2010 - OGG

piątek, 31 grudnia 2010

Z życia wzięte.
Nieogolony, zapewe również śmierdzący, okularnik podążał odwilżoną ulicą do miejsca przeznaczenia.

O czym myślał? O Śmierci, jak to zwykle bywa o tej porze roku. Na wprost, ubrany w dresy szczyl bezczelnie chwytał za dupę ubraną również w dresy laskę. Ściskali się i po prostu żyli chwilą, tak jak to tylko potrafią żyć chwilą jeszcze (lub na zawsze) niedorozwinięci umysłowo szczeniacy. Obnoszenie się publicznie purpurową namiętnością jest wynikiem prostej eliminacji - nie mogą się  chwytać za dupy we własnych domach, bo w domach mają swych rodziców czuwających nad suchością ich moczymórd. Do hotelu nie pójdą, bo za kieszonkowe stać ich jedynie na Happy Meal w WcDonaldzie. A w Happy Mealu nie mogliby spędzić intymnych chwil, gdyż kartonowe pudełko jest zbyt małe by zapewnić choć tymczasowy azyl. Do lasu nie pójdą, bo za daleko. Stoją więc tu i tylko tu i mają tu wszystko, czego dusza zapragnie - światło z miejskiej lampy, gwizd przejeżdżających samochodów i fastfood po drugiej stronie ulicy.

Zapisanie dwusekundowych spostrzeżeń zajęło 15 minut.

Ze strachu przed innymi jednostkami ludzkimi spojrzał na nich tylko raz, wtedy, gdy nie patrzeli w jego stronę. Gdy odwrócili głowy ku niemu, ten wlepił się w chodnik. Mijawszy ich okularnik usłyszał kilka metrów dalej brzdęk tłuczonego szkła, najprawdopodobniej butelek po tanim winopiwie. Brzdęk narastał a wraz z nim furiacki krzyk wyrażający kłopotliwe przeciwności losu FUCK!!! Starszy mężczyzna idący w tym samym kierunku co okularnik, choć sporo przed nim, usłyszawszy odwieczną bolączkę życia wyrażaną przez słowo FUCK!!! targanego przez to samo życie młodego człowieka, odwrócił się czujnie próbując dojrzeć, czy to szybę tłuką, czy co? Widząc to ów młody i zapewne boga winny człowiek wrzasnął jeszcze głośniej WHAT THE FUCK ARE YOU LOOKING AT!?! (Czy mógłbym panu w czymś pomóc?). Okularnik jednak nie odwrócił się, żeby też zerknąć co jest grane, gdyż jeszcze bardziej intensywnie zaczął myśleć o Śmierci.

Doprawdy powiadam wam, potężną bronią jest umysł, lecz nie umysł idioty. Czy nie przeciągasz się czasem późno w nocy nad kubkiem czarnej jak rozlana ropa w oceanie kawy i nie pytasz się Czy nie jestem idiotą, przypadkiem? 

Strach mrożący krew w żyłach, gdyż na ubraniu masz plamę od musztardy. Małą. Ale mogą zobaczyć. Kto? Opinie! Opinie, które niczym Kostucha ciachają cię boleśnie niszcząc wizerunek, nad którym tak ciężko pracowałeś i ałaś. Wizerunek ciebie bez plamy po musztardzie. I potem wracasz do domu po kilku głębszych, bo trzeba było wypić, aby zapomnieć o tej zniewadze, o tej plamie na sercu i duszy. Wracasz lekko spokojniejszym krokiem do swej oazy spokoju po to tylko, aby odkryć na twitterze, że masz plamę po musztardzie. Z rozpaczą odwracasz wzrok, a ten pada na facebookową ścianę, gdzie ta wredna mizia tagnęła cię na zdjęciu kilka godzin temu. Tam ty - minę masz jak ćwok, nogi wyglądają na bardziej krzywe niż zwykle, no, po prostu jak wieprz wyglądasz nietwarzowo, jak wieprz z jebaną plamą po musztardzie. Bo ty siłę masz, siłę. Ty siłę masz, masz i dużo znieść potrafiszpotrafisz, ale ta musztarda, to już szczyt. I usuwasz tag, ale w głowę zachodzisz ile osób, które tak jak i ty nie mają życia bądź są niewolnikami technologii żerującej na ludzkich słabościach i wadach i debiliźmie i chęci bycia popularnym i wiedzenia wszystko o wszystkich wszędzie i bezustannie, ileż osób akurat ślęczało na kolanach jak przed krzyżem tego wieczoru i widziało to pieprzone zdjęcie. No ile? Dwie? Trzy? Więcej? A ilu masz znajomych na facebooku? Wliczając mućkę, to 56ciu. Bez mućki 55.

Para grubasów - brat i siostra idą do Lidla. Marek jest wysoki i gruby, jak ująć to delikatniej? Spasły. Magda jest gruba i niska. Jak? Jak beczka. A urodę ma jak zgniły ziemniak z odstającymi białymi frędzlami. Nienawidzi kobiet które nienawidzą mężczyzn którzy lecą tylko na ich urodę i najchętniej by im zburzyła zamek z piasku. Ale z ogniem nie igra. Marek i Magda kupują 12 butelek coli, żeby w domu mieli co pić. Nie, nie coca-coli, bo po co przepłacać, skoro cola smakuje tak samo, nawet i lepiej, a jest tańsza? Kupują też słoik ogórków, ale w Lidlu nie ma kiszonych, więc kupują konserwowe. Zaraz po odejściu od kasy rzucają się na swój magiczy napój. Tak, od cukru też można się uzależnić, ale Minister cię przed tym nie przestrzeże. Żeby jeszcze mniej rzucać się w oczy przypadkiem sławetny słój ogórasów tłucze się im na ziemi. Stoją tak nieporadnie spoglądając na rozbite szkło w kałuży ogóreczków. Lidlowski tłum wraz z jednym osobliwym okularnikiem stoi przy kasach w kolejce i patrzy się na nich, a oni nie wiedzą, co począć. Przepraszającym wzrokiem sięgają znowu do butelki i biorą big łyk żeby się uspokoić.

Każdy ma swój krzyż o którym zapomina w Sylwestra. Następnego dnia przeważnie krzyż jest dwa razy cięższy, ale to nic, bo nowy TY nie pali, nie pije, nie ma plamy po musztardzie i nie żre gówna z ulicy.

Jest niezniszczkurwalny.


W NASTĘPNYM ODCINKU - Świąteczny BezLOT oraz Polski dres w Irlandii, który bardzo pragnie podziękować czytelnikom OGGa za to, że są czytelnikami OGGa (jego ulubionej lektury zaraz po nalepce z tyłu plastikowego słoja z odżywką) oraz pragnie im życzyć na Nowy Rok dużo włosów.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

OGG Lite: Bestia.
Wracając do domu stanąłem oko w oko ze swym oprawcą: Psem z Piekła Rodem!

Myślałem, że go zabiłem, jednak powrócił aby dalej męczyć biednych mieszkańców osiedla swoim niemiłosiernym szczekaniem ciągnącym się przez długie godziny. Człowiek chce sobie w spokoju rysować, ale nie może, ponieważ albo mu lodziarka ryje w głowie swoją selekcją trzech schizolskich melodyjek, albo owe monstrum drze japę. Działa każdemu na nerwy tak bardzo, że dziwiło mnie iż go jeszcze nikt nie uciszył. Teraz już wiem, że się nie da (bo powrócił z martwych). Ten kundel to niezniszczalny demon.

Stanąłem naprzeciwko bestii z drżącymi nogami. Spojrzałem w nią, a ona spojrzała we mnie.

sobota, 4 grudnia 2010

Knurysanka.
Pogaście światła kochane dzieci i wlepcie swe ślepia w me błyszczące niebiesko denka od okularów. Jestem już stara i twarz mam pooraną, ale wciąż pamiętam wiele knurysanek. Tą opowiadała mi Mama Knur o tej porze roku.

A idzie to tak...


 Nocą, kiedy wszystkie poczciwe koparki już śpią
Pracownicy Lidla wciąż chorobliwie harują.
Świąteczny nastrój rozświetla ich poliki
Tylko na plakatach, bo to photoshopowe triki


Wystarczy trochę śniegu, więcej błota i mgły
Aby Polska na wyspie pokazała swe ponure kły
Auta we mgle przez ulicę się czołgają
I o zimowych oponach rozmarzają


Zaś stare buty pod schodami boleśnie przemakają
I 6 tygodni w USA sobie bezustannie wspominają


W domu tysiąca i jeden zmór jest też grzyb na rolecie
Który nie jest lepszy od karpia w galarecie


Choinka za 9ięć euro próbuje nieśmiało przebić się przez mrok
Melancholii anonimowych emigrantów, lecz 9ięć euro to za mało na ten krok


Bałwan Ochroniarz pilnuje gorąco osiedla, 
Lecz niech swych węglowych oczu nie mróży
I do snu krainy nie odbywa tej nocy podróży
Bo mu łeb utnie tasakiem mordercza Wiosna
Która o tej porze roku nie jest zbyt radosna.


Odciętą głową bałwanka główek swych nie zaprzątajcie
Kochani, tylko oczka zmróżcie, szlugi pogaście i śpijcie wesoło!

czwartek, 25 listopada 2010

Prochy na całe zło.
Nieśmieszny komik w radiu  u fryzjera przyznał, że nie pił od ponad siedmiu lat. Jednak idąc z żoną brzegiem morza wśród odwiecznego szumu fal usłyszał od niej, że wolała go, kiedy pił. Wtedy był jeszcze do zniesienia. Teraz jest wrzodem na dupie, a jak wiemy wrzód na dupie to nic śmiesznego i nie ma się komu zwierzyć. Po tym zdarzeniu powrócił do picia. To nie był żart komedianta, gdyż rozmowa miała poważny ton. Przeważnie pije 2, 3 drinki. Czasami więcej, ale potrafi też cieszyć się z jednego. Smakuje mu piwko i znajduje upodobanie w piciu.

Lekcja z tego płynąca jest oczywista: dobrze jest chodzić do fryzjera. Jak polosujesz, zrobi ci fryzurę uderzająco podobną do tej ze zdjęciem piłkarza, którą mu wcześniej pokazałeś za wzór. Przypadkiem mogą też ci się obić o uszy doświadczenia życiowe innej ludzkiej istoty, tak, bo są inne ludzkie istoty dookoła oprócz ciebie. Pracują ciężko bądź obijają się lekko, potrącają cię bezczelnie na ulicy bądź mierzą cię skrytym pożądającym wzrokiem nieforemnej kobiety z wąsem w supermarkecie. Jeśli nie wiesz, jak taki wzrok wygląda, to jesteś dzieckiem szczęścia. Tak, tak, nie jesteśmy sami na świecie. Można wyciągnąć dobrą lekcję z doświadczeń kogoś innego, co oszczędzi nam przechodzenia przez to same bagno. Najczęściej jednak ignorujemy mądre lekcje i brniemy po uszy we własnym szambie.

Póki co nie chce mi się pić alkoholu. Pewnie nie dziś ani nie jutro, ale może za kilka miesięcy, lat bądź dekad okoliczności losu sprawią, że znowu zachce mi się chlać. Zalać robaka. Urżnąć się w trzy dupy żeby film mi się urwał. Żebym mógł pisać pijackie komentarze bądź smsy bądź snuć wir kaszko-mannowych myśli przed wschodem słońca. Kiedy tak się stanie, mam nadzieję, że przypomnę sobie tą wizytę u fryzjera na el, o, mam - u Laurusa i co usłyszałem w radiu, odłożę drinka i napiję się wody.

Palić nie będę. Palić mi się nie zachce.

Książka doktora Amena wystarczyła na miesiąc, co uważam za sukces - miesiąc jogurtów, organicznych warzyw, oleju rybnego, itp. Dzięki tej książce wiem, co robię źle, ale się aż tak nie przejmuję. Od prawie dwóch miesięcy nie żarłem frytek (no, raz, i to tylko kilka, a nie tak, żeby brzuchol bolał pół nocy) ani pizzy. A zwykłem być ich niewolnikiem od dzieciństwa umilanym trzema obiadami podwójnych porcji najlepszych domowych frytek w tygodniu. Jednak powoli wracam do jedzenia słodyczy, słodyczy, na które patrzyłem ostatnimi czasy z pogardą. Wczoraj kupiłem beznadziejną lidlowską selekcję ciasteczek (tych dobrych były tylko po dwa, reszty przynajmniej po 5 sztuk) i zżarłem połowę obrócony plecami do miski z owocami. Dzisiaj rano zżarłem resztę. Zostawiłem trochę, bo opamiętałem się pod koniec. Czy czuję kurwa żal? Lekki, ale nie będę sobie pluł w brodę.

Nie jestem Ciasteczkowym Potworem.

Poza tym intensywnie pływałem przez pół godziny na basenie, więc odkupiłem swe winy.

Człowiek nie jara, nie chleje, nie ćpa, to co mu pozostaje? Leki bez recepty i dobra herbatka! Zielona, zielona o różnych smakach, biała i te takie zdrowotne. Zestaw tablet popijanych 3 mocnymi napojami (kawa bądź zwykła herbata) dziennie, to to, czego tak potrzebujemy w te długie zimowe ponure dni pełne czychających na nasze płoche umysły szpony deprechy. Składnia?

Omega 3 - Fish Oil - na mózg, Ginseng - na brak energii, kamityna na lepsze spalanie tłuszczu (choć nie jest to do końca udowodnione, ale w coś trzeba wierzyć), witaminki B nie trzeba tłumaczyć, są po to, by nie czuć się be no i Quiet Life - 2 tabletki trzy razy dziennie na wkurwa. Zawierają naturalne wyciągi z jaj hipopotama. 

Chuj wie, czy to całe jebane gówno cokolwiek daje.

środa, 17 listopada 2010

Bezseeność i bezrobocie.
Kobieta we śnie miała proste rozwiązanie na buty których sznurówki ciągle się rozwiązują. Gdy spytałem jej, czy mogłaby się podzielić swą wiedzą spojrzała na mnie pobłażliwie. Zastanawiałem się, czy powie, żebym wyprał owe sznurówki nowe w pralce dzięki czemu nabiorą cudownych właściwości nierozwiązywania się. Pełen nadziei patrzyłem jak otwiera usta, lecz nim zdołała się zwierzyć jej czaszkę przedziurawiła na wylot rzeczywistość. I nie było już ani kobiety ani snu.

Śnienie jest równie ważne jak spożywanie kromy chleba ze skwarkami w sobotnie popołudnie. Jest naszą potrzebą fizjologiczną. Niestety często można się walnąć na łóżko, po krótkim pogmeraniu resztką sił w podłączony do tłustej sieci pseudo konstruktywnego życia laptop, zamknąć oczy i czekać na sen. Po 15stu minutach należy je otworzyć aby móc spojrzeć prawdzie w oczy: pomimo zmęczenia i późnej godziny, wybawienie od szarej rzeczywistości nie nadejdzie w najbliższym czasie.

Zamiast niego jak zawsze wita ochoczo przypadłość dręcząca miliony ludzi na świecie - myślonatłok. Myślonatłok objawia się tym, iż w naszej głowie kłębią się coraz czarniejsze i gęstsze chmury przykrych i smutnych myśli. Wizje przyszłości skąpane w błocie i pocie wysiłku, umęczenia i czeluści węgla kopalnego. Stres. Powinno się zasypiać z uśmiechem na japie wyobrażając sobie, że się lata wśród pól pełnych nagich kobiet różnej narodowości albo że się zabija w zwolnionym tempie swych wrogów wyciągając im kręgosłup przez klatkę piersiową lub też w wersji darmowej, czyli lite, mówi się im, że nigdy ich nie lubiliśmy i usunęliśmy ich z facebuka. Szczęśliwi ci, którzy nie padają ofiarą myślonatłoku.

Czasami zaś nie można zasnąć z bardziej oczywistych, przyziemnych powodów. A to sąsiad o 2.30 w sobotnią noc postanawia zadzwonić do kolegi, bo jeszcze się dość na napił i donośnym głosem, w razie, gdyby ten kolega go nie słyszał, upewnia się trzy razy, że spotkają się przy cepeenie za 15 minut. No i gdzie lepsze miejsce na taką krótką lecz jakże treściwą rozmowę, jak nie przed domem? Tego typu niebezpieczeństwo czyhające na sen nie musi być wcale zewnętrzne. Ba! Może być jak najbardziej wewnętrzne: sąsiadko-współlokatorka za papierową ścianą pełną łez może gościć miłość swego życia przez weekend. Miłość ta może wpaść na genialny pomysł udzielenia jej lekcji angielskiego o 23:30h, kiedy to każdy normalny samotny kawaler odcinający przerdzewiałymi nożyczkami więzi z resztką przyjaciół trzymające się na cienkiej nitce chodzi już spać. Nie przykro mi rozczarować Kochanego Czytelnika, lecz "lekcja angielskiego" nie jest wcale szyfrem na dziki seks, jest to po prostu lekcja angielskiego. Do lekcji potrzebna jest płyta CD, która z głośnika harczy majestatycznie MASHED POTATOES i jeszcze raz, wolno, żeby na pewno załapać: MAAASHEDDD POOOTAAAATOOOOESSSS - sekunda dla ciebie, żeby zorientować się, że wróżka w białych pączoszkach machająca do ciebie zawadiacko różdżką już odlatuje, ale bez ciebie - ZIEMNIAKI PUREE. Każdy przezorny i ubezpieczony wyciągnie dwie pomarańczowe zatyczki do uszu, wetka je sobie gdzie trzeba i pomimo nieprzyjemnego uczucia, że ktoś ci ucho dusi, spróbuje dogonić Wróżkę Zboczuszkę.

Trzeci wróg snu. Zmęczony po ciężkim dniu pracy bądź nieróbstwa wracasz do domu, próbujesz coś zrobić, bo masz jeszcze tyle na głowie, ale nic się nie klei, więc ucinasz sobie dwugodzinną drzemkę kosztem zaśnięcia o normalnej porze wieczorem. To spotkało mnie dzisiaj.

A teraz cofnijmy się w czasie, dzięki temu prędzej wrócimy do śnienia. Człowiek ma oczy to patrzy. Ma mózg, to myśli. Łączy te dwie rzeczy i zauważa. Niedaleko mego wypasionego osiedla pełnego szczęśliwych Polaków mówiących finezyjnie poprawną polszczyzną jest B&B gdzie umęczone duszyczki mogą się przespać i dostać nad ranem tłuste śniadanie. Przez długi czas mieli obskurny szyld powiewający na zewnątrz. Ilekroć przechodziłem obok, myślałem sobie, że najwyższy czas, żeby go zmienili. W końcu taki szyld jest reklamą biznesu, jeśli masz obskurny szyld, to i pewnie biznes podobny. Materac może mieć kujące w plecy sprężyny, a tłuste śniadanie może być o jedną parówkę za tłuste. Widać właściciele czytają w myślach, bo po długim czasie oczom mym ukazał się zupełnie nowy, no, z brak lepszego słowa, szyld - czerwony, świeży, z narysowanymi 4ema czy 5cioma gwiazdkami i zachwalający iż B&B o którym mowa, zdobył nagrodę Taboretu z Brązu. Pomyślałem sobie, no, no! Postęp. Minęło jeszcze więcej czasu i tak znowu przechodząc obok wyobraziłem sobie, co by to było, gdyby ktoś na tej ich tablicy (tu słownik synonimów aby nie powtarzać słowa SZYLD) narysował czarnym grubym flamastrem kutasa? Pewnie by się wkurwili ci właściciele. Kilka dni po tej złotej myśli wracam do domu wietrzną porą. Zmierzcha. Patrzę, a tu:

 Tak bardzo wiało, że im wywieszkę zrzuciło na chodnik. Zaśmiałem się szaleńczo, rozejrzałem do okoła (szukając właścicieli pogrążonych we łzach) i poszedłem dalej.

Kilka godzin wcześniej, około 16stej na drodze do domu (wszystkie drogi prowadzą do domu) szła przede mną dziewczyna. Szła, to źle powiedziane. Toczyła się. Ktoś kiedyś zauważył, że grubasy śmiesznie chodzą. Niestety zdjęcie chodu nie oddaje, ale przynajmniej daje lekki zarys ich świata. Człowiek się głowi jak narysować jakąś śmieszną postać, kombinuje nad przerysowanymi kształtami, a potem w prawdziwym świecie NAGLE! w oczy mu kole:


Takie młode dziecko, a tak ogrubione. Jeśli się nie boisz, kliknij i powiększ. Jedno jest pewne, to na pewno nie zasili ani jednej strony ze zdjęciami uczennic. OGG jest inny.

Aby w pełni doświadczyć następną sytuację, radzim włączyć sobie w tle ścieżkę dźwiękową uzupełniającą poniższe zdjęcie:
       

 Stety  niestety dzisiaj miałem podpis. Jeśli chcesz dostawać od rządu pieniądze za całe lata twej wcześniejszej krwawizny, musisz też czasami dać coś od siebie. Jak np. podpis.  Żeby wiedzieli, że wciąż jesteś w kraju. Kiedyś zasiłek można było otrzymywać bezpośrednio na konto bankowe, więc wiara siedziała sobie w Polsce bądź innym kraju ich pochodzenia jak królowie przy € 204 tygodniowo i raz na miesiąc z łaski zlatywała samolotami aby złożyć szlachecki podpis. Trochę to zajęło, ale Socjal się wreszcie zorientował i teraz można odbierać mamonę jedynie osobiście na poczcie. Osobiście bez legitymowania.


Socjal nie jest miłym miejscem, szczególnie w dzień podpisu. Dzisiaj budynek był szczególnie zatłoczony. Samo stanie w kolejce nie jest takie złe, ale dodaj do tego śmierdzące ciała brudasów przesiąkniętych stęchłym dymem tytoniowym gadających zmulonymi głosami o tym, jak wczoraj wódkę pili. Myślałem, że się tam uduszę. Oprócz oczywistego faktu bycia na zasiłku, staram się nie stać jednym z nich, więc myję się, golę i próbuję nie zapuszczać umysłu. Choć może się łudzę, w końcu jak raz cię użre bezrobotne zombie to koniec!

środa, 10 listopada 2010

Pogoda na zabój.
Widzicie tą KAPKĘ deszczu na moim widgecie pogodowym? To dlatego Irlandia jest taka zielona.
 



Choć zdjęcie tak tego nie uchwyca kupiłem so' Nokię N8 na którą mnie nie stać - taką samą, którą ma Dexter od 5tego sezonu. Wbrew sobie nie zdjąłem foli chroniącej ekran ani foli z tyłu (chroniącej 12px aparat). No i używać nie mogę, bo wpierw muszę przez noc ładować po raz pierwszy.

To mój gwiazdkowy prezent. Sam se zrobiłem. Jeszcze tylko zabiję psa sąsiadów, tego co tak wyje to stanę się taką niedorobioną europejską wersją Dextera Morgana.

sobota, 6 listopada 2010

Kopatronik.

Znowu bolała mnie głowa.

Dlatego wziąłem dwie czerwone pigułki. Tak, przenoszą do innego świata, lekko przytłumionego lecz przynajmniej mniej bolesnego. Podejmując temat tytułu "Kopatronik" należy krótko wyjaśnić, iż jest to KOP w sam środek dłużących się coraz bardziej i częściej przerw w OGGowaniu. Kopatronik nie załata całej dziury niepisania, lecz przynajmniej spróbuje ją lekko zakryć. O, to się nadaje w sam raz na łatę:

Spisanie kilku myśli zajmuje sporo czasu, przeważnie w granicach od pół godziny do godziny. Fajnie, jak masz ochotę zrobić sobie przerwę od skrobania się tam gdzie najczęściej się skrobiesz z dala od przypadkowych ślepi i coś naskrobać publicznie, dobrze jeśli sprawia ci to przyjemność i chwała ci za obnażanie się w cyfrowym świecie przegrzanych drucianych zwojów gdzieś między zerem a jedynką.

Jeśli jednak twoja aspołeczność i twa alienacja towarzyska zaczepiają się bezlitośnie również o świat cyfrowy w którym zwykłeś utapiać resztki swej ludzkości, jeśli zwężają twe już i tak bardzo wąskotorowe myślenie, jeśli usypiają twego ducha zamieniając cię w bezduszną pustą maszynę, wtedy raczej trudno będzie o nowy post o ile będzie on w ogóle miał gdzie zaistnieć.

Fakty: D+K: Dieta - wciąż kończy 12stą stronę. Idzie jak krew z nosa, cieknie wręcz od kilku tygodni, ale najważniejsze, że posuwa się do przodu. Dalej nie pije (ponad półtora miesiąca) i dalej nie pali. Ale czy nie ma robali? Kombinuje i planuje inne rzeczy bezustannie. Jedną z nich jest reanimacja i powrót do Krzyków Wewnątrz wymierzonych w amerykański rynek nim skończy się świat, bo oczywiście skończy się w 2012, proroctwa są słuszne. Dziw, iż jeszcze się wszyscy nie ruchamy ze wszystkimi (pomijając ciebie, Mariola) i nie łazimy w tygodniowych gaciach żrąc bez sztućców. Przecież zagłada cywilizacji i anarchia jest tuż tuż. Po co zwlekać kiedy nie powstrzymasz nieuniknionego?

Nim umrzem zobaczym przyszłość, acz nie naszą, lecz naszych dzieci - Profesor Zgrzyt (1984 - 2099).

niedziela, 24 października 2010

Martwica uprzedzonego.
Atak zaczął się w piątek po południu.

Trudno było znaleźć konkretny powód. Przez sobotę i niedzielę zabarykadowałem się w swoim pokoju. Gdybym miał tam czajnik, mini lodóweczkę i łazienkę pewnie wcale bym nie wystawiał nosa na zewnątrz. Jednak nie miałem. Okazuje się, że najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką zrobiłem w ciągu ostatnich 3 dni był projekt wykonany podczas warsztatów dla umysłowo chorych w mojej głowie.


Jak myślicie, co to ma być? Słoneczko?

Tekturowa krajzega? Oto prawidłowe wyniki:


Trzymaczka do m.in. gumki, nici dentystycznej i wazeliny obciągana na kubek na pisaki.

Wszystko zaczęło mnie wkurwiać. Życie. Co to za życie? Niestabilne, niespodziewane, niepewne. Niektórzy mówią, że to jest właśnie w nim wspaniałego, żeby traktować każdy dzień jakby dziś miały się spełnić twoje marzenia, jakby to był najważniejszy dzień w twoim życiu. Przystawić im pistolet do głowy i strzelać, aż się kulki w magazynku skończą.

Poza tym, kto tak na prawdę mówi? Ja wiem kto: bogaci. Urodzeni w dostatku. Albo totalnie oświeceni (i wciąż bogaci).

Wkurwia mnie przytłumiony głos klepiącego na dole Piotra, mojego oprawcy. Nic nie robi, tylko siedzi cały dzień przed telewizorem jak ten ziemniak kanapowy. Nic mnie nie obchodzi, że się czasem gdzieś ruszy, dla mnie jest uwiązany niewidzialnym szlauchem do tej kanapy. Je przed telewizorem. Sprawia mu to radość. Żeby ekstaza była większa znosi laptop do salonu, kładzie go sobie na kolana, słuchawki wkłada w uszy i odpływa do ziemniaczanego raju. Ma tam wszystko - telewizję przed nosem, internet na wyciągnięcie tłuściutkich paluszków oraz ulubioną muzę. Majteczki w kropeczki, szalalala. Żeby tak jeszcze w kanapie był sedes wbudowany to raj sięgnąłby zenitu o którym nie śnili Świadkowie Jehowy. (Tak na prawdę to nie on słucha takich przebojów, tylko Agata - gnieżdżąca się za papierową ścianą mojej groty idiotka z dobrym sercem.)

Raz, kiedy skończyłem ostatni ogórek kiszony, stanąłem wyprostowany w progu drzwi między salonem a jadalnią dzierżąc w ręku słoik po nich i powiedziałem:
- Piotr, przepraszam, że przeszkadzam... - Piotr obrócił w moją stronę powolnie głowę, ale tylko głowę, reszta ciała nie ruszyła się nawet o milimetr, widać, nie byłem godny jej uwagi. Wyciągnął słuchawki z muzą, i spytał od niechcenia:
- Co mówisz? Nie słyszałem?
- Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam pusty słoik i pomyślałem, że by ci się przydał.
- Po co mi słoik?
- Nie musiałbyś wstawać na siku. Mógłbyś lać wprost do niego.
Piotr spojrzał na mnie jak na wariata i nie wiedział co powiedzieć, więc szybko dodałem:
- I jest też wystarczająco duży na numer dwa gdyby była taka potrzeba.
- A po czym jest ten słoik?
- Po ogórkach kiszonych.
- To nie, ja nie chcę.

Normalnie ten lekko przytłumiony głos z salonu, którego część jest bezpośrednio pod moim pokojem wcale mi nie przeszkadza. Ale kiedy jestem tak poddenerwowany, to doprowadza mnie do szewskiej pasji i zagryzam zęby myśląc o tym, jak nienawidzę tego pieprzonego prostaka. To przez niego nie schodzę na dół. Wiem, że on tam jest, a jeśli zejdę, to może czegoś ode mnie chcieć. A ja nie będę umiał powiedzieć nie. Jestem sparaliżowany, przez niego. Znacie pewnie to uczucie, kiedy powietrze jest skażone. Kiedy można w nie wbić nóż, takie gęste jest.

Koło drzwi mam miskę po wczorajszej sałatce, bo się staram zdrowiej odżywiać. Wrzucam tam resztki jedzeniowe, nie chce mi się schodzić i je pojedynczo wyrzucać. Skórka od banana, torebka od herbaty, ogryzka po gruszce i przemamlana pomarańcza. Wysysam z niej soki, reszta jest dla mnie niejadalna, dlatego zawsze jej więcej po zjedzeniu niż przed. Póki co resztki nie śmierdzą, a ja nie mam ochoty iść na dół, wyrzucić je do śmietnika i myć tą miskę. Nie dzisiaj.

Sam nie wiem, może atak jest spowodowany pełnią księżyca? Może czymś niezależnym ode mnie? Och, jak bardzo chciałbym mieć równowagę umysłową, a nie musieć przechodzić przez to od czasu do czasu. Dlaczego człowiek nie może po prostu czuć się dobrze? I znowu ten jebany pies zaczyna szczekać. Kiedyś tam pójdę i go zabiję z zimną krwią. Urwę mu ten łeb, wyszarpię bijące serce i rzucę o szybę właścicielom. Może to ich czegoś nauczy?

Nakręcam się codziennie tym, że muszę rysować choć stronę tygodniowo. Kiedy nie ma się prawdziwego deadline'nu trudno jednostce się zmotywować. Poza tym przez to nakręcanie robię się nerwowy i praca na tym cierpi. Więc chciałem sobie odpocząć w weekend, nie myśleć o komiksie, poobijać się, jednak nawet tego widać nie umiem zrobić jak należy. Dzisiaj było najgorzej. Do 14stej leżałem w łóżku odżywiwszy się wcześniej tylko płatkami i kawą. Uprawiałem seks ze swoim MacBookiem Pro. Pieściłem go czule we wrażliwych miejscach. No co? Jak trzymasz laptopa godzinami na swoim kroczu, to jak to inaczej określić? Po 14stej się ubrałem i znowu walnąłem na łóżku pogrążając się jeszcze bardziej. Zwykle mam wewnętrzną energię, żeby wstać i wyrwać się ze szponów złego nastroju, jednak nie ostatnio. Czułem się fatalnie. Kiedy czuję się fatalnie jestem zdemotywowany. Wiem, że powinienem np. wstać, pójść się przebiec, wziąć prysznic i ogolić się. Wiem to, ale nie chce mi się tego robić. I nie jest to zwyczajnie sprawa lenia, o nie. Choróbsko sięga o wiele głębiej. Tak jakby były we mnie dwie osoby. Jedna wie co należy robić, lecz druga mówi jej, żeby tego nie robiła, bo po co? I w ten oto sposób stoję w bezruchu na środku swojego pokoju w mentalnym bloku niezdolny do wykonania prostej czynności. I zmusiłem się, do ubrania, lecz wtedy znowu chęć rzucenia wszystkiego w chuj się pojawiła, więc ponownie musiałem się wydrzeć z domu i wykonać swój plan w nadziei, że czynności te poprawią moje samopoczucie.

Nie poprawiły aż tak. Obiecałem sobie, że jutro nie będę gnił w łóżku, wstanę wcześnie i będę się czuł dobrze. Bo takie wkurwianie się na cały świat jest bardzo niezdrowe i wyczerpujące. Myślałem, że sztuką będzie uprawiać regularnie ćwiczenia fizyczne. Jednak sztuką jest ćwiczyć swój umysł i znaleźć sposoby na unikanie powtarzających się ataków martwicy mózgu.



PS. LUNAtyckie tłumaczenia: "Whip it" - Dziewczyna z Marzeniami

czwartek, 21 października 2010

Zabójcza aktywność.
Tak sobie rzuciłem okiem na to cóż nowego w kinie jutro będzie, a tam "Paranormal Activity 2" będzie. Łuuuuu! Przy pierwszym oglądałem w częściach, żeby przetrwać. Widzicie, ja lubię wiele rzeczy, niestety sporo z nich jest nie dla mnie i taki mój dylemat.

Lubię ostre żarcie. Pikantne sosy. Co ci jamę ustną wypalają i żołądek. Niestety, mój żołądek i jama ustna są za słabe na tego typu żarcie, więc nie mogę go jeść. A chciałbym. Pozostaje mi tylko średnio ostre.

Lubię też horrory. Uwielbiam się bać. Niestety zwykle ze strachu zasłaniam sobie obraz dłonią i oglądam przez palce w strasznych momentach. Ale lubię się bać. Podoba mi się to, że horror potrafi wpędzić cię w taką jazdę, że serce wali i tracisz kontakt z rzeczywistością obawiając się, że ludzie w kinie to nie ludzie, tylko opętani przez szatana skurwysyni. (W życiu klnę mniej niż na tych cyfrowych kartach). I to bez brania narkotyków, tylko przez audio wideo masz taką jazdę. Czad. Więc nie wiem, kto ze mną pójdzie na ten film do kina. Samemu straszno. Trzeba się było jednak nie alienować.

Raport mniejszości:
Czas nie picia alkoholu: jutro będzie cały miesiąc.
Czas nie palenia: będzie z 5 miesięcy.

czwartek, 30 września 2010

Nieprzerwana lekcja Aikido
Nie rozumiem jak ludzie mogą się nudzić. Przecież jest tyle ciekawych rzeczy do robienia! - Inżynier Jacek Pałuczak, 1983 - 2078.

Najważniejsze, to nie dać się zwariować. Zbyt często twój własny mózg może stać na przeszkodzie do twojego szczęścia, do zmiany na lepsze. Mózgowi może brakować witamin albo może mieć małą aktywność w korze przedczołowej. Dużo z tego to wcale nie twoja, ani moja wina. Z takiego materiału genetycznego powstaliśmy i basta. Wsadzono nam blaszany garnek na głowę i dano kaganiec na usta z napisem "Nie bądź sobą i nie podskakuj, a przede wszystkim przejmuj się tym, co ludzie mówią, bo to prawda i oni wiedzą lepiej od ciebie" i wykopano na świat.

Jednym z najprostszych sposobów aby sobie pomóc, to aktywność fizyczna, branie dziennego suplementu wszystkich witamin oraz tableta Omegi 3 z olejem rybnym. Jedna dziennie wraz z posiłkiem. Nie bez pozoru mówi się "W zdrowym ciele zdrowy duch". Jeśli twój mózg czuje się dobrze, będzie to widać na ciele. Nic to, gdyż w naturze ludzkiej bardziej leży stękanie, stękanie i jeszcze raz stękanie nad boleściami losu niż próba ich odmienienia. Można nawet posunąć się tak daleko i wręczyć stękającej osobie książkę, z której pochodzą mądrości z tego akapitu, wręczyć jej "Zmień swój MÓZG zmień swoje ŻYCIE" Daniela G. Amen'a. I co? Jeśli przeczyta okładkę, to już będzie sukces! (Jezu, miało być o Aikido, a tu krótki wstęp wpadł w rzekę moralizatorstwa). Prawda jest okrutna, ale wystarczy pozbyć się złudzeń i stawić jej czoła. Nie chcemy wydobrzeć, bo to za dużo roboty.

Nie chcemy wydobrzeć, my, jako ogół. Jako ślepe spite społeczeństwo. Jednak zdarzą się jednostki, które próbują i za to nie powinniśmy ich tępić. Jedną z nich jest Jednostka Zeba-7.
Jednostka Zeba-7 nie chce utonąć nago i samotnie w suchej i popękanej wannie pośrodku pustyni Kalahari. Kiedy jedynymi dochodzącymi do ciebie głosami są te w twojej głowie jest to znak, że czas na zmianę. Inaczej głosy te cię pochłoną, skonsumują jak szalone piranie nie pozostawiając szarej komórki w twym mózgu. Jednostka Zeba-7 już nigdy się nie obrazi, kiedy ktoś jej powie, że powinna się leczyć.

合気道 - Aikido. Jak żadna inna sztuka walki, kładzie nacisk na moralny i psychologiczny wymiar działań oraz na odpowiedzialność za zdrowie i życie drugiego człowieka w całym procesie treningu i walki.

W młodym wieku starszy brat, który chciał zostać księdzem namawiał ukrywającego się pod pseudonimem Jednostka Zeba-7 Sebastiana (znanego również jako ten nieogolony siwy gburoburak z prawej) aby zapisał się na Aikido. Pewnie dlatego zachęcał, gdyż sam ćwiczył. Proste. Choć może też być bardziej skomplikowanie: może widział, że ówcześnie młody człowiek, chłopak, chłopczyk oprócz szkoły nic nie robi konstruktywnego ze swoim życiem? Fakt, Sebastian tylko rysował, oglądał telewizję, jadł frytki i łaził po lasach z kumplami, kiedy jeszcze jakiś miał, jak już nie miał, to łaził sam, jak np. wtedy co czytał "Zieloną Milę" Kinga i pomiędzy stronami zobaczył z gałęzi na którą wlazł, że na polanę przybył mężczyzna ćwiczący jakąś sztukę walki. Tak, taki sam samotnik jak on. Jeden miał książkę, drugi miał ciosy i zwinne ruchy. Dwójka ta nigdy nie zamieniła ze sobą ni zdania. Ni. Tak, zdecydowanie Sebie przydałaby się jakaś aktywność poza szkołą.

Lecz zaślepiony jak te konie przywiązane do karet odpowiedział jak na pieprzonego izolanta przystało. Dekadę albo dwie później pamiętny tamtych zdarzeń postanowiłem (tu z 3 przechodzimy w 1szą osobę, bo już mi się znudziło) pójść na lekcję. Fortunnie w czwartki od 19 do 21 Joseph (tak, tak, stary dobry polski Józek) udziela lekcji dla początkujących hen daleko za jedyne 8 euro. Grzechem byłoby nie pojechać, szczególnie że hen daleko po inwestycji w nowy rower zamienia się w 15 minut w deszczu krowich placków.

No, z krowimi plackami przesadziłem, ale padało.

Po zbłądzeniu odnalazłem punkt przeznaczenia (okazało się, że wpierw dobrze jechałem, a potem niepotrzebnie skręcałem). Lekko poddenerwowany, że 10 minut spóźniony wlazłem do Dragons Lair - Smoczej Nory bądź też Smoczego Legowiska - Centrum Sztuk Walki i Centrum Fitnes, Każdy Wyraz Z Dużej Litery. Tam odnalazłem trenera (na zdj. po lewej) oraz dwójkę innych ludzi - kolesia ubranego na czarno z mocnym uściskiem z Czechopodobnego kraju oraz wysokiego spoconego wyglądającego sympatycznie człeka po 30stce z długimi przetłuszczonymi włosami których nie było wiele. Okazuje się, iż gigantycznie większą popularnością cieszy się kick boxing niż Aikido. Przynajmniej tu. Druga strona sali oddzielonej niebieską płachtą od miejsca w którym trenowaliśmy wypełniona była praktyką kick boxingu oraz tłumem gapio-ślepiów. Pewnie, lepiej nauczyć syna jak komuś mordę obić niż posłać na aikido. Przez dwie godziny ćwiczyliśmy głównie rzucanie się na ziemię poprzez odpowiednie złapanie ręki przeciwnika i wykręcenie. Thomas, ten w czerni, mocno łapał i wykręcał. Zastanawiałem się, czy tak należy mocno, bo trener był delikatny. Zastanawiałem się, czy się na mnie wyżyna. Zastanawiałem się, czy przychodzi tu, żeby nauczyć się czegoś, co potem będzie mógł wykorzystać w swoim mieszkaniu, kiedy współlokator powie mu, że chuj nie zmył po sobie naczyń? Raz, kiedy trwaliśmy w uścisku ciachnął mnie swoim jednio bądź dwudniowym zarostem. Powiedziałem mu, żeby się następnym razem ogolił. Potem żałowałem i miałem nadzieję, że nie będzie się zastanawiał nad moimi słowami tak długo jak ja sam. Co dobre z tego, to teraz wiem jak się czują kobiety ocierające się o nieogoloną twarz.

Tu post urywa się nagle. Post ten został napisany prawie w całości w zeszły czwartek po Aikido. Dziś został dokończony.

sobota, 25 września 2010

Zagłada w postaci zdjęć użytkownika Paulinka.
Pisanie słów nie ma znaczenia skoro mnie tu nie ma - pomyślał.

Czy zdarza Ci się czasami wpaść w wir zajęć prowadzących Donikąd? Być zaślepionym danym celem tak bardzo, żeby nie zauważyć, iż jest to ślepa droga? Siedzieć na internecie i stukać jak ten pies w klawiaturę nie robiąc nic konstruktywnego oprócz zastąpienia sobie Naszej Klasy Facebookiem i przeglądania nie ukrytych fotek z życia przypadkowych dziewczyn? Jeśli tak, to czytaj dalej...

W którymś momencie - czy to w piaskownicy dzierżąc dzielnie, lecz jednocześnie brutalnie plastikową łopatkę nad zapłakanym kolegą, czy to w dorosłym wieku mówiąc żonie, że nie, nie chcę z tobą iść na tą imprezę, wolę se tu w domu zostać i grać w Call of Duty: Black Ops, więc się ode mnie odpierdol! - każdy z nas zmierza do zagłady. I jak przykład ten pokazuje, droga do zatracenia ma różne rozmiary i czasami skromne, a czasami śmiertelne konsekwencje.

ZAGŁADA może być świadoma, jak np. niejaka Basia EF w Niezapomnianych Acz Odległych Czasach, kradnąca jawnie jebanego Snickersa z niesuperamarketu wyrażająca w ten sposób młodzieńczy bunt przeciw wartością rodzinnym. Może to być również nieświadome. Jak na przykład Sebastian.

Gdyby jego matka nie piła i paliła podczas ciąży, być może nie miałby tak często bólów głowy?Może by lepiej widział, a nie musiał się ślepić przez okulary? Może by lepiej słyszał? Co? Choć zębów, raczej by nie miał dłuższych. Ale wciąż by je miał. Dodatkowo, gdyby jego mama nie cierpiała ździebko na schizofrenię, może nie byłby takim pieprzonym alienantem? Może, a może nie. Może nawet gdyby wyszedł z Łona deLux wciąż byłby spartolony? Nigdy się tego nie dowiemy.

Aby zrozumieć kogoś wystarczy obserwacja i zrozumienie wszystkich aspektów dookoła. Tych ważnych, jak picie codziennie alkoholu i tych mniej ważnych, jak kurzajka na palcu o imieniu Mariola. (Mariolę potraktowano ciekłym czymś, co ją zamroziło. W życiu nie była taka sztywna. Potem Mariola zamieniła się w wielkiego niczym grzyb atomowy bąbla, później została przeszyta na wylot igłą brużdżąc sobie dłonie krwią kiedy to zszokowana dotknęła dziury w brzuchu, straciła dużo krwi i umarła, zresztą, znacie tęą historię) Obserwacja Sebastiana należy do jednych z najbardziej bolesnych doświadczeń w życiu nowoczesnego człowieka, wnikanie w jego mózg równa się z szukaniem złotej monety w piure ziemniaczanym upapranymi paluchami - prowadzi donikąd. Dlatego też wyświadczymy Drogiemu OCZYtanemu Czytelnikowi nieziemską przysługę, i poprzestaniemy na tym stwierdzeniu: Było źle, była droga do zatracenia, lecz teraz jest lepiej.

Na zdj: Raj na ziemi każdej rencistki, czyli Lidl Błobosławiony.

Bowiem nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. OGG WRÓCIŁ.



sobota, 21 sierpnia 2010

MARAton FILMOWY.
Kowal kuje podkowy. Taksówkarz wozi ludzi. Choć zarabia mniej niż kiedyś. Dentysta udaje, że nie wyrywa zębów. Kobieta na rządowej posadzie pożera ciacho i dobrze jej za to płacą. Każdy coś robi, ale nie każdy robi to w ten sam sposób. I tak różnica pomiędzy kiepską panią sprzedającą drożdżówki a wyjebiście miłą i wiedzącą gdzie jaki słodycz leży i ile kosztuje panią może być gigantyczna dla przeciętnego obywatela, to jest zauważalna tylko w skali lokalnej. Jednak kiedy tworzysz coś, co będą widziały miliony ludzi, różnica jest gigantyczna. Bo będą to widziały miliony ludzi. Tak więc jeśli z ciebie bogaty ćwok i cwaniak, miliony te zobaczą, jak im robisz kupę na twarz i w dodatku za to zapłacą. Ale jeśliś wybitny i niepowtarzalny, to sytuacja będzie wręcz odwrotna.

Wstęp za nami, więc do rzeczy. Po krótce:

Shrek 4 - 3D - dobra zabawa i 3D było widać. Kilka wyczesanych momentów, tak więc wciąż stoi na dobrym poziomie i grafika i fabuła.

Predators - Reklamowany nazwiskiem Rodrigeza od "Sin City" i "300", a tak naprawdę nic z tym nie miał do czynienia oprócz wyłożenia części kasy. Szedłem z zapartym tchem, wyszedłem jak po obejrzeniu czegoś przeciętnego. Czy nikt nie powtórzy "Obcego 1" ani "Obcych" Camerona? Raczej nawet sam Ridley Scott w 3D nie da rady.

Toy Story 3D - film dla dzieci. Są filmy dla dzieci i dorosłych, jak Shrek 4, a są też filmy tylko dla dzieci. A może to dlatego, że mi się sikać chciało przez pierwszą godzinę seansu, więc wreszcie wyszedłem, po powrocie było lepiej. Warty dla obejrzenia dla kilku klimatycznych scen - Barbie i Kenn czy też Ken, oraz Ożywiona Laleczka, lecz nie Chucky.

Knight and Day - "Wybuchowa Para" - Ho, ho! Tytuł aż z nóg zwala. "Rycerz (Noc) i Dzień" tej gry słów na PL nie przetłumaczysz, a "Wybuchowa Para" mówi sama za siebie. W każdym razie film bardzo dobry. Świetnie nakręcony, szczególnie sceny z samochodami, zabawny, dostajesz to, za co płacisz. Jak bym coś takiego nakręcił nie miałbym sobie nic do wyrzucenia, więc obejrzysz.

Avatar. The last Airbender 3D - M. Night Shyamalan, ten od "6 zmysłu", "Wiochy", "Zdarzenia" i "Pani w wodzie" już zupełnie się stoczył, a coś w sobie miał. Ostatnia scena zapiera dech w piersi, acz wszystko przed nią nie, więc lepiej sobie wypij niż obejrzysz w 3D. Chyba, że nie obejrzysz w 3D, a to najlepszy wybór. Bowiem 3D - jak w większości wychodzących teraz filmów z "3D" na plakacie - zostało dodane sztucznie po tym, jak film został nakręcony. Nikt się na 3D nie nastawiał, ale - jak już pisałem - sukces "Avatar" Camerona wszystko zmienił. Tak więc studia filmowe płacą grubą kasę za to, żeby kilku kolesi (bo wątpię, żeby tym jakakolwiek laska się zajmowała), w post-produkcji przerobiło film z 2D na 3D. Efekt zawsze będzie ten sam - CHUJOWY. Płacisz ekstra za bilet w 3D, na ekranie nie widzisz 3D, więc zostałeś/aś WYCHUJANA. Nie powtarzajcie mego błędu.

Salt - A co komu, kurwa, szkodzi przetłumaczyć ten film jak należy, czyli "Sól"???!!! Wszystko inne niepotrzebnie tłumaczymy, ale coś tak oczywistego i najprostszego oczywiście nie ruszymy, bo sól po angielsku brzmi o niebo lepiej. To coś tak, lecz zupełnie nie tak, jak "Fuck Off!" przetłumaczone na "Odczep się". Film do dupy. Początek daje nadzieję, Olbrychski bez dubbingu dodaje dumy patriotycznej, ale film i tak jest do dupy. Taka "Szklana Pułapka 5", bajer bez realizmu, plus rządowe dreszczowce, kogo chcą nabierać? Prędzej uwierzę w Śródziemie, niż to.

A przed nami:

The Expendables - "Niezniszczalni" - Hi, hi! Słowo "expendable" znaczy "niepotrzebny", "zbyteczny". Stary Stallone zrobił film klasy Be dla kasy jak to ostatnio ma w zwyczaju. Czy muszę pisać więcej? Muszę, bo jak kurwa można "Zbytecznych", "Nie-kurwa-potrzebnych nikomu" przetłumaczyć na "Niezniszczalni"?!! No jak, pytam kulturalnie, można kurwa?!! Jak ci za to dobrze zapłacą, widać można. Ach, bym dorwał tego skurwysyna, co to tłumaczył, chatę bym mu spalił.

"The Switch" z Aniston i Bateman'em - jako "Tak to się teraz robi", no ja pier****! Ale tytuł.

Let me In - Szwedzki klimatyczny film doczekał się amerykańskiej ekranizacji. Jak będzie? Po Hollywoodzku, a jak - http://trailers.apple.com/trailers/independent/letmein/

Reasumując - "Życie na trzeźwo, jest nie do zniesienia".


PS. Takers - Powinni przetłumaczyć "Zabieracze" - taka jaka jakość filmu, takie i tłumaczenie winno być.

PPS. Wreszcie obejrzałem dokument "Kto zabił elektryczny samochód" - "Who killed the electric car?" - POLECAM. Poza tym polecam jeszcze dwa dokumenty - o przemyśle mięsnym "FOOD. Inc.", jeśliście jeszcze nie widzieli, bo to u nas też się dzieje, oraz "Not Quite Hollywood".

środa, 11 sierpnia 2010

KRYZYS.
- I wtedy tam… tam rządził Ramzes. I on miał starszego brata...
- No, nazywał się Kryzys, nie.
- Ten Ramzes umrał…
- A Kryzys żyje!

(S Tyłu Sklepu Warzywniczego)

Zimową porą Sebastian gotów był do stoczenia walki z ciemnością, z choróbskiem obrzydliwym niczym trąd, lecz nie widocznym aż tak na skórze. Z depresją. Walka ta została zwyciężona twórczą pracą oraz dzięki basenowym rejsom. Jednakże "ki diaboł" nie śpi, lecz czyha bezustannie na wszystkich, czy wierzą w boga tego i owego, czy też nie. I tak, zupełnie znienacka, jakiś miesiąc temu, zaatakował.

Chcielibyśmy spojrzeć na swego bohatera i powiedzieć z dumą jak w piosence Foo Fighters "O, tam idzie, mój bohater. Spójrzcie wszyscy, jak idzie!". Niestety często bohater staje jakby rażony prądem i pada w piach, popada w błoto i rozgląda się wokół widząc tylko szydzące z niego twarze. Oczy bohatera nie są różne od naszych własnych. Galway. Prawdopodobieństwo wyjazdu z Kilkenny, które karmiło go piersią przez 5 lat, zamiast motywować do działania ma niestety efekt wręcz odwrotny. Nasz bohater podupadł na duchu spędzając niezliczone kwarty czasu leżąc na łóżku z takim samym mozolnym tokiem myślowym. Zaczął pić więcej - od 2 do 4 piw dziennie (na butelkach i puszkach RZĄD ostrzega, iż dorosłym należy się max 3-4 dziennie, więc w oczach RZĄDU jest on rozgrzeszony i nie jest alkoholikiem) - mając sporadycznie jednio dniowe przerwy w niepiciu. Wszystko to są tylko słowa dla kochanego Czytelnika, pisane niepowtarzalny tonem, lecz pomimo ich dystansu niechaj Czytelnik rozumie, że kłębi się za nimi ból jednostki. Jednostki Zeba-07. Plan tworzenia jednej strony tygodniowo pierwszego albumu artysty "Denek + Kluska: DIETA" spalił póki co na panewce. Pojawił się brak wiary, że jest to cokolwiek warte, więc po cóż kontynuować? Liczba pustych puszek i butelek po piwie zaczęła rosnąć. Wszystko to nic, pojawiła się złość i furia. Wściekłość każdego dnia, stres. A wczoraj nawet, Jednostka Zeba-07 wypaliła jednego papierosa po prawie 4 miesiącach niepalenia, Marlboro Red nad szczekającą suką, która chciała na spacer. I co? I gówno, będzie dalej nie palić. Nie przejęła się nawet aż tak bardzo jak w jej niezliczonych snach odgrywających ten moment.

Wszystko to nic. Ludzie będą troszczyć się o ciebie, jeśliś szczęśliwcem, lecz nikt nie ma nad tobą władzy. Zrobisz coś, ludzie skomentują i życie płynie dalej. Zastanawiasz się więc, czemuż prędzej tego nie zrobiłem? Najważniejsze, to nie zawieść siebie, nie zawieść swoich marzeń. Ale nie jest to proste. Wymaga to on nas ciągłej pracy, ciągłego aktywnego uczestnictwa w życiu, a nie stania w miejscu i patrzenia jak przemija, nawet jeśli byłoby to najbardziej prostym i łagodnym rozwiązaniem.

Sebastian widział, co się wokół niego dzieje. Widział swoją izolację, nieróbstwo i stres. Widział swój strach. Tak jak to bywało wcześniej. Zasadnicza różnica pomiędzy kiedyś a teraz polega na tym, że tym razem mu nie zależało, aby powstać i coś zmienić. Wszystko jest w naszych rękach, ale czasami, może nam brakować sił. I jest to tylko i wyłącznie kwestia psychiczna. Zapomnij o Ego, zacznij myśleć o sobie, nie takim jakim cię widzą, ale takim, jakim jesteś.

Kończ to, co zaczynasz. Słuchaj tego, co lubisz. Bądź sobą, szczególnie kiedy nie wiesz, kim jesteś.

Lecz kim jesteśmy? Wszystko to co jest, przeminie i pamięć jeżeli będzie trwać po nas w świadomości następnych pokoleń to jedynie poprzez nasze prace, poglądy, poprzez nasz talent. Będzie grzmieć w głośnikach słowami "Tear me up" lub "I want to break free", i będzie trwać, lecz nas już nie będzie. Dobrze jest coś po sobie zostawić, ale tylko coś wielkiego.

Ludzie spędzają całe życie próbując dociec kim są, do cholery. Robimy rzeczy których nie chcemy i zastanawiamy się po tysiąckroć czy podjęta decyzja była tą właściwą. Od jebanych pokoleń. Chcę tego, lecz serce mówi mi inaczej, a rozum jeszcze inaczej. I jak w tym się kurwa połapać? I czy jestem tym człowiekiem, którym nie chcę być? Który podejmuje te, a nie inne decyzje? Czy na prawdę jestem tym człowiekiem? Bo w głębi siebie chciałbym być inny, ale nie jestem. Więc czy mam zaakceptować swoją naturę, czy postępować wbrew niej? I czy to wtedy wciąż będę ja?

Cóż… Każdy z nas sam to kiedyś wykombinuje. Z pomocą książek, filmów, ludzi, lub bez. Ale żaden człowiek nie jest samotną wyspą i nie jesteśmy tu dla siebie samych, ale żeby się dzielić doświadczeniami. Boli? Będzie bolało bardziej, wierz mi, to ŻYCIE.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

DZIENNIK Z PODROZA: 001

Po ponad miesięcznej przerwie OGG powraca. Skąd przerwa? Z powodu alkoholizmu, życia i wyzwań. Z powodu braku internetu, weny i nirvany. Poniżej znajdziecie zapis myślowy z podróży po ponad rocznej przerwie do Polski w maju 2010 na tydzień (od środy do środy). A przed końcem tego tygodnia część zasadnicza, czyli "Dzinnik z Podróża 002", tj. VideOGG, nad którym pracuję od ponad tygodnia po ponad 8 godzin i piw dziennie. A o kurzajce niszczącej talent kiedy indziej.

Data ważności na piance do golenia Nivea pokazywała 05/08. Okazało się, że po kilku wstrząśnięciach puszką wciąż działała. Ale od początku:


W Pile przesiadłem się aby dostać się do Złotowa. Pociąg okazał się mieć tylko dwa wagony gęsto zaludnione. Ludzie aż stali przy wyjściu, a było ich co najmniej 6ciu. Pamiętałem jednak, że na zewnątrz widziałem wolne miejsce od okna z trójką pasażerów. Po 10 sekundach oczekiwania, czy ktoś rzuci się na to miejsce zrozumiałem, że młodzież woli stać niż się przeciskać. Wstałem o 2 w nocy, więc na prawdę nie miałem ochoty przez pół godziny się męczyć. Głośno i stanowczo poprosiłem o zejście mi z drogi co umożliwiło mi dostanie się do oczywiście nie zajętego siedzenia. Cztery przeciskania później siedziałem już skulony i w pewien sposób zadowolony. Stójcie sobie, ćwoki. Przesiadka do innego pociągu okazała się być przesiadką w inny świat. Kontrast aż uderzał w oczy, kiedy z przedziału pełnego ludzi po 50tce znalazłem się w wagonie gdzie średnia wieku nie przekraczała 18stu lat. Na przeciwko mnie siedział chłopak, z MacBookiem Pro, tylko, że 13sto calowym. Niepomiernie mnie, człowieka z wizją zapitych nożowników-złodziejów czychających na twoje skarby w wymiarze zwanym PKP, zdziwiło to. Położyłem swoją komórkę (Nokia E71, na iPhona mnie nie stać, a Nokia była prezentem za który będę wdzięczny aż do śmierci, bo to super telefon) na tym małym stoliczku przymocowanym pod oknem. Automatycznie chłopak ze świecącym się nadgryzionym jabłkiem chwycił ją i przesunął na swoją stronę. Na co ja zszokowany, jeszcze nie myślący tylko reagujący, przesunąłem ją z powrotem.

-Przepraszam. Myślałem, że to moja – po czym poszperał w swej kieszeni i odetchnął z ulgą.

Masz taki sam? – głupie jak but pytanie, biorąc pod uwagę pierwszą wypowiedź. Ale to jedna z tych sytuacji, kiedy ktoś, np. Węglarz, mówi Chodź tu!, na co ty odpowiadasz "Ja?"

To zabawne – dodałem – mam też taki sam laptop. Tylko większy. - To były ostatnie słowa, które wymieniliśmy. Wydawał się być sympatyczny, a zbieżność – te same komórki, i laptopy – była naprawdę zaskakująca. Mogliśmy więc może być gadżetowymi braćmi, albo co. Chciałem zagaić, może pokazać swój laptop. Jednak wspomnienie o tym, że mój jest większy zaczęło mnie prześladować przez kolejne pięć minut. Było to naturalne stwierdzenie, bo mam 15 calowy monitor, jednak czy nie zabrzmiało to jakbym się przechwalał? To nie było moim zamiarem. Mam większego niż ty, to powiedziałem tak na prawdę i było mi styd.

Dziewczyna obok niego miała książkę z zębami i przez 24 minuty rozmawiała ze swoją miłością siedzącą naprzeciwko niej, czyli obok mnie, o protezach. Co od razu przypomniało mi czekające na mnie dwie wizyty u stomatologa w poniewtorek. Już oczyma duszy mojej pokazywałem jej swoje pożółkłe zęby pytając ją o opinię. Mieliśmy tam świetne dyskusje, cała nasza czwórka, w moich urojeniach. Jeśli chcecie wiedzieć, to przez pozostałe 6 minut rozmawiali o tym, co będą robić jak wrócą do domu i o znajomym, który pije więcej niż reszta znajomych. W każdym razie przynajmniej nikt nic nie pił z tego co widziałem. Za to w wagonie emerytów i rencistów kurwiący przez telefon człowiek spędził podróż prawie cały czas na zewnątrz przedziału żłopiąc Lecha z puszki przez okno. Alkoholik.

Uściskałem rodziców i bez większego problemu powstrzymałem emocje. Jednak dzisiaj, kiedy usiedliśmy razem do obiadu, tak jak miało to miejsce niemal każdego dnia 5 lat temu wstecz i wcześniej, to łzy same zaczęły się gromadzić pod oczami. Ale tam je zatrzymałem. Spojrzałem znad mojego talerza, na moich rodziców, którzy mają ponad 60 lat i ... prawie się popłakałem. Prawie. Ostatecznie zrobiłem to, ale później i bez świadków.

Czasami nienawidzę uczuć. Chciałbym nie czuć nic. Jak już pisałem na szczęście wiem, że życie płynie i choćbyś czuł się jak świnia smażona żywcem na ruszcie, czyli niezbyt konfortowo, to to przeminie.

Tysiące lat temu ziemię złotowską porastała puszcza. Zbójcerzy załatwił hufiec rycerzy wraz z bobrami, ktore zrzucały drzewa na ich łby łamiąc im karki i kości, a myszy wyrywały się z ziemi wgryzając się im w ciało i wyrywając chłasty skóry z bebechami. Wszystko to było możliwe dzięki okazałemu czerwonemu jeleniu, który wskazał drogę ostatecznego przeznaczenia. Po bitwie I sjeście odnaleziono splądrowane złoto I burszczynki. Na górze Wisielczej, znanej szerzej jako Góra Wilhelma, w 1905 wybudowano Wieżę Bismarcka, którą w 1968 wysadziły w powietrze nie czary Gandalfa, lecz władze miasta. Złotów cieszy się swoją tolerancją i otwartością na wszelakość kultur, ras I gatunków. Kiedy w 1998 w Kościele najświętszej Maryi Panny na mszy było czarne dziecko całe miasto mówiło “ki diaboł” przez cały miesiąc I zamykano z hukiem okiennice ze strachu. Przyjedź tu, zjedz pizzę, wypal jointa, upij się I śpij pod mostem lub w jedynym hotelu Krajna. Trudny wybór. Takiej oferty turystycznej nie znajdziesz nigdzie!

- Chcesz fetki kupić? – spytał Gaweł w poniedziałek, kiedy to przejeżdżałem na skrzypiącym rowerze przez prawie bezludną stację kolejową. W ciągu 5 lat wzdymał się jak balon i zaliczył detoksa, po którym nie może palić marihuany, bo mu serce zaczyna walić jak szalone, ale amfetaminę może spokojnie wciągać, zabawne, bo powinno być odwrotnie. – Ty wciąż w Angli siedzisz? – i wtedy mnie olśniło. Takiemu Gawłowi nie robiło różnicy, czy jestem w Anglii, Irlandii, na pieprzonej Arktyce czy też na Atlantydzie, fakt był taki, że nie było mnie tu, w Polsce. Trudno jest się przestawić szybko z jednej rzeczywistości na drugą. Tak jak po dobrym filmie, kiedy wychodzis z kina i rozglądasz się dookoła. Polska jest pełna bloków, w których ludzie są spakowani jak sardynki w puszce, pełna zieleni i odchodzącej farby, pełna PRLowskich wspomnień i śladów po komunizmie co razem czyni ją niesamowicie klimatyczną i niepowtarzalną. W moim pokoju ręczniki wciąż pachną tak samo, trawa rośnie na suficie a w szafach świeci księżyc. Szczęście nieszczęść leży złapane w sieci pająka. Niestety nie było mnie tak długo iż jestem niczym zjawa, która chce tego dotknąć, lecz jej ręka przechodzi na wylot. Złości mnie to i chcę się obrażać na wszystko i wszystkich, jednak niczyja to wina. Więcej żalu, kurwa. Wszystko płynie lecz stacje radiowe nieprzerwanie puszczają te same kawałki niezależnie od dekady. Duszę się, ogarnia mnie strach, nie mogę złapać oddechu, czy nie potrafię zobaczyć tego świata przez różowe okulary? Ale na co tu patrzeć?

Piątek.

Czuję się dziwnie. Jestem tu, ale nie było mnie tak długo, że czuję się, jakbym wciąż tu nie był. To już nie jest mój świat, został on zamknięty we wspomnianiach. Pomimo tego, że to mają być wakacje nie potrafię się odprężyć. Szczególnie tu. Cieszę się, lecz jednocześnie jest mi bardzo smutno. Okazuje się, że lubię Polskę o wiele bardziej niż myślałem. Miejsca w których byłem, piękne kobiety, zniszczone stare budynki i ten jedyny w swoim rodzaju klimat. Tak jak uwielbiam siedzieć u siebie w domu w Irlandii i rysować i robić inne rzeczy, tak tu chciałbym spędzać czas na mieście i wsród drzew ze znajomymi. Ale widziałem się już z Jackiem i Moniką, którzy specjalnie dla mnie przyjechali z Bydgoszczy, oraz Łukaszem i jego dziewczyną Magdą, która tak się składa, jest siostrą Moniki. Są inne osoby, z którymi chciałbym się zobaczyć, ale nie znajdziesz ich w tym mieście. Mogłem poinformować innych, że przyjeżdżam, ale nie chciałem. Ach, raczej nie powinienem pisać w takim stanie.

We wcześniejszym wpisie dominowała samotność. Dzisiaj jest lepiej. Jest 14:46h, a mnie dopadł leń. Powininem wyjść z domu kupić doładowanie do telefonu, ale mi się nie chce. Godzinę temu otwarłem piwo, wypiłem. Ech.

Wciąż sobota

Przepłynąłem 2 kilometry bez czepka, gdyż tu nie ma takiego wymogu. Na basen można wejść tylko w konkretnych godzinach, ale powoli się przyzwyczajam. Oderwanie. Tak, to jest to co czuję. Smutek wynikia z tego, że w pewnym sensie chciałbym znowu być częścią tego świata, a tak zamiast w nim istnieć, tylko go odwiedzam. Ale gdybania nienawidzę, nie powinienem więc nawet zaczynać. Mimo to zadam kilka krótkich, treściwych pytań. Co by było, gdybym tu został? Gdybym nie opuścił tego kraju? Czy wciąż siedziałbym w tym pokoju pozbawiony przyjaciół i dziewczyny licząc mijające godziny na zegarze? Nie chcę znać odpowiedzi na te pytania, zadanie ich jest ciekawe, lecz odpowiedzi są nieważne, go to tylko gdybanie. Mnie tu tak na prawdę nie ma. Dlatego nie lubię tu wracać. Zobaczyć się z rodzicami i przyjaciółmi, w trzy dni się bym wyrobił. Mógłym pozwiedzać Polskę, napisać do znajomych, którzy są w jej innych częściach i ich odwiedzić, ale jaki w tym sens? Gdyby był już dawno wiedzieliby, że przyjeżdżam i wyraziliby chęc zobaczenia mnie.

Nie chcę tu wracać na stałe. Chcę iść do przodu i czuję już od lat, że Polska nie jest dla mnie krajem przeznaczenia i spełnienia marzeń.

O 2155h otworzyłem okno dramatycznie wyciągając przez nie dłoń z laptopem w poszukiwaniu silniejszego i działającego bezprzewodowego internetu. Wykryło z 8 sieci, 6 z nich bez hasła, ale sygnał zbyt słaby. Guzik. Następny krok: wyjście przed dom. Update: wyjście przed dom nic nie pomogło.

Niedziela. 7:13

Przebudzony po 6tej rano, próbowałem znaleźć stację radiową na komórce, żeby zagłuszyć świat na ulicy Kujańskiej. Oczywiście przy automatycznym poszukiwaniu stacji jedyne co znajdowało co chwila to Radio Maryja. Myślałem, że pierdolnę. Zmusiłem się nawet do słuchania go przez 2 minuty, pomimo iż 7 lat temu zarzekałem się, że nigdy tego gówna słuchać nie będę. Ale sytuacja zmusiła, nie z własnej woli, więc chyba nie zgrzeszyłem. Dłużej nie wytrzymałem. Po manualnym szukaniu udało mi się wreszcie wychwycić fale RMF FM, które ty możesz kochać, lecz którym każdy normalny człowiek gardzi, również ja. Słucham go jednak teraz, bo przy alternatywie Radia Maryja wybór jest prosty. Po piosence Philla Collinsa „Paradise“, którą wciąż puszczają nieprzerwanie co dzień jak słychać, odkąd tylko stała się hitem kiedy wyszła, bo ludziom się podoba, to wciąż w radyju puszczają, to po tej piosence puścili jakiś polski badziew, polską chujowinę wręcz, gdzie przy muzyce stworzonej na komputerze laska śpiewa, że „marzenia się spełniają, wstawaj z uśmiechem na twarzy, bo nigdy nie wiesz, co może ci przynieś“. Być może słyszeliście słowa tej piosenki – napisana dla 6latków, to można się wczuć. Ale tak na poważnie, dorośli mają to kupić? Tak, wszyscy kurwa wiemy, że marzenia się spełniają i że każdy nowy dzień może ci przynieść dobrze, szczególnie Disney to wie. Nic nie mam do takich tematyk o ile są dobrze napisane, a nie na odwał, a to jeszcze w radiu puszczają, a fanki się pewnie w gacie zsikają. I nie, nie wstałem dzisiaj lewą nogą, bo jeszcze nie wstałem, ale już zaraz któraś wyląduje na podłodze, to zobaczymy.

2026. Słońce zachodzi.

Odwiedziłem rodzinę, która bardzo wielce zdobywała dla mnie głosy podczas kwietniowego konkursu Zuda. Trzy godziny. Fajnie było.

3ciego tomu Lisabeth Salander, tzn. Millenium Stiega Larssona nawet nie ruszyłem od przyjazdu. Narzekam na nudę, lecz wcale z nią nie walczę.

Jutro dentysta. Pisałem już?

Tu zapiski urywają się. Dentysta kosztował tylko 100 PLN, gdyż nie robił laserowego utwardzania, a regularna dentystka, która to robi, na wakacjach była. Jednak rzucił komplement, iż zęby mam ładne. Jest wtorek. Piątego może dowiem się, czy dostałem się na studia. Nie palę od ponad 3 miesięcy, ale ostatnio mnie ciągnie.

wtorek, 6 lipca 2010

VideOGG: Warsztaty Komiksowe.
Drugi epizod VideOGGa w 720p HD. 18 czerwca 2010 przeprowadziłem dwugodzinne warsztaty komiksowe dla grupy 20 osób z których 7 się wykruszyło po niecałej godzinie. Ten odcinek jest po angielsku, polskie napisy zrobię jeśli będzie zapotrzebowanie.

A co tam u mnie? Ee, obijam się niestety. Rysowanie idzie jak krew z nosa a jutro być może dowiem się, czy udało mi się dostać na studia.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Od dzisiaj nie piję.
A tak poza tym, VideOGG s01e01 ożył w sieci. Obejrzyj. Kliknij w kadr powyżej. Serio? Jest 6:42, ale w głowie zbyt szumi na basen o tej porze. Później.
Jak zwykle, jeśli żyjesz w XXXI wieku, wybierz 720p dla najlepszej jakości. Wymagania: XXXI wiek, duży monitor w HD oraz szybkie łącze internetowe.

piątek, 25 czerwca 2010

VideOGG - BLIŻEJ.
I tak życie toczy się spokojnie w świecie bez stałego podłączenia do szerokiej na cały świat pajęczyny. Dni nie rozpoczynają się od sprawdzenia gmaila i facebooka "Może ktoś do mnie napisał?" - kiedy doskonale wiemy, że jedyna wiadomość to ta, że już dziś możesz sobie powiększyć penisa, więc na co czekasz???

Po powrocie z Polski dopadł mnie nie tyle leń co potrzeba zasłużonego odpoczynku. Jest to pierwsze od 5 lat lato kiedy nie pracuję czy to w sklepie czy na zamku. I pomimo, iż jestem formalnie bezrobotny od października 2009, to tak na prawdę wciąż pracuję. Po ponad dwóch miesiącach tworzenia animacji "Wybory" kontynuowałem pracę nad "Denek + Kluska". Nawet kiedy nie tworzyłem, to świadomość tego, iż muszę tworzyć aby coś osiągnąć i zmienić swoje życie, wciąż nade mną wisi nie pozwalając się odprężyć. Pamiętacie, jak pisałem, że chcę rysować stronę tygodniowo. Ale nic na siłę, z przymusu nic dobrego nie wyjdzie, co najwyżej uda ci się coś spieprzyć. Tak więc jest ładna pogoda, a ja daję sobie trochę luzu. Jeśli D + K nie zostaną ukończeni do następnych wakacji, to co? Mogą być skończeni kilka miesięcy później, ale przynajmniej z przyjemnością i z miłości, a nie z krwawizny, że trzeba coś osiągnąć przed 30stką.

W chwili obecnej montuję odcinki VideOGGa. Sprawia to więcej przyjemności od rysowania, gdyż osiąga się tu szybciej rezultaty i w tydzień można mieć odcinek zmontowany, zaś tworzenie albumu komiksowego zabiera z rok. Wreszcie udało mi się skończyć 18nasto sekundową czołówkę do Maniakalno Dokumentalnego Tworu Naturalnego, czyli do VideOGGa, i muszę powiedzieć, że jestem zadowolony. Muzykę pożyczam z serialu anime "Cowboy Bebop", od zespołu "AIR" oraz z muzyki filmowej i od innych wykonawców. Staram się nie brać nic zbyt komercyjnego, aby YouTube nie usunął mi dźwięku za brak praw do utworów. Zobaczymy. Tak czy siak w opisach będę pisał, iż ja sam praw do utworów nie posiadam oraz napiszę skąd pochodzą kawałki muzyczne.

Z założenia VideOGG ma być kolejnym naturalnym krokiem po OGGu, jednocześnie ma być dla mnie praktyką, gdyż już dawno nic nie kręciłem ani nie montowałem wideo. Jednakże nazbierało mi się materiału na 5 odcinków, i to sporo trwa nim wszystko będzie doszlifowane i gotowe do wrzucenia na net i podzielenia się tym ze światem.

Pierwszy odcinek powinien ujrzeć światło dzienne jeszcze w tym tygodniu, ale nie obiecuję.

Nim więc zakończę to ględzenie krótkie sprawozdanie z postępów i planów:

VideOGG:

s01e01 - sezon 01 odcinek 01
Wizyta w Kilkenny, IRL oraz wywiad z Kasią Głonik
- być może będzie tylko jeden sezon, ale s01e01 wygląda lepiej od e01.
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 95 % - należy jeszcze podłożyć muzykę do jednej, dwóch scen oraz pogłośnić dialogi

s01e02
Rozstanie z EMI + Greg - po 4 latach pobytu w Irlandii emigranci powracają do PL na stałe
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 0%

s01e03 oraz s01e04
Wycieczka po Złotowie, Polska oraz powrót do korzeni. Wydanie specjalne dwuczęściowe.
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 2%

s01e05
Dwugodzinne warsztaty komiksowe (w 9min odcinku) pod przewodnictwem Sebastiana Jaster - po Angielsku, napisy PL później.
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 98%.

Tyle. Do następnego.

niedziela, 20 czerwca 2010

Dobija mnie to
Dobija mnie to, że nie mogę sprawdzić internetu. Ale wiem, że nie jest to aż tak ważne. Szczególnie, że dzisiaj na Paradzie – The Parade, czyli taki deptak, złapałem bezprzewodowy z baru Left Bank na komórce i sprawdziłem gmaila. Mimo to dobrze byłoby móc wysłać te słowa zaraz po napisaniu, a nie jakiś czas później.

Dobija mnie to, że nie mam piwa. Ale wiem, że nic by mi to nie dało. Początkowa ekstaza alkoholowa zamieniłaby się w senność, że o odklejonym płacie czołowym już nie wspomnę. Nic konstruktywnego ani w myślach ani w czynach nie zostałoby wykonane, a jutrzejszy dzień zacząłby się dla mnie z pewnością trochę później niż bez promili we krwi. Mimo to mam ochotę, na zimne piękne piwko z raju.

Dobija mnie mieszkanie z lokatorami. Najbardziej dobija mnie to wtedy, kiedy jestem już i tak poddenerwowany, albo kiedy czegoś ode mnie chcą. Nie mam najgorzej, nie mieszkam z kurwiącymi polskimi nieudacznikami o niewyparzonych gębach i umysłach. Nikt tu nie rzyga co dzień ani nie śpi po siedem osób w jednej sypialni (w tym przypadku 7demka nie jest szczęśliwą liczbą). Mimo to, dobija mnie Paweł (tu imię prawdziwe i nie zmienione na potrzeby posta w OGGu). Dlaczego za chwilę opowiemy, lecz wpierw kilka słów o tej barwnej postaci (tu się wyrażę, czego w konfrontacji nie chcę robić): Jak powiedzieli Emi + Greg, byli lokatorzy i dobrzy przyjaciele, których poznacie w s01e02 VideOGGa, Paweł myśli głównie o pieniądzach, jak żartuje, to o pieniądzach, a w domu najczęściej spędza czas od rana do wieczora w salonie oglądając programy informacyjne oczywiście w polskiej telewizji. Irlandzkiej nie widział na oczy, bo po co?, ale o niej słyszał. Jego wyśmienite żarty wyglądają na przykład tak: Odcięli nam internet, gdyż rozwiązaliśmy umowę. Mimo to, armageddon nadszedł znacznie później niż miał, o ponad 15 dni później, nie spieszyło im się. Kiedy wreszcie odcieli Paweł zażartował, że „Zaraz, kurwa, zadzwonię do Chorusa [tu nazwa dostarczyciela internetu znanego lepiej Polakom jako UPC – przyp. red.] , żeby nam internet z powrotem podłączyli, bo jak nie, to dam ich do sądu“, czy coś w tym stylu. Śmieszny, prawda?

Mogę tu sobie spokojnie jechać, po Pawle, gdyż mogę być pewny, że on słów tych nigdy nie przeczyta. To go nie interesuje. Zły jestem dlatego, iż chłopak chodzi do szkółki angielskiego i wyrabia sobie papiery. Kilka razy poprosił mnie, żebym mu pomógł, dwa razy. Dzisiaj był trzeci. Możecie mnie nazywać cholernym skurwysynem, ale nienawidzę takich sytuacji. Gdybyśmy jeszcze byli przyjaciółmi, ba! – Znajomymi, może bym się zgodził, ale współlokator proszący mnie o pomoc ma dużo czelności. Trochę to też moja wina, gdyż pierwszy raz kiedy poprosił o pomoc (tu tą końcówkę „ed“ mam wszędzie dopisać? – tak, to nie jest potchwytliwe, tu są tylko czasowniki regularne) byłem po dwóch czy trzech piwach i zacząłem litanię typu „Nie ma sprawy, jakbyś tylko potrzebował pomocy – pytaj śmiało!“ Pieprzony alkoholik ze mnie. Na trzeźwo na pewno nie zachwalałbym tak swoich usług. Dzisiaj pyta czy mam chwilę z brudnym kubkiem po kawoherbacie w ręku. Na szczęście robiłem długo wyczekiwany porządek w pokoju i karton zablokował mu wejście więc rozmawialiśmy przez framugę. Żebym mu 10 zdań napisał o czym jest mój komiks. D + K. Na to, że jeśli potrzebuje to do szkoły, to powinien być sam w stanie to napisać, w końcu to on się uczy angielskiego, nie ja. On na to – i tu się zaczyna jazda – że on przecież nie wie, o czym jest mój komiks. Tylko 10 zdań. Proste, nie musi być skomplikowane. I jeszcze, że to nie jest do szkoły. Tylko do celów prywatnych.

Piszesz moją biografię za moimi plecami? Jak komiks był w konkursie tylkoś ty z całego domu nie zagłosował, a tak byś zobaczył, przeczytał i wiedział przecież o czy jest, prawda? Na to ostatnie wpadłem jak już wyszedł. Na szczęście moje streszczenie napisane na potrzeby konkursu powinno mieć z 10 zdań, to skopiuję i wkleję. A, i do poniedziałku jak mogę, żeby było. Bo co jest w poniedziałek? Szkoła? Nie, skąd. Paweł idzie nad jezioro w dekadenckim nakryciu głowy aby wśród natury kontemlować wraz z kółkiem poetów te 10 zdań.

You’re full of shit.

No, ale tak to jest, jak się mieszka razem. Życie to nie film. Trzeba brać pod uwagę wszystkie aspekty sprawy i nawet, jeśliby się chciało wrzasnąć „Spierdalaj kurwa, z oczu mi! Do poniedziałku, to możesz mnie w rękę pocałować“, to nie można. Prawdę w oczy to może tylko Dr. House, ale on już ma pozycję i jest przecież z serialu. Sytuacja w domu stałaby się toksyczna. Kto wie do czego Paweł i jego Stowarzyszenie Umarłych Poetów jest zdolne? To trochę tak jak z sąsiadami. Trzeba utrzymywać przyjacielskie stosunki. Może to dla mnie będzie tylko 5, 10 minut, ale coś czuję, że będzie 15. A ze stresem to ho, ho! Jakbym był jakiś zajebisty w angielskim, na litość boską. Widzą we mnie Profesora Sebastiana Jastra, kurde bele.

UPDATE: Dzień później, czyli dzisiaj. Okazało się, że z przyczyn technicznych nie mogłem zrobić kopiuj-wklej, więc napisałem te 10 zdań ręcznie na kartce papieru. Zajęło mi 3 minuty. Zostawiłem w salonie pod pilotem.

A co dzisiaj ciebie ugryzło?

niedziela, 13 czerwca 2010

Jądro strachu.
... czyli tytuł, który nie ma nic wspólnego z dzisiejszym postem.

Najadłem się orzeszkami. Zwykłymi. Dry Roasted. Dzisiaj mija wyznaczony samemu sobie termin ukończenia 7mej strony D+K w myśl zasady strona na tydzień. Strona na tydzień miała wliczać narysowanie i pokolorowanie na komputerze, lecz to mozolne zajęcie, a ja ręcyje mam tylko dwie, więc po samym narysowaniu planszy na czas usatysfakcjonowany będę. Aby zdążyć nie robiłem sobie nic konkretnego, czyli nie przysmażyłem groszku w bułce tartej z masłem na patelni zalewając to dwoma rozbitymi jajkami (bądź też jednym), bom nim bym to zrobił, zjadł i umył na naczynia to by zeszło i z pół godziny w porywach do godziny jeśli naszłoby na sjestę.

Kiedyś Emi powiedziała, co Natali Portman powtórzyła, kiedy oglądałem ją wczoraj w Actor's Studio na youtube, że więcej zrobisz jak jesteś zapracowany niż kiedy masz dużo wolnego czasu. Prawda. Jak masz czas to się głównie obijasz, czy chcesz tego, czy nie. Pochłaniają cię pesymistyczne myśli i nieudolne próby ich zrozumienia i pokonania. Kiedy jesteś zajęty nie masz na to czasu i lepiej się organizujesz, aby załatwić wszystko to, co masz na głowie. I idziesz spać zadowolony, a nie zduszony.

Blogger załatwił sobie template desing - nareszcie! Desing będzie w końcu wyglądał jak w wordpress, do którego rozważałem niegdyś przeniesienie się, właśnie z tego powodu. Teraz nie będzie takiej potrzeby. Jednak nie będę póki co zmieniał projektu OGGa, bo to też czasochłonne zajęcie, a ja nawet nie wziąłem się za VideOGGa z podróży. I gdzieś mi się czołówka, którą chciałem obrobić w profesjonalny - niczym czołówka serialu, tylko nie polskiego - sposób zapodziała.

Widzieliście, jak Natalie rapuje? Prawie 4 mln views. O, TUTAJ lub klik poniżej:

piątek, 11 czerwca 2010

Dziś wiem, życie cudem jest.
... kiedy jesteś zakochany. Kiedy wygrywasz w totka. Kiedy twojego znienawidzonego szefa trafia piorun z jasnego nieba i zdycha dziad. Czyli, że sporadycznie. Tak poza tym życie jest drogą przez piekło na której przede wszystkim musimy walczyć z samymi sobą, co przeważnie ludziom się nie chce, stąd tyle ćwoków na świecie dzięki którym my - mniej ćwokowaci - możemy wyróżnić się z tła. Mniej lub bardziej. Nawet jeśli należymy do tych, którzy walczą sami z sobą próbując się pokonać, przezwyciężyć i wyzwolić z ogarniającej nasz mózg pajęczyny głupoty i lenistwa i braku wiary w siebie czyli podsumowując, wyzwolić się ze STRACHU, to i tak potem musimy zmagać się z systemem, ludźmi uwięzionymi w systemie i bodźcami nieprzewidywalnymi, zjawiskami rozpieprzającymi w drobny mak to, na co tak długo pracowaliśmy, ciułaliśmy i modliliśmy się. Bo jak trwoga, to do boga.

Ludzie też często będą traktować cię źle z różnych przeróżnych pobudek, będą ci wypominać i poniżać cię wprost lub też w zawoalowany sposób. Dlaczego? Bo nie kochają siebie, a jak siebie nie kochają, to trudno, aby pokochali ciebie. Ale nie daj się złamać, bądź silny jak skała, tak jak w Mulan śpiewano. I każdy zawsze będzie myślał, że to on ma najgorzej, że to nad nim trzeba się litować, bo twoje problemy, to jest betka człowieku, nie to co ja. Każdy ma swoje demony i dla każdego z nas są one krwiożercze, to nie konkurs, komu jest gorzej, a komu lepiej.

Nikt nie ma odwagi odciąć swemu demonowi łba.

Spośród wielu gryzących mnie rzeczy jest stare powracający motyw asertywności, z która mam problem. Jednak w dzisiejszych czasach zyskuje ona zupełnie nowy wymiar. Czas to pieniądz, do tego wszystko się sprowadza. Więc kiedy ktoś mnie prosi, żebym coś dla niego narysował lub też coś zmontował (filmiki), to krew mnie zalewa i zgadzam się, choć wewnątrz jest burza. Najprościej byłoby powiedzieć, że sorry, ale nie chcę. Wypchaj się. I co, za darmo? Z jakiej racji? Bo jesteśmy znajomymi, przyjaciółmi? A co ma kur** piernik do wiatraka?!? Sęk w tym, że jeśli ta osoba wyświadczyła ci kiedyś przysługę, lub nawet wiele przysług, nie wymaga odmawiać, bo tylko tyle możesz zrobić, aby się jej odwdzięczyć. Przysługa jak wiemy z filmów kryminalnych, to najgorsze, co może cię spotkać. I kiedy to się kończy? Ktoś ci pomógł. Ty w podzięce sam z siebie odwdzięczyłeś się w ten lub inny sposób więcej niż raz. Ale oni wciąż chcą więcej. Dasz palec, wezmą rękę. Jest to męka i muszę nauczyć się mówić nie. Albo zrozumieją, albo niech się walą, z całym szacunkiem dla nich. Ja nienawidzę się prosić, bo wiem jak to jest. A już na pewno nie wykorzystywałbym kogoś talentu dla własnych potrzeb, chyba, że tej osobie bym zapłacił. W większości przypadków. I bardzo często te osoby mają takie podejście, że eee, zmontujesz filmiki albo coś mi narysujesz, co to dla ciebie, wcale nie zajmie ci to tyle czasu, co mówisz. Nosz ty nuż się w kieszenie otwiera. Jak można być takim ignorantem lub też mieć taką czelność, żeby pusto twierdzić, że ktoś Obcy wie lepiej od ciebie, ile ci to co robisz zajmie?

A teraz coś z zupełnie innej beczki.

VideOGGi wciąż czekają na zmontowanie, Dziennik z Podróży zostanie opublikowany dopiero razem z VideOGGiem, gdyż tworzą parę. Internet mogą mi odciąć w każdej chwili. Może być to kwestia minut, godzin bądź dni, lecz niestety nie lat, bo na tym świecie nie ma nic za darmo. Więc tak, czuję topór mrocznie wiszący nade mną.

wtorek, 8 czerwca 2010

Last days of disco.
I tak oto wakacje w Polsce dobiegają końca. Dziennik z podróży prowadzony był regularnie. Widać w nim postępujący atak przygnębienia. Również mnóstwo klipów zostało nakręconych, ostatni "dzień zdjęciowy" dzisiaj. Będzie z tego materiału na podwójny odcinek VideOGGa - dokumentalnego serialu obyczajowego o nim i o miejscach uwięzionych w pułapce czasu - tak mi się zdaje. Choć w kolejce czekają już dwa episody, myślę, że wpierw zmontuję ten ostatni, gdyż największą mam na to ochotę.

Relacja niedługo.

poniedziałek, 31 maja 2010

Seks i porno.
Wstałem wcześniej. Pływałem (1.2km). Zjadłem żurek z proszku (z jajem ze skorupy i resztką ziemniaków z garnka ludzi, którzy narobili tyle, że im się zostało). Nie skończyłem pierwszego rysunku na 7 stronie D+K, ale uczyniłem konkretny postęp. Wciąż druga połowa strony nie ruszona oprócz linii w których włoży się mocno. Ramki. Jutro dzień. W nocy z jutra na pojutrze autobus na lotnisko i tygodniowy pobyt w najlepszym kraju na świecie, czyli w Polsce, gdzie PKB znowu urósło o 3 %, bezrobocie spada, a naród wydaje coraz więcej na RTV, co oznacza, że średnie wynagrodzenie ponownie wzrasta i przeciętnemu obywatelowi żyje się nadprzeciętnie. Tylko wspomnieć, że niedługo zostanie wybrany nowy, lepszy prezydent, a już szczęście sięga zenitu.

Tu przerwę cytując maila zacytowanego w Trójce kiedy mowa była o tym, co lepsze, w czym lepiej wybrać przyszłość - Otwarty Fundusz Emerytalny (w skrócie OFF YOU GO) czy ZUS ( w skrócie Zubożejesz Ultra Szybko)? Pan X napisał do radia takie oto słowa: "Wybór pomiędzy ZUS a OF to tak samo jak wybrać czy lepiej ci uciąć rękę, czy nogę?".

W kraju mocne piwo. Tutaj, w Irlandii, maksymalnie 5.6%, nie dolewają spiritusu jak w Polsce, żeby mieć 7% a nawet 11%, bo nie potrzebują takiego manewru wykonywać. Nasze społeczeństwo jednak takich trunków widać potrzebuje, żeby znosić życie. Czy coś będę jeszcze robił oprócz chlania tych wysokoprocentowych piwsk? Tak, będę malował butelki, wsadzał w nie świeczki i zanosił pod domy, w których panuje mrok aby je rozjaśnić. Ech, to już brednie. Zmęczony jestem.

Chciałem powiedzieć tylko dwie czy ile rzeczy, a zbyt się rozpisuję. Więc: internet odcinają jutro bądź pojutrze. Jak powrócę z wakacji łącza mieć nie będę. We własnym zakresie mogę sobie załatwić ten badziew, co się przez USB podłącza, tą pluskwę telefonii komórkowych, która działa jak krew z nosa, ale przynajmniej nie wymaga kontraktu. Jednak wpierw zobaczę po powrocie ile wytrzymam. W bibliotece jest net za darmo, ale wiadomo, że tam na strony porno (youjizz) sobie nie wejdę. Koło zamku jest bezprzewodowy. Są opcje. Myślę, że wytrzymam dwie godziny.

Kilka dni temu nagrałem pierwszy oficjalny odcinek VideOGGa, ale nie mogę się wziąć, żeby go zmontować i wrzucić na youtube, głównie dlatego, że powoli się spinam przed podróżą i to mi wypełnia czas. Poza tym muszę jeszcze jakąś ładną czołówkę stworzyć, a do tego muszę się ogolić, dziś zaś zarost wczorajszy. A podróż ma być materiałem na drugi odcinek VideOGGa - podróż do korzeni, rodzinne miasto. CZAD. Z początku VideOGG miał być czymś zupełnie innym, ale teraz będzie to blogowo dokumentalny serial dramatyczny portretujący człowieka (Sebastian Jaster, tak, on), miejsc, w których się znajduje i czasu, w którym jest chwilowo uwięziony. Czy będzie miało więcej views na youtube od widea z psem, który goni własny ogon? Wątpię. Ale chuj.

PS. A "Seks w Mieście 2" dobry. Widzę co kobiety w nim widzą. Zajęło mi 6 lat. Dwie czy 3 śmiałe lecz krótkie sceny seksu, ale za to miasta jest dużo.

piątek, 28 maja 2010

Wstręt. Wściekłość. Wkurw, czyli uroki życia i picia.
Zabójczy w wielu przypadkach dym tytoniowy wciąż nie wypełnia moich płuc. Alkohol jednak zalewa wątrobę od czasu do czasu. Tym razem dochodzi do tego nie przy piciu do lustra, lecz tylko wtedy, kiedy jest to inicjowane przez osoby trzecie. A nawet drugie. Tak jak na przykład wczoraj.

Powód dla którego nie popalam jest prosty. Nie potrafię popalać. Albo będę jarał szlugi albo nie. Z alkoholem jest podobnie. Jak już zacznę pić piwo to jeśli po drugim nie przestanę to zwykle piję ponad 4, a wiedz, że 4 to moja granica pomiędzy szmerglem a światem, w którym płaty czołowe są odklejone i nic się racjonalnego myślenia nie lepi. Najgorsze w piciu nie jest dla mnie wydawanie na alkohol pieniędzy czy kac następnego dnia. Czy kac kupa, która akurat przynosi ulgę. Najgorsze to marnotrastwo czasu. Dwa dni zniszczone - pierwszy dzień picia i drugi dzień kaca. Dwa dni, które człowiek taki jak ja mógł spędzić na rysowaniu. Jest jeszcze gorzej.

Wiadomo, młodość nie zna śmierci. Pijesz jarasz i co tam jeszcze chcesz. Jesteś kurwa niezniszalny. Teraz picie powoduje u mnie kaszanę z mózgu następnego dnia. Z góry i doświadczenia wiem, że każda myśl czy uczucie będzie skonstruowane przez tą właśnie kaszanę, więc wbijam, staram się nie przejmować. Wiadomo, boli, kłuje, wyżera, przygniata, a nawet rozsadza, ale nic to, gdyż jest to nieprawda. To tak w pewnym sensie jak ze wściekłością. Nikt nie powinien podejmować żadnych decyzji wtedy, gdyż zwierzę wtedy nami kieruje, a nie człowieczeństwo. Ale to wiemy wszyscy.

I żeby jeszcze na kacu można było poczytać albo nawet pooglądać. Uu, ale wstręt ci nie pozwala. Nic ci się nie chce, ale to nie leń, tylko coś gorszego. Wolę tego nawet nie nazywać, bo jeszcze się dowiem co to jest.

Ktoś kiedyś powiedział, że niebo jest tu na ziemi? Kłamca!

piątek, 31 grudnia 2010

Z życia wzięte.

Nieogolony, zapewe również śmierdzący, okularnik podążał odwilżoną ulicą do miejsca przeznaczenia.

O czym myślał? O Śmierci, jak to zwykle bywa o tej porze roku. Na wprost, ubrany w dresy szczyl bezczelnie chwytał za dupę ubraną również w dresy laskę. Ściskali się i po prostu żyli chwilą, tak jak to tylko potrafią żyć chwilą jeszcze (lub na zawsze) niedorozwinięci umysłowo szczeniacy. Obnoszenie się publicznie purpurową namiętnością jest wynikiem prostej eliminacji - nie mogą się  chwytać za dupy we własnych domach, bo w domach mają swych rodziców czuwających nad suchością ich moczymórd. Do hotelu nie pójdą, bo za kieszonkowe stać ich jedynie na Happy Meal w WcDonaldzie. A w Happy Mealu nie mogliby spędzić intymnych chwil, gdyż kartonowe pudełko jest zbyt małe by zapewnić choć tymczasowy azyl. Do lasu nie pójdą, bo za daleko. Stoją więc tu i tylko tu i mają tu wszystko, czego dusza zapragnie - światło z miejskiej lampy, gwizd przejeżdżających samochodów i fastfood po drugiej stronie ulicy.

Zapisanie dwusekundowych spostrzeżeń zajęło 15 minut.

Ze strachu przed innymi jednostkami ludzkimi spojrzał na nich tylko raz, wtedy, gdy nie patrzeli w jego stronę. Gdy odwrócili głowy ku niemu, ten wlepił się w chodnik. Mijawszy ich okularnik usłyszał kilka metrów dalej brzdęk tłuczonego szkła, najprawdopodobniej butelek po tanim winopiwie. Brzdęk narastał a wraz z nim furiacki krzyk wyrażający kłopotliwe przeciwności losu FUCK!!! Starszy mężczyzna idący w tym samym kierunku co okularnik, choć sporo przed nim, usłyszawszy odwieczną bolączkę życia wyrażaną przez słowo FUCK!!! targanego przez to samo życie młodego człowieka, odwrócił się czujnie próbując dojrzeć, czy to szybę tłuką, czy co? Widząc to ów młody i zapewne boga winny człowiek wrzasnął jeszcze głośniej WHAT THE FUCK ARE YOU LOOKING AT!?! (Czy mógłbym panu w czymś pomóc?). Okularnik jednak nie odwrócił się, żeby też zerknąć co jest grane, gdyż jeszcze bardziej intensywnie zaczął myśleć o Śmierci.

Doprawdy powiadam wam, potężną bronią jest umysł, lecz nie umysł idioty. Czy nie przeciągasz się czasem późno w nocy nad kubkiem czarnej jak rozlana ropa w oceanie kawy i nie pytasz się Czy nie jestem idiotą, przypadkiem? 

Strach mrożący krew w żyłach, gdyż na ubraniu masz plamę od musztardy. Małą. Ale mogą zobaczyć. Kto? Opinie! Opinie, które niczym Kostucha ciachają cię boleśnie niszcząc wizerunek, nad którym tak ciężko pracowałeś i ałaś. Wizerunek ciebie bez plamy po musztardzie. I potem wracasz do domu po kilku głębszych, bo trzeba było wypić, aby zapomnieć o tej zniewadze, o tej plamie na sercu i duszy. Wracasz lekko spokojniejszym krokiem do swej oazy spokoju po to tylko, aby odkryć na twitterze, że masz plamę po musztardzie. Z rozpaczą odwracasz wzrok, a ten pada na facebookową ścianę, gdzie ta wredna mizia tagnęła cię na zdjęciu kilka godzin temu. Tam ty - minę masz jak ćwok, nogi wyglądają na bardziej krzywe niż zwykle, no, po prostu jak wieprz wyglądasz nietwarzowo, jak wieprz z jebaną plamą po musztardzie. Bo ty siłę masz, siłę. Ty siłę masz, masz i dużo znieść potrafiszpotrafisz, ale ta musztarda, to już szczyt. I usuwasz tag, ale w głowę zachodzisz ile osób, które tak jak i ty nie mają życia bądź są niewolnikami technologii żerującej na ludzkich słabościach i wadach i debiliźmie i chęci bycia popularnym i wiedzenia wszystko o wszystkich wszędzie i bezustannie, ileż osób akurat ślęczało na kolanach jak przed krzyżem tego wieczoru i widziało to pieprzone zdjęcie. No ile? Dwie? Trzy? Więcej? A ilu masz znajomych na facebooku? Wliczając mućkę, to 56ciu. Bez mućki 55.

Para grubasów - brat i siostra idą do Lidla. Marek jest wysoki i gruby, jak ująć to delikatniej? Spasły. Magda jest gruba i niska. Jak? Jak beczka. A urodę ma jak zgniły ziemniak z odstającymi białymi frędzlami. Nienawidzi kobiet które nienawidzą mężczyzn którzy lecą tylko na ich urodę i najchętniej by im zburzyła zamek z piasku. Ale z ogniem nie igra. Marek i Magda kupują 12 butelek coli, żeby w domu mieli co pić. Nie, nie coca-coli, bo po co przepłacać, skoro cola smakuje tak samo, nawet i lepiej, a jest tańsza? Kupują też słoik ogórków, ale w Lidlu nie ma kiszonych, więc kupują konserwowe. Zaraz po odejściu od kasy rzucają się na swój magiczy napój. Tak, od cukru też można się uzależnić, ale Minister cię przed tym nie przestrzeże. Żeby jeszcze mniej rzucać się w oczy przypadkiem sławetny słój ogórasów tłucze się im na ziemi. Stoją tak nieporadnie spoglądając na rozbite szkło w kałuży ogóreczków. Lidlowski tłum wraz z jednym osobliwym okularnikiem stoi przy kasach w kolejce i patrzy się na nich, a oni nie wiedzą, co począć. Przepraszającym wzrokiem sięgają znowu do butelki i biorą big łyk żeby się uspokoić.

Każdy ma swój krzyż o którym zapomina w Sylwestra. Następnego dnia przeważnie krzyż jest dwa razy cięższy, ale to nic, bo nowy TY nie pali, nie pije, nie ma plamy po musztardzie i nie żre gówna z ulicy.

Jest niezniszczkurwalny.


W NASTĘPNYM ODCINKU - Świąteczny BezLOT oraz Polski dres w Irlandii, który bardzo pragnie podziękować czytelnikom OGGa za to, że są czytelnikami OGGa (jego ulubionej lektury zaraz po nalepce z tyłu plastikowego słoja z odżywką) oraz pragnie im życzyć na Nowy Rok dużo włosów.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

OGG Lite: Bestia.

Wracając do domu stanąłem oko w oko ze swym oprawcą: Psem z Piekła Rodem!

Myślałem, że go zabiłem, jednak powrócił aby dalej męczyć biednych mieszkańców osiedla swoim niemiłosiernym szczekaniem ciągnącym się przez długie godziny. Człowiek chce sobie w spokoju rysować, ale nie może, ponieważ albo mu lodziarka ryje w głowie swoją selekcją trzech schizolskich melodyjek, albo owe monstrum drze japę. Działa każdemu na nerwy tak bardzo, że dziwiło mnie iż go jeszcze nikt nie uciszył. Teraz już wiem, że się nie da (bo powrócił z martwych). Ten kundel to niezniszczalny demon.

Stanąłem naprzeciwko bestii z drżącymi nogami. Spojrzałem w nią, a ona spojrzała we mnie.

sobota, 4 grudnia 2010

Knurysanka.

Pogaście światła kochane dzieci i wlepcie swe ślepia w me błyszczące niebiesko denka od okularów. Jestem już stara i twarz mam pooraną, ale wciąż pamiętam wiele knurysanek. Tą opowiadała mi Mama Knur o tej porze roku.

A idzie to tak...


 Nocą, kiedy wszystkie poczciwe koparki już śpią
Pracownicy Lidla wciąż chorobliwie harują.
Świąteczny nastrój rozświetla ich poliki
Tylko na plakatach, bo to photoshopowe triki


Wystarczy trochę śniegu, więcej błota i mgły
Aby Polska na wyspie pokazała swe ponure kły
Auta we mgle przez ulicę się czołgają
I o zimowych oponach rozmarzają


Zaś stare buty pod schodami boleśnie przemakają
I 6 tygodni w USA sobie bezustannie wspominają


W domu tysiąca i jeden zmór jest też grzyb na rolecie
Który nie jest lepszy od karpia w galarecie


Choinka za 9ięć euro próbuje nieśmiało przebić się przez mrok
Melancholii anonimowych emigrantów, lecz 9ięć euro to za mało na ten krok


Bałwan Ochroniarz pilnuje gorąco osiedla, 
Lecz niech swych węglowych oczu nie mróży
I do snu krainy nie odbywa tej nocy podróży
Bo mu łeb utnie tasakiem mordercza Wiosna
Która o tej porze roku nie jest zbyt radosna.


Odciętą głową bałwanka główek swych nie zaprzątajcie
Kochani, tylko oczka zmróżcie, szlugi pogaście i śpijcie wesoło!

czwartek, 25 listopada 2010

Prochy na całe zło.

Nieśmieszny komik w radiu  u fryzjera przyznał, że nie pił od ponad siedmiu lat. Jednak idąc z żoną brzegiem morza wśród odwiecznego szumu fal usłyszał od niej, że wolała go, kiedy pił. Wtedy był jeszcze do zniesienia. Teraz jest wrzodem na dupie, a jak wiemy wrzód na dupie to nic śmiesznego i nie ma się komu zwierzyć. Po tym zdarzeniu powrócił do picia. To nie był żart komedianta, gdyż rozmowa miała poważny ton. Przeważnie pije 2, 3 drinki. Czasami więcej, ale potrafi też cieszyć się z jednego. Smakuje mu piwko i znajduje upodobanie w piciu.

Lekcja z tego płynąca jest oczywista: dobrze jest chodzić do fryzjera. Jak polosujesz, zrobi ci fryzurę uderzająco podobną do tej ze zdjęciem piłkarza, którą mu wcześniej pokazałeś za wzór. Przypadkiem mogą też ci się obić o uszy doświadczenia życiowe innej ludzkiej istoty, tak, bo są inne ludzkie istoty dookoła oprócz ciebie. Pracują ciężko bądź obijają się lekko, potrącają cię bezczelnie na ulicy bądź mierzą cię skrytym pożądającym wzrokiem nieforemnej kobiety z wąsem w supermarkecie. Jeśli nie wiesz, jak taki wzrok wygląda, to jesteś dzieckiem szczęścia. Tak, tak, nie jesteśmy sami na świecie. Można wyciągnąć dobrą lekcję z doświadczeń kogoś innego, co oszczędzi nam przechodzenia przez to same bagno. Najczęściej jednak ignorujemy mądre lekcje i brniemy po uszy we własnym szambie.

Póki co nie chce mi się pić alkoholu. Pewnie nie dziś ani nie jutro, ale może za kilka miesięcy, lat bądź dekad okoliczności losu sprawią, że znowu zachce mi się chlać. Zalać robaka. Urżnąć się w trzy dupy żeby film mi się urwał. Żebym mógł pisać pijackie komentarze bądź smsy bądź snuć wir kaszko-mannowych myśli przed wschodem słońca. Kiedy tak się stanie, mam nadzieję, że przypomnę sobie tą wizytę u fryzjera na el, o, mam - u Laurusa i co usłyszałem w radiu, odłożę drinka i napiję się wody.

Palić nie będę. Palić mi się nie zachce.

Książka doktora Amena wystarczyła na miesiąc, co uważam za sukces - miesiąc jogurtów, organicznych warzyw, oleju rybnego, itp. Dzięki tej książce wiem, co robię źle, ale się aż tak nie przejmuję. Od prawie dwóch miesięcy nie żarłem frytek (no, raz, i to tylko kilka, a nie tak, żeby brzuchol bolał pół nocy) ani pizzy. A zwykłem być ich niewolnikiem od dzieciństwa umilanym trzema obiadami podwójnych porcji najlepszych domowych frytek w tygodniu. Jednak powoli wracam do jedzenia słodyczy, słodyczy, na które patrzyłem ostatnimi czasy z pogardą. Wczoraj kupiłem beznadziejną lidlowską selekcję ciasteczek (tych dobrych były tylko po dwa, reszty przynajmniej po 5 sztuk) i zżarłem połowę obrócony plecami do miski z owocami. Dzisiaj rano zżarłem resztę. Zostawiłem trochę, bo opamiętałem się pod koniec. Czy czuję kurwa żal? Lekki, ale nie będę sobie pluł w brodę.

Nie jestem Ciasteczkowym Potworem.

Poza tym intensywnie pływałem przez pół godziny na basenie, więc odkupiłem swe winy.

Człowiek nie jara, nie chleje, nie ćpa, to co mu pozostaje? Leki bez recepty i dobra herbatka! Zielona, zielona o różnych smakach, biała i te takie zdrowotne. Zestaw tablet popijanych 3 mocnymi napojami (kawa bądź zwykła herbata) dziennie, to to, czego tak potrzebujemy w te długie zimowe ponure dni pełne czychających na nasze płoche umysły szpony deprechy. Składnia?

Omega 3 - Fish Oil - na mózg, Ginseng - na brak energii, kamityna na lepsze spalanie tłuszczu (choć nie jest to do końca udowodnione, ale w coś trzeba wierzyć), witaminki B nie trzeba tłumaczyć, są po to, by nie czuć się be no i Quiet Life - 2 tabletki trzy razy dziennie na wkurwa. Zawierają naturalne wyciągi z jaj hipopotama. 

Chuj wie, czy to całe jebane gówno cokolwiek daje.

środa, 17 listopada 2010

Bezseeność i bezrobocie.

Kobieta we śnie miała proste rozwiązanie na buty których sznurówki ciągle się rozwiązują. Gdy spytałem jej, czy mogłaby się podzielić swą wiedzą spojrzała na mnie pobłażliwie. Zastanawiałem się, czy powie, żebym wyprał owe sznurówki nowe w pralce dzięki czemu nabiorą cudownych właściwości nierozwiązywania się. Pełen nadziei patrzyłem jak otwiera usta, lecz nim zdołała się zwierzyć jej czaszkę przedziurawiła na wylot rzeczywistość. I nie było już ani kobiety ani snu.

Śnienie jest równie ważne jak spożywanie kromy chleba ze skwarkami w sobotnie popołudnie. Jest naszą potrzebą fizjologiczną. Niestety często można się walnąć na łóżko, po krótkim pogmeraniu resztką sił w podłączony do tłustej sieci pseudo konstruktywnego życia laptop, zamknąć oczy i czekać na sen. Po 15stu minutach należy je otworzyć aby móc spojrzeć prawdzie w oczy: pomimo zmęczenia i późnej godziny, wybawienie od szarej rzeczywistości nie nadejdzie w najbliższym czasie.

Zamiast niego jak zawsze wita ochoczo przypadłość dręcząca miliony ludzi na świecie - myślonatłok. Myślonatłok objawia się tym, iż w naszej głowie kłębią się coraz czarniejsze i gęstsze chmury przykrych i smutnych myśli. Wizje przyszłości skąpane w błocie i pocie wysiłku, umęczenia i czeluści węgla kopalnego. Stres. Powinno się zasypiać z uśmiechem na japie wyobrażając sobie, że się lata wśród pól pełnych nagich kobiet różnej narodowości albo że się zabija w zwolnionym tempie swych wrogów wyciągając im kręgosłup przez klatkę piersiową lub też w wersji darmowej, czyli lite, mówi się im, że nigdy ich nie lubiliśmy i usunęliśmy ich z facebuka. Szczęśliwi ci, którzy nie padają ofiarą myślonatłoku.

Czasami zaś nie można zasnąć z bardziej oczywistych, przyziemnych powodów. A to sąsiad o 2.30 w sobotnią noc postanawia zadzwonić do kolegi, bo jeszcze się dość na napił i donośnym głosem, w razie, gdyby ten kolega go nie słyszał, upewnia się trzy razy, że spotkają się przy cepeenie za 15 minut. No i gdzie lepsze miejsce na taką krótką lecz jakże treściwą rozmowę, jak nie przed domem? Tego typu niebezpieczeństwo czyhające na sen nie musi być wcale zewnętrzne. Ba! Może być jak najbardziej wewnętrzne: sąsiadko-współlokatorka za papierową ścianą pełną łez może gościć miłość swego życia przez weekend. Miłość ta może wpaść na genialny pomysł udzielenia jej lekcji angielskiego o 23:30h, kiedy to każdy normalny samotny kawaler odcinający przerdzewiałymi nożyczkami więzi z resztką przyjaciół trzymające się na cienkiej nitce chodzi już spać. Nie przykro mi rozczarować Kochanego Czytelnika, lecz "lekcja angielskiego" nie jest wcale szyfrem na dziki seks, jest to po prostu lekcja angielskiego. Do lekcji potrzebna jest płyta CD, która z głośnika harczy majestatycznie MASHED POTATOES i jeszcze raz, wolno, żeby na pewno załapać: MAAASHEDDD POOOTAAAATOOOOESSSS - sekunda dla ciebie, żeby zorientować się, że wróżka w białych pączoszkach machająca do ciebie zawadiacko różdżką już odlatuje, ale bez ciebie - ZIEMNIAKI PUREE. Każdy przezorny i ubezpieczony wyciągnie dwie pomarańczowe zatyczki do uszu, wetka je sobie gdzie trzeba i pomimo nieprzyjemnego uczucia, że ktoś ci ucho dusi, spróbuje dogonić Wróżkę Zboczuszkę.

Trzeci wróg snu. Zmęczony po ciężkim dniu pracy bądź nieróbstwa wracasz do domu, próbujesz coś zrobić, bo masz jeszcze tyle na głowie, ale nic się nie klei, więc ucinasz sobie dwugodzinną drzemkę kosztem zaśnięcia o normalnej porze wieczorem. To spotkało mnie dzisiaj.

A teraz cofnijmy się w czasie, dzięki temu prędzej wrócimy do śnienia. Człowiek ma oczy to patrzy. Ma mózg, to myśli. Łączy te dwie rzeczy i zauważa. Niedaleko mego wypasionego osiedla pełnego szczęśliwych Polaków mówiących finezyjnie poprawną polszczyzną jest B&B gdzie umęczone duszyczki mogą się przespać i dostać nad ranem tłuste śniadanie. Przez długi czas mieli obskurny szyld powiewający na zewnątrz. Ilekroć przechodziłem obok, myślałem sobie, że najwyższy czas, żeby go zmienili. W końcu taki szyld jest reklamą biznesu, jeśli masz obskurny szyld, to i pewnie biznes podobny. Materac może mieć kujące w plecy sprężyny, a tłuste śniadanie może być o jedną parówkę za tłuste. Widać właściciele czytają w myślach, bo po długim czasie oczom mym ukazał się zupełnie nowy, no, z brak lepszego słowa, szyld - czerwony, świeży, z narysowanymi 4ema czy 5cioma gwiazdkami i zachwalający iż B&B o którym mowa, zdobył nagrodę Taboretu z Brązu. Pomyślałem sobie, no, no! Postęp. Minęło jeszcze więcej czasu i tak znowu przechodząc obok wyobraziłem sobie, co by to było, gdyby ktoś na tej ich tablicy (tu słownik synonimów aby nie powtarzać słowa SZYLD) narysował czarnym grubym flamastrem kutasa? Pewnie by się wkurwili ci właściciele. Kilka dni po tej złotej myśli wracam do domu wietrzną porą. Zmierzcha. Patrzę, a tu:

 Tak bardzo wiało, że im wywieszkę zrzuciło na chodnik. Zaśmiałem się szaleńczo, rozejrzałem do okoła (szukając właścicieli pogrążonych we łzach) i poszedłem dalej.

Kilka godzin wcześniej, około 16stej na drodze do domu (wszystkie drogi prowadzą do domu) szła przede mną dziewczyna. Szła, to źle powiedziane. Toczyła się. Ktoś kiedyś zauważył, że grubasy śmiesznie chodzą. Niestety zdjęcie chodu nie oddaje, ale przynajmniej daje lekki zarys ich świata. Człowiek się głowi jak narysować jakąś śmieszną postać, kombinuje nad przerysowanymi kształtami, a potem w prawdziwym świecie NAGLE! w oczy mu kole:


Takie młode dziecko, a tak ogrubione. Jeśli się nie boisz, kliknij i powiększ. Jedno jest pewne, to na pewno nie zasili ani jednej strony ze zdjęciami uczennic. OGG jest inny.

Aby w pełni doświadczyć następną sytuację, radzim włączyć sobie w tle ścieżkę dźwiękową uzupełniającą poniższe zdjęcie:
       

 Stety  niestety dzisiaj miałem podpis. Jeśli chcesz dostawać od rządu pieniądze za całe lata twej wcześniejszej krwawizny, musisz też czasami dać coś od siebie. Jak np. podpis.  Żeby wiedzieli, że wciąż jesteś w kraju. Kiedyś zasiłek można było otrzymywać bezpośrednio na konto bankowe, więc wiara siedziała sobie w Polsce bądź innym kraju ich pochodzenia jak królowie przy € 204 tygodniowo i raz na miesiąc z łaski zlatywała samolotami aby złożyć szlachecki podpis. Trochę to zajęło, ale Socjal się wreszcie zorientował i teraz można odbierać mamonę jedynie osobiście na poczcie. Osobiście bez legitymowania.


Socjal nie jest miłym miejscem, szczególnie w dzień podpisu. Dzisiaj budynek był szczególnie zatłoczony. Samo stanie w kolejce nie jest takie złe, ale dodaj do tego śmierdzące ciała brudasów przesiąkniętych stęchłym dymem tytoniowym gadających zmulonymi głosami o tym, jak wczoraj wódkę pili. Myślałem, że się tam uduszę. Oprócz oczywistego faktu bycia na zasiłku, staram się nie stać jednym z nich, więc myję się, golę i próbuję nie zapuszczać umysłu. Choć może się łudzę, w końcu jak raz cię użre bezrobotne zombie to koniec!

środa, 10 listopada 2010

Pogoda na zabój.

Widzicie tą KAPKĘ deszczu na moim widgecie pogodowym? To dlatego Irlandia jest taka zielona.
 



Choć zdjęcie tak tego nie uchwyca kupiłem so' Nokię N8 na którą mnie nie stać - taką samą, którą ma Dexter od 5tego sezonu. Wbrew sobie nie zdjąłem foli chroniącej ekran ani foli z tyłu (chroniącej 12px aparat). No i używać nie mogę, bo wpierw muszę przez noc ładować po raz pierwszy.

To mój gwiazdkowy prezent. Sam se zrobiłem. Jeszcze tylko zabiję psa sąsiadów, tego co tak wyje to stanę się taką niedorobioną europejską wersją Dextera Morgana.

sobota, 6 listopada 2010

Kopatronik.


Znowu bolała mnie głowa.

Dlatego wziąłem dwie czerwone pigułki. Tak, przenoszą do innego świata, lekko przytłumionego lecz przynajmniej mniej bolesnego. Podejmując temat tytułu "Kopatronik" należy krótko wyjaśnić, iż jest to KOP w sam środek dłużących się coraz bardziej i częściej przerw w OGGowaniu. Kopatronik nie załata całej dziury niepisania, lecz przynajmniej spróbuje ją lekko zakryć. O, to się nadaje w sam raz na łatę:

Spisanie kilku myśli zajmuje sporo czasu, przeważnie w granicach od pół godziny do godziny. Fajnie, jak masz ochotę zrobić sobie przerwę od skrobania się tam gdzie najczęściej się skrobiesz z dala od przypadkowych ślepi i coś naskrobać publicznie, dobrze jeśli sprawia ci to przyjemność i chwała ci za obnażanie się w cyfrowym świecie przegrzanych drucianych zwojów gdzieś między zerem a jedynką.

Jeśli jednak twoja aspołeczność i twa alienacja towarzyska zaczepiają się bezlitośnie również o świat cyfrowy w którym zwykłeś utapiać resztki swej ludzkości, jeśli zwężają twe już i tak bardzo wąskotorowe myślenie, jeśli usypiają twego ducha zamieniając cię w bezduszną pustą maszynę, wtedy raczej trudno będzie o nowy post o ile będzie on w ogóle miał gdzie zaistnieć.

Fakty: D+K: Dieta - wciąż kończy 12stą stronę. Idzie jak krew z nosa, cieknie wręcz od kilku tygodni, ale najważniejsze, że posuwa się do przodu. Dalej nie pije (ponad półtora miesiąca) i dalej nie pali. Ale czy nie ma robali? Kombinuje i planuje inne rzeczy bezustannie. Jedną z nich jest reanimacja i powrót do Krzyków Wewnątrz wymierzonych w amerykański rynek nim skończy się świat, bo oczywiście skończy się w 2012, proroctwa są słuszne. Dziw, iż jeszcze się wszyscy nie ruchamy ze wszystkimi (pomijając ciebie, Mariola) i nie łazimy w tygodniowych gaciach żrąc bez sztućców. Przecież zagłada cywilizacji i anarchia jest tuż tuż. Po co zwlekać kiedy nie powstrzymasz nieuniknionego?

Nim umrzem zobaczym przyszłość, acz nie naszą, lecz naszych dzieci - Profesor Zgrzyt (1984 - 2099).

niedziela, 24 października 2010

Martwica uprzedzonego.

Atak zaczął się w piątek po południu.

Trudno było znaleźć konkretny powód. Przez sobotę i niedzielę zabarykadowałem się w swoim pokoju. Gdybym miał tam czajnik, mini lodóweczkę i łazienkę pewnie wcale bym nie wystawiał nosa na zewnątrz. Jednak nie miałem. Okazuje się, że najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką zrobiłem w ciągu ostatnich 3 dni był projekt wykonany podczas warsztatów dla umysłowo chorych w mojej głowie.


Jak myślicie, co to ma być? Słoneczko?

Tekturowa krajzega? Oto prawidłowe wyniki:


Trzymaczka do m.in. gumki, nici dentystycznej i wazeliny obciągana na kubek na pisaki.

Wszystko zaczęło mnie wkurwiać. Życie. Co to za życie? Niestabilne, niespodziewane, niepewne. Niektórzy mówią, że to jest właśnie w nim wspaniałego, żeby traktować każdy dzień jakby dziś miały się spełnić twoje marzenia, jakby to był najważniejszy dzień w twoim życiu. Przystawić im pistolet do głowy i strzelać, aż się kulki w magazynku skończą.

Poza tym, kto tak na prawdę mówi? Ja wiem kto: bogaci. Urodzeni w dostatku. Albo totalnie oświeceni (i wciąż bogaci).

Wkurwia mnie przytłumiony głos klepiącego na dole Piotra, mojego oprawcy. Nic nie robi, tylko siedzi cały dzień przed telewizorem jak ten ziemniak kanapowy. Nic mnie nie obchodzi, że się czasem gdzieś ruszy, dla mnie jest uwiązany niewidzialnym szlauchem do tej kanapy. Je przed telewizorem. Sprawia mu to radość. Żeby ekstaza była większa znosi laptop do salonu, kładzie go sobie na kolana, słuchawki wkłada w uszy i odpływa do ziemniaczanego raju. Ma tam wszystko - telewizję przed nosem, internet na wyciągnięcie tłuściutkich paluszków oraz ulubioną muzę. Majteczki w kropeczki, szalalala. Żeby tak jeszcze w kanapie był sedes wbudowany to raj sięgnąłby zenitu o którym nie śnili Świadkowie Jehowy. (Tak na prawdę to nie on słucha takich przebojów, tylko Agata - gnieżdżąca się za papierową ścianą mojej groty idiotka z dobrym sercem.)

Raz, kiedy skończyłem ostatni ogórek kiszony, stanąłem wyprostowany w progu drzwi między salonem a jadalnią dzierżąc w ręku słoik po nich i powiedziałem:
- Piotr, przepraszam, że przeszkadzam... - Piotr obrócił w moją stronę powolnie głowę, ale tylko głowę, reszta ciała nie ruszyła się nawet o milimetr, widać, nie byłem godny jej uwagi. Wyciągnął słuchawki z muzą, i spytał od niechcenia:
- Co mówisz? Nie słyszałem?
- Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam pusty słoik i pomyślałem, że by ci się przydał.
- Po co mi słoik?
- Nie musiałbyś wstawać na siku. Mógłbyś lać wprost do niego.
Piotr spojrzał na mnie jak na wariata i nie wiedział co powiedzieć, więc szybko dodałem:
- I jest też wystarczająco duży na numer dwa gdyby była taka potrzeba.
- A po czym jest ten słoik?
- Po ogórkach kiszonych.
- To nie, ja nie chcę.

Normalnie ten lekko przytłumiony głos z salonu, którego część jest bezpośrednio pod moim pokojem wcale mi nie przeszkadza. Ale kiedy jestem tak poddenerwowany, to doprowadza mnie do szewskiej pasji i zagryzam zęby myśląc o tym, jak nienawidzę tego pieprzonego prostaka. To przez niego nie schodzę na dół. Wiem, że on tam jest, a jeśli zejdę, to może czegoś ode mnie chcieć. A ja nie będę umiał powiedzieć nie. Jestem sparaliżowany, przez niego. Znacie pewnie to uczucie, kiedy powietrze jest skażone. Kiedy można w nie wbić nóż, takie gęste jest.

Koło drzwi mam miskę po wczorajszej sałatce, bo się staram zdrowiej odżywiać. Wrzucam tam resztki jedzeniowe, nie chce mi się schodzić i je pojedynczo wyrzucać. Skórka od banana, torebka od herbaty, ogryzka po gruszce i przemamlana pomarańcza. Wysysam z niej soki, reszta jest dla mnie niejadalna, dlatego zawsze jej więcej po zjedzeniu niż przed. Póki co resztki nie śmierdzą, a ja nie mam ochoty iść na dół, wyrzucić je do śmietnika i myć tą miskę. Nie dzisiaj.

Sam nie wiem, może atak jest spowodowany pełnią księżyca? Może czymś niezależnym ode mnie? Och, jak bardzo chciałbym mieć równowagę umysłową, a nie musieć przechodzić przez to od czasu do czasu. Dlaczego człowiek nie może po prostu czuć się dobrze? I znowu ten jebany pies zaczyna szczekać. Kiedyś tam pójdę i go zabiję z zimną krwią. Urwę mu ten łeb, wyszarpię bijące serce i rzucę o szybę właścicielom. Może to ich czegoś nauczy?

Nakręcam się codziennie tym, że muszę rysować choć stronę tygodniowo. Kiedy nie ma się prawdziwego deadline'nu trudno jednostce się zmotywować. Poza tym przez to nakręcanie robię się nerwowy i praca na tym cierpi. Więc chciałem sobie odpocząć w weekend, nie myśleć o komiksie, poobijać się, jednak nawet tego widać nie umiem zrobić jak należy. Dzisiaj było najgorzej. Do 14stej leżałem w łóżku odżywiwszy się wcześniej tylko płatkami i kawą. Uprawiałem seks ze swoim MacBookiem Pro. Pieściłem go czule we wrażliwych miejscach. No co? Jak trzymasz laptopa godzinami na swoim kroczu, to jak to inaczej określić? Po 14stej się ubrałem i znowu walnąłem na łóżku pogrążając się jeszcze bardziej. Zwykle mam wewnętrzną energię, żeby wstać i wyrwać się ze szponów złego nastroju, jednak nie ostatnio. Czułem się fatalnie. Kiedy czuję się fatalnie jestem zdemotywowany. Wiem, że powinienem np. wstać, pójść się przebiec, wziąć prysznic i ogolić się. Wiem to, ale nie chce mi się tego robić. I nie jest to zwyczajnie sprawa lenia, o nie. Choróbsko sięga o wiele głębiej. Tak jakby były we mnie dwie osoby. Jedna wie co należy robić, lecz druga mówi jej, żeby tego nie robiła, bo po co? I w ten oto sposób stoję w bezruchu na środku swojego pokoju w mentalnym bloku niezdolny do wykonania prostej czynności. I zmusiłem się, do ubrania, lecz wtedy znowu chęć rzucenia wszystkiego w chuj się pojawiła, więc ponownie musiałem się wydrzeć z domu i wykonać swój plan w nadziei, że czynności te poprawią moje samopoczucie.

Nie poprawiły aż tak. Obiecałem sobie, że jutro nie będę gnił w łóżku, wstanę wcześnie i będę się czuł dobrze. Bo takie wkurwianie się na cały świat jest bardzo niezdrowe i wyczerpujące. Myślałem, że sztuką będzie uprawiać regularnie ćwiczenia fizyczne. Jednak sztuką jest ćwiczyć swój umysł i znaleźć sposoby na unikanie powtarzających się ataków martwicy mózgu.



PS. LUNAtyckie tłumaczenia: "Whip it" - Dziewczyna z Marzeniami

czwartek, 21 października 2010

Zabójcza aktywność.

Tak sobie rzuciłem okiem na to cóż nowego w kinie jutro będzie, a tam "Paranormal Activity 2" będzie. Łuuuuu! Przy pierwszym oglądałem w częściach, żeby przetrwać. Widzicie, ja lubię wiele rzeczy, niestety sporo z nich jest nie dla mnie i taki mój dylemat.

Lubię ostre żarcie. Pikantne sosy. Co ci jamę ustną wypalają i żołądek. Niestety, mój żołądek i jama ustna są za słabe na tego typu żarcie, więc nie mogę go jeść. A chciałbym. Pozostaje mi tylko średnio ostre.

Lubię też horrory. Uwielbiam się bać. Niestety zwykle ze strachu zasłaniam sobie obraz dłonią i oglądam przez palce w strasznych momentach. Ale lubię się bać. Podoba mi się to, że horror potrafi wpędzić cię w taką jazdę, że serce wali i tracisz kontakt z rzeczywistością obawiając się, że ludzie w kinie to nie ludzie, tylko opętani przez szatana skurwysyni. (W życiu klnę mniej niż na tych cyfrowych kartach). I to bez brania narkotyków, tylko przez audio wideo masz taką jazdę. Czad. Więc nie wiem, kto ze mną pójdzie na ten film do kina. Samemu straszno. Trzeba się było jednak nie alienować.

Raport mniejszości:
Czas nie picia alkoholu: jutro będzie cały miesiąc.
Czas nie palenia: będzie z 5 miesięcy.

czwartek, 30 września 2010

Nieprzerwana lekcja Aikido

Nie rozumiem jak ludzie mogą się nudzić. Przecież jest tyle ciekawych rzeczy do robienia! - Inżynier Jacek Pałuczak, 1983 - 2078.

Najważniejsze, to nie dać się zwariować. Zbyt często twój własny mózg może stać na przeszkodzie do twojego szczęścia, do zmiany na lepsze. Mózgowi może brakować witamin albo może mieć małą aktywność w korze przedczołowej. Dużo z tego to wcale nie twoja, ani moja wina. Z takiego materiału genetycznego powstaliśmy i basta. Wsadzono nam blaszany garnek na głowę i dano kaganiec na usta z napisem "Nie bądź sobą i nie podskakuj, a przede wszystkim przejmuj się tym, co ludzie mówią, bo to prawda i oni wiedzą lepiej od ciebie" i wykopano na świat.

Jednym z najprostszych sposobów aby sobie pomóc, to aktywność fizyczna, branie dziennego suplementu wszystkich witamin oraz tableta Omegi 3 z olejem rybnym. Jedna dziennie wraz z posiłkiem. Nie bez pozoru mówi się "W zdrowym ciele zdrowy duch". Jeśli twój mózg czuje się dobrze, będzie to widać na ciele. Nic to, gdyż w naturze ludzkiej bardziej leży stękanie, stękanie i jeszcze raz stękanie nad boleściami losu niż próba ich odmienienia. Można nawet posunąć się tak daleko i wręczyć stękającej osobie książkę, z której pochodzą mądrości z tego akapitu, wręczyć jej "Zmień swój MÓZG zmień swoje ŻYCIE" Daniela G. Amen'a. I co? Jeśli przeczyta okładkę, to już będzie sukces! (Jezu, miało być o Aikido, a tu krótki wstęp wpadł w rzekę moralizatorstwa). Prawda jest okrutna, ale wystarczy pozbyć się złudzeń i stawić jej czoła. Nie chcemy wydobrzeć, bo to za dużo roboty.

Nie chcemy wydobrzeć, my, jako ogół. Jako ślepe spite społeczeństwo. Jednak zdarzą się jednostki, które próbują i za to nie powinniśmy ich tępić. Jedną z nich jest Jednostka Zeba-7.
Jednostka Zeba-7 nie chce utonąć nago i samotnie w suchej i popękanej wannie pośrodku pustyni Kalahari. Kiedy jedynymi dochodzącymi do ciebie głosami są te w twojej głowie jest to znak, że czas na zmianę. Inaczej głosy te cię pochłoną, skonsumują jak szalone piranie nie pozostawiając szarej komórki w twym mózgu. Jednostka Zeba-7 już nigdy się nie obrazi, kiedy ktoś jej powie, że powinna się leczyć.

合気道 - Aikido. Jak żadna inna sztuka walki, kładzie nacisk na moralny i psychologiczny wymiar działań oraz na odpowiedzialność za zdrowie i życie drugiego człowieka w całym procesie treningu i walki.

W młodym wieku starszy brat, który chciał zostać księdzem namawiał ukrywającego się pod pseudonimem Jednostka Zeba-7 Sebastiana (znanego również jako ten nieogolony siwy gburoburak z prawej) aby zapisał się na Aikido. Pewnie dlatego zachęcał, gdyż sam ćwiczył. Proste. Choć może też być bardziej skomplikowanie: może widział, że ówcześnie młody człowiek, chłopak, chłopczyk oprócz szkoły nic nie robi konstruktywnego ze swoim życiem? Fakt, Sebastian tylko rysował, oglądał telewizję, jadł frytki i łaził po lasach z kumplami, kiedy jeszcze jakiś miał, jak już nie miał, to łaził sam, jak np. wtedy co czytał "Zieloną Milę" Kinga i pomiędzy stronami zobaczył z gałęzi na którą wlazł, że na polanę przybył mężczyzna ćwiczący jakąś sztukę walki. Tak, taki sam samotnik jak on. Jeden miał książkę, drugi miał ciosy i zwinne ruchy. Dwójka ta nigdy nie zamieniła ze sobą ni zdania. Ni. Tak, zdecydowanie Sebie przydałaby się jakaś aktywność poza szkołą.

Lecz zaślepiony jak te konie przywiązane do karet odpowiedział jak na pieprzonego izolanta przystało. Dekadę albo dwie później pamiętny tamtych zdarzeń postanowiłem (tu z 3 przechodzimy w 1szą osobę, bo już mi się znudziło) pójść na lekcję. Fortunnie w czwartki od 19 do 21 Joseph (tak, tak, stary dobry polski Józek) udziela lekcji dla początkujących hen daleko za jedyne 8 euro. Grzechem byłoby nie pojechać, szczególnie że hen daleko po inwestycji w nowy rower zamienia się w 15 minut w deszczu krowich placków.

No, z krowimi plackami przesadziłem, ale padało.

Po zbłądzeniu odnalazłem punkt przeznaczenia (okazało się, że wpierw dobrze jechałem, a potem niepotrzebnie skręcałem). Lekko poddenerwowany, że 10 minut spóźniony wlazłem do Dragons Lair - Smoczej Nory bądź też Smoczego Legowiska - Centrum Sztuk Walki i Centrum Fitnes, Każdy Wyraz Z Dużej Litery. Tam odnalazłem trenera (na zdj. po lewej) oraz dwójkę innych ludzi - kolesia ubranego na czarno z mocnym uściskiem z Czechopodobnego kraju oraz wysokiego spoconego wyglądającego sympatycznie człeka po 30stce z długimi przetłuszczonymi włosami których nie było wiele. Okazuje się, iż gigantycznie większą popularnością cieszy się kick boxing niż Aikido. Przynajmniej tu. Druga strona sali oddzielonej niebieską płachtą od miejsca w którym trenowaliśmy wypełniona była praktyką kick boxingu oraz tłumem gapio-ślepiów. Pewnie, lepiej nauczyć syna jak komuś mordę obić niż posłać na aikido. Przez dwie godziny ćwiczyliśmy głównie rzucanie się na ziemię poprzez odpowiednie złapanie ręki przeciwnika i wykręcenie. Thomas, ten w czerni, mocno łapał i wykręcał. Zastanawiałem się, czy tak należy mocno, bo trener był delikatny. Zastanawiałem się, czy się na mnie wyżyna. Zastanawiałem się, czy przychodzi tu, żeby nauczyć się czegoś, co potem będzie mógł wykorzystać w swoim mieszkaniu, kiedy współlokator powie mu, że chuj nie zmył po sobie naczyń? Raz, kiedy trwaliśmy w uścisku ciachnął mnie swoim jednio bądź dwudniowym zarostem. Powiedziałem mu, żeby się następnym razem ogolił. Potem żałowałem i miałem nadzieję, że nie będzie się zastanawiał nad moimi słowami tak długo jak ja sam. Co dobre z tego, to teraz wiem jak się czują kobiety ocierające się o nieogoloną twarz.

Tu post urywa się nagle. Post ten został napisany prawie w całości w zeszły czwartek po Aikido. Dziś został dokończony.

sobota, 25 września 2010

Zagłada w postaci zdjęć użytkownika Paulinka.

Pisanie słów nie ma znaczenia skoro mnie tu nie ma - pomyślał.

Czy zdarza Ci się czasami wpaść w wir zajęć prowadzących Donikąd? Być zaślepionym danym celem tak bardzo, żeby nie zauważyć, iż jest to ślepa droga? Siedzieć na internecie i stukać jak ten pies w klawiaturę nie robiąc nic konstruktywnego oprócz zastąpienia sobie Naszej Klasy Facebookiem i przeglądania nie ukrytych fotek z życia przypadkowych dziewczyn? Jeśli tak, to czytaj dalej...

W którymś momencie - czy to w piaskownicy dzierżąc dzielnie, lecz jednocześnie brutalnie plastikową łopatkę nad zapłakanym kolegą, czy to w dorosłym wieku mówiąc żonie, że nie, nie chcę z tobą iść na tą imprezę, wolę se tu w domu zostać i grać w Call of Duty: Black Ops, więc się ode mnie odpierdol! - każdy z nas zmierza do zagłady. I jak przykład ten pokazuje, droga do zatracenia ma różne rozmiary i czasami skromne, a czasami śmiertelne konsekwencje.

ZAGŁADA może być świadoma, jak np. niejaka Basia EF w Niezapomnianych Acz Odległych Czasach, kradnąca jawnie jebanego Snickersa z niesuperamarketu wyrażająca w ten sposób młodzieńczy bunt przeciw wartością rodzinnym. Może to być również nieświadome. Jak na przykład Sebastian.

Gdyby jego matka nie piła i paliła podczas ciąży, być może nie miałby tak często bólów głowy?Może by lepiej widział, a nie musiał się ślepić przez okulary? Może by lepiej słyszał? Co? Choć zębów, raczej by nie miał dłuższych. Ale wciąż by je miał. Dodatkowo, gdyby jego mama nie cierpiała ździebko na schizofrenię, może nie byłby takim pieprzonym alienantem? Może, a może nie. Może nawet gdyby wyszedł z Łona deLux wciąż byłby spartolony? Nigdy się tego nie dowiemy.

Aby zrozumieć kogoś wystarczy obserwacja i zrozumienie wszystkich aspektów dookoła. Tych ważnych, jak picie codziennie alkoholu i tych mniej ważnych, jak kurzajka na palcu o imieniu Mariola. (Mariolę potraktowano ciekłym czymś, co ją zamroziło. W życiu nie była taka sztywna. Potem Mariola zamieniła się w wielkiego niczym grzyb atomowy bąbla, później została przeszyta na wylot igłą brużdżąc sobie dłonie krwią kiedy to zszokowana dotknęła dziury w brzuchu, straciła dużo krwi i umarła, zresztą, znacie tęą historię) Obserwacja Sebastiana należy do jednych z najbardziej bolesnych doświadczeń w życiu nowoczesnego człowieka, wnikanie w jego mózg równa się z szukaniem złotej monety w piure ziemniaczanym upapranymi paluchami - prowadzi donikąd. Dlatego też wyświadczymy Drogiemu OCZYtanemu Czytelnikowi nieziemską przysługę, i poprzestaniemy na tym stwierdzeniu: Było źle, była droga do zatracenia, lecz teraz jest lepiej.

Na zdj: Raj na ziemi każdej rencistki, czyli Lidl Błobosławiony.

Bowiem nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. OGG WRÓCIŁ.



sobota, 21 sierpnia 2010

MARAton FILMOWY.

Kowal kuje podkowy. Taksówkarz wozi ludzi. Choć zarabia mniej niż kiedyś. Dentysta udaje, że nie wyrywa zębów. Kobieta na rządowej posadzie pożera ciacho i dobrze jej za to płacą. Każdy coś robi, ale nie każdy robi to w ten sam sposób. I tak różnica pomiędzy kiepską panią sprzedającą drożdżówki a wyjebiście miłą i wiedzącą gdzie jaki słodycz leży i ile kosztuje panią może być gigantyczna dla przeciętnego obywatela, to jest zauważalna tylko w skali lokalnej. Jednak kiedy tworzysz coś, co będą widziały miliony ludzi, różnica jest gigantyczna. Bo będą to widziały miliony ludzi. Tak więc jeśli z ciebie bogaty ćwok i cwaniak, miliony te zobaczą, jak im robisz kupę na twarz i w dodatku za to zapłacą. Ale jeśliś wybitny i niepowtarzalny, to sytuacja będzie wręcz odwrotna.

Wstęp za nami, więc do rzeczy. Po krótce:

Shrek 4 - 3D - dobra zabawa i 3D było widać. Kilka wyczesanych momentów, tak więc wciąż stoi na dobrym poziomie i grafika i fabuła.

Predators - Reklamowany nazwiskiem Rodrigeza od "Sin City" i "300", a tak naprawdę nic z tym nie miał do czynienia oprócz wyłożenia części kasy. Szedłem z zapartym tchem, wyszedłem jak po obejrzeniu czegoś przeciętnego. Czy nikt nie powtórzy "Obcego 1" ani "Obcych" Camerona? Raczej nawet sam Ridley Scott w 3D nie da rady.

Toy Story 3D - film dla dzieci. Są filmy dla dzieci i dorosłych, jak Shrek 4, a są też filmy tylko dla dzieci. A może to dlatego, że mi się sikać chciało przez pierwszą godzinę seansu, więc wreszcie wyszedłem, po powrocie było lepiej. Warty dla obejrzenia dla kilku klimatycznych scen - Barbie i Kenn czy też Ken, oraz Ożywiona Laleczka, lecz nie Chucky.

Knight and Day - "Wybuchowa Para" - Ho, ho! Tytuł aż z nóg zwala. "Rycerz (Noc) i Dzień" tej gry słów na PL nie przetłumaczysz, a "Wybuchowa Para" mówi sama za siebie. W każdym razie film bardzo dobry. Świetnie nakręcony, szczególnie sceny z samochodami, zabawny, dostajesz to, za co płacisz. Jak bym coś takiego nakręcił nie miałbym sobie nic do wyrzucenia, więc obejrzysz.

Avatar. The last Airbender 3D - M. Night Shyamalan, ten od "6 zmysłu", "Wiochy", "Zdarzenia" i "Pani w wodzie" już zupełnie się stoczył, a coś w sobie miał. Ostatnia scena zapiera dech w piersi, acz wszystko przed nią nie, więc lepiej sobie wypij niż obejrzysz w 3D. Chyba, że nie obejrzysz w 3D, a to najlepszy wybór. Bowiem 3D - jak w większości wychodzących teraz filmów z "3D" na plakacie - zostało dodane sztucznie po tym, jak film został nakręcony. Nikt się na 3D nie nastawiał, ale - jak już pisałem - sukces "Avatar" Camerona wszystko zmienił. Tak więc studia filmowe płacą grubą kasę za to, żeby kilku kolesi (bo wątpię, żeby tym jakakolwiek laska się zajmowała), w post-produkcji przerobiło film z 2D na 3D. Efekt zawsze będzie ten sam - CHUJOWY. Płacisz ekstra za bilet w 3D, na ekranie nie widzisz 3D, więc zostałeś/aś WYCHUJANA. Nie powtarzajcie mego błędu.

Salt - A co komu, kurwa, szkodzi przetłumaczyć ten film jak należy, czyli "Sól"???!!! Wszystko inne niepotrzebnie tłumaczymy, ale coś tak oczywistego i najprostszego oczywiście nie ruszymy, bo sól po angielsku brzmi o niebo lepiej. To coś tak, lecz zupełnie nie tak, jak "Fuck Off!" przetłumaczone na "Odczep się". Film do dupy. Początek daje nadzieję, Olbrychski bez dubbingu dodaje dumy patriotycznej, ale film i tak jest do dupy. Taka "Szklana Pułapka 5", bajer bez realizmu, plus rządowe dreszczowce, kogo chcą nabierać? Prędzej uwierzę w Śródziemie, niż to.

A przed nami:

The Expendables - "Niezniszczalni" - Hi, hi! Słowo "expendable" znaczy "niepotrzebny", "zbyteczny". Stary Stallone zrobił film klasy Be dla kasy jak to ostatnio ma w zwyczaju. Czy muszę pisać więcej? Muszę, bo jak kurwa można "Zbytecznych", "Nie-kurwa-potrzebnych nikomu" przetłumaczyć na "Niezniszczalni"?!! No jak, pytam kulturalnie, można kurwa?!! Jak ci za to dobrze zapłacą, widać można. Ach, bym dorwał tego skurwysyna, co to tłumaczył, chatę bym mu spalił.

"The Switch" z Aniston i Bateman'em - jako "Tak to się teraz robi", no ja pier****! Ale tytuł.

Let me In - Szwedzki klimatyczny film doczekał się amerykańskiej ekranizacji. Jak będzie? Po Hollywoodzku, a jak - http://trailers.apple.com/trailers/independent/letmein/

Reasumując - "Życie na trzeźwo, jest nie do zniesienia".


PS. Takers - Powinni przetłumaczyć "Zabieracze" - taka jaka jakość filmu, takie i tłumaczenie winno być.

PPS. Wreszcie obejrzałem dokument "Kto zabił elektryczny samochód" - "Who killed the electric car?" - POLECAM. Poza tym polecam jeszcze dwa dokumenty - o przemyśle mięsnym "FOOD. Inc.", jeśliście jeszcze nie widzieli, bo to u nas też się dzieje, oraz "Not Quite Hollywood".

środa, 11 sierpnia 2010

KRYZYS.

- I wtedy tam… tam rządził Ramzes. I on miał starszego brata...
- No, nazywał się Kryzys, nie.
- Ten Ramzes umrał…
- A Kryzys żyje!

(S Tyłu Sklepu Warzywniczego)

Zimową porą Sebastian gotów był do stoczenia walki z ciemnością, z choróbskiem obrzydliwym niczym trąd, lecz nie widocznym aż tak na skórze. Z depresją. Walka ta została zwyciężona twórczą pracą oraz dzięki basenowym rejsom. Jednakże "ki diaboł" nie śpi, lecz czyha bezustannie na wszystkich, czy wierzą w boga tego i owego, czy też nie. I tak, zupełnie znienacka, jakiś miesiąc temu, zaatakował.

Chcielibyśmy spojrzeć na swego bohatera i powiedzieć z dumą jak w piosence Foo Fighters "O, tam idzie, mój bohater. Spójrzcie wszyscy, jak idzie!". Niestety często bohater staje jakby rażony prądem i pada w piach, popada w błoto i rozgląda się wokół widząc tylko szydzące z niego twarze. Oczy bohatera nie są różne od naszych własnych. Galway. Prawdopodobieństwo wyjazdu z Kilkenny, które karmiło go piersią przez 5 lat, zamiast motywować do działania ma niestety efekt wręcz odwrotny. Nasz bohater podupadł na duchu spędzając niezliczone kwarty czasu leżąc na łóżku z takim samym mozolnym tokiem myślowym. Zaczął pić więcej - od 2 do 4 piw dziennie (na butelkach i puszkach RZĄD ostrzega, iż dorosłym należy się max 3-4 dziennie, więc w oczach RZĄDU jest on rozgrzeszony i nie jest alkoholikiem) - mając sporadycznie jednio dniowe przerwy w niepiciu. Wszystko to są tylko słowa dla kochanego Czytelnika, pisane niepowtarzalny tonem, lecz pomimo ich dystansu niechaj Czytelnik rozumie, że kłębi się za nimi ból jednostki. Jednostki Zeba-07. Plan tworzenia jednej strony tygodniowo pierwszego albumu artysty "Denek + Kluska: DIETA" spalił póki co na panewce. Pojawił się brak wiary, że jest to cokolwiek warte, więc po cóż kontynuować? Liczba pustych puszek i butelek po piwie zaczęła rosnąć. Wszystko to nic, pojawiła się złość i furia. Wściekłość każdego dnia, stres. A wczoraj nawet, Jednostka Zeba-07 wypaliła jednego papierosa po prawie 4 miesiącach niepalenia, Marlboro Red nad szczekającą suką, która chciała na spacer. I co? I gówno, będzie dalej nie palić. Nie przejęła się nawet aż tak bardzo jak w jej niezliczonych snach odgrywających ten moment.

Wszystko to nic. Ludzie będą troszczyć się o ciebie, jeśliś szczęśliwcem, lecz nikt nie ma nad tobą władzy. Zrobisz coś, ludzie skomentują i życie płynie dalej. Zastanawiasz się więc, czemuż prędzej tego nie zrobiłem? Najważniejsze, to nie zawieść siebie, nie zawieść swoich marzeń. Ale nie jest to proste. Wymaga to on nas ciągłej pracy, ciągłego aktywnego uczestnictwa w życiu, a nie stania w miejscu i patrzenia jak przemija, nawet jeśli byłoby to najbardziej prostym i łagodnym rozwiązaniem.

Sebastian widział, co się wokół niego dzieje. Widział swoją izolację, nieróbstwo i stres. Widział swój strach. Tak jak to bywało wcześniej. Zasadnicza różnica pomiędzy kiedyś a teraz polega na tym, że tym razem mu nie zależało, aby powstać i coś zmienić. Wszystko jest w naszych rękach, ale czasami, może nam brakować sił. I jest to tylko i wyłącznie kwestia psychiczna. Zapomnij o Ego, zacznij myśleć o sobie, nie takim jakim cię widzą, ale takim, jakim jesteś.

Kończ to, co zaczynasz. Słuchaj tego, co lubisz. Bądź sobą, szczególnie kiedy nie wiesz, kim jesteś.

Lecz kim jesteśmy? Wszystko to co jest, przeminie i pamięć jeżeli będzie trwać po nas w świadomości następnych pokoleń to jedynie poprzez nasze prace, poglądy, poprzez nasz talent. Będzie grzmieć w głośnikach słowami "Tear me up" lub "I want to break free", i będzie trwać, lecz nas już nie będzie. Dobrze jest coś po sobie zostawić, ale tylko coś wielkiego.

Ludzie spędzają całe życie próbując dociec kim są, do cholery. Robimy rzeczy których nie chcemy i zastanawiamy się po tysiąckroć czy podjęta decyzja była tą właściwą. Od jebanych pokoleń. Chcę tego, lecz serce mówi mi inaczej, a rozum jeszcze inaczej. I jak w tym się kurwa połapać? I czy jestem tym człowiekiem, którym nie chcę być? Który podejmuje te, a nie inne decyzje? Czy na prawdę jestem tym człowiekiem? Bo w głębi siebie chciałbym być inny, ale nie jestem. Więc czy mam zaakceptować swoją naturę, czy postępować wbrew niej? I czy to wtedy wciąż będę ja?

Cóż… Każdy z nas sam to kiedyś wykombinuje. Z pomocą książek, filmów, ludzi, lub bez. Ale żaden człowiek nie jest samotną wyspą i nie jesteśmy tu dla siebie samych, ale żeby się dzielić doświadczeniami. Boli? Będzie bolało bardziej, wierz mi, to ŻYCIE.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

DZIENNIK Z PODROZA: 001


Po ponad miesięcznej przerwie OGG powraca. Skąd przerwa? Z powodu alkoholizmu, życia i wyzwań. Z powodu braku internetu, weny i nirvany. Poniżej znajdziecie zapis myślowy z podróży po ponad rocznej przerwie do Polski w maju 2010 na tydzień (od środy do środy). A przed końcem tego tygodnia część zasadnicza, czyli "Dzinnik z Podróża 002", tj. VideOGG, nad którym pracuję od ponad tygodnia po ponad 8 godzin i piw dziennie. A o kurzajce niszczącej talent kiedy indziej.

Data ważności na piance do golenia Nivea pokazywała 05/08. Okazało się, że po kilku wstrząśnięciach puszką wciąż działała. Ale od początku:


W Pile przesiadłem się aby dostać się do Złotowa. Pociąg okazał się mieć tylko dwa wagony gęsto zaludnione. Ludzie aż stali przy wyjściu, a było ich co najmniej 6ciu. Pamiętałem jednak, że na zewnątrz widziałem wolne miejsce od okna z trójką pasażerów. Po 10 sekundach oczekiwania, czy ktoś rzuci się na to miejsce zrozumiałem, że młodzież woli stać niż się przeciskać. Wstałem o 2 w nocy, więc na prawdę nie miałem ochoty przez pół godziny się męczyć. Głośno i stanowczo poprosiłem o zejście mi z drogi co umożliwiło mi dostanie się do oczywiście nie zajętego siedzenia. Cztery przeciskania później siedziałem już skulony i w pewien sposób zadowolony. Stójcie sobie, ćwoki. Przesiadka do innego pociągu okazała się być przesiadką w inny świat. Kontrast aż uderzał w oczy, kiedy z przedziału pełnego ludzi po 50tce znalazłem się w wagonie gdzie średnia wieku nie przekraczała 18stu lat. Na przeciwko mnie siedział chłopak, z MacBookiem Pro, tylko, że 13sto calowym. Niepomiernie mnie, człowieka z wizją zapitych nożowników-złodziejów czychających na twoje skarby w wymiarze zwanym PKP, zdziwiło to. Położyłem swoją komórkę (Nokia E71, na iPhona mnie nie stać, a Nokia była prezentem za który będę wdzięczny aż do śmierci, bo to super telefon) na tym małym stoliczku przymocowanym pod oknem. Automatycznie chłopak ze świecącym się nadgryzionym jabłkiem chwycił ją i przesunął na swoją stronę. Na co ja zszokowany, jeszcze nie myślący tylko reagujący, przesunąłem ją z powrotem.

-Przepraszam. Myślałem, że to moja – po czym poszperał w swej kieszeni i odetchnął z ulgą.

Masz taki sam? – głupie jak but pytanie, biorąc pod uwagę pierwszą wypowiedź. Ale to jedna z tych sytuacji, kiedy ktoś, np. Węglarz, mówi Chodź tu!, na co ty odpowiadasz "Ja?"

To zabawne – dodałem – mam też taki sam laptop. Tylko większy. - To były ostatnie słowa, które wymieniliśmy. Wydawał się być sympatyczny, a zbieżność – te same komórki, i laptopy – była naprawdę zaskakująca. Mogliśmy więc może być gadżetowymi braćmi, albo co. Chciałem zagaić, może pokazać swój laptop. Jednak wspomnienie o tym, że mój jest większy zaczęło mnie prześladować przez kolejne pięć minut. Było to naturalne stwierdzenie, bo mam 15 calowy monitor, jednak czy nie zabrzmiało to jakbym się przechwalał? To nie było moim zamiarem. Mam większego niż ty, to powiedziałem tak na prawdę i było mi styd.

Dziewczyna obok niego miała książkę z zębami i przez 24 minuty rozmawiała ze swoją miłością siedzącą naprzeciwko niej, czyli obok mnie, o protezach. Co od razu przypomniało mi czekające na mnie dwie wizyty u stomatologa w poniewtorek. Już oczyma duszy mojej pokazywałem jej swoje pożółkłe zęby pytając ją o opinię. Mieliśmy tam świetne dyskusje, cała nasza czwórka, w moich urojeniach. Jeśli chcecie wiedzieć, to przez pozostałe 6 minut rozmawiali o tym, co będą robić jak wrócą do domu i o znajomym, który pije więcej niż reszta znajomych. W każdym razie przynajmniej nikt nic nie pił z tego co widziałem. Za to w wagonie emerytów i rencistów kurwiący przez telefon człowiek spędził podróż prawie cały czas na zewnątrz przedziału żłopiąc Lecha z puszki przez okno. Alkoholik.

Uściskałem rodziców i bez większego problemu powstrzymałem emocje. Jednak dzisiaj, kiedy usiedliśmy razem do obiadu, tak jak miało to miejsce niemal każdego dnia 5 lat temu wstecz i wcześniej, to łzy same zaczęły się gromadzić pod oczami. Ale tam je zatrzymałem. Spojrzałem znad mojego talerza, na moich rodziców, którzy mają ponad 60 lat i ... prawie się popłakałem. Prawie. Ostatecznie zrobiłem to, ale później i bez świadków.

Czasami nienawidzę uczuć. Chciałbym nie czuć nic. Jak już pisałem na szczęście wiem, że życie płynie i choćbyś czuł się jak świnia smażona żywcem na ruszcie, czyli niezbyt konfortowo, to to przeminie.

Tysiące lat temu ziemię złotowską porastała puszcza. Zbójcerzy załatwił hufiec rycerzy wraz z bobrami, ktore zrzucały drzewa na ich łby łamiąc im karki i kości, a myszy wyrywały się z ziemi wgryzając się im w ciało i wyrywając chłasty skóry z bebechami. Wszystko to było możliwe dzięki okazałemu czerwonemu jeleniu, który wskazał drogę ostatecznego przeznaczenia. Po bitwie I sjeście odnaleziono splądrowane złoto I burszczynki. Na górze Wisielczej, znanej szerzej jako Góra Wilhelma, w 1905 wybudowano Wieżę Bismarcka, którą w 1968 wysadziły w powietrze nie czary Gandalfa, lecz władze miasta. Złotów cieszy się swoją tolerancją i otwartością na wszelakość kultur, ras I gatunków. Kiedy w 1998 w Kościele najświętszej Maryi Panny na mszy było czarne dziecko całe miasto mówiło “ki diaboł” przez cały miesiąc I zamykano z hukiem okiennice ze strachu. Przyjedź tu, zjedz pizzę, wypal jointa, upij się I śpij pod mostem lub w jedynym hotelu Krajna. Trudny wybór. Takiej oferty turystycznej nie znajdziesz nigdzie!

- Chcesz fetki kupić? – spytał Gaweł w poniedziałek, kiedy to przejeżdżałem na skrzypiącym rowerze przez prawie bezludną stację kolejową. W ciągu 5 lat wzdymał się jak balon i zaliczył detoksa, po którym nie może palić marihuany, bo mu serce zaczyna walić jak szalone, ale amfetaminę może spokojnie wciągać, zabawne, bo powinno być odwrotnie. – Ty wciąż w Angli siedzisz? – i wtedy mnie olśniło. Takiemu Gawłowi nie robiło różnicy, czy jestem w Anglii, Irlandii, na pieprzonej Arktyce czy też na Atlantydzie, fakt był taki, że nie było mnie tu, w Polsce. Trudno jest się przestawić szybko z jednej rzeczywistości na drugą. Tak jak po dobrym filmie, kiedy wychodzis z kina i rozglądasz się dookoła. Polska jest pełna bloków, w których ludzie są spakowani jak sardynki w puszce, pełna zieleni i odchodzącej farby, pełna PRLowskich wspomnień i śladów po komunizmie co razem czyni ją niesamowicie klimatyczną i niepowtarzalną. W moim pokoju ręczniki wciąż pachną tak samo, trawa rośnie na suficie a w szafach świeci księżyc. Szczęście nieszczęść leży złapane w sieci pająka. Niestety nie było mnie tak długo iż jestem niczym zjawa, która chce tego dotknąć, lecz jej ręka przechodzi na wylot. Złości mnie to i chcę się obrażać na wszystko i wszystkich, jednak niczyja to wina. Więcej żalu, kurwa. Wszystko płynie lecz stacje radiowe nieprzerwanie puszczają te same kawałki niezależnie od dekady. Duszę się, ogarnia mnie strach, nie mogę złapać oddechu, czy nie potrafię zobaczyć tego świata przez różowe okulary? Ale na co tu patrzeć?

Piątek.

Czuję się dziwnie. Jestem tu, ale nie było mnie tak długo, że czuję się, jakbym wciąż tu nie był. To już nie jest mój świat, został on zamknięty we wspomnianiach. Pomimo tego, że to mają być wakacje nie potrafię się odprężyć. Szczególnie tu. Cieszę się, lecz jednocześnie jest mi bardzo smutno. Okazuje się, że lubię Polskę o wiele bardziej niż myślałem. Miejsca w których byłem, piękne kobiety, zniszczone stare budynki i ten jedyny w swoim rodzaju klimat. Tak jak uwielbiam siedzieć u siebie w domu w Irlandii i rysować i robić inne rzeczy, tak tu chciałbym spędzać czas na mieście i wsród drzew ze znajomymi. Ale widziałem się już z Jackiem i Moniką, którzy specjalnie dla mnie przyjechali z Bydgoszczy, oraz Łukaszem i jego dziewczyną Magdą, która tak się składa, jest siostrą Moniki. Są inne osoby, z którymi chciałbym się zobaczyć, ale nie znajdziesz ich w tym mieście. Mogłem poinformować innych, że przyjeżdżam, ale nie chciałem. Ach, raczej nie powinienem pisać w takim stanie.

We wcześniejszym wpisie dominowała samotność. Dzisiaj jest lepiej. Jest 14:46h, a mnie dopadł leń. Powininem wyjść z domu kupić doładowanie do telefonu, ale mi się nie chce. Godzinę temu otwarłem piwo, wypiłem. Ech.

Wciąż sobota

Przepłynąłem 2 kilometry bez czepka, gdyż tu nie ma takiego wymogu. Na basen można wejść tylko w konkretnych godzinach, ale powoli się przyzwyczajam. Oderwanie. Tak, to jest to co czuję. Smutek wynikia z tego, że w pewnym sensie chciałbym znowu być częścią tego świata, a tak zamiast w nim istnieć, tylko go odwiedzam. Ale gdybania nienawidzę, nie powinienem więc nawet zaczynać. Mimo to zadam kilka krótkich, treściwych pytań. Co by było, gdybym tu został? Gdybym nie opuścił tego kraju? Czy wciąż siedziałbym w tym pokoju pozbawiony przyjaciół i dziewczyny licząc mijające godziny na zegarze? Nie chcę znać odpowiedzi na te pytania, zadanie ich jest ciekawe, lecz odpowiedzi są nieważne, go to tylko gdybanie. Mnie tu tak na prawdę nie ma. Dlatego nie lubię tu wracać. Zobaczyć się z rodzicami i przyjaciółmi, w trzy dni się bym wyrobił. Mógłym pozwiedzać Polskę, napisać do znajomych, którzy są w jej innych częściach i ich odwiedzić, ale jaki w tym sens? Gdyby był już dawno wiedzieliby, że przyjeżdżam i wyraziliby chęc zobaczenia mnie.

Nie chcę tu wracać na stałe. Chcę iść do przodu i czuję już od lat, że Polska nie jest dla mnie krajem przeznaczenia i spełnienia marzeń.

O 2155h otworzyłem okno dramatycznie wyciągając przez nie dłoń z laptopem w poszukiwaniu silniejszego i działającego bezprzewodowego internetu. Wykryło z 8 sieci, 6 z nich bez hasła, ale sygnał zbyt słaby. Guzik. Następny krok: wyjście przed dom. Update: wyjście przed dom nic nie pomogło.

Niedziela. 7:13

Przebudzony po 6tej rano, próbowałem znaleźć stację radiową na komórce, żeby zagłuszyć świat na ulicy Kujańskiej. Oczywiście przy automatycznym poszukiwaniu stacji jedyne co znajdowało co chwila to Radio Maryja. Myślałem, że pierdolnę. Zmusiłem się nawet do słuchania go przez 2 minuty, pomimo iż 7 lat temu zarzekałem się, że nigdy tego gówna słuchać nie będę. Ale sytuacja zmusiła, nie z własnej woli, więc chyba nie zgrzeszyłem. Dłużej nie wytrzymałem. Po manualnym szukaniu udało mi się wreszcie wychwycić fale RMF FM, które ty możesz kochać, lecz którym każdy normalny człowiek gardzi, również ja. Słucham go jednak teraz, bo przy alternatywie Radia Maryja wybór jest prosty. Po piosence Philla Collinsa „Paradise“, którą wciąż puszczają nieprzerwanie co dzień jak słychać, odkąd tylko stała się hitem kiedy wyszła, bo ludziom się podoba, to wciąż w radyju puszczają, to po tej piosence puścili jakiś polski badziew, polską chujowinę wręcz, gdzie przy muzyce stworzonej na komputerze laska śpiewa, że „marzenia się spełniają, wstawaj z uśmiechem na twarzy, bo nigdy nie wiesz, co może ci przynieś“. Być może słyszeliście słowa tej piosenki – napisana dla 6latków, to można się wczuć. Ale tak na poważnie, dorośli mają to kupić? Tak, wszyscy kurwa wiemy, że marzenia się spełniają i że każdy nowy dzień może ci przynieść dobrze, szczególnie Disney to wie. Nic nie mam do takich tematyk o ile są dobrze napisane, a nie na odwał, a to jeszcze w radiu puszczają, a fanki się pewnie w gacie zsikają. I nie, nie wstałem dzisiaj lewą nogą, bo jeszcze nie wstałem, ale już zaraz któraś wyląduje na podłodze, to zobaczymy.

2026. Słońce zachodzi.

Odwiedziłem rodzinę, która bardzo wielce zdobywała dla mnie głosy podczas kwietniowego konkursu Zuda. Trzy godziny. Fajnie było.

3ciego tomu Lisabeth Salander, tzn. Millenium Stiega Larssona nawet nie ruszyłem od przyjazdu. Narzekam na nudę, lecz wcale z nią nie walczę.

Jutro dentysta. Pisałem już?

Tu zapiski urywają się. Dentysta kosztował tylko 100 PLN, gdyż nie robił laserowego utwardzania, a regularna dentystka, która to robi, na wakacjach była. Jednak rzucił komplement, iż zęby mam ładne. Jest wtorek. Piątego może dowiem się, czy dostałem się na studia. Nie palę od ponad 3 miesięcy, ale ostatnio mnie ciągnie.

wtorek, 6 lipca 2010

VideOGG: Warsztaty Komiksowe.

Drugi epizod VideOGGa w 720p HD. 18 czerwca 2010 przeprowadziłem dwugodzinne warsztaty komiksowe dla grupy 20 osób z których 7 się wykruszyło po niecałej godzinie. Ten odcinek jest po angielsku, polskie napisy zrobię jeśli będzie zapotrzebowanie.

A co tam u mnie? Ee, obijam się niestety. Rysowanie idzie jak krew z nosa a jutro być może dowiem się, czy udało mi się dostać na studia.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Od dzisiaj nie piję.

A tak poza tym, VideOGG s01e01 ożył w sieci. Obejrzyj. Kliknij w kadr powyżej. Serio? Jest 6:42, ale w głowie zbyt szumi na basen o tej porze. Później.
Jak zwykle, jeśli żyjesz w XXXI wieku, wybierz 720p dla najlepszej jakości. Wymagania: XXXI wiek, duży monitor w HD oraz szybkie łącze internetowe.

piątek, 25 czerwca 2010

VideOGG - BLIŻEJ.

I tak życie toczy się spokojnie w świecie bez stałego podłączenia do szerokiej na cały świat pajęczyny. Dni nie rozpoczynają się od sprawdzenia gmaila i facebooka "Może ktoś do mnie napisał?" - kiedy doskonale wiemy, że jedyna wiadomość to ta, że już dziś możesz sobie powiększyć penisa, więc na co czekasz???

Po powrocie z Polski dopadł mnie nie tyle leń co potrzeba zasłużonego odpoczynku. Jest to pierwsze od 5 lat lato kiedy nie pracuję czy to w sklepie czy na zamku. I pomimo, iż jestem formalnie bezrobotny od października 2009, to tak na prawdę wciąż pracuję. Po ponad dwóch miesiącach tworzenia animacji "Wybory" kontynuowałem pracę nad "Denek + Kluska". Nawet kiedy nie tworzyłem, to świadomość tego, iż muszę tworzyć aby coś osiągnąć i zmienić swoje życie, wciąż nade mną wisi nie pozwalając się odprężyć. Pamiętacie, jak pisałem, że chcę rysować stronę tygodniowo. Ale nic na siłę, z przymusu nic dobrego nie wyjdzie, co najwyżej uda ci się coś spieprzyć. Tak więc jest ładna pogoda, a ja daję sobie trochę luzu. Jeśli D + K nie zostaną ukończeni do następnych wakacji, to co? Mogą być skończeni kilka miesięcy później, ale przynajmniej z przyjemnością i z miłości, a nie z krwawizny, że trzeba coś osiągnąć przed 30stką.

W chwili obecnej montuję odcinki VideOGGa. Sprawia to więcej przyjemności od rysowania, gdyż osiąga się tu szybciej rezultaty i w tydzień można mieć odcinek zmontowany, zaś tworzenie albumu komiksowego zabiera z rok. Wreszcie udało mi się skończyć 18nasto sekundową czołówkę do Maniakalno Dokumentalnego Tworu Naturalnego, czyli do VideOGGa, i muszę powiedzieć, że jestem zadowolony. Muzykę pożyczam z serialu anime "Cowboy Bebop", od zespołu "AIR" oraz z muzyki filmowej i od innych wykonawców. Staram się nie brać nic zbyt komercyjnego, aby YouTube nie usunął mi dźwięku za brak praw do utworów. Zobaczymy. Tak czy siak w opisach będę pisał, iż ja sam praw do utworów nie posiadam oraz napiszę skąd pochodzą kawałki muzyczne.

Z założenia VideOGG ma być kolejnym naturalnym krokiem po OGGu, jednocześnie ma być dla mnie praktyką, gdyż już dawno nic nie kręciłem ani nie montowałem wideo. Jednakże nazbierało mi się materiału na 5 odcinków, i to sporo trwa nim wszystko będzie doszlifowane i gotowe do wrzucenia na net i podzielenia się tym ze światem.

Pierwszy odcinek powinien ujrzeć światło dzienne jeszcze w tym tygodniu, ale nie obiecuję.

Nim więc zakończę to ględzenie krótkie sprawozdanie z postępów i planów:

VideOGG:

s01e01 - sezon 01 odcinek 01
Wizyta w Kilkenny, IRL oraz wywiad z Kasią Głonik
- być może będzie tylko jeden sezon, ale s01e01 wygląda lepiej od e01.
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 95 % - należy jeszcze podłożyć muzykę do jednej, dwóch scen oraz pogłośnić dialogi

s01e02
Rozstanie z EMI + Greg - po 4 latach pobytu w Irlandii emigranci powracają do PL na stałe
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 0%

s01e03 oraz s01e04
Wycieczka po Złotowie, Polska oraz powrót do korzeni. Wydanie specjalne dwuczęściowe.
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 2%

s01e05
Dwugodzinne warsztaty komiksowe (w 9min odcinku) pod przewodnictwem Sebastiana Jaster - po Angielsku, napisy PL później.
STOPIEŃ UKOŃCZENIA: 98%.

Tyle. Do następnego.

niedziela, 20 czerwca 2010

Dobija mnie to

Dobija mnie to, że nie mogę sprawdzić internetu. Ale wiem, że nie jest to aż tak ważne. Szczególnie, że dzisiaj na Paradzie – The Parade, czyli taki deptak, złapałem bezprzewodowy z baru Left Bank na komórce i sprawdziłem gmaila. Mimo to dobrze byłoby móc wysłać te słowa zaraz po napisaniu, a nie jakiś czas później.

Dobija mnie to, że nie mam piwa. Ale wiem, że nic by mi to nie dało. Początkowa ekstaza alkoholowa zamieniłaby się w senność, że o odklejonym płacie czołowym już nie wspomnę. Nic konstruktywnego ani w myślach ani w czynach nie zostałoby wykonane, a jutrzejszy dzień zacząłby się dla mnie z pewnością trochę później niż bez promili we krwi. Mimo to mam ochotę, na zimne piękne piwko z raju.

Dobija mnie mieszkanie z lokatorami. Najbardziej dobija mnie to wtedy, kiedy jestem już i tak poddenerwowany, albo kiedy czegoś ode mnie chcą. Nie mam najgorzej, nie mieszkam z kurwiącymi polskimi nieudacznikami o niewyparzonych gębach i umysłach. Nikt tu nie rzyga co dzień ani nie śpi po siedem osób w jednej sypialni (w tym przypadku 7demka nie jest szczęśliwą liczbą). Mimo to, dobija mnie Paweł (tu imię prawdziwe i nie zmienione na potrzeby posta w OGGu). Dlaczego za chwilę opowiemy, lecz wpierw kilka słów o tej barwnej postaci (tu się wyrażę, czego w konfrontacji nie chcę robić): Jak powiedzieli Emi + Greg, byli lokatorzy i dobrzy przyjaciele, których poznacie w s01e02 VideOGGa, Paweł myśli głównie o pieniądzach, jak żartuje, to o pieniądzach, a w domu najczęściej spędza czas od rana do wieczora w salonie oglądając programy informacyjne oczywiście w polskiej telewizji. Irlandzkiej nie widział na oczy, bo po co?, ale o niej słyszał. Jego wyśmienite żarty wyglądają na przykład tak: Odcięli nam internet, gdyż rozwiązaliśmy umowę. Mimo to, armageddon nadszedł znacznie później niż miał, o ponad 15 dni później, nie spieszyło im się. Kiedy wreszcie odcieli Paweł zażartował, że „Zaraz, kurwa, zadzwonię do Chorusa [tu nazwa dostarczyciela internetu znanego lepiej Polakom jako UPC – przyp. red.] , żeby nam internet z powrotem podłączyli, bo jak nie, to dam ich do sądu“, czy coś w tym stylu. Śmieszny, prawda?

Mogę tu sobie spokojnie jechać, po Pawle, gdyż mogę być pewny, że on słów tych nigdy nie przeczyta. To go nie interesuje. Zły jestem dlatego, iż chłopak chodzi do szkółki angielskiego i wyrabia sobie papiery. Kilka razy poprosił mnie, żebym mu pomógł, dwa razy. Dzisiaj był trzeci. Możecie mnie nazywać cholernym skurwysynem, ale nienawidzę takich sytuacji. Gdybyśmy jeszcze byli przyjaciółmi, ba! – Znajomymi, może bym się zgodził, ale współlokator proszący mnie o pomoc ma dużo czelności. Trochę to też moja wina, gdyż pierwszy raz kiedy poprosił o pomoc (tu tą końcówkę „ed“ mam wszędzie dopisać? – tak, to nie jest potchwytliwe, tu są tylko czasowniki regularne) byłem po dwóch czy trzech piwach i zacząłem litanię typu „Nie ma sprawy, jakbyś tylko potrzebował pomocy – pytaj śmiało!“ Pieprzony alkoholik ze mnie. Na trzeźwo na pewno nie zachwalałbym tak swoich usług. Dzisiaj pyta czy mam chwilę z brudnym kubkiem po kawoherbacie w ręku. Na szczęście robiłem długo wyczekiwany porządek w pokoju i karton zablokował mu wejście więc rozmawialiśmy przez framugę. Żebym mu 10 zdań napisał o czym jest mój komiks. D + K. Na to, że jeśli potrzebuje to do szkoły, to powinien być sam w stanie to napisać, w końcu to on się uczy angielskiego, nie ja. On na to – i tu się zaczyna jazda – że on przecież nie wie, o czym jest mój komiks. Tylko 10 zdań. Proste, nie musi być skomplikowane. I jeszcze, że to nie jest do szkoły. Tylko do celów prywatnych.

Piszesz moją biografię za moimi plecami? Jak komiks był w konkursie tylkoś ty z całego domu nie zagłosował, a tak byś zobaczył, przeczytał i wiedział przecież o czy jest, prawda? Na to ostatnie wpadłem jak już wyszedł. Na szczęście moje streszczenie napisane na potrzeby konkursu powinno mieć z 10 zdań, to skopiuję i wkleję. A, i do poniedziałku jak mogę, żeby było. Bo co jest w poniedziałek? Szkoła? Nie, skąd. Paweł idzie nad jezioro w dekadenckim nakryciu głowy aby wśród natury kontemlować wraz z kółkiem poetów te 10 zdań.

You’re full of shit.

No, ale tak to jest, jak się mieszka razem. Życie to nie film. Trzeba brać pod uwagę wszystkie aspekty sprawy i nawet, jeśliby się chciało wrzasnąć „Spierdalaj kurwa, z oczu mi! Do poniedziałku, to możesz mnie w rękę pocałować“, to nie można. Prawdę w oczy to może tylko Dr. House, ale on już ma pozycję i jest przecież z serialu. Sytuacja w domu stałaby się toksyczna. Kto wie do czego Paweł i jego Stowarzyszenie Umarłych Poetów jest zdolne? To trochę tak jak z sąsiadami. Trzeba utrzymywać przyjacielskie stosunki. Może to dla mnie będzie tylko 5, 10 minut, ale coś czuję, że będzie 15. A ze stresem to ho, ho! Jakbym był jakiś zajebisty w angielskim, na litość boską. Widzą we mnie Profesora Sebastiana Jastra, kurde bele.

UPDATE: Dzień później, czyli dzisiaj. Okazało się, że z przyczyn technicznych nie mogłem zrobić kopiuj-wklej, więc napisałem te 10 zdań ręcznie na kartce papieru. Zajęło mi 3 minuty. Zostawiłem w salonie pod pilotem.

A co dzisiaj ciebie ugryzło?

niedziela, 13 czerwca 2010

Jądro strachu.

... czyli tytuł, który nie ma nic wspólnego z dzisiejszym postem.

Najadłem się orzeszkami. Zwykłymi. Dry Roasted. Dzisiaj mija wyznaczony samemu sobie termin ukończenia 7mej strony D+K w myśl zasady strona na tydzień. Strona na tydzień miała wliczać narysowanie i pokolorowanie na komputerze, lecz to mozolne zajęcie, a ja ręcyje mam tylko dwie, więc po samym narysowaniu planszy na czas usatysfakcjonowany będę. Aby zdążyć nie robiłem sobie nic konkretnego, czyli nie przysmażyłem groszku w bułce tartej z masłem na patelni zalewając to dwoma rozbitymi jajkami (bądź też jednym), bom nim bym to zrobił, zjadł i umył na naczynia to by zeszło i z pół godziny w porywach do godziny jeśli naszłoby na sjestę.

Kiedyś Emi powiedziała, co Natali Portman powtórzyła, kiedy oglądałem ją wczoraj w Actor's Studio na youtube, że więcej zrobisz jak jesteś zapracowany niż kiedy masz dużo wolnego czasu. Prawda. Jak masz czas to się głównie obijasz, czy chcesz tego, czy nie. Pochłaniają cię pesymistyczne myśli i nieudolne próby ich zrozumienia i pokonania. Kiedy jesteś zajęty nie masz na to czasu i lepiej się organizujesz, aby załatwić wszystko to, co masz na głowie. I idziesz spać zadowolony, a nie zduszony.

Blogger załatwił sobie template desing - nareszcie! Desing będzie w końcu wyglądał jak w wordpress, do którego rozważałem niegdyś przeniesienie się, właśnie z tego powodu. Teraz nie będzie takiej potrzeby. Jednak nie będę póki co zmieniał projektu OGGa, bo to też czasochłonne zajęcie, a ja nawet nie wziąłem się za VideOGGa z podróży. I gdzieś mi się czołówka, którą chciałem obrobić w profesjonalny - niczym czołówka serialu, tylko nie polskiego - sposób zapodziała.

Widzieliście, jak Natalie rapuje? Prawie 4 mln views. O, TUTAJ lub klik poniżej:

piątek, 11 czerwca 2010

Dziś wiem, życie cudem jest.

... kiedy jesteś zakochany. Kiedy wygrywasz w totka. Kiedy twojego znienawidzonego szefa trafia piorun z jasnego nieba i zdycha dziad. Czyli, że sporadycznie. Tak poza tym życie jest drogą przez piekło na której przede wszystkim musimy walczyć z samymi sobą, co przeważnie ludziom się nie chce, stąd tyle ćwoków na świecie dzięki którym my - mniej ćwokowaci - możemy wyróżnić się z tła. Mniej lub bardziej. Nawet jeśli należymy do tych, którzy walczą sami z sobą próbując się pokonać, przezwyciężyć i wyzwolić z ogarniającej nasz mózg pajęczyny głupoty i lenistwa i braku wiary w siebie czyli podsumowując, wyzwolić się ze STRACHU, to i tak potem musimy zmagać się z systemem, ludźmi uwięzionymi w systemie i bodźcami nieprzewidywalnymi, zjawiskami rozpieprzającymi w drobny mak to, na co tak długo pracowaliśmy, ciułaliśmy i modliliśmy się. Bo jak trwoga, to do boga.

Ludzie też często będą traktować cię źle z różnych przeróżnych pobudek, będą ci wypominać i poniżać cię wprost lub też w zawoalowany sposób. Dlaczego? Bo nie kochają siebie, a jak siebie nie kochają, to trudno, aby pokochali ciebie. Ale nie daj się złamać, bądź silny jak skała, tak jak w Mulan śpiewano. I każdy zawsze będzie myślał, że to on ma najgorzej, że to nad nim trzeba się litować, bo twoje problemy, to jest betka człowieku, nie to co ja. Każdy ma swoje demony i dla każdego z nas są one krwiożercze, to nie konkurs, komu jest gorzej, a komu lepiej.

Nikt nie ma odwagi odciąć swemu demonowi łba.

Spośród wielu gryzących mnie rzeczy jest stare powracający motyw asertywności, z która mam problem. Jednak w dzisiejszych czasach zyskuje ona zupełnie nowy wymiar. Czas to pieniądz, do tego wszystko się sprowadza. Więc kiedy ktoś mnie prosi, żebym coś dla niego narysował lub też coś zmontował (filmiki), to krew mnie zalewa i zgadzam się, choć wewnątrz jest burza. Najprościej byłoby powiedzieć, że sorry, ale nie chcę. Wypchaj się. I co, za darmo? Z jakiej racji? Bo jesteśmy znajomymi, przyjaciółmi? A co ma kur** piernik do wiatraka?!? Sęk w tym, że jeśli ta osoba wyświadczyła ci kiedyś przysługę, lub nawet wiele przysług, nie wymaga odmawiać, bo tylko tyle możesz zrobić, aby się jej odwdzięczyć. Przysługa jak wiemy z filmów kryminalnych, to najgorsze, co może cię spotkać. I kiedy to się kończy? Ktoś ci pomógł. Ty w podzięce sam z siebie odwdzięczyłeś się w ten lub inny sposób więcej niż raz. Ale oni wciąż chcą więcej. Dasz palec, wezmą rękę. Jest to męka i muszę nauczyć się mówić nie. Albo zrozumieją, albo niech się walą, z całym szacunkiem dla nich. Ja nienawidzę się prosić, bo wiem jak to jest. A już na pewno nie wykorzystywałbym kogoś talentu dla własnych potrzeb, chyba, że tej osobie bym zapłacił. W większości przypadków. I bardzo często te osoby mają takie podejście, że eee, zmontujesz filmiki albo coś mi narysujesz, co to dla ciebie, wcale nie zajmie ci to tyle czasu, co mówisz. Nosz ty nuż się w kieszenie otwiera. Jak można być takim ignorantem lub też mieć taką czelność, żeby pusto twierdzić, że ktoś Obcy wie lepiej od ciebie, ile ci to co robisz zajmie?

A teraz coś z zupełnie innej beczki.

VideOGGi wciąż czekają na zmontowanie, Dziennik z Podróży zostanie opublikowany dopiero razem z VideOGGiem, gdyż tworzą parę. Internet mogą mi odciąć w każdej chwili. Może być to kwestia minut, godzin bądź dni, lecz niestety nie lat, bo na tym świecie nie ma nic za darmo. Więc tak, czuję topór mrocznie wiszący nade mną.

wtorek, 8 czerwca 2010

Last days of disco.

I tak oto wakacje w Polsce dobiegają końca. Dziennik z podróży prowadzony był regularnie. Widać w nim postępujący atak przygnębienia. Również mnóstwo klipów zostało nakręconych, ostatni "dzień zdjęciowy" dzisiaj. Będzie z tego materiału na podwójny odcinek VideOGGa - dokumentalnego serialu obyczajowego o nim i o miejscach uwięzionych w pułapce czasu - tak mi się zdaje. Choć w kolejce czekają już dwa episody, myślę, że wpierw zmontuję ten ostatni, gdyż największą mam na to ochotę.

Relacja niedługo.

poniedziałek, 31 maja 2010

Seks i porno.

Wstałem wcześniej. Pływałem (1.2km). Zjadłem żurek z proszku (z jajem ze skorupy i resztką ziemniaków z garnka ludzi, którzy narobili tyle, że im się zostało). Nie skończyłem pierwszego rysunku na 7 stronie D+K, ale uczyniłem konkretny postęp. Wciąż druga połowa strony nie ruszona oprócz linii w których włoży się mocno. Ramki. Jutro dzień. W nocy z jutra na pojutrze autobus na lotnisko i tygodniowy pobyt w najlepszym kraju na świecie, czyli w Polsce, gdzie PKB znowu urósło o 3 %, bezrobocie spada, a naród wydaje coraz więcej na RTV, co oznacza, że średnie wynagrodzenie ponownie wzrasta i przeciętnemu obywatelowi żyje się nadprzeciętnie. Tylko wspomnieć, że niedługo zostanie wybrany nowy, lepszy prezydent, a już szczęście sięga zenitu.

Tu przerwę cytując maila zacytowanego w Trójce kiedy mowa była o tym, co lepsze, w czym lepiej wybrać przyszłość - Otwarty Fundusz Emerytalny (w skrócie OFF YOU GO) czy ZUS ( w skrócie Zubożejesz Ultra Szybko)? Pan X napisał do radia takie oto słowa: "Wybór pomiędzy ZUS a OF to tak samo jak wybrać czy lepiej ci uciąć rękę, czy nogę?".

W kraju mocne piwo. Tutaj, w Irlandii, maksymalnie 5.6%, nie dolewają spiritusu jak w Polsce, żeby mieć 7% a nawet 11%, bo nie potrzebują takiego manewru wykonywać. Nasze społeczeństwo jednak takich trunków widać potrzebuje, żeby znosić życie. Czy coś będę jeszcze robił oprócz chlania tych wysokoprocentowych piwsk? Tak, będę malował butelki, wsadzał w nie świeczki i zanosił pod domy, w których panuje mrok aby je rozjaśnić. Ech, to już brednie. Zmęczony jestem.

Chciałem powiedzieć tylko dwie czy ile rzeczy, a zbyt się rozpisuję. Więc: internet odcinają jutro bądź pojutrze. Jak powrócę z wakacji łącza mieć nie będę. We własnym zakresie mogę sobie załatwić ten badziew, co się przez USB podłącza, tą pluskwę telefonii komórkowych, która działa jak krew z nosa, ale przynajmniej nie wymaga kontraktu. Jednak wpierw zobaczę po powrocie ile wytrzymam. W bibliotece jest net za darmo, ale wiadomo, że tam na strony porno (youjizz) sobie nie wejdę. Koło zamku jest bezprzewodowy. Są opcje. Myślę, że wytrzymam dwie godziny.

Kilka dni temu nagrałem pierwszy oficjalny odcinek VideOGGa, ale nie mogę się wziąć, żeby go zmontować i wrzucić na youtube, głównie dlatego, że powoli się spinam przed podróżą i to mi wypełnia czas. Poza tym muszę jeszcze jakąś ładną czołówkę stworzyć, a do tego muszę się ogolić, dziś zaś zarost wczorajszy. A podróż ma być materiałem na drugi odcinek VideOGGa - podróż do korzeni, rodzinne miasto. CZAD. Z początku VideOGG miał być czymś zupełnie innym, ale teraz będzie to blogowo dokumentalny serial dramatyczny portretujący człowieka (Sebastian Jaster, tak, on), miejsc, w których się znajduje i czasu, w którym jest chwilowo uwięziony. Czy będzie miało więcej views na youtube od widea z psem, który goni własny ogon? Wątpię. Ale chuj.

PS. A "Seks w Mieście 2" dobry. Widzę co kobiety w nim widzą. Zajęło mi 6 lat. Dwie czy 3 śmiałe lecz krótkie sceny seksu, ale za to miasta jest dużo.

piątek, 28 maja 2010

Wstręt. Wściekłość. Wkurw, czyli uroki życia i picia.

Zabójczy w wielu przypadkach dym tytoniowy wciąż nie wypełnia moich płuc. Alkohol jednak zalewa wątrobę od czasu do czasu. Tym razem dochodzi do tego nie przy piciu do lustra, lecz tylko wtedy, kiedy jest to inicjowane przez osoby trzecie. A nawet drugie. Tak jak na przykład wczoraj.

Powód dla którego nie popalam jest prosty. Nie potrafię popalać. Albo będę jarał szlugi albo nie. Z alkoholem jest podobnie. Jak już zacznę pić piwo to jeśli po drugim nie przestanę to zwykle piję ponad 4, a wiedz, że 4 to moja granica pomiędzy szmerglem a światem, w którym płaty czołowe są odklejone i nic się racjonalnego myślenia nie lepi. Najgorsze w piciu nie jest dla mnie wydawanie na alkohol pieniędzy czy kac następnego dnia. Czy kac kupa, która akurat przynosi ulgę. Najgorsze to marnotrastwo czasu. Dwa dni zniszczone - pierwszy dzień picia i drugi dzień kaca. Dwa dni, które człowiek taki jak ja mógł spędzić na rysowaniu. Jest jeszcze gorzej.

Wiadomo, młodość nie zna śmierci. Pijesz jarasz i co tam jeszcze chcesz. Jesteś kurwa niezniszalny. Teraz picie powoduje u mnie kaszanę z mózgu następnego dnia. Z góry i doświadczenia wiem, że każda myśl czy uczucie będzie skonstruowane przez tą właśnie kaszanę, więc wbijam, staram się nie przejmować. Wiadomo, boli, kłuje, wyżera, przygniata, a nawet rozsadza, ale nic to, gdyż jest to nieprawda. To tak w pewnym sensie jak ze wściekłością. Nikt nie powinien podejmować żadnych decyzji wtedy, gdyż zwierzę wtedy nami kieruje, a nie człowieczeństwo. Ale to wiemy wszyscy.

I żeby jeszcze na kacu można było poczytać albo nawet pooglądać. Uu, ale wstręt ci nie pozwala. Nic ci się nie chce, ale to nie leń, tylko coś gorszego. Wolę tego nawet nie nazywać, bo jeszcze się dowiem co to jest.

Ktoś kiedyś powiedział, że niebo jest tu na ziemi? Kłamca!

@templatesyard