadanie znikło. Dziwy nad dziwami. Mieszkanie zdawało się atakować wszystkie jej zmysły. Heniek skierował się w stronę kuchni.
- O mój boże! Co to jest?! - krzyknęła. Oczywiście nie kuchnia, tylko Mariola. Skoro wiemy, że są tylko dwie osoby w mieszkaniu łatwo się połapać kto co mówi. Heniek zawrócił na pięcie i próbował znaleźć wzrokiem to, co wystraszyło płochą duszyczkę.
- Gdzie?
- Tu! Tu, na... nieopisywalnym ludzkimi słowami tworze znanym niegdyś jako kanapa.
- A! - machnął zbywająco dłonią Heniek. - To moja poduszka.
- Czy wszystkie twoje poduszki mają ogony?
Heniek wytężył wzrok. Podszedł bliżej i uniósł poduszkę za kark.
- Janosik?
Tak, to był Janosik. Trzy tygodnie temu napił się przeterminowanego mleka po czym zaczęło mu się wydawać, że wciąż jest spragniony (skutek uboczny nieświeżego mleka). W panice, że jeśli zaraz się nie napije to zdechnie, dorwał pół butelki absyntu, którą Heniek nieroztropnie zostawił niedopitą. Wypił wszystko. Całe 80%. Za sprawą boskiej interwencji udało mu się doczłapać na "kanapę". Wydawało mu się, że jest w Kocim Niebie i stąpa po chmurach ulepionych z brył kociego żarcia wytwarzanego z mnóstwa obrzydliwych składników, które są tylko chemicznie doprawiane aby miały smak czegokolwiek i które w Lidlu są bardzo tanie, a markowe produkty jak np. Pedigree mają dokładnie takie same składniki, a ty naiwnie przepłacasz bo jesteś niewolnikiem dobrej kampanii reklamowej. I pomimo, że ugasił pragnienie, a może właśnie dlatego, iż zbyt mocno je ugasił: zdechł.
- Przepraszam cię na chwilę - powiedział Heniek - muszę go pochować. To nie potrwa długo. Dwie minutki.
Detektyw wyszedł na klatkę schodową, która miała zsyp do wyrzucania śmieci.


- A sąsiad co robi z tym kotem? - zapytała wścibsko sąsiadka Lukrecja z naprzeciwka, która w tym samym momencie wyszła z mieszkania. Lukrecja lekko się garbiła i miała wystającą szczękę a w ustach odwieczną pojarę. I miała seks raz w '83cim, ale jej się nie spodobało. (Wiem, wiem, tego tekstu już używałem. Pochodzi on z filmu 12:01 w którym główny bohater przeżywa w kółko ten sam dzień. Najwidoczniej mam tak z tym tekstem jak Bartek Ka z rzucaniem na pytanie Skąd? w szkole średniej w klasie zawsze tej samej odpowiedzi: Z kątowni! Teraz łączę się z nim w minucie cichego porozumienia i zrozumienia. Poza tym Lukrecja na prawdę bzykała się raz w '83).
- A sąsiadka co robi z tym psem?! - kontratakował Heń. Lukrecja spojrzała na Puszka, którego skręcony kark ocierał się o jej wycieraczkę.
- Widać to samo co sąsiad! - Przeszła obok niego i wrzuciła Puszka do zsypu. Wróciła z głową opuszczoną w dół. Nim zamknęła drzwi odwróciła się powoli i spojrzała na niego spod oka. Wyciągnęła ostatni buch ze swojej pojary zagryzając kurczowo sztuczne zęby. Drżącym palcem wskazującym wskazała na niego, na swoje oczy i zakreśliła kółko w powietrzu. Zatrzasnęła za sobą drzwi z hukiem. Heniek wyrzucił Janosika i wrócił.
- Spóźniłeś się - zauważyła Mariola.
- Wybacz, ale zdaje się że chcąc nie chcąc wszedłem do kręgu zaufania Szczeny. Chcesz coś zjeść?
- O tak! O niczym innym nie marzę! Zdycham z głodu. A co masz?
- No... - zaczął spoglądając w otchłań lodówki.
- Kurczaka?
- Ni ma.
- Chleb?
- Ni ma.
- A serek jest?
- Ni ma.
- A polędwica?
- Nie ma.
- A co jest, te zet en oprócz mleka o którym już wiem?
- Gówno jest! - biorąc pod uwagę całą dziwną sytuację i te lokum, którego nawet Twin Peaks by się wystraszyło, to wyrażenie mogło nie być wyrażeniem, lecz stwierdzeniem faktu. - A oprócz gówna? Wiesz co, nie ważne. Zapomnij, że pytałam. Zamów coś na wynos.
- Nie mam pieniędzy. Przechlałem całą swoją ostatnią wypłatę. Szkoda, że u nas w kraju nie płacą co tydzień, tyko raz na miesiąc.
- Boże!!! No to chociaż daj szlugasa daj. Zabije głód na jakiś czas.

Tymczasem po drugiej stronie lustra Alicja dłubała w nosie czekając na marcową premierę.

- Jak ty tak możesz? - spytała rozmiedrzewiona Mariolka. (rozmiedrzwewiona to mój własny wyraz, kombinacja rozmierzwionej z niezadrzewioną. Znaczy tyle, że oburzona, wstrząśnięta i zdruzgotana z poczuciem złości i kory).
- Tak mogę.. co?
- Żreć chamską tą parówkę przed oczami mymi kiedy próbowałeś mi wmówić, że lodówa pusta.
- To moja ostatnia parówka.
- I co z tego?
- No wiesz, przede wszystkim musimy nauczyć się kochać siebie samych żebyśmy mogli pokochać innych.
- Co? Co ma parówka do kochania?
- Chodzi mi o to, że nasze dobro wpierw, potem dobro innych.
- Ale ty jesteś gruby. Masz w tym swoim tłuszczu całą spiżarnię parówek.
- Cicho siedź i daj mi w spokoju zjeść, a nie tu mnie zagadujesz - Heń z namaszczeniem odkroił nożem stołowym kawałem parówki i zjadł. Nadział na widelec ostatni kawałek.
- Zostaw mi chociaż ten ostatni kęs!!!
Otworzył szeroko japę i uniósł parówkę. Zawisł tak na chwilę z nią w powietrzu i odwrócił powoli oko, ale tylko oko bo siedział bokiem i spojrzał na wygłodniałą Mariolkę. Potem skierował oko z powrotem i skupił spojrzenie na ostatnim kęsku (tak jak Peter z Family Guy'a się zawsze patrzy tymi swoimi oczkami).
- Błagam! Tym razem zrobię wszystko dla tego ostatniego kęsa! W brzuchu mi burczy. Słyszysz? Słyszysz?! Jeżeli chcesz mogę być twoją Sarą a ty będziesz moim Lindą.
- A tam w tym filmie był seks, bo nie pamiętam?
- Tak. Tak! Tak!! Decyduj się wreszcie!
- Stosunek z atrakcyjną 18sto-latką w zamian za ostatni gryz parówki? Hmm - powiedział bardziej do siebie niż do niej. - Nie powiem, żeby nie przeszło mi to przez głowę, ale myślałem, że coś na tym zyskam, a nie że stracę.
- Parówkę kurwa stracisz. Wielkie mi rzeczy. Ty tak na poważnie czy tylko sobie ze mną igrasz? Kiedy jeszcze będziesz miał taką okazję? Spójrz na siebie: stary, gruby, brzydki...
- No! - przerwał jej - Pohamuj się, bo urazisz moje ego. Jesteś już blisko. Zawsze mogę iść na dziwki, tylko, że w Dziwce nie ma żadnego burdelu. Musiałbym pojechać do Kościoła. Taka wieś 10 kilometrów stąd. Tam mają burdel. W Kościele. A jakie piękne dziwki. Uuum-um! - zachwycił się - Osobiście tam nie byłem, ale widziałem zdjęcia w albumie rodzinnym.
- Tylko że tam musiałbyś zapłacić ze dwie stówki, albo nawet i trzy...
- Z torbą na twarzy i od tyłu do 3ech minut Paulina ma promocje - tylko jedna stówka.

- Paulina była piękną profesjonalistką - rozpoczął swój wywód detektyw Heniek - długie do kolan rude włosy, nieziemska uroda, nogi takie że jak stąd na księżyc! Ale niedawno zdarzył się tragiczny wypadek. Była parna noc w Nowym Orleanie. Paulina poleciała na wakacje z Romkiem, jej wibratorem. Kiedy go używała, to się zatracała krzycząc Witaj Romku w moim domku! Tego wieczoru się upijała - miała już w siebie wlane dwie butelki czerwonego lokalnego wina Rumcajs rocznik 2008, a Romek był w jej domku już dwa razy choć noc wciąż była młoda. Ale to wszystko nie tak miało wyglądać! Romek nie był jej pierwszym wyborem, tylko Bruno, którego poznała przez internet. Amant żył w Nowym Orleanie dlatego na wakacje postanowiła tam pojechać, odpocząć od pracy i mieć z nim przelotny romans. Niestety jak to w życiu bywa chuj w bombkę strzelił i wszystko się popsuło. Bruno okazał się od 5 lat nie wrzucać swoich aktualnych zdjęć, a ma to szczególne znaczenie bowiem przez ten okres przytył 20 kilogramów i stracił rękę. A było to tak: Bruno dwa razy w tygodniu miał jazdę konną. Raz spadł z konia i już się nie podniósł. Po ciężkiej rehabilitacji wrócił do siebie, jednak miał tiki nerwowe. Dlatego kiedy był znowu na stadninie i dawał rumakowi kawałek marchewki to jego otwarta płaska dłoń [*bo w taki sposób należy karmić konie, dzięki ci EMI - przypisek autora] z powodu tiku zwarła się i koń ją ugryzł i już nie puścił. Były komplikacje i ostatecznie należało mu całą rękę amputować.

(Wierzchowca należało uśpić, choć to nie on zawinił, no, może powinien był puścić tą rękę wcześniej, a nie się z nią tarmosić 3 minuty. A szkoda, bo akurat miał zostać ojcem. Tak, ten koń. Wszystkie rumaki na czele z jego żoną na znak protestu postanowiły uczcić jego pamięć minutą ciszy podczas której pomodliły się do swego Końskiego Boga Koniodalfa. Bóg Koniodalf wcześniej nazywał się Koniodolf, ale po tym całym złu, które wyrządził Hitler i fakcie, że nie zawładnął światem ani nawet Europą, nie chciano aby imię Końskiego Boga w jakikolwiek sposób kojarzyło się z Adolfem. Minuty ciszy przerwało głośne pierdnięcie kobyły Zofii. Bo z natury zawsze od razu wypuszczała swoje gazy. Pozostałe spojrzały na nią zbulwersowane. Taki brak końskości, zero szacunku dla przyjaciół, martwych i dla Koniodalfa. Jędza).

Z powodu traumatycznych doświadczeń Bruno wpadł w depresję i zaczął dużo jeść nigdy więcej nie robiąc już pompek. Z jedną ręką? Kiedy lekko przeszła mu depresja zaczął szukać jakiejś ostrej laski żeby wyładować swą chuć. W podstawowych informacjach o sobie na facebook'u zaznaczył, że szuka randki i związku. Żałował, że nie było tam opcji jednorazowe pieprzenie. Widząc go Paulina wpadła w szał, wykrzyczała się pytając gdzie jego mięśnie, gdzie jego ręka i o której zamykają mięsny, bo chyba jeszcze zdąży skoro do randki nie dojdzie. A o mięchu cały dzień marzyła. Wtedy też zrozumiała, dlaczego tak długo musiała czekać na czacie (chat) aż odpisze. Jeno jedna ręka to nie to samo co dwie. Bruno próbował ją przepraszać, ale to zdało się na nic. Śledził ją do jej taniego hostelu. Po drodze zahaczyła o rzeźnika na pięć minut przed zamknięciem. Stanął na dole i gdy upewnił się w którym pokoju się zatrzymuje poszedł kupić kwiaty. Widząc go w drzwiach prawie zepchnęła go ze schodów więc chyba w końcu do niego dotarło (poręcz była po lewej kiedy popchnięty stracił równowagę, jego jedyna dłoń była po prawej). Bukiet który przyniósł rzuciła wkurzona na podłogę. Wkurzona i spocona, bo było parno jak już pisaliśmy. Sfrustrowana skierowała się od razu do sypialni aby się rozładować. Kiedy zrobiła to dwa razy dopadł ją znienacka olbrzymi głód. Taki głód, który zdarza się tylko raz w życiu. Albo wcale. Taki głód, który czują dzieci w Afryce. Paulina wiedziała, że musi coś zjeść. Zostawiła Romka jeszcze delikatnie drżącego na pościeli w słoneczniki i poszła do kuchni. Włączyła elektryczną kuchenkę i przypomniało jej się, że miała coś wyprasować, więc włączyła również żelazko. Parna noc dawała jej się we znaki więc zrzuciła z siebie cienki jedwabny szlafrok w tulipany. Szlafrok miał wzorki makowca, tak tego ciasta.

Paulina taka jaką ją bóg stworzył zaczęła smażyć stek podrygując swą kształtną pupcią w rytm puszczonej z płyty piosenki zespołu Goldrapp Ooh La La. Zapomniane żelazko robiło się niebezpiecznie nagrzane. Płomień krwistej świecy stojącej tuż przy zasłonie groźnie piął się w górę. Paulina odpłynęła wraz z muzyką hen daleko zapominając przez moment o świecie. Bożym końskim świecie. Nie zauważyła nawet, że w swym upojeniu alkoholowym włączyła również drugi palnik, na którym stała drewniana deska do krojenia. Przewróciła stek na drugą stronę kiedy zorientowała się, że coś się zmieniło. Czegoś... brakowało. Muzyki!

Odwróciła się. Przy wieży w salonie w mrocznym złowrogim zielonym cieniu z ulicznego neonu stał Bruno. W swej dłoni dzierżył pilota od stereo.
- Zawsze lubiłem bardziej ich inny kawałek: Number One - rzekł i nacisnął play. W mieszkaniu rozbrzmiała znowu Alison Goldfrapp. - Ten teledysk z głowami psów? Bezcenny. - umilkł na chwilę. - Dlaczego mnie nie chcesz Paula? Mam tyle miłości, którą chcę cię obdarować.
- Chcę żebyś się stąd wyniósł, myślałam, że dałam ci to wcześniej do zrozumienia! - Wycedziła poddenerwowane słowa. Amant odłożył pedantycznie pilota na stolik do kawy i wyciągnął coś zza pleców. Nie, nie bata. Klucz szwedzki. Paulinę przeszył zimny dreszcz. Uświadomiła sobie, że jej amant może mieć porządnie uszkodzoną psychikę, jeśli nie gorzej. Zmieniła od razu ton, jednak jedyne co udało jej się wydukać to:
- Po co ci ta żabka?
Bruno uśmiechnął się szaleńczo:
- Do skręcania rur.
- Jesteś... hydraulikiem?
Wyczuła zapach przypalającego się drewna. - Muszę wyłączyć palnik.
- Zostaw. Nic nie musisz. I nie przejmuj się tym, że ci się stek przypali. Lubię dobrze przypieczonego. Lubię, kiedy zaczyna cuchnąć i nie pozostaje po nim nic oprócz węgla.
- No to... daj mi choć wyłączyć żelazko. Proszę.
- Nie! - powiedział stanowczo. Niech będzie włączone. Niech się rozgrzeje do czerwoności.
- Ale... ale... ty wiesz jaki rachunek za prąd przyjdzie? Trzeba dbać o środowisko i o naszą planetę.
Deska zajęła się ogniem, stęch przypalonego mięsa był coraz bardziej intensywny. Zasłona zajęła się od świeczki. Alarm przeciwpożarowy się nie włączył, bo bateria nie była wymieniana od 3 lat. Bruno ruszył na Paulinę, która chwyciła patelnię i uderzyła go. Rozpalony olej prysnął mu z całym impetem w twarz. Nim patelnia z przypalonym stekiem upadła z trzaskiem na ziemię Bruno zdążył wgryźć się w kawałek steku.
- Uum! Pycha.
Dookoła nich rosły płomienie. 60 sekund do 120 sekund. Tylko tyle masz czasu aby uciec z zamkniętego pomieszczenia cało. Może ci się wydawać, że nie masz żadnych obrażeń, lecz dwutlenek węgla to śmiertelny wróg który może zniszczyć twoje płuca w kilkanaście sekund pozostawiając cię do końca życia z niewydolnością płuc i skracając drastycznie długość twojego życia. On w to wbijał.
- A teraz, na danie główne... - wrzasnął obłędnie zamachując się w powietrzu żabką. Paulina wywinęła się, klucz zabił głucho w blat. Wyciągnęła rękę chwytając żelazko i kiedy Bruno odwrócił się przypaliła mu nim twarz. Wbiła je w sam środek dogniatając najbardziej jak potrafiła, jakby walczyła z najgorszym pognieceniem, z najgorszą fałdą na ubraniu. Klucz szwajcarski upadł na ziemię, chwilę potem dołączył do niego Bruno. Paulina rzuciła się ku drzwiom. Nim do nich dobiegła pożerający ogień, który wypalał coraz większą część stropu poluzował kawałek belki, ta cała w płomieniach runęła wprost na buzię Pauliny spoglądającej w górę do boga i proszącej go o ratunek. I tak oto karmy stało się za dość. Spalona twarz za spaloną twarz. Bruno umarł, Paulina przeżyła.


- Harvey Dent miał przynajmniej pół starej twarzy, Paulina nie miała nawet tego. Musiała odrodzić się na nowo, powstać jak stała niegdyś. Dokładniej: położyć się, jak niegdyś leżała z racji wykonywanego zawodu. I tak oto narodziła się prostytutka z papierową brązową torbą na głowie, z dwiema dziurami na oczy. Tak narodziła się Paulina - dziwka z niekończącą się promocją nie uzależnioną od poświątecznych wysprzedaży - zakończył swój wywód Henio.
- To co będzie z tym ostatnim kawałkiem parówki? Pewnie już wystygła przez to całe twoje mielenie ozorem.
Otworzył szeroko japę i uniósł parówkę. Zawisł tak na chwilę z nią w powietrzu i spojrzał na wygłodniałą Mariolkę. Potem skupił spojrzenie na ostatnim kęsku. Powoli, niemal w zwolnionym tempie zaczął ją sobie wkładać do gardła patrząc na Mariolę jakby czekał na jej reakcję. Przełknął głośno. Uśmiechnął się.
- Jesteś żałosnym grubasem. Warto było? Przecież mówiłeś, że już wcześniej myślałeś żeby się ze mną przespać, a tu takie numery odstawiasz!
- Słuchaj, młoda. Piękna z ciebie dziewczyna. Ale skąd ja mogę wiedzieć, że mówiłaś prawdę że masz 18ście lat? Bo jeśli skłamałaś i jesteś niepełnoletnia, to popełniłbym przestępstwo. I miałabyś mnie w garści. Nie musiałabyś mi nic mówić, musiałbym cię puścić wolno. A mam przeczucie, że kłamałaś. Tak, przyznaję ci rację, rozważałem pójście z tobą do łóżka, ale za nasze myśli na szczęście jeszcze nikt nas nie może ukarać i możemy sobie wyobrażać co nam się żywnie podoba.
- Filozof.
Zrezygnowana Mariola odpaliła kolejnego papierosa. Oparła łokcie na kolanach i spuściła głowę. Pociągnęła tak kilka buchów. Kiedy ją podniosła przed jej oczami promieniowały dwie butelki wina. Pełne.
- Znalazłem. To co, napijemy się i opowiesz mi wszystko.
- Ale już nie będziesz prosił żebym śpiewała?

Butelkę wina na łeb później Mariola się otworzyła.
- Ci, którzy napadli na bank i zabili tych wszystkich biednych ludzi...
- Współczujesz im?
- Co?
- Powiedziałaś że biedni, czyli im współczujesz?
- Też. Chodziło mi bardziej o to, że pewnie nie dostawali na rękę więcej niż 900 złotych miesięcznie. Jak mi będziesz przerywał to lepiej znajdź trzecią butelkę wina.
- Nie już nie będę. Poza tym i tak już trochę bełkoczesz.
- Znałam jedną z tych osób. Tomek, mój brat. Było jeszcze dwóch... zdaje się że jeden miał na imię Dobromił a drugi Bogdan...
- Ale chyba nie Brutalny?
- Tak! Brutalny Bogdan, dla przyjaciół i jednej ciotki Bebe. Skąd wiedziałeś?
- A, to taki okoliczny rzezimieszek. Bebe raz rzucił cegłą w nocny klub, za to, że nazywał się Non-stop a był zamknięty już przed 23cią. Znaleźliśmy go bez problemu, bo sąsiad zauważył, że brakuje jednej cegłówki w jego domu. Zbrodnia doskonała nie istnieje. O Dobromile nie słyszałem, musi być pomysłowy. A Tomek jak się nazywa?
- Tak samo jak ja.
- Czyli?
- Pajda. Tomek Pajda. Nie był nigdy wcześniej notowany, więc raczej o nim nie słyszałeś. Pochodzimy ze Zdrowego Rozsądku.
- A! To wszystko wyjaśnia. Nie zapuszczam się do tego miasta, bo mam tam historię.
- Jaką?
- Straszną.
- Opowiedz!
- Eee, innym razem. Jestem zbyt trzeźwy. Poza tym teraz słuchamy twojej historii.
- Musisz wiedzieć, że mój brat to dobry człowiek. W życiu muchy nie zabił. No, zabił kilka much, ale zwierzęcia w życiu nie zabił. No... skoro jesteśmy szczerzy, to raz włożył kota do rynny i podpalił, żeby zobaczyć co się stanie. Kota wystrzeliło w niebiosa. Łopatą trzeba go było zbierać.
- Twój brat to nie jest dobry człowiek. Ma jakiś przydomek? Może po przydomku go skojarzę.
- Kumple mówią na niego Diablo.
- A tak, teraz kojarzę tego nicponia. Nie wiedziałem, że ma siostrę.
- Dopiero co wróciłam z zagranicy. W Irlandii byłam i ciułałam grosz do grosza w niewolniczym WcDonaldzie. W każdy razie Diablo potrzebował pieniędzy. Bebe i Dobromił od razu się zgodzili. Czekałam w samochodzie, miałam się rozglądać i od razu dać im znać gdyby coś było nie tak. Nagle usłyszałam strzały, wybiegli, a Tomek.. Diablo... on...
- No... śmiało! - zachęcił obejmując ją ramieniem. Zebrały się w niej łzy.
- Diablo mnie nie poznał i wyrzucił z samochodu. Zaraz potem nadjechaliście wy i znaleźliście mnie. Jak boga kocham, ja nie wiedziałam, że oni kogokolwiek zabiją! To miała być czysta robota.
- Dlaczego twój brat cię nie poznał?
- To był pierwszy raz jak wciągał amfetaminę. Amfa miała im pomóc żeby nie czuli strachu. Żeby być bardziej efektywni. No i jak widać mu odwaliło.
- Ty też wciągałaś?
- Nie, ja mam słabe naczynia krwionośne. Alkoholi i papierosy to moje jedyne uzależnienia.
- Czyli twój brat nagrał tą całą robotę? Przecież to mogłaś nam spokojnie na posterunku powiedzieć.
- To nie wszystko. Widzisz Heniek...
- Mów mi Heniu, śmiało!
- Heniu, ktoś skontaktował się z moim bratem... przez telefon. Ktoś zaproponował mu, żeby napadł na ten bank, dostarczył mu przez dealera amfetaminy. Diablo sam by na coś takiego nie wpadł. Nie on. Po napadzie mieli oddać tej osobie łupy, a ona miała ich za to hojnie wynagrodzić.
- Kto? Kim jest ten cień, który rzuca się na nasze miasto?
- Jak już mówiłam kontaktował się przez telefon. Nigdy go nie widziałam.... Dopóki dopóty nie wylądowałam na komisariacie i nie usłyszałam jak ktoś cię zawołał w trakcie przesłuchania. Od razu poznałam ten głos.
- Ale... Ale jedyną osobą, która mnie zawołała był... Kapitan Obcęga! Chcesz powiedzieć, że to Kapitan Obcęga za tym wszystkim stoi?!
- Tak.
- Jesteś pewna? Może się przesłyszałaś?
- 100% pewna. Ten głos poznam wszędzie.
- Ale dlaczego? To nie ma sensu, po co Kapitan Obcęga miałby napadać nie osobiście na bank? Po co miałby ryzykować zatrudniając do tego okolicznych konowałów?
- Może mu pensja nie wystarcza? Może ma jakiś mroczny sekret? Może w banku było coś, co nigdy nie miało ujrzeć światła dziennego i wcale nie chodzi o pieniądze? Może wziął pożyczkę na zakup zamku podobnego do zamku Nicolasa Cage'a, ale w przeciwieństwie do niego on nie może grać w 100stu filmach rocznie, żeby wszystko na bieżąco opłacać?
- Nie, Kapitan Obcęga prędzej by sobie kupił łódź podwodną.
- Żółtą?
- Bo ja wiem? Mam mętlik w głowie. Muszę się z tym przespać. Jutro zdecyduję co dalej zrobić.
Wybacz, ale muszę cię przykuć łańcuchem do kaloryfera, żebyś nie uciekła. Choćbyś nie wiem jak błagała i tak cię przykuję. Jakby ci było niewygodnie powiedz Christinie Ricci, żeby się przesunęła.


CZY W NOCY ZAPITY HENIEK ZMIENI ZDANIE I SPRÓBUJE SIĘ PRZESPAĆ Z MARIOLĄ? A MOŻE NAD RANEM, NA KACU? CZY KAPITAN OBCĘGA SKRYWA JESZCZE WIĘCEJ SEKRETÓW? CZY DA SIĘ ŻYĆ BEZ SERA CZY BEZ SERA Z WINEM? NA TE I INNE PYTANIA POZNACIE ODPOWIEDŹ JUŻ ZA TYDZIEŃ!

sobota, 23 stycznia 2010

AAP - - nie, nie -sik. Bardziej Alkoholizm, Akceptacja i Piekarz. Zły PIEKARZ - czyli najdłuższy tytuł posta ever. (A post wcale nie tak długi).

PIEKARZe.

Miałem styczność w życiu z 3ema piekarzami i co Wam powiem, to wam napiszę - piekarze to źli ludzie. Pierwszy był krętaczem, który opuszczał imprezy jeśli tylko browar się skończył. Może to samo w sobie jeszcze złem nie jest, ale czytajmy dalej: Swojej ówczesnej dziewczynie ofiarowywał dowody miłości wyrządzone z ciasta. Nie, nie przyrządzone, wyrządzone. I tak wyrządził jej własnoręcznie wymyślonego rogalika w kształcie serca. (Być może było to coś zupełnie innego, ale przynajmniej macie pojęcie o co biega). Gdyby to wciąż było za mało zła to wiedzcie, iż on ją zdradził. Przespał się z kimś innym. Z innym człowiekiem. Zło. Widziałem go później lat kilka lub tylko jeden rok i mogę go widzieć codziennie jeśli tylko wej∂ę na facebook'a polski, czyli na naszą-klasę. Przypakował, ale do Harvey'a Keitel'a ze Złego Porucznika wciąż wiele mu brakuje. Poza tym pewnie nie ma sterydów, a Harvey miał. No i przypakował nie w sposób na Will'a Smith'a, bo tak to ładnie jest. On przypakował jak taki typowy polski dresiarz, typowy bywalec siłowni, który myśli że baniową budowę ciała uleczy mułami. Szafa - o taką budowę ciała chodzi.

Drugi piekarz o którym tylko słyszałem i który był chyba oglądać pokój w mym już nie tak nowym miejscu zamieszkania 5cio sypialniowym, okazał się być wciągającym fetę ćpunem. Ganja jeszcze tak o ile by mi nic z lodówki nie wyżerał nawet jeśli coś bym tam miał oprócz przeterminowanego mleka a w trakcie pisania tych słów coś jeszcze innego tam mam. Ale amfetaminiarz? Nie. Amfetaminowy Piekarz pracuje w niesuper markecie Dunnes Stores i pewnie już od 4tej rano musi sobie wciągnąć kreskę, żeby mieć siłę buły piec. Zło.

Trzeci piekarz nie brzmiał przez telefon tak strasznie jak wyglądał na żywo. Pojawił się wczoraj wieczorową porą (choć nie był brunetem) w tym samym celu co Amfetaminowy Piekarz. Przyjechał Audi a wiem to tylko dlatego, gdyż powiedział że przyjedzie Audi. Samochodami Sebastian się zbytnio nie interesuje choć zmusili go do oglądania TVN Turbo. No i ten piekarz numer 3 wyglądał po prostu jak zbój. Dresowy ubiór, krótkie włosy nażelowane bosko. Być może w kieszonce ukrył srebrny łańcuszek. I wtedy Sebastian wyszedł z domu w świat, bo miał dosyć swej groty. Idąc ulicą zerknął do bardzo kiepskiej pizzerii Del Pappas aby ujrzeć w środku Piekarza Zbója który stukał w klawisze swej komórki ze spuszczoną głową oczekując na pseudo żywność. Biedak głodny się zrobił. A co robisz jak jesteś głodny i masz stałe źródło dochodów w postaci pracy piekarza? Przecież nie upieczesz sobie nic w domu, nie! Pojedziesz w swojej bryce (Audi) do pizzerii i choć raz w życiu to ktoś będzie piekł dla ciebie. Tu, pomimo jego wyglądu, zrobiło mi się go trochę żal. Ale mimo to: zło.

Oto portret pamięciowy z połączenia tych trzech postaci:



AKCEPTACJA.

Są w naszych życiach sprawy, które przychodzi nam łatwo zaakceptować. Ale są i takie z którymi bardzo trudno się pogodzić. Jednak akceptacja jest kluczem do uwolnienia się od złych uczuć, które do niczego nie prowadzą. Nie zgadzając się wewnętrznie z czymś nie zmienimy tego, nasz opór czy nie chęć nie sprawią, że sytuacja czy osoba się magicznie zmieni. Akceptacja jest często trudna, należy nad nią pracować, a czasami jedyne co nam może pomóc to czas. Ostatecznie akceptacja jest jedynym wyjściem aby przetrwać i aby nie zwariować.

ALKOHOLIZM.

Wczoraj piłem. Przedwczoraj też. Ale wcześniej miałem dzień przerwy. Tylko nie wiem o ile wcześniej. To jednak nic, pieniądze się skończyły więc nadszedł tydzień nie picia. MI i mojemu brzuchowi wyjdzie to na zdrowie. Również wyjdzie to na zdrowie mym zębom, które zostają zapominane po nocnym powrocie do domu i zasypiają nieumyte. Czego nie mogę rozgryźć: po mojej prawej leży talerzyk, który nie przewrócił się, więc leży. Na nim okruchy po pełnoziarnistym chlebie fitness na który przerzuciłem się ponad 2 miesiące temu (lubię wmawiać sobie, że coś robię, aby schudnąć). Pamiętam wczoraj wieczorem, że chciałem coś zjeść po powrocie do domu, ale nie przypominam sobie, żebym coś robił. To chyba jednak talerzyk z rana. Tak. Tak.

Z KRAJU I ZE ŚWIATA.
Świat: Goldfrapp wyda nową płytę "Head First" już w marcu.


HURRA! Może od czasu pierwszej płyty nie zrobili nic dorównującego Utopii, ale wciąż jest to świetny zespół. Oto bardzo fajny singiel Rocket z tej nowej płyty:



Kraj: Wybaczcie moją łacinę: chujowe reklamy - wczoraj reklama żarcia dla kotów, kot skacze jak Neo po dachach. Widać jak chuj, że komputerowo zrobione. Skacze tylko po to, żeby przybiec do domu i się nażreć tej zajebistej karmy, która "jest bogatsza w takie i takie składniki, których nie ma w zwykłej karmie". Jeśli więc chcesz, żeby twój kot wszedł na dach i zdążył się uchylić przed kulami agenta Smith'a, to kup mu tą karmę. Powinni zakazać reklam zwierzęcego jedzenia. Albo kierować je do zwierząt, zamiast lektora słyszelibyśmy tylko miauczenie kota, kot w domu od razu by załapał i wskazał łapą swojej pani, że chce właśnie tą karmę.

To w sumie było trochę ze świata, bo jestem pewien, że to nie polska reklama, ale następne już będą: Dzisiaj: Radiowa Trójka: Reklama Radiowa: koleś napada na bank dzwoniąc do banku i się łączy z automatycznym systemem, który mówi mu menu i każe wcisnąć odpowiedni guzik. Jaki idiota wymyślił reklamę w której ktoś napada na bank dzwoniąc przez telefon do banku i krzyczy To jest napad? Może to ma być śmieszne? Albo te doprowadzające mnie do szału reklamy samochodów lub innych produktousług, gdzie koleś udaje, że jest Japończykiem. Gada w taki denerwujący sposób, bo ani nie gada do rzeczy ani nie brzmi jak Japończyk. Dla mnie. Choć pewnie resztę społeczeństwa to bawi. Litości.

Z MÓZGU. (To Pinky jest i Mózg, Mózg, Mózg, Mózg! - Looney Tunes)

Tak narzekałem na te baby (szanuję kobiety - znaczy nie biję ich jak nie chcą, ale tu piszę o konkretnych babach) w kolejkach sklepowych, które wpierw pakują rzeczy do koszyka a dopiero potem płacą spocone, zdyszane i marzące o szlugu. Już też tak robię. Tylko, że świadomie. Bez sensu wpierw zapłacić a potem się spieszyć bo wydaje ci się, że reszta kolejki chce ci widły w plecy wbić. A pani sprzedawczyni ma obowiązek poczekać aż się spakujesz nim zacznie obsługiwać następną duszyczkę. To jest mój czas, moje zakupy, moje pieniądze. Mogę pakować jak długo mi się podoba, gdyż za to płacę. Wczoraj też była jakaś rzecz którą zrobiłem, choć zawsze byłem jej przeciwny, ale już nie pamiętam co. Poza tym fajnie tak złamać własne zasady i postąpić wbrew sobie. OCZYwiście mówimy o małych nieistotnych sprawach które nikomu krzywdy nie robią.

BLOGGER.

Chciałem, aby tytuł postu był dłuższy, jednak po latach odkryłem dzisiaj, iż tytuł postu ma limit.
____________________________________________
Nowy odcinek BEHEOBa już dzisiaj lub jutro. Zostańcie z nami! Nie zmieniajcie stacji! Jak włączycie RMF-fm to wam poderżniemy gardło. Jak włączycie Radio Zet, to poderżniemy wam gardło, ale wpierw odpiłujemy żywcem prawą nogę. Więc lepiej nie zmieniajcie stacji!

wtorek, 19 stycznia 2010

Nikt tak pięknie nie pisze o niestrawności.

Od kilku dni przekładam małe denerwujące duperele z miejsca na miejsce odwlekając dzień, w którym ułożę je wreszcie gdzie trzeba. Pocieszać powinien mnie fakt, iż nie tylko ja tak robię. Fakt ten mnie nie pociesza. Złoszczę się na te przedmioty martwe, ale to ja je tam wciąż stawiam. Wciąż przekładam. Jestem zły na siebie. A jednak trzymam je tam. Tak jest prościej.

Mam wszystko czego mi potrzeba. W tej chwili. Fałszywe poczucie ładu i bezpieczeństwa. Nie spieszy mi się nigdzie. Wiem, że rzeczy których chcę czekają na mnie gdzieś dalej na drodze. Jest to komfortowe uczucie. Jest mi prościej odnaleźć spokój gdy jestem sam. Jednak gdy jestem w otoczeniu ludzi których się obawiam komfort znika. Nie jest to więc pełne uczucie, nie jest to uczucie trwałe. Jest to uczucie wytworzone sztucznie... a jednak jakie odprężające!

Mam wszystko czego mi w tej chwili potrzeba oprócz kropel żołądkowych. Znajduję je bardzo skutecznymi. W dwóch identycznych kubkach z dwoma kwiatkami zaparzam mięte. Nie będę wykorzystywał torebek drugi raz. Nie należę do tych ludzi. Postawiony w czterech ścianach z osobą przekonywującą i głęboko wierzącą w swe słowa że intensywna torebka może być wtórnie wykorzystana przytaknę jakbym się zgadzał. Lecz się nie zgodzę. Powinno się umieć poznać na swoim rozmówcy, wyczuć czy jest to osoba uparta. Jeśli jest, nie ma co wdawać się w dyskusję i mówić jej, że ona nie ma racji. Ponieważ w zakamarkach naszych umysłów święcie wierzymy, że ją mamy.

Dobra analiza mogłaby rozwiać nasze wątpliwości. Nie można przeprowadzić dobrej analizy bez wszystkich czynników sprawczych. Na obiad było smażone udko kurczaka w panierce, smażona czerwona kapusta i podsmażony groszek z bułką tartą. Tak jak tata zwykł robić. Udko nie mogło wywołać bólu brzucha, pochodziło z tej samej paczki z której już wcześniej było zjedzone. Zamrażarka zatrzymała datę ważności. Data na kapuście mówiła 2012 (katastroficzna?), a na groszku 2013. Prawdopodobnie byłem swoim własnym oprawcą i nachapałem się jak szalony wywołując lawinę przerażających ale zawsze sympatycznych żołądkowych odgłosów. I jak teraz iść kupić alkohol, kiedy nie można iść wyprostowanym? Nie chciałbym znowu być wziętym za Quasimoda.

Kiedy pogaśnie większość okien w okolicy założę szarą niepozorną kurtkę i wyjdę z domu. Wezmę z sobą nóż, który dzielę z pozostałymi lokatorami. Nóż ten ma grube ostrze i wygląda jak z horrorów. Wykorzystam go dla odmiany do czegoś innego niż krojenie marchewki na pastę. Zabiję nim kota. Spasłego kocura z idiotycznym dzwoneczkiem na czerwonej obroży. Rozpruję mu brzuch. Zanurzę dłonie w jego wnętrznościach. Moje delikatne dłonie artysty. Wyciągnę jego narządy i zobaczę w nich przyszłość. Zobaczę w przyszłości siebie, a ja z przyszłości zobaczy mnie. I spojrzymy na siebie w milczącym porozumieniu. Nim wytrę ostrze z krwi szmatką kupioną w sklepie Wszystko Za Dwa Euro czubkiem języka skosztuję jego krwi. Wrócę do domu i odłożę narzędzie zbrodni na miejsce.

Chyba, że mój własny brzuch wciąż będzie bolał. Wtedy zostanę w domu i będę dalej patrzył jak mi się ściąga 3cia seria Dexter'a.

sobota, 16 stycznia 2010

BEHEOB: odcinek w którym już ktoś był, czyli niedziewiczy, czyli drugi.

Przetarł swoją niedogoloną twarz spoglądając na Dziwkę - jego miasto.

- Co tak stoisz? Będziesz tu tak stał cały dzień?! - warknął zza jego pleców Kapitan Obcęga. Jak dobrze wiemy, o ile czytaliśmy wcześniejszy fascynujący i wyciskający łzy jak Titanic odcinek w którym bogu dzięki nie śpiewała Céline Dion, jedyny świadek w krwisto-krwawym zuchwałym napadzie na jedyny bank w mieście, piękna dziewczyna z nałogiem nikotynowym i z nie tak do końca pewnym stosunkiem do bata, uciekła dosłownie przed sekundą z Komisariatu Policji w Dziwce przez niezakratowane okno. Na widok pustego pokoju do przesłuchań detektyw Heniek stanął jak wryty. Jego kapitan starał się mu dać coś do zrozumienia, tego Heniek był pewny. Jednakże jego przełożony należał do tego typu ludzi, którzy lubią się bawić z twoim umysłem, którzy lubią przeprowadzać na tobie eksperymenty tylko po to, żeby zaspokoić ich własną wypaczoną ciekawość i swoje mroczne żądze, swoją potrzebę kontrolowania innych, kontrolowania ich bytu, ich odruchów. Naciśniesz odpowiednio tu i tam, wykonasz gest i tylko czekać na rezultaty. Tak jak wtedy kiedy Kapitan Obcęga był tylko małym chłopcem (narrator tego opowiadania, mimo iż nie obiektywny, jest za to wszechwiedzący) z pięknym zestawem obu rąk. Wyciągnął swojego kolegę, nawet nie przyjaciela, Borysa do lasu pod pretekstem obalenia Nalewki Wiśniowej Druida. A tak na prawdę chciał obalić samego Borysa.
Dlatego jeszcze nim się spotkali wylał zawartość swej Nalewki Druida w najbardziej do tego odpowiednie miejsce, czyli w gardło swojej mamy pijaczki o ładnym imieniu Anastazja, i zastąpił ją sokiem z winogron (ją nalewkę, nie mamę). Kiedy więc Borys miał już helikopter Obcęgi był trzeźwy jak ktoś, kto jest z natury trzeźwy (tak, miało być tu bardziej wyjechane porównanie, jednak byłoby ono niesmaczne z racji tego, iż nie byłoby fikcją i gdyby jakoś potem gdzieś ktoś kiedyś dorwał autora tego OGGa po przeczytaniu tego odcinka mógłby być bardzo zły, mógłby powiedzieć, że to niemoralne wykorzystywać jego tragedię rodzinną dla takiego porównania i dorzucić jeszcze, że powinieneś się wstydzić, a może nawet sprzedałby ciosa; w wyniku czego porównanie skromne do kogoś z natury trzeźwego jest nie tyle co uzasadnione, co bardzo bezpieczne). No i po zapiciu Borysa rozebrał go do naga i zadzwonił po policję. Ukrył się za sosną i czekał na rozwój wydarzeń. Jaka normalna osoba mogłaby przeprowadzić taki test? Żadna. Bo Kapitan Obcęga nie był normalny.

Kapitan Obcęga miał mroczny sekret. Dobry detektyw bazujący na instynkcie już od pierwszego uścisku jego jedynej dłoni poczułby pewien chłód wyciekający spod maski uśmiechu. Niestety Heniek dobrym detektywem nie był. Więc jak to się olaboga!któregoniema stało, że Heniek w ogóle został detektywem? Ano przespał się z kim trzeba było, żeby dostać posadę. Ostatecznie. Ostatecznie, gdyż wpierw przespał się z Marychą, sprzątaczką alkoholiczką. Myślał, że Marycha mu załatwi posadę. Heniek, może i nie był rozgarnięty, ale ambitny tak. W dzień wolny poszedł przez ścieżkę przy łące pod dom Marychy, przez brudną szybę zobaczył, że Marycha zachlana w trzy dupy jeszcze z poprzedniego wieczoru leży z gołą dupą na kanapie i się leczy ciągnąc z gwinta pozostałości pijackiego raju. Czyli, że nie spała - ucieszył się Heniek i wszedł. Wszedł na całego. Wszedł do domu, wszedł w Marychę, wszedł nawet do komórki z ziemniakami, żeby obrać 6eść na obiad, bo po tym jak wyszedł z Marychy to ona się głodna zrobiła. Niestety dla jego kariery, okazało się (po miesiącu), że Marycha nie tylko nie załatwi mu posady detektywa, to jeszcze, że Marycha nawet nie była sprzątaczką na posterunku, tylko w bibliotece. Razu pewnego los tak chciał, że Heniek zaszedł tam szukając książki Sto dwadzieścia dni sodomy markiza de Sade, bo ktoś mu powiedział, że to miła lekka lektura akurat na posiedzenia na sedesie ( to chyba Kapitan Obcęgi mu to zasugerował, teraz widzicie jaki on jest pokręcony). Marycha go zagadała i stało się to, co się stało powyżej.

Taki miała bajer.

Po trupach do celu - mówi popularne przysłowie. W tym przypadku po zaliczeniach do celu wreszcie Heniek jakimś cudem przespał się z kim trzeba było i został detektywem.

- Czy ja mam ci to wyłożyć jak krowie na rowie? - zirytował się Kapitan Obcęgi - Dobra, biegnij za nią! To nasz jedyny świadek. Jeszcze ją zdążysz złapać!
- Panie Kapitanie, ona już pewnie jest hen! Daleko!
- To dlaczego ją widzę przez okno na ulicy?
- Na ulicy jest okno?
- Przez to okno tu w pomieszczeniu tam na zewnątrz na ulicy widzę ją. No, teraz to już nawet jej nie widać. Biegnij Heniek, biegnij ile sił masz w tych swoich koślawych nóżkach.
Heniek w mgnieniu oka rzucił się przez okno rozpościerając obie ręce jak Jezus na krzyżu oraz jak Lara Croft kiedy nurkuje. Płot zakończony dzidami przeskoczył, gdyż nim się rzucił zaczepił klamrą swój pas o deskę w oknie i się po nim spuścił. A pas miał długi, bo nie tyle że był gruby, co ten pas był jego zastępczym batem. Pędząc na tyle, na ile 40 kilogramów nadwagi pozwala śmignął przez maskę malucha i wskoczył na dach jadącego z naprzeciwka trabanta. Z tego punktu widzenia zobaczył jakieś 50 metrów przed sobą uciekinierkę. Schowała się za przystankiem autobusowym, żeby złapać tchu. Jakiś młody szczyl zmierzył ją wzrokiem.
- Masz może papierosa? - spytała go. Miał. Dał. - Cholera, nie mam ognia. - Ognia też miał, oczywiście, zapalając go doszło do tej chwili intymności, do której zawsze dochodzi pomiędzy dwójką ludzi, kiedy jedno odpala drugiemu papierosa. Spoglądasz w oczy tej osobie, TY dajesz jej ogień, dzięki tobie może się zaciągnąć. Wasz wzrok się łączy. Po drugiej stronie ulicy Jim Morrison śpiewa "Come on baby, light my fire!", po czym narkotyki uderzają mu do mózgu i pada na Polbruku uśmiechnięty od ucha do ucha. Padł twarzą w kupę kundla, ale wciąż się uśmiecha. Bo to cały Jim. Zaćpany Jim. I wtedy Jim znika. Świat nie istnieje. Są tylko wasze oczy, i wtedy...
- TU NIE WOLNO KURNA PALIĆ - wyrzucił z siebie pełne goryczy słowa stary dziadek w jeszcze starszym płaszczu (w rodzinie od trzech pokoleń, z rodziny rolników, to się takie rzeczy trzyma, znaczy ubrania, bo ubrania są drogie, a pieniążki lepiej wydać na flaszkę albo inne niezbędne rzeczy do życia jak np. ogórki kiszone albo śledziki, najlepsza zagrycha). - Na przystanku PKS się nie PALI! Niech to pani zgasi! - jad wyciekał mu z gęby, a czerwone czoło posiekały kreski złości. Ten dziad to ten sam archetyp dziada z kościoła, który trwoży się przed bogiem, który jest wierny, który kocha!, ale którego wkurw łapie jak widzi, że jakiś 13stoletni szczeniak gada ze swoim kolegą na mszy, krew go zalewa od stóp do głów, adrenalina sięga zenitu. Ten Dziad jest uosobieniem furii i zaczyna się drzeć, drze się na ile mu japa i stare płuca pozwalają, że to święte miejsce, że to dom boży, i że tu nie wolno gadać na mszy!!! Czy tak by się Jezus zachował drodzy parafianie?
- Panie, zostaw pan tą dziewczynę w spokoju! - stanął w obronie jeszcze inny mężczyzna z przystanku (Adrian Walec). - Polska to wolny kraj, no, choć na tyle, że póki co nie ma tu żadnego znaku o zakazu palenia. Poza tym, co cię dziadu boli, stoimy na wolnym powietrzu...
- ŁAAA ! - krzyknął zły dziad, ponieważ mu zabrakło argumentów, a kiedy argumentów (lub ROZUMU) brakuje, to wchodzimy na/w tryb ZWIERZĘ.
- Tam! Szybciej! - dało się słyszeć krzyk dochodzący z nadjeżdżającego trabanta, na którego dachu stał Heniek. - Ty! Z papierosem! Nie, nie ty Walec, czego ja mógłbym od ciebie chcieć? No, w sumie mam zdjęcia do wywołania, ale teraz nie mam na to czasu! TY dziewczyno! Stój, jeszcze nie skończyliśmy cię przesłuchiwać!
Dziewczyna, którego imienia wciąż nie znamy, ale wiemy, że ładna i ładne nogi ma, rzuciła się do ucieczki przeklinając sama do siebie - Kurwa, że też mi papieros zgasł!

Heniek zeskoczył ze szczytu samochodu i ruszył dalej z buta, ponieważ już był stosunkowo blisko ściganej. Trochę o pogodzie: dzień był ładny, ale trochę zimny. Kasi Gul w ogóle to było strasznie zimno, nawet miała dreszcze. A mimo to wyszła na świat kupić salceson. Bo salceson to była jej słabość. Po taki dobry salceson to nawet z dreszczami można się wybrać. Każdy ma swoją słabość - piwko, kreska, niezła dupa, fight club, a Kasi słabością był salceson. Od lat. 45ciu jeśli chcecie wiedzieć. Kasia ma 55 lat. Przez pierwsze dziesięć lat życia jadła nie salceson, ale potem była na wakacjach u babci, która się wgryzała ustami w udko kurczaka jakby to miało być jej ostatnie udko w życiu. No i Kaśka tam tak siedziała na taborecie, bo babciny zad zajmował dwa jedyne krzesła w gospodzie. I myślała, że te wakacje są niezbyt udane, nudy, nie ma się z kim bawić, kogut na nią patrzył spod oka (lewego, bo prawe stracił w Bitwie o Terytorium z szaro-burym kocurem postrachem wsi i okolic Klwykiem - tak, tak miał na imię kocur, właśnie tak, to nie błąd pisowni, Klwyk to piękne imię, wymówmy je teraz w zaciszu naszych laptopów i komputerów, połączmy się gdziekolwiek teraz nie jesteśmy i ilu by nas teraz nie było, usłyszmy te słowo wychodzące na zewnątrz, wymówmy je głośno i stanowczo, wymówmy to imię kota-oprawcy przez którego kogut Zdzichu stracił prawe oko, teraz, wszyscy gotowi? no to dajemy: KLWYK. I jeszcze raz KLWYK! Tak, niech nas usłyszą). W domu babci śmierdziało czymś rozkładającym się, prawdopodobnie serem, bo tak coś jakby jeden plasterek się gdzieś zawieruszył miesiąc temu. W nocy wilki wyły, koty się darły (chuć, chuć, chuć!), a materac wpijał się w bok. I meble trzaskały, jakby żyły własnym życiem. I swędziało ją coś pod powieką. I zakupy musiała taszczyć ze sklepu spożywczego U Ani gdzie tubylcy paczyli a czasem nawet patrzyli na nią dziko i wypytywali o różne okropne rzeczy, np. która godzina? - a skąd ona miała wiedzieć która godzina? Co ona, zegarynka? Taa, więc wyglądało na to, że te wakacje będą jej najgorszymi wakacjami na zawsze, na wieki, kiedy to nagle! Babcia wessała resztę udka oblizując paluszek po paluszku, bo higiena przede wszystkim i poprosiła Kasię, żeby przyniosła czwarte danie.
- Nie wiedziałam kochana babuniu, że jest 4te danie?
- Bo nie ma Kasiuniuniu - babcia zawsze rozdrabniała imiona - ale my sobie zrobimy 4te danie, a jak!
- A jak, właśnie?
- Przynieś pajdę chleba, tylko załóż wpierw laczki, bo jak jadłaś przy stole to upuściłaś. Ukroimy sobie kilka sznytek i zjemy z salcesonem! Ho ho! Ale będzie wyżerka, ale się najem! Kto wie, może nareszcie się najem? Bo jak się nie najem, to będzie niedobrze. Bardzo niedobrze - babcia pociemniała, jej źrenice rozszerzyły się, spojrzała na swój nieduży piec, potem na Kasię jakby oceniając, czy się zmieści, tak, powinna się zmieścić, Wiktor, ten chłopiec co chodził po domach i sprzedawał kurki w słoiku był trochę większy od Ka, ale się zmieścił. Tak. - Bardzo niedobrze.
- A babuniu, a co to je salceson?
- O kochanie, jakaś ty słodka. Tak mało o życiu wiesz!
- A jeszcze mniej o salcesonie - uśmiechnęła się do babci Jadzi.
- Salceson, to je pokój do wynajęcia...
- Nie rozumie?
Babcia nachyliła się nad jej główką, spojrzała jej głęboko w oczy i dokończyła:
- Pokój z widokiem na raj! - I tak też było. Pierwszy gryz salcesonu i wnuczka przeniosła się momentalnie do pokoju w którym patrzyła przez okno na raj. Tylko zasłony trochę kiczowate były. A babunia się najadła do syta. Potem poszła spać. Nawet zębów nie umyła, taka była zjechanobżarta.

Z prawdziwą przyjemnością dalibyśmy Naszemu Drogiemu Czytelnikowi wgląd w życie wszystkich przechodniów, którzy tego dnia szli ulicą na której rozgrywał się dramatyczny pościg, ale boimy się, iż moglibyśmy Cię stracić. Toteż dalej z grubsza: Starsze niegdyś piękne panie z nabrzmiałymi pulchnymi nogami (nie, nie cyckami, dlaczego mielibyśmy myśleć o cyckach starszych niegdyś pięknych pań? Mamy lepsze rzeczy o których moglibyśmy myśleć, na przykład ta puszka w której jest whisky z colą - Jim Beam, świetny wynalazek. TAk, jest wciąż dosyć wcześnie, wczoraj piliśmy, powinniśmy mieć dzień przerwy lub choć poczekać do wieczora, ale z drugiej strony już po 12stej, a po dwunastej to już nie alkoholizm, nie, skąd, przyzwoici ludzie piją po 12stej, nieprzyzwoici przed) szły nieżwawo załatwiać rzeczy na mieście: do rzeźnika, do lekarza, do apteki, do piekarza. Tylko Aneta co ma oczy jak luneta i zna znaczenia słowa mineta (któremu nie stawia nigdy weta), a w ogrodzie ma kreta, szła w innym kierunku. Szła do Boskiego Żigolo, bo ją było stać. Odkąd umarł jej mąż cień renty nie szedł na alkohol, tylko na inne używki. Boski Żigolo wcale nie był boski, ale był Żigolo i to się liczyło. W średnim wieku. Miał problemy z kręgosłupem i sercem, był łysy i wcale nie przystojny. Ale długo mógł. Bardzo długo mógł zaparzać herbatę, bo lubił mocną. Interes w miarę się kręcił, gdyż ten żigolas miał monopol. Tak, wiemy, że pisze się żigolak, ale on lubił kiedy nazywało się go żigolas, bo wtedy czuł się jak Legolas.

Wszyscy ci ludzie (oprócz Boskiego Żigolo) stali się przypadkowo świadkami w centrum wydarzeń.
- Ma pani ogień? - spytała przelatując obok jednej z tych starszych pań.
- Worek?
- Ogień?! Co, głucha jesteś? - przeleciała dalej nie czekając na odpowiedź, gdyż Heniek deptał jej po piętach.
- Worek ziemniaków? - mówiła dalej kobita - A po ile za kilo?
- Ma pani ogień? - uciekinierka nie poddawała się tak łatwo. Spytała kolejną kobitę, Bachę (jej mąż chciał budyń na deser, ale ona mu nie zrobiła bo kładła na wszystko lachę).
- Od 35 lat nie miałam papierosa w ustach! - warknęła jak sfrustrowany pies Bacha.
- Co mnie to - sap, sap - obchodzi? A, pierdolę to! - po tych jakże dosadnych słowach przerwanych onomatopeją porzuciła papierosa. Ścigana i ścigający znikli za rogiem. Papieros leżał na płytce chodnikowej (Polbruk skończył się 10m temu, bo pieniędzy zabrakło i dalej mieliśmy już stare szare komunistyczne płyty chodnikowe). Bacha rozejrzała się dookoła. Spokój. Cisza. Dwa gołębie na drutach. Spojrzała na papierosa i coś w niej normalnie pękło. Zbliżyła się do niego, pochyliła. Podmuch wiatru strącił go w szparę pomiędzy dwiema płytkami. Pochyliła się jeszcze bardziej. Już, już fioletowymi przesadnie długimi paznokciami złapała go kiedy wtem ktoś dał jej porządnego klapsa w spory tyłek.
- Lepiej się tak pani niech nie wypina! - zaśmiał się 17stoletni niewyparzony małolat.
- Poczeka! - krzyknęła za oddalającym się chłopakiem, który zatrzymał się i obejrzał na Bachę, kurę domową.
- Bo co?
- Ma ognia?
- Ma!
- To da!
Pyskacz albo był bardzo odważny albo bardzo głupi, wrócił się. Bacha włożyła szluga w usta i wejrzała w pyskacza, który odpalił jej szlugasa. I znowu doszło do omawianego wcześniej momentu intymności. 17stoletni chłopak, 68letnia Bacha. Szczupłe, nieowłosione ciało i wałowate, szorstkie dyniowate ciało. Pożądanie. Bacha zaciągnęła się po czym ozwała się:
- Moje mieszkanie jest tu niedaleko. Chodź na chwilę do mnie. Mam piwo w lodówce.
- No nie wiem. Właśnie miałem się spotkać z kolegą.
- Ile ci brakuje?
- Nic mi nie brakuje. Pełny wypas.
- Ile ci brakuje do grama?
- Ale... ale skąd???
- Masz bluzę z rysunkiem liści marihuany. W tylnej kieszeni twoich obścisłych pięknych jeansów jest lekkie wybrzuszenie od szklanej lufki. Włosy masz w nieładzie i sprawiasz wrażenie lekkoducha. Biorąc pod uwagę stan twoich butów pochodzisz z niezbyt bogatej rodziny. Pewnie też i skąpej w obliczu czego nie udało ci się z domu wykraść więcej niż 15 złotych. Pomimo całej twojej aury pewności siebie nie jesteś chamem i moczymordą - co widać - wnioskuję dlatego, że nie kupujesz bezpośrednio u dealera tylko ktoś ci kupuje, toteż nie dostaniesz pełnego grama a będziesz musiał zapłacić 30 złotych, a nie 25 dla stałych zaufanych klientów. Twój kolega ma mieć pozostałe 15 złotych. Ale co by było, gdybyś ty wyświadczył mi małą przysługę, a ja bym ci za to zapłaciła powiedzmy... powiedzmy 45 złotych?
- Mógłbym sam sobie kupić aż dwa gramy!
- Byłbyś moją nową męską dziwką - pomyślała Bacha, ale powiedziała co innego - I miałbyś świetną historię do opowiedzenia, jakbyś się już ujarał. Chodź, mój mąż wraca z pracy dopiero po 17stej.
- Mąż?

Ścigana wbiegła do bloku. Jakimś cudem dostała się na dach.
- Stąd już nie uciekniesz - wysapał zdyszany Heniek. - I powiedz mi jedno, dlaczego uciekłaś na dach? Odcięłaś sobie jakąkolwiek drogę odwrotu. Niedorozwinięta jesteś? Widziałaś jak to się kończy na filmach?
- Niedobrze - powiedziała stając niebezpiecznie blisko krawędzi. - Ale myślałam, że ciebie zgubiłam. Liczyłam też na to, że nawet jeśli ciebie nie zgubiłam, to będę mogła stąd jakoś uciec...
- Jak? Skacząc z bloku na blok? Albo że zbiegniesz po drabinie przeciwpożarowej? To zwykły blok mieszkalny, one nie mają drabin. Jak będzie się paliło to albo uciekniesz klatką albo wyskoczysz z okna. Lepiej mieszkać na parterze.
- I co teraz?
- Powiem ci co teraz. Teraz pójdziesz ze mną grzecznie z powrotem na komisariat i zaczniesz śpiewać.
- Nie umiem śpiewać. Dlatego nigdy się nie zgłosiłam do Idola. Pod prysznicem czasami podśpiewuję. Ale to bardziej wycie niż śpiewanie. Nie pozwolę, by głupota mnie kiedykolwiek zaślepiła. Jeżeli jestem w czymś dobra to to wiem, ale śpiewać nie umiem. Ale... gdybym nie musiała iść na komisariat i pozwoliłbyś mi Heniek zaśpiewać tu i teraz a potem byś mnie puścił wolno, tobym zaśpiewała.
- A znasz Placebo Without you I'm nothing?
- Przykro mi, tego akurat nie.
- To może Creep Radiohead?
- Tylko refren. Może być?
- Zapomnij, chcę całą piosenkę. A Madonna Like a virgin?
- To nie jest odpowiednie miasto, żeby śpiewać taką piosenkę.
- Fakt. Może coś Queen'a?
- Nie lubię.
WTEM!

Wtem końska mucha capnęła Heńka z tyłu w szyję. Heniek zawył z przeszywającego go bólu i próbował ją zabić, ale uciekła. I to był moment na który dziewczyna czekała, ta chwila rozkojarzenia wystarczyła aby wzięła zamach batem i uderzyła Heńka w twarz. Niepozorny Henio uchylił się przed nadlatującym bólem niczym Neo przed kulami. Bat jedynie połechtał go lekko w czubek nosa. Detektyw błyskawicznie złapał cegłówkę leżącą tuż koło niego i rzucił nią wiadomo gdzie wiadomo kogo z imieniem jednak nie wiadomo jakim nim zdążyła się zamachnąć drugi raz. Cegłówka leciała. Ci, którzy potrafili na prawdę pisać dawno już coś opublikowali, ci, którzy pisać nie potrafili żyli w USA i też coś już opublikowali. Ci, którzy byli w obozie uciekali. Obóz był po mrocznej stronie cegłówki. Żyły w nim robale. W tym Adrian - robal który nie potrafił wymawiać literki r, więc mówił np. lobal, a nie poprawnie robal. Śpiewał: Jestem lobalem, wyoblaź to sobie sobie. Monotonia życia w miłym wilgotnym miejscu wśród towarzystwa do którego dawno przywykłeś została im odebrana już w momencie kiedy Henio podnosił cegłówkę z ziemi. Spokojne robale z marzeniami musiały się ewakuować błyskawicznie, kiedy cegła leciała w stronę dziewczyny (cegła oczywiście doleciała w oka mgnieniu, jednak my zwalniamy czas ażeby dokładnie opisać każdy szczegół). Zaczęły więc one z niej zeskakiwać, hop! hop! jeden za drugim robale opuszczały swe domostwo. Zlatywały powoli w nieznaną im przyszłość, trauma ta zostanie z nimi aż do śmierci. A w tle zdziwiona twarz dziewczyny, powoli (bo w zwolnionym tempie, ile jeszcze razy mam powtarzać?) rozpościerała źrenicę i otwierała usta aby wydać okrzyk przerażenia. Taki krzyk przerażenia, który każdy normalny Sebastian wydałby po zobaczeniu reklamy zupełnie nowej wersji kinowej Koszmaru z Ulicy Wiązów która wyjdzie w kinach 30 kwietnia tego roku, wersji nakręconej przez reżyserskie beztalencie. Cegłówka obracała się lekko o 360° i jej mroczna strona znowu chowała się w cieniu zrzucając resztę robali. Został tylko jeden.

A jak.

Simba, spasły robal z ciekawą osobowością postanowił nie opuszczać swojego domu. Już od dawna się alienował i nie wychodził na żer nawet gdy inne robale go namawiały. Nie umiał się odnaleźć w tym świecie pełnym niepisanych zasad i specjalnie mu się nie chciało próbować to zmienić. Siedział tak tylko całymi dniami w wilgoci i oszukiwał się, że czuje się dobrze. Że ma tam wszystko czego tylko robal może zapragnąć. Mógł sobie wmawiać co mu się podobało, nie zmieniało to faktu że był sam. Nie było żadnej Pani Robalowej. Nie było z kim pójść jeść śmieci czy spacerować po rurach. Nie miał towarzyszki życia z którą mógłby uprawiać sporty ekstremalne, czyli przejście przez ulicę. Wszystkie potrzeby i nadzieje stłamsił w sobie chowając się przed światem. Lobal. I oto dziś nadszedł dzień na cud. Całe jego życie zostało wywrócone do góry nogami (dosłownie) i należało tylko podjąć jedną prostą decyzję. Należało zaryzykować i rzucić się w nieznany nowy świat. Niestety Simba był uparty. Postanowił zaryzykować wszystko nawet jeśli oznaczałoby to, że cegła uderzy Mroczną Stroną w cementowy dach i zgniecie go jak... małego robaka, którym przecież był. I nikt go nie wspomni. I nikt nie zapłacze nad jego losem. Gdyby chociaż był alkoholikiem, jak autOGGr, to by się rzucił i by spędził resztę życia upijając się dalej, robiąc coś, co przychodziło mu najprościej, drinki, które sprawiały że wydawało mu się iż czuje się lepiej. Tylko że Simba był abstynentem.

Całe życie stanęło mu przed oczami których nie miał bo był robalem: dzieciństwo w slamsach, lata młodzieńcze w slamsach, życie dorosłe w slamsach. starość w slamsach. Tak to wszystko zleciało, a on nie zdążył nawet nic osiągnąć. Mógł napisać wiersz. Mógł dołączyć do Robaczanej Ligi Świadków Jehowy. Mógł, ale było już za późno. Śpieszmy się kochać innych, tak prędko odchodzą. Czy on był kochany? Rodzice go kochali, ale już odeszli. Siostra odwróciła się do niego plecami, wyrzekła się go i wyjechała do Anglii, bo tam ponoć robakom lepiej się żyje i lepszy mają system socjalny niż w Polsce. A Ewa? Ewa to była dziewczyna-robak, która mu pokazała dlaczego warto jest być robakiem, ale to było dawno i nieprawda. Odeszła z innym. Silniejszym, bardziej dorosłym. TAk. I nawet już listów nie pisała.

Świadek również uchylił się przed nadlatującym bólem i cegła spadła ze szczytu bloku wprost na rozszalałą jezdnię wgniatając Simbę w asfalt. Tak kończą robale, co się boją życia. No.

Tymczasem nasza dziewczyna z powodu wywinięcia się zabójczej sile cegłówki straciła równowagę. Zachwiała się nad krawędzią dachu, gdyż jak pisaliśmy była jej niebezpiecznie blisko. Zakręciła rękami próbując złapać grunt pod nogami, lecz on się usunął, a ona zaczęła spadać. Wyglądało na to, że spotka ją taki sam los jak Simbę: DNO!

[W tym wstrząsającym momencie najprościej byłoby zakończyć odcinek. Proszę się jednak nie lękać, mamy serce.. i pełną szklankę alkoholu. Tak, wiemy, że picie do lustra jest żałosne, co jednak, jeśli nie mamy lustra? Dobrze, tak się tylko mówi. Proszę jednak pamiętać słowa Franza: Życie na trzeźwo jest nie do zniesienia.]

Bezimiennemu świadkowi, którego imię nareszcie poznamy pod koniec tego odcinka, wszystko zawirowało. Jak? Dokładnie tak jak w Vertigo Hitchcock'a, dokładnie tak samo. Obrazowo? Bardzo. Zobaczyła hen!daleko ulicę i poczuła, że zaraz zhaftuje. I właśnie wtedy...
a) gołąb nadleciał i zadziobał ją na śmierć nim zdążyła zaliczyć glebę
b) Heniek zapuścił bata, który owinął się wokół niej
czy
c) wszyscy chrześcijanie się doczekali, Jezus zszedł na ziemię i każdemu zrobił dobrze?

OCZYwiście odpowiedź BE. Pocąc się jak świnka Heniek wyciągnął swojego świadka. Oko miał wciąż dobre i końcówka (nie korci Cię czasem, żeby złamać wszystkie reguły i np. napisać końcuffka?) bata owinęła się wokół jej nadgarstka. Strwożony świadek wpadł mu w ramiona. Scena wyglądała dokładnie tak jak w okładkach powieści tej zajebistej pisarki Danielle Steel. Oprócz bata.
- Proszę, nie zabieraj mnie na komisariat.
- Muszę.
- Nic nie musisz. To twoje życie.
- I w moim życiu chcę cię zabrać na komisariat.
- Nie. Nie, ty tego nie chcesz. Oni tego chcą. Proszę! Zabierz mnie do siebie! Wszystko ci powiem. Wszystko.
Poczuł jej delikatne dłonie przez swoją owłosioną klatę. Iskierka w jej oku była czymś, w czym mógłby się spokojnie zatracić. Było to życie tak różne od jego, życie z krwi i kości.
- Muszę wrócić do pracy, nie mogę wrócić od razu do domu. Będą pytania. Telefony.
- To po drodze zajdź do monopolowego. Mi też się coś przyda. Do pracy zadzwoń i powiedz, że uciekłam, a ty straciłeś jądro i bierzesz kilka dni wolnego, żeby dojść do siebie. Oni to zrozumieją.
- Obcęga stracił rękę. Nie jądro. Wątpię, żeby zrozumiał.
- Spróbuj choć.
- Poza tym mamy maszynę z zegarem, podbijamy tam karty kiedy przychodzimy do pracy i kiedy wracamy do domu.
- No to co? Nie będziesz miał podbitej jednej karty raz, wielkie mi rzeczy. Co ci zrobią? Potrącą dwa złote z pensji?
- Dobra, ale wcześniej czy później będę musiał cię tam zaciągnąć. Jesteś jedynym świadkiem.
- Heniek, to wchodzi głębiej niż myślisz.
- Myślisz?
- Tak, ta sprawa sięga o wiele głębiej. Zaufaj mi. Wszystko ci wytłumaczę.
- Ach.
- Zaryzykuj Heniek. Zaryzykuj! Raz się żyje.
Piękno jej ciała, jej niewinność. Jej otwartość. Wszystko to, w co Heniek wierzył zostało poddane próbie, ale mu nie zależało. Nawet jeżeli chciała go wykorzystać, nawet, jeżeli chciała go udusić w śnie lub uderzyć go rozpalonym żelazkiem w twarz, nic się nie liczyło. Chciał po prostu odpłynąć na łódce do zatracenia i choć raz poczuć, że żyje. Dlatego się zgodził.
- Jak masz na imię?
- Mariola.
- Chcesz papierosa?
- O niczym innym nie marzę!


Heniek odpalił jednego ze swoich szlugów. Słońce znikało za Dziwką, nadchodził wszechogarniający mrok rozpraszany jedynie miejskimi lampami. Niebo zszarzało i prawie zczarniało. Na szczycie pewnego bloku dało się dojrzeć czerwony punkt, żar z papierosa. Jeżeli przechodniu zatrzymałbyś się i przyjrzał uważnie (i był 6 pięter nad ziemią) dopatrzyłbyś się zarysu dwóch sylwetek złączonych w uścisku. Pora na dobranoc dawno już minęła. Światła zgasły. Nadeszła noc.

czwartek, 14 stycznia 2010

KAC w 3D

Zdaje się, że firma Fuji wyprodukowała pierwszy aparat cyfrowy pozwalający robić zdjęcia w 3D. Zdaje się, gdyż autor tego OGGa jest zbyt zmęczonym człowiekiem aby to sprawdzić w sieci i podać jakiekolwiek szczegóły oprócz tych, które sam pamięta.

Sony w Japonii zaprezentowała prototyp pierwszej kamery nagrywającej w trójwymiarze - robi ona 240 klatek na sekundę, obraz zostaje rozszczepiony na dwa już po przejściu przez soczewkę, mamy więc lepszy teoretycznie obraz od kamer/aparatów łapiących obraz za pomocą dwóch obiektywów ustawionych blisko siebie, z których każdy daje lekko inny kąt widzenia (na tej zasadzie wyświetlane są filmy 3D). No i dzięki temu można oglądać film nagrany kamerą 3D w telewizorze za pomocą specjalnych OCZYwiście okularów, lub też bez nich będziemy widzieć ostry i nie zmulony standardowy obraz 2D. Jest nadzieja wokół nas.

A co z grami w 3D na ekranach naszych wypasionych mniej lub bardziej komputerowych monitorów? Cóż, komputer musi puszczać na raz dwa obrazy, ma to sens, gdyż tyle mamy oczu. Standardowy monitor ma powiedzmy 60 gHz, potrzebujemy więc takiego, który będzie miał co najmniej 120, czyli 2x tyle. No ale to wymaga naprawdę silnego komputera na sterydach, takiego po odżywkach, który chodzi na siłownię, żeby to wszystko w czasie rzeczywistym płynnie pokazywać. Kilka firm, a przynajmniej dwie, produkują już takie monitory, jednak cenowo jest to niezbyt atrakcyjne.

Potrzebujemy czegoś prostszego, jeżeli chcemy doświadczyć głębi trójwymiaru innej poza tą którą mamy w naszej szarej rzeczywistości. Okulary z dwoma monitorkami, takie gadżety jak z S-F są do dupy i są drogie, więc nie warto ich kupować. Mają niską rozdzielczość i szału nie robią. Jakby robiły szał, to bym już taką parę miał. Firma nVidia coś tak kombinuje i ma jakiś sprzęt do 3D, ale to tylko do komputerów i takie tam, że aż mi się nie chce pisać.

Idealnie byłoby gdybyśmy nie musieli zakładać żadnych okularów, a i tak widzielibyśmy obraz 3D. No i coś takiego również już jest, są takie telewizory, jednak wciąż to lekko kuleje, jakościowo pozostawiając wiele do życzenia. I ponoć są też specjalne filtry, umożliwiające oglądanie 3D na zwykłym telewizorze. Bierzesz taką Unitrę, kładziesz ten filtr na kineskopie i odpływasz daleko na szerokiego przestrzeń oceanu. Tylko, że jakoś tego w sklepie jeszczem nie widział.

Sony, Discovery oraz Imax połączyły wspólne siły i zamierzają w 2011 uruchomić w USA pierwszy kanał w 3D emitujący 24/7. Inicjatywa się chwali. Ciekawe jak to wszystko rozwiążą technicznie. Biorąc pod uwagę postęp technologiczny, raczej grubi amerykanie oraz ten niski procent szczupłych jak Orlando Bloom będą musieli zakładać okularki żeby popływać bez fizycznego wysiłku. Ekscytujące, aż chce się klaskać z podniecenia. Poważnie. Ja bym tu i teraz klasnął, ale i tak byście nie usłyszeli.

Wszystko to pięknie i cudownie, ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy: aby naprawdę doświadczyć 3D potrzebujemy zupełnie odciąć się od sąsiadów, ich psa, który kurwa ujada tylko, jakby nie miał nic lepszego w życiu do roboty, od alarmu samochodowego, który regularnie wyje a właściciel ma to w nosie, a dzielnica cierpi. Przydałoby się nawet nieraz odciąć od tej niby zajebistej, ale czasami tak męczącej osoby, która siedzi koło nas na kanapie. Więc jeśli mielibyśmy mieć 3D w domu, to potrzebowalibyśmy ekranu wielkości ściany. Tak byłoby o wiele lepiej. JEDNAK najistotniejsze dla mnie jest to, że to wciąż będzie dość ograniczone i czekam na dzień, kiedy 3D będzie mogło wypełnić całą przestrzeń dookoła nas, 360°. Jest to jak najbardziej możliwe i z pewnością najprostsze jeżeli chodzi o gry komputerowe, które są już zbudowane w takim świecie.

Sumując i reasumując: Każde pokolenie ma swoje marzenia. Jesteśmy na tyle szczęśliwi, że jeszcze za naszego życia uda nam się zobaczyć i doświadczyć jak te marzenia stają się rzeczywistością. Mówię tu głównie o 3D i laptopach kwarcowych. Bo to SĄ nasze marzenia, czyż nie? Nie? NO. Nim zupełnie zdziadziejemy będziemy zabijać realne potwory w skali 1:1 w naszym salonie albo też galopować na koniu po zielonym wzgórzu z mieczem w rękojeści do naszego zamku na spotkanie roku też w naszym salonie. I ja na to czekam. Bardzo. A jak czas nadejdzie i zdziadziejemy, to przestanie nas interesować co nowego przyniesie przyszłość, to będą już marzenia nowego pokolenia.

A kac w 3D wygląda tak: pij całą noc, jaraj szlugi. Obudź się, kup kawę w WcDonalds (akurat kawę mają dobrą i otwarte wcześnie) i idź do kina Imax na najlepiej Hubble 3D. Załóż okulary i doświadczysz nie tylko kaca w 3D, ale też kaca w przestrzeni kosmicznej.

czwartek, 7 stycznia 2010

DZIWKA PRZEDSTAWIA: Bat, Heniek i Obcęga - odcinek dziewiczy.

- Bili cię batem? - spytał z niedowierzaniem.
- Tak.
- A często?
- Tylko jak sobie przeskrobałam.
- A często miałaś przeskrobane?
- Tak - chlipnęła. - Szczególnie kiedy śnieg padał.
- Ale że śnieg? Przecież śnieg jest taki romantyczny: on i ona, spacer, płatki spadające w świetle wyżółcono wypomarańczowionych nienaturalnych acz urzekających miejskich lamp...
- No. Nie kiedy musisz odgarniać śnieg łopatą z podjazdu. Bo kiedy musisz odgarniać z rana starą łopatą pół metra w porywach do metra śnieg z podjazdu i masz na to tylko 5 minut, a antyperspirantu już 3eci dzień zapomniałaś kupić bo taka jesteś zabiegana to wtedy WCALE nie jest romantycznie. Mogę papierosa?
Siedział po przeciwnej stole białego prostego stołu. W tej chwili nie palił. Nie było też widać czy posiadał paczkę czy nie.
- A skąd wisz, że palę?
- Wisz? Co ty, ze wsi jesteś?
- Wisz co?! To znaczy: wiesz co? Nie obrażaj wieśniaków. Szczególnie tych inteligientnych. Tylko odpowiadaj: skąd wiesz, że palę?
- Kiedy tylko wszedłeś wyczułam stęchły zapach tytoniu, a z każdym nowo wypowiedzianym zdaniem przez ciebie dolatuje do mnie smród zgniłej dwójki wymieszany ze smrodem tytoniu o szczególnym natężeniu szczególnie pomiędzy zębami, których oczywiście nie nitkujesz, bo ty jesteś macho, ale kobiety, to ci nie wybaczą. Chyba że są ze wsi, to im różnicy nie robi, a taki chłop z dobrą pracą, taki policjancik jak ty, to dobry kąsek dla nich. Taka Jadwiga, dla przyjaciół i klientów Jadzia, toby pewnie z tobą na randkę poszła. No. EKHE-EM - odchrząknęła.
- Nie podoba mi się twój ton. Zbytnio pyskujesz, szczególnie biorąc pod uwagę, iż bito cię batem. Powinna byś być bezbronna, strachliwa łamane przez płochliwa. Poza tym, czy ty nie jesteś za młoda na papierosa? - spytał wyjmując paczkę pomiętolonych najtańszych papierosów i kładąc ją na ten stół, bezbarwny, nieciekawy stół, który już raz opisaliśmy, ale czemu nie opisać go jeszcze raz? W końcu to moja opowieść.

Papierosy te były bez filtra. Było to niesłychane, gdyż nasza opowieść dzieje się w czasach obecnych. A w obecnych czasach nie robią już papierosówbez filtra. A nawet, jeśli gdzieś kurna robią, to nie w tym mieście w którym dzieje się nasza opowieść. Skoro już o tym mowa, miasto nazywa się Dziwka, leży tuż obok wsi Alfons. Gdybyś szukał Dziwki samochodem dobry przechodni, który oczywiście nie ma nic lepszego do roboty niż wyjąć słuchawki z zajebistą muzą z uszu ażeby ci pomóc widząc, że stanąłeś koło niego, opuściłeś szybę i czegoś chcesz bo machasz japą i ręką, to ten dobry przechodni imieniem Sebastian doradzi ci, że jeżeli chcesz się dostać do Dziwki, to musisz przejechać przez Alfonsa, bo to najkrótsza droga.

- Nie jestem za młoda. Mam osiemnaście lat.
- Wyglądasz na 13naście, a zachowujesz się na 15tnaście. W tym zdaniu jest ukryta logika. - Heniek odpalił papierosa i zaciągnął się dymem. Paczkę schował z powrotem do kieszeni. Heniek miał 46 lat, żona odeszła, wynajmował kawalerkę i był psem detektywem. Coś mu w życiu nie wyszło i ostatnio martwił się, że umrze samotnie. I że nikt nie znajdzie jego wspomnień, które regularnie spisywał w starych zeszytach, kalendarzach i innych takich rzeczach, co papier mają. A nawet jeśli ktoś znajdzie jego wspomnienia - i tu dramat się zaczyna - to nawet się nie pokwapi, żeby je przeczytać tylko je odda na makulaturę. Albo spali je ktoś śmiejąc się jak szaleniec, a on - Heniek, Henio - on to wszystko będzie słyszał zza grobu. I płakał będzie. Długo. I smutno. Buu - uuu - o, mniej więcej tak, tylko dłużej. I smutniej. I dobrze, bo kto by to gówno kurwa chciał czytać? Nic ciekawego Heniek nie pisał. Ot tyle, obiektywnego narratora szlag trafił. Myśleć by można, że szlag pisze się przez K, czyli szlak, lecz nie! Myśleć by tak można jeśli przysłowie zacytowane wcześniej zna się tylko ze słuchu, ale człowiek żyje i dowiaduje się, że istnieje szlag. Choć do końca wciąż nie wiem czym - ani broń boże którego nie ma KIM - jest szlag. Ale już wie, że to przez G na końcu, bo tak brzmi dobrze. Gdyby kochany przez siebie i innych bardziej lub mniej czytelnik zastanawiał się teraz, czy nasza historia co chwila będzie odbiegała w zupełnie innych kierunkach niż właściwa akcja, czyli dziewczyna, którą bito batem oraz Heniek detektyw, pragnę uspokoić: tak, będzie.

-To co z tym papierosem? Jarać mi się chce, kopcić. Proszę. Proszę. Tak mi się jarać chce!
- Tak? - spytał detektyw, którego twarz zdawała się niknąć za żarem i dymem papierosa, który zdawał się oddalać i był tylko ten wszechobecny żarzący się okrąg, ten wspaniały dymek. Heniek zdawał się już być na końcu pokoju, choć jego papieros i dym wciąż były tuż przy 18mnastoletniej dziewczynie. Nagle zza dymu wynurzyła się para białych ślepi i pożółkłych zębów (o których co nieco też już wiemy, sporo wiemy, dobre opowiadanie. Wcale nie tracimy czasu. Uuu, tak. Rozrywka na miarę królów takie fajne czytadło. Tylko jeszcze kawioru, gulaszu, lampki wina, albo byle co, byle w łeb dawało i byłoby już totalnie jak w elicie, o tak. To jest to). Ślepia zwęziły się, a usta znowu zaciągnęły się dymem.
- Na prawdę chce mi się palić!!! Proszę, błagam! Tak, błagam! Zrobię wszystko! Wszystko dla tego papierosa!
Heniek wyszczerzył się w grymasie. Z głębin nie aż tak głębokiego pomieszczenia dało się usłyszeć szept:
- WSZYSTKO? - i jeszcze ciszej - A dasz się uderzyć batem?
Jej oczęta szybko się wybałuszyły w niedowierzaniu. Zamyśliła się, zakręciła nerwowo palcem kosmyk włosów i spojrzała znowu w mięsistą twarz Heńka:
- Nie jestem pewna, czy my się dobrze rozumiemy. Co masz na myśli mówiąc batem?
- No, czy dasz się uderzyć batem dla jednego papierosa?
- A jak wygląda ten twój bat?
- Jest długi i gruby.
- I czarny? Czarny jak twoje serce i ta noc?
- Nie, nie. Ciemny taki. I długi. I gruby.
- Ta, już mówiłeś. Wciąż nie jestem pewna czy myślimy o tym samym, ostatnie pytanie powinno wszystko wyjaśnić: a gdzie masz tego bata? W szafie w domu?
- Hahaha - zaśmiał się dziko. - Wiesz gdzie go mam? Pod stołem, he he!
- Jezus maria i baby jesus tak czułam coś! To nie, wszystko dla papierosa oprócz tego. Nie jestem taka jak to miasto.
- Co? Czy myślisz, że ja mówię o swoim penisie?
- Baa! A o czym innym ty stara świnio!
- I czy ty na prawdę myślisz, że nazwałbym swojego penisa "bat"?
- Kto was tam mężczyzn wie.
- I co?! Jak byłbym był z kobietą w łóżku to bym używał takiego wyrażenia, niby: "Choć tu, teraz uderzę cię batem!" ???
- Jeżeli o mnie chodzi, to równie dobrze mógłbyś mówić, że twoim batem potrafisz się łapać trzepaka i się podciągać. Gówno mnie to obchodzi.
- O! i znowu ten ton. Wstyd. Co ty wygadujesz dziewczyno.
- A ty?
- TY! Heniek! Ho no tu - burknął głos z dopiero co uchylonych drzwi. Znajdował się za nimi porucznik Obcęga, który był mańkutem. Kiedyś nie był, ale podczas aresztowania Łukasza, ee, takiego nastolatka za to, że posiadał gram marihuany stracił prawą rękę. W czasach kiedy miał dwie nazywał się porucznik Obcęgi, kiedy mu jedną spaliło, nazywa się już tylko Obcęga. Tak, wiem co myślicie, że do bani z takim opowiadaniem. Coś Wam powiem, to opowiadanie jest o niebo lepsze i lepiej skonstruowane od całej 4tej serii Heroes, ot co. Dlatego na Heroes zapadła gilotyna, nie będzie 5tej serii. A gdyby mieli takich scenarzystów jak słowa tego, którego tu czytacie to ho. Nawet ho, ho. Jo.
- Tak, poruczniku Obcęgi? - zapomniał się Heniek - Znaczy się Obcęga, poruczniku Obcęga, w czym mogę pomóc?
- Pan wyjdzie i zamknie drzwi na chwilę. Chcę z panem zamienić dwa słowa.
- A co z moim papierochem? - rzuciła wkurwiona.
- Chuj cię prędzej strzeli między oczy niż zapalisz papierosa - wrzasnął zza pleców Henio.
- Chyba bat - odwrzasnęła. Bo w ciemię batem bita nie była.

- I jak postęp w śledztwie? - spytał porucznik Obcęga, który chyba lepiej by brzmiał, gdyby był Kapitanem Obcęgą. Tak, no to tak się umawiamy.
- Nie chce gadać kapitanie. Jedyne co do tej pory powiedziała, to że ją batem bili.
- Nie rozumiem?
- No, tak tam siedzieliśmy bez słowa przez około 5ęć minut. Nie wiedziałem jak przełamać lody, więc spytałem z niedowierzaniem, czy ją batem nie bili?
- Czy cię popiździło Heniek? Czy cię popiździło?
- Yyy, nie. Myślę, że nie.
- Jak kurwa się na retoryce nie znasz, to lepiej zamilcz. To my, cała brygada, przyjeżdżamy 45 minut po wezwaniu jak na polską policję i Dziwkę przystało na miejsce zbrodni, przyjeżdżamy pod ten obrabowany bank i znajdujemy tą biedną posiniaczoną nagą dziewczynę...
- Ekhe-em! Ona nie była naga...
- MILCZEĆ kazałem. I znajdujemy tą posiniaczoną, ubraną dziewczynę w szoku. Znajdujemy tego jedynego świadka, bo wszyscy pracownicy zostali brutalnie zamordowani włącznie z Romkiem, o którym wszyscy mówili, że to agent, bo so taką dobrą i ciepłą posadę w banku znalazł. Zabieramy ją na posterunek, który nie jest 13stym, choć to pewnie byłby oryginalny pomysł dla tego serialu. No i ją tu przywozimy, przypominam, że ona jest w szoku. Wyznaczam ciebie Heniek, bo odkąd zupełnie wyłysiałeś jesteś jakiś nie swój, żebyś wrócił do gry. Wchodzisz do pokoju przesłuchań i pierwsze zdanie, jakie zadajesz tej biednej istocie, to czy ją batem kurwa bili?!
- Ale... mogę już nie milczeć? - Kapitan Obcęga przytaknął - Dziękuję. Ale ona powiedziała, że ją bili.
- Wiesz co, gówno, śmierdzące, świeże gówno szopa mnie obchodzi czy ją bili batem, grzałką czy bułką paryską. Co mnie obchodzi natomiast, to gdzie są pieniądze z banku i gdzie są te parszywe łotry, które je ukradli zabijając po drodze wszystkich dookoła. Nawet nie wiemy jak ma na imię, rozumiesz? Nie miała dowodu osobistego, karty bibliotecznej ani śladów na czole po ospie. Nie wiemy, czy jest z Dziwki, czy od Alfonsa. Nie wiemy nawet, czy ogląda ten byczy serial polski o detektywach na TVN. A powinna, bo jest taki byczy. Prawda?
- No, zajebisty jest - przydupił się jak zwykle Henio. Nie tylko to robił z dupą, ale o tym kiedy indziej. - Seriale amerykańskie się chowają. Jest niemal tak dobry jak Brzydula. Ja bym to mógł oglądać z ciepłym kakałkiem odcinek po odcinku i aż bym spać nie mógł gdyby je miał wszystkie, tylko musiałbym dalej oglądać.
- Właśnie to takie wciągające. Ach, kocham polskie seriale! No! - opamiętał się Kapitan Obcęga - W każdym razie wiesz co masz robić. Zacznij od imienia, potem jej daj papierosa. Znajdziemy tych łotrów! - I klepnął jedyną ostałą dłonią Heńka w.... ramię. I odszedł w rytm zajebistej muzy którą puszczali w Radiowej Trójce. Tą samą którą puszczali w Radiowej Trójce o 22:49 czasu Dublin/Londyn czyli 23:49 Polska dnia 7mego stycznia roku pańskiego 2010tego.

Heniek wrócił do pokoju, lecz nie zamknął za sobą drzwi tylko stanął wryty na ułamek sekundy. To co zobaczył, było niesłychane - pokój był pusty! (Nie licząc jego). Podbiegł do stołu i rozejrzał się. Za krzesłem na którym siedziała było otwarte okno. Musiała zeskoczyć z 1szego piętra i uciec! Ale jak? Choć to tylko pierwsze piętro, to jednak 9 metrów i dzidy na szczycie płotu poniżej. Heniek kucnął i spojrzał pod stół. Ten stół, który tak dobrze znamy. Tak jak myślał - nie dość, że uciekła, to w dodatku zabrała bata, którego przyczepił szarą taśmą do pakowania pod stołem.
CZY HENIEK ODNAJDZIE BATA? CZY POZNAMY IMIĘ DZIEWCZYNY? CZY DZIEWCZYNA ZAPALI? JEŚLI TAK, TO ZA JAKĄ CENĘ? CZY PRZESTĘPCY SIĘ ZNAJDĄ? CZY ROMEK BĘDZIE MIAŁ DROGĄ TRUMNĘ CZY TANIĄ, PROSTĄ, TAKĄ JAK STÓŁ W POKOJU DO PRZESŁUCHAŃ? CZY BĘDZIE NASTĘPNY ODCINEK?

Na wszystkie te i inne lub tylko na jedno pytanie poznamy odpowiedź już za tydzień!

@templatesyard