maja 2009 - OGG

sobota, 30 maja 2009

Uuu.
U mnie ciepło. Wreszcie. Irlandia to przeważnie zimny i deszczowy kraj.

Zdaje się że w poniedziałek czy wtorek dostanę negatywną odpowiedź od Zuda i będziecie mogli wreszcie przeczytać pierwsze 8 ekranów opowieści fantasy Krzyki wewnątrz. Ślamazarnie kończę 4 stronę D+K i wkrótce po tym będę ich kolorował. Spotkałem już ze dwa czy trzy komiksy, w których bardzo podoba mi się kolorystyka. Zwykle nie jestem fanem cieni i warstw kolorów, ale w przypadku tych niewymienionych z tytułu komiksów bardzo mi się to podoba i chciałbym tak umieć kolorować. Zastanawia mnie też, czy są one kolorowane nie za pomocą komputera i czy programem komputerowym można osiągnąć takie piękne kolory. Praktyka, praktyka, praktyka. Wszystko za tym się kryje.

Czego szczerze nie cierpię w komiksach i ilustracjach, to kiedy są beznadziejnie cieniowane w photoshopie. Ach, jak znajdę jakieś przykłady to wam pokażę.

Tymczasem!

środa, 27 maja 2009

Tam i z powrotem - przygoda Herr Zebagginsa
Życie w Aż'GdzieśPolazła przypominało trochę te w Nie'tfujinteres, jednak pod wieloma względami było całkowicie odmienne. Historia ta wydarzyła się dawno temu, w czasach, w których świat nie polegał całkowicie na przemyśle Chin, kiedy egzystencja nie była opleciona Cyfrową Światową Pajęczyną; w czasach w których wciąż wierzono w magię, a nie tylko w magię miłości. Świat był zielony a serca wypełnione szczerym szczęściem, dusze nie przygniecione betonem cywilizacji.

W krainie Aż'GdzieśPolazła znajdowała się mała osada zwana SharikU'doNogi, w skrócie Sharik. Mieszkały tu dzielne mniej a bardziej rozleniwione hobbity. Teraz, kiedy na półkach w różnych zakamarkach świata znajdują się historie spisane przez pana Tolkiena nie musimy już tłumaczyć kim byli hobbici. Jednak w jednej chatce z czerwonymi jak maliny drzwiami mieszkała istota całkowicie odmienna, nie miała owłosionych stóp ani nie była śmiesznie niska. Miała zaś czarny zarost i burzę najeżonych długich włosów. Był to człowiek, a nazywał się Herr Zebaggins. Nikt już dzisiaj nie pamięta skąd przybył i nie jest to zbyt ważne. Herr należał do wioski jak każdy inny mieszkaniec i tak samo był traktowany.

Zimny deszcz łomotał w drewniane okiennice chatki Zebagginsa, kiedy to on skulono-zgarbiony zanurzał swe łapczywe palce w skrzyni ze skarbem. Wyjął go delikatnie i położył na swoim ulubionym kamieniu na którym to też jadał jajecznicę z rana. Kamień nazywał się Zbigniew i pochodził ze starego wymierającego już szlachetnego rodu Gadających Kamieniusów. Niestety Zbigniew, który lubił być nazywany po prostu Zbyś, zatracił większość dumy i elokwencji swych przodków i stał się wieśniakiem.

- Zabierz to cholerstwo, wystarczy mi, że służę ci za stół kuchenny. Nie potrzebuję jeszcze tego grzejnika! - wyrzucił z siebie Zbigniew. Tym co było cholerstwem dla Kamieniusa a skarbem dla Zebagginsa był laptopus. Prostokątne pudło, które otwierało się jak książka i za sprawą magii pokazywało czarodziejskie krainy. Coś jak lustro Złej Królowej ze Śnieżki, tylko w wersji kompaktowej. Kontrolowało się go nie różdżką, lecz pierścieniem. Tak, duży różowy pierścień z wygrawerowanym Bowie też tu był spoczywał tam, gdzie my dzisiaj mamy klawiaturę. Ignorując pretensje Kamieniusa Herr nie zdjął laptopusa. Z gruchotem w kolanach wstał, aby przyrządzić sobie coś do jedzenia. Kiedy powrócił laptopus leżał na ziemi ze strzaskanym monitoriusem, zaś Zbigniew jak gdyby nigdy nic gwizdał sobie pod uchem.

- Coś ty zrobił, świnio? - wrzasnął rozwcieczony i zdziczały Herr.
- Ja?
- Widzisz tu inne gadające kamienie?!
- No... nie. Ale ten kamyk pod framugą na lewo od mysiej dziury od dłuższego czasu wydawał mi się podejrzany. Może do niego mówisz?
- Gadaj psie, dlaczego zwaliłeś mój skarb?! - wymawiając słowo skarb Herr wykrzywiał usta i mowę w psychodeliczny sposób.
- Ja nic nie wiem! Leżę tu sobie spokojnie marząc sobie o seksownej Kamienicy z którą mógłbym pokombinować i być może nawet uratować swój ród, a tu nagle TRACH! Laptopus na ziemi.
- A dlaczego wgniecenie na monitoriusie wygląda jak twój zad, Zbysiu?
- Skąd mam wiedzieć? A wiesz co? Pierdziel się! Nie potrzebuję cię! Już dawno bym się wyprowadził, gdybym miał nogi, a tak jestem zdany na twoją łaskę. - Po czym Zbigniew popadł w mogące trwać nawet lata milczenie. Zabaggins również ucichł. Upadł na kolana nad laptopusem, a po policzku spłynęła mu łza. Jego skarb został zniszczony.

Następnego ranka Herr poszedł do Elekrtozwisa, który szczycił się fachową poradą w sprawach wszelakich: od leczenia ślinokrwotoków krowich po bezbólowe wyrywanie kończyn. Jego ciało wyglądało jak koc, taki był włochaty. Ponieważ było mu tak ciepło i wygodnie i ani nie łaskotało ani nie szczypało nie przycinał włosów i paradował nago, trudno było jednak to spostrzec. Wystawały tylko dwie kulki na górze będące jego oczami.

- Bry! Da radę wymienić monitoriusa? - Herr przeszedł od razu do rzeczy pokazując to, co było jeszcze wczoraj jego skarbem.
- Bry - przywitała się również złota rączka. - Da, nie da - stwierdził obojętnie Elektrozwis. -Miałem raz z czymś podobnym do czynienia, acz za dużo babrania w tym było. Poza tym to by cię drogo kosztowało bez żadnej gwarancji, że mi się uda. Lepiej będzie jeżeli kupisz sobie nowego laptopusa.
- O. A ile by kosztowała naprawa?
- Ze dwie, trzy świnie i worek pyr. A nowego laptopusa można już dostać za 7 świń. Okazja.
- Dziękuję za nic, Elektrozwisie - burknął Herr i odszedł ścieżką prowadzącą przez pagórek. To był piękny dzionek, rosa jeszcze nie znikła z pól, świeże morskie powietrze smagało poliki ciężko pracujących hobbitów, a wilki spały spokojnie śpiąc o zającach nadziewanych w ślimakach. (Tylko Wilczuś nie spał spokojnie bo miał gorączkę i się trząsł).

Herr Zebaggins sprzedał swoja figurkę Scarlett Elfa w Białych Podwiązkach i zakupił nowego laptopusa, który nazywał się Sowy. Sowy to była świetna marka i Herr był bardzo zadowolony z zakupu. Do czasu...

Zieleń zszarzała, zbielała i znowu zazieleniała. Sruman drapał się pod pachą, Wielkie Oko które patrzy myślało o zakupie szkła kontaktowego, bo wzrok już nie ten sam co kiedyś. Ruchome Drzewo złapało reumatyzm. Minęło 18 miesięcy. Słonko wychyliło się zza Zwapniałych Gór. Zebaggins otworzył oczy, przetarł oczy i oczom nie mógł uwierzyć: jego laptopus zburaczał. Tak, monitorius wyglądał niczym po zażyciu kwasa (od LSD po SLD). Przerażony Herr zrestartował systemus i ujrzał dużo niebieskich pasków tam, gdzie nie powinno ich być. Wkrótce potem laptopus sam się wyłączył. Coś było zdecydowanie nie tak.

Tymczasem hen daleko, w Dolinie Brutalnej Łysiny Atakującej Z Nienacka Zły Czarnoksiężnik Sonyrys pławił się w rozkoszy. Musicie wiedzieć, że to jego orki produkowały laptopusy Sowy i że Sonyrys był odpowiedzialny za problemy nie tylko Zebagginsa, lecz wszystkich, którzy nabyli jego produkt. Tysiące o ile nie setki tysięcy biednych duszyczek klepało właśnie i kręciło bezmyślnie różowym pierścieniem łudząc się, że ich Sowy będzie jeszcze działał. Czarnoksiężnik zacierał łapczywie ręce przewidując przyszłe zyski wszystkich tych, którzy zwrócą się do niego po nowszy model, w końcu miał on monopol. U jego kolan leżała skąpo ubrana Allelacha z rodu elfów. Przykuta łańcuchami do ściany zmuszana była przez śmierdzące i obleśne orki do mycia stóp Sonyrysa, wachlowania go, podawania mu winogron jedno po drugim oraz do jeszcze gorszych rzeczy.

Allelacha miała długie złociste włosy, a jej piękna twarz kogoś, kto osiągnął permanentny stan nirwany, okrył smutny cień uwięzionej duszy. Dwa lata temu wracała nocą z wyprawy do Chorego Na Starość Dziadka Edka do domu. Jako córka AlloAllogo, króla Elfów, towarzyszyła jej obstawa - młody szczupły i wysoki łucznik Orlando Rozkwita oraz niemłody nieszczupły łucznik z umiejętnie zatajanym kiepskim wzrokiem Pija Er'cola. Czarnoksiężnik Sonyrys dusił w sobie przez wiele lat nienawiść do AlloAllogo. Niegdyś byli najlepszymi kumplami aż do pewnego fatalnego jesiennego wtorkowego popołudnia o którym teraz opowiemy.

Na szczycie gigantycznego dębu zwanego Drapaczem Chmur w Lesie Pokoju mieścił się pałac Króla Elfów. Zaprojektowany był przez Dariusza NadgodzinyRobięNiechętnie'ego. Taka mieszanka łuków, kolumn i kolorowych szklanych ścian z wymalowanymi kwiatkami i zwierzaczkami. Dla czadu pośrodku była fontanna, która wyglądała jak niemiecki żołnierz kupujący chleb u rosyjskiego sprzedawcy, który przeprasza, że chleb zamrożony, ale w końcu zima jest. W komnacie tarasowej z widokiem na liście czarnoksiężnik i król grali w warcaby. Żartowali, popijali świetne wino, od czasu do czasu puszczali do siebie przyjacielskie oczko. AlloAllogo lekko wstawiony zdjął sandał i pod przykryciem stołu z dala od wzroku służby zaczął smyrać stopą krocze Sonyrysa. Sonyrys się wzdrygnął:

- Co ty wyprawiasz stary?
- No co? - zdziwił się Król Elfów. - Myślałem, że chcesz! Klepiesz mnie po kolanie, puszczasz oczko, wysyłasz łatwe sygnały.
- Czy cię pojebało Allo? Klepię cię, bo cię lubię. Puszczam oczko, tak jak dziecku się puszcza. Nie mam żadnych ukrytych zamiarów. Boże! Czemu zawsze wszystko musi być takie zboczone z tobą do cholery? Nie możesz być normalnym mądrym i szlachetny królem takim jak w książkach? Musisz mi dotykać krocza stopą? Co z tobą nie tak, stary?
- Ależ wszystko ze mną w porządku - odparł spokojnie król. - Jestem elfem, to prawda, że powinniśmy być cnotliwi i bla bla, ale spójrzmy prawdzie w oczy: życie to nie książka. Książki są cenzurowane, jak piszesz opowieść fantasy i chcesz żeby jak najlepiej się sprzedała to nie możesz ani tam przeklinać, ani pozwalać każdemu kurwić się z każdym. Bo to już by była książka dla dorosłych i prawdopodobnie nie zostałaby odebrana serio. Każdy ma swoje żądze. Ja też, nie będę tego ukrywał przed tobą. Może dlatego, że jestem królem mam trochę więcej śmiałości...
- Masz śmiałość, bo już trzecią butelkę wina obaliłeś, ot co! Może i by mi pochlebił twój gest, ale ja nie jestem zboczony.
- A gdybym powiedział, że zrobiłem to dlatego, żeby odwrócić twoją uwagę od gry, żeby cię zdekoncentrować, bo mi źle szło, wybaczyłbyś mi wtedy?
- Aa! - ucieszył się Sonyrys, który bał się, że nie poznaje swojego starego przyjaciela. - To zupełnie inna sprawa! Przeprosiny przyjęte. Grajmy więc dalej!

Tegoż samego wieczoru czarnoksiężnik nocował w pałacu króla. Chrapał sobie spokojnie w ciepłym okrytym mrokiem łożu, kiedy to poruszyła się klamka, drzwi skrzypnęły i ktoś wszedł do komnaty. Cicho na paluszkach przebiegł po kamieniuszkach (na szczęście żaden z nich nie był gadającym) i wszedł pod kołdrę. Objął leżącego bokiem czarnoksiężnika i przytulił się ufnie. Sonyrys miał jeden ze swoich futurystycznych snów. Śniło mu się, że szczęśliwy jedzie żółtym rowerem. Nagle okazało się, że nie ma siedzenia i rura wbija mu się pomiędzy pośladki. Wtedy się obudził i z przerażeniem spostrzegł Allogo przyciskającego się do niego.

- A więc wcale nie chodziło o to, że przegrywasz w warcaby! - wrzasnął zdeprawowany Sonyrys. Spakował manatki nie chcąc wysłuchiwać tłumaczeń i odfrunął na miotle. Ale była to męska miotła. Właśnie to wydarzenie na zawsze pozostawiło na nim niewidzialną szramę. Niechęć i nienawiść do AlloAllego. W końcu praktycznie go zgwałcił we śnie, jego Złego Czarnoksiężnika, postrachu lądów i oceanów. Pragnienie zemsty narastało w nim dzień po dniu, nasilane z każdą butelką wina i liścikiem przeprosinowym od Króla Elfów. Sonyrys postanowił porwać jego największy skarb - piękną córkę. Wysłał drużynę 30stu orków bojowych, która zaatakowała, kiedy Allelacha powracała z odwiedzin u dziadka.

- Zostań tu księżniczko! - krzyknął Orlando prąc z napiętym łukiem na wrogów. - Osłaniaj mnie Pija Er'cola!

Pija Er'cola wycelował strzałę w nieprzyjaciela i wystrzelił. Strzała leciała wolno. Ci, którzy byli w obozie uciekali. Wzrok Allelachy śledził lot strzały z przekonaniem i wiarą w umiejętności Pija. O tak, strzała celnie trafiła w tył głowy Orlanda przeszywając ją na wylot i jeszcze nadziewając na czubek przelatującego kruka (to była dłuuuga strzała). Tej nocy Pani Krukowa nerwowo paliła ostatniego papierosa przy kominku zastanawiając się, co Edkowi tak długo zabiera kupienie jednej paczki papierosów. Wracając do naszej historii:
- Trafiłem! - uradował się Pija.
- Ale trafiłeś Orlanda ćwoku! - powiedziała przerażona Allelacha.
- Hmm.. - zamyślił się Er'cola. - Teraz będzie mi trochę trudniej ukrywać mój kiepski wzrok. - Wypadki potoczyły się szybko - W głowę Pija został wbity topór a księżniczka złamała paznokieć na twardym jak skóra hipopotama policzku orka.

Tak oto Sonyrys uczynił z córki Króla Elfów swoją niewolnicę broniąc potężnym zaklęciem zamczysko. Zaklęciem, którego Elfy nie potrafiły złamać i tym samym oswobodzić Allelachy. Po tygodniu formatowania systemusa zmęczony i zły oraz nieświadomy opisywanych wyżej wydarzeń Herr Zebaggins postanowił wyruszyć do twierdzy Sonyrysa i rozprawić się z nim na dobre za to, że sprzedał mu felerny produkt. W dodatku gdzieś mu się tytoń zapodział (podejrzewał o kradzież czarodzieja kleptopmana Gadalfa), co sprawiło, że każdy atom jego ciała błagał o tytoń, a to, zapewniam Was, nie było zbyt relaksujące uczucie.

Czy Herr Zebaggins dostanie nowego laptopusa? Czy Allelacha zostanie uratowana? Czy Sonyrysa spotka zasłużona kara? O tym dowiecie się w następnym odcinku!

poniedziałek, 25 maja 2009

D+K: Choć żreć się chce..
.. to nie wolno! Denek i Kluska wciąż głodują. Są dopiero w pierwszym dniu ich 13sto dniowej diety, tak więc najgorsze, najbardziej mroczne i krwawe jeszcze przed nimi. Za to prace nad tą historią posuwają się do przodu. Stronę 3cią narysowałem w tydzień, z czego się cieszę (nie tknąłem gumkowania czy kolorowania). Obecnie jestem prawie w połowie strony 4tej.

Wczoraj i dzisiaj męczyłem się z trabantem. Nie żebym silnik naprawiał, mechanika samochodowa nie jest moją mocną stroną. Męczyłem się z rysowaniem modelu p50 z 1958 roku. Nie mam zbytniego doświadczenia w rysowaniu samochodów, a kiedyś trzeba zacząć. Tym właśnie pojazdem porusza się Kluska z Denkiem. Udało się, zadowolony jestem tak średnio. Jak tylko skończę 4tą stronę i pokoloruję to wysyłam do Zuda. Krzykom wewnątrz został się tydzień na odpowiedź czy dostały się do konkursu czy nie, nie ma co się oszukiwać. Jakby im się podobało to odpowiedzieliby w ciągu miesiąca odkąd wysłałem im komiks. Biorąc pod uwagę, że na moją stronę www wrzucam po pół strony, to będziecie jeszcze mieli okazję przeczytać 7 kolejnych w miarę postępów z kolorowaniem, a potem przetłumaczę na angielski i wyślę z czym - jak już zdaje się pisałem - wiąże się to, że 8 stron D+K znikną na 3 miesiące z www.sebastianjaster.com. Albo znikną i na dłużej, jeżeli komiks dostanie się.

Pożyjemy, zobaczymy.
LunaTYCKIE tłumaczenia: Zawodowcy, ale nie tacy jak Leon.
Po reklamie filmu Righteous Kill z Alem Pacino i DeNiro poczułem się niedobrze. Z kilku minut reklamówki widać już było że scenariusz jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Gdzieś tam na kuli ziemskiej jakiś typ dostał pieniądze za spłodzenie gówna. To piękny świat w którym żyjemy - robisz kupę i ci za to płacę. I oczywiście mógłbym użyc jakiegoś bardziej wyszukanego języka, ale dobrane tu przeze mnie słowa wyrażają prawdę najlepiej.

No i dzisiaj dowiedziałem się jak ten film Słomiany Janek przetłumaczył - Zawodowcy. Ling.pl mówi nam, że righteous oznacza: prawy (człowiek), cnotliwy, sprawiedliwy
A kill to wiecie sami. Trudno, żeby po obejrzeniu Kill Bill ktoś wciąż nie łapał co znaczy kill. Pomimo zdeprawowania i narkotyków Jack Nickolson w filmach wciąż trzyma klasę, gra tak jak wygląda, nie próbuje udawać, że wciąż ma 40 lat. Para starych wapniaków za których kaskaderzy skaczą przez półmetrowy płot to nie dla mnie i zapewniam Was Drodzy Czytelnicy, nie dla Was.

piątek, 22 maja 2009

LunaTYCKIE tłumaczenia: Ekhe-em!
He's just not that into you - To się samo przez się rozumie, że powinno być przetłumaczone: On wcale na ciebie nie leci.

A my mamy genialnego Słomianego Janka Tłumacza, który pewnie dobrze (lub i nie) zarabia w swoim zawodzie z anielskim tłumaczeniem: Kobiety pragną bardziej. - Gdzie tu kurna logika?
Kasety, ale nie sex kasety. Choć może?
Pewnego dnia mój tata zdecydował się wreszcie na zakup odtwarzacza wideo. Niestety magnetowid był o jedną poprzeczkę cenową za daleko dla nas, albo też zamiast magnetowidu mogliśmy kupić i wideo i nowy telewizor. Było to jakoś na początku lat '90tych. Szczęśliwy, że wreszcie będzie mógł oglądać ciekawe filmy Sebastian pobiegł wypożyczyć coś. Niestety we wszystkich trzech wypożyczalniach kaset wideo do których zaszedł (więcej nie było) potrzeba było dowodu osobistego, żeby się zapisać. Tak więc młody chłopiec wrócił zawiedziony do domu.

Dzień później wraz z tatą zapisali się do wypożyczalni Videx a ich numerem klienta było 926. Pierwszym wypożyczonym filmem był Robocop, bardzo przerażający film dla młodego ducha. Czas upływał, Sebastian praktycznie obejrzał wszystkie filmy w małej wypożyczani i czekał na nowe. Przeważnie przychodził oddać przewinięty film jeszcze przed otwarciem. Siadał na parapecie i czekał. Z biegiem czasu miał już kilka kont pozakładanych po różnych wypożyczalniach. W jednej z nich przy Hali Targowej była np. pełnometrażowa bajka ze Smerfami - historia, która koiła go kiedy to leżał z bardzo wysoką temperaturą w łóżku i miał omamy. W tejże wypożyczalni znajdował się również pewien film animowany, ale nie dla dzieci. Coś o 9 życiach pewnego kota który to - powiedzmy to wprost - się w kółko z innymi kocicami pierdolił i pewnie przez to tracił te życia. Pierwsze porno Sebastiana. Musiał się nieźle napracować, aby ściemnić panu sprzedawcy, że to dla rodziców wypożycza. Dziś co by nie dał, żeby tą zboczoną bajkę jeszcze raz obejrzeć.

Minęło dużo czasu, aż pojawiły się filmy na DVD. Początkowo bardzo drogie, z biegiem czasu staniały. Producenci zachwalali się w mocno przesadzonych reklamach, że dzięki DVD będziesz mógł przeskoczyć do obojętnie jakiego elementu filmu natychmiastowo, że będziesz sobie mógł wybrać języki, że nie będzie przewijania kaset. To jeszcze jest zgodne z prawdą, obiecywali też fantastyczny obraz dokładnie taki jak w kinie - szerokoekranowy. Też prawda. Ale największym przekrętem było głoszenie, że będzie można oglądać film z różnych ujęć kamery, ty wybierasz. Powiedzmy, że mamy scenę którą kręcą trzy kamery z różnych kątów - montażysta przycina wszystko, żeby miało ręce i nogi, ale dzięki DVD możemy ujrzeć po raz pierwszy te sceny, które zostały wycięte lub te ujęcia, które zostały ucięte. I co z tych obietnic wyszło? DUPA. Blada. Opcja taka sporadycznie pojawiała się i jeszcze mniej często pojawia się teraz na DVD ale w dodatkach specjalnych i najczęściej jest to jedna wybrana scena, a nie cały film. To (i tu wychodzimy z trzeciej osoby) mój największy zawód DVD.

Czasy się zmieniają, jest coraz więcej toksycznych energetycznych napoi i znowu mamy nowe formaty - High Definition na krążkach Blu-Ray bądź w tym drugim formacie, który jednak tak dobrze się nie sprzedaje jak Blu-Ray. Tak więc możemy widzieć jeszcze lepszy obraz, jeszcze więcej szczegółów (krostę na nosie Brada Pitta na przykład)... tylko po co?

Wszystkim kręci pieniądz. Producentom tak na prawdę nie zależy czy widzisz ekscytujący raj i czujesz się zajebiście jak nowo narodzony czy widzisz gówno, najważniejsze, żebyś wydał szmal. Kiedy wiele lat temu oglądaliśmy kasety VHS to nic nam w nich nie zawadzało. O tak, pojawiały się czasem paski albo obraz skakał, ale to było OK. Nie znaliśmy nic lepszego. I DVD też było OK oczywiście, lepszy dźwięk i obraz, ale teraz próbują nam wmówić, że potrzebujemy czegoś jeszcze lepszego. Czy tęsknię za kasetami? Niezbyt. Może tęsknię za czasami i wspomnieniami, które się z nimi wiązały, z tym, że raz z Jackiem wypożyczyliśmy chyba wszystkie filmy o Obcym i nie mogliśmy obejrzeć Ósmego Pasażera Nostromo, bo kaseta była zjebana od tego, że tyle osób ją oglądało i musieliśmy przewijać najlepsze kawałki. Taśma się brudziła i gięła, płyty się rysują.

Mamy wirtualny dźwięk. Najpopularniejszy to 5.1 - czyli 4 głośniki po kątach i jeden centralnie przed nami z subwooferem. Są też 7.1 i pewnie większe, ale po cholerę? Czy jeśli będziemy mieć dźwięk i w suficie i w podłodze i na przełam i na skos to będzie bardziej czadowo? Nie, bo po kilkunastu minutach bądź filmach już się przyzwyczajamy i nie zwracamy na to takiej uwagi (chyba że są jakieś wyjebane głośniki których nie doświadczyłem).

Co chcę powiedzieć to to, że postęp jest nieunikniony, ale nie zawsze to co nowsze jest lepsze. To tylko znak czasów. Czy Playstation jest lepszy od starego komputera Atari? Patrząc z perspektywy czasu dzisiaj powiemy tak. Ale te ileś lat temu te Atari było dla nas jak dzisiaj Playstation dla nowego pokolenia. Jedyne co nam pozostaje to obserwować zmieniające się trendy i pisać o nich na blogach chociażby.

sobota, 16 maja 2009

Anioly i demony straconych pieniedzy na bilet do kina.
Wczoraj poszedłem na nowego Star Treka i Anioły i Demony. Star Trek to świetne kino popcornowe - młodzi aktorzy, wciąż się coś dzieje i nie ma przynudzania. Czyli przepis na sukces. I Simon Pegg. Fanem serii nie jestem.

Jeśli ktoś chce zobaczyć Anioły i Demony a nie czytał książki to proszę nie czytać dalej, gdyż napiszę po swojemu co się w filmie dzieje.
Już po pierwszej części mi się rzygać chciało. Szczególnie końcówka, kiedy laska próbuje przejść nad wodą i rzuca coś w stylu Ojć, jednak nie jestem Jezuską, ha ha hie!
Co najlepsze w AiD to reklama, na której posąg się ruszył w demoniczny sposób. Oczywiście to był tylko taki zwiastun mający na celu rozpalić ogień w sercach naiwnych, że może faktycznie będą się tam posągi ruszały, skakały i goniły aż do Philadelphi Toma Hanksa. W przypadku tego tytułu na szczęście polscy tłumacze nie pojechali w stronę Diabelskiego Pościgu bądź też Helikopter w ogniu 2 - tylko przetłumaczyli wiernie.

Są rzeczy które kupuję i które nie. Star Treka kupuję. Kto wie, przyszłość może wyglądać tak jak w tych filmach. Aniołów i Demonów nie kupuję, bo w nic z tego co oglądam nie wierzę, więc serce nie bije mi mocniej. Dlaczego nie wierzę? Dlatego:

Film zaczyna się obiecująco. Ludzie mówią po francusku i próbują stworzyć antymaterię. Ktoś ją kradnie wydłubując oko nieszczęsnemu pierdzielowi aby przejść przez drzwi, które zamiast klamki i zamka na klucz mają czujnik źrenicy. Tu ostrzeżenie: lepiej nigdy nie przyjmujcie stanowiska w firmie, gdzie mają takie zabezpieczenia. Nigdy nie wiesz, kiedy jakiś czub będzie potrzebował twojego oka, żeby coś ukraść. Stary pierdziel jak miał 19 lat i tracił dziewictwo na łące wśród brzóz pewnie w życiu by nie pomyślał, że za 53 lata umrze, bo ktoś mu oko wydłubie. A tu taka niespodzianka. No i co najbardziej w tym początku obiecujące to to, że jest jeszcze nadzieja, że będziemy oglądać inny film, że weszliśmy przypadkiem na inny seans. Niestety nie, bo...

W następnej scenie żwawo jak na swoje lata chlusta i pluska się w basenie Tom Człowiek Legenda Trzepiący Miliony Świeżutkich Dolców Za Film Hanks. Niczym Sherlock Holmes po dwóch rzutach zmoczonego oka na mężczyznę, który właśnie wszedł na basen i zmierza w jego kierunku odgaduje, że to wysłannik z Rzymu. A niby skąd? Przecież to druga część Kodu DaWięcej na litość!

Posłannik prawi iż 4 kandydatów na papieża ktoś porwał, ktoś kto zwie się Illuminati. I że Watykan potrzebuje właśnie jego, bo on taki sprytny i na całym świecie nie odnajdą nikogo sprytniejszego. Z tomem biega nowa laska, już tak nie atrakcyjna jak ta z pierwszej części, ale zawsze to przedstawicielka płci pięknej więc może w którejś scenie coś pokaże.. a nie, to nie tego typu film. Tak więc sobie biegają po Watykanie, bo co godzinę będzie ginął jeden z kandydatów na papieża, a o północy bateria w pojemniku przechowującym antymaterię się wyczerpie i będzie BUM. Duże BUM. Big Bada Bum! - Tak jak Leeloo mówiła w Piątym Elemencie. Dodatkowo mamy złego szefa policji, którego gra ten stary blondyn z ostatniej części Egzorcysty i z Mamma Mia oraz Ewana McGrogera, który w każdym filmie gra tak samo i jedynym zaskoczeniem dla mnie w tej produkcji było to, że mu pryszcz z twarzy w końcu permanentnie zniknął bądź też został skutecznie przysłonięty przed wrażliwymi oczami fanek. Ewan tu już nie gra ćpuna jak na początku kariery, tylko księdza, najlepszego kolegę papieża, który niestety zmarł. No więc tych 4 porwanych będzie co godzinę publicznie wykańczanych i jedynym sposobem żeby wiedzieć gdzie to dostać się do Archiwum Watykanu, takiej miłej biblioteczki w której nie wolno pić kawy, nosić brudnych skarpetek i uprawiać seksu w rogu do którego nie dosięga wzrok pani bibliotekarki, która to już od 10 lat i 3 dni chłopa nie miała. W archiwum oczywiście znajduje się książeczka w której są wskazówki i Tom wie która to książeczka, bo od lat jak sobie czytał własne książki, to we wszystkich pisało 503 czy coś takiego, a to właśnie tytuł tej, której potrzebuje. W niej odnajduje wskazówki - anioły w postaci pomników porozrzucane po całym Watykanie trzymają strzały i wskazują nimi drogę do miejsc gdzie kandydaci na papieża będą zabijani po koleii a na końcu pokazują gdzie je bomba. BO OCZYWIŚCIE KOMUŚ SIĘ KURWA CHCIAŁO 3 WIEKI TEMU NAPIERDZIELAĆ TAKĄ INTRYGĘ. I skoro tak trudno było odkryć te wskazówki, skoro sam Tom mówi, że to pewnie jedyna kopia, to skąd ten porywacz i morderca w okularach wie gdzie ma ich mordować? Kupa ludzi ginie, nie wiem ile, ale coś takiego jak w Rambo. Morderca działający oczywiście na zlecenie kogoś innego ma kilka razy okazję zabić Toma i jego brunetkę, ale tego nie robi tłumacząc się tym, że nie mają broni i że ON jemu nie kazał. Jasne, zabija cokolwiek się rusza, ale Toma Hanksa nie zabije, któż by się spodziewał? Tom podejrzewa szefa policji, że coś kombinuje. Szef policji idzie do Ewana i zamyka drzwi. Nagle słychać krzyki, wiara wbiega, a tam Ewan na ziemi i szef policji mierzy do niego z pistoletu. Po samej tej scenie widać od razu, że to Ewan jest tym złym, a ten zły tym dobrym, ale nic, oglądamy dalej. Ewan głosem małego dziecka, któremu ktoś zabrał loda krzyczy:
- To on jest mordercą! On ma pistolet!
On ma pistolet jest świetnym argumentem dla wszystkich policjantów, żeby zabić swojego szefa, bo przecież szef policji z pistoletem to nie do pomyślenia. I dobrze, że Ewan powiedział, że ma pistolet, bo może na sali kinowej akurat była jakaś niedowidząca staruszka i mogła nie wiedzieć. Tak, mało widzi, ale kocha kino, dlatego wciąż chodzi na seanse.
Szef policji zostaje od razu rozstrzelany, zaraz potem jakiś inny duchowny, ale nie David, który wie co się tu dzieje rzuca się we wściekłości na Ethana, więc ten po prostu krzyczy wskazując na niego palcem Illuminati! kilka razy, no dwa, bo po drugim już Illuminati rozstrzeliwują. Tu już mnie normalnie ściskało. Z podniecenia zacząłem dłubać w nosie, ciemno na sali, więc czemu nie.

Ethan dołącza do Toma i brunetki i lecą szukać bomby, tzn. antymaterii. Brunetka mówi, że będzie miała 5 minut, żeby wymienić baterię w pojemniku na nową, to nie będzie wybuchu. Odnajdują antymaterię, brunetka cała napięta i rozkiszona i rozikszona i spocona kładzie się na ziemię a Tom sobie myśli Wziąłbym cię tu i teraz. I z pojemnika wystają kabelki, bo wymienienie baterii w tym czymś oczywiście musi być skomplikowane. Brunetka że nie zdąży wymienić, bo tu jest zimno i bateria pada szybciej niż się ona spodziewała. Ha. I Ewan chwyta bombę, ucika z nią do helikoptera i leci w niebo. Oczywiście umie latać, bo jak był małą sierotą, która jakoś tak się dostała do kościoła i została ulubieńcem papieża, to papież z miłości wysłał go do szkoły latania mówiąc: Ty się chłopie lepiej latać naucz, bo nigdy nie wisz, kidy ci się to może przydać! Leci i leci i kiedy już pomyślałem, że cep nie wyskoczy na spadochronie helikopter wybucha. Wybucha bardzo widowiskowo, jak to na antymaterię przystało, metalowy płot leci na Toma i brunetkę, ale Tom jest człowiek błyskawica i nachyla się wraz z nią, niestety dwójka ludzi stojąca za nim już takiego szczęścia nie ma. Zaraz potem Ewan spada z nieba na spadochronie w zupełnie bezsensownych ujęciach: kamera leci wraz z nim i pokazuje jak Ewan się obija o dachówki, jak się przez dachy łomoce ażeby na koniec bezpiecznie wylądować. Bohatera chcą zrobić papieżem, bo czemu nie, w końcu umie latać jak Superman, uratował świat i ładnie mu z oczu patrzy a z pyska wódą nie jedzie. Tom go dekonspiruje i Ewan się spala żywcem. Czemu nie.

Koniec.

A! I jeszcze się okazuje, że to on też zabił papieża. Bo on go zabił. Papieża. Ewan, ten co tak pinknie śpiewał z naciągniętą Nicole o miłości.

W filmie w oczy kole SONY, na cokolwiek nie patrzą co jest ekranem bądź ma klawiaturę, to to jest SONY. Znacie moją opinię. Tom gra tak, jakby już nie musiał się starać, a i tak mu zapłacą. Czyli tak samo jak cała reszta starszych kasowych gwiazdorów kina. Ani razu nie grają skocznej muzyczki. Jeżeli książki są fajne, to te dwa filmy na długi czas mi sprzykrzyły czytanie powieści na podstawie której nakręcili te dwa żenująco nudne i przewidywalne badziewia. Tom tu gra po prostu Indianę Jonesa, tylko w wersji Radio Maryja. Film znowu kosi kasę dookoła, a ja bym szczerze cofnął czas i po Star Treku wrócił już do domu odpuszczając sobie AiD.

piątek, 15 maja 2009

Hombre
Ostatnio natrafiłem na bardzo ciekawy francuski komiks pt. Hombre. Cywilizacja upadła i każdy walczy o przetrwanie. Jak widać po okładce jest dużo piersi. Kolory są świetne. W każdym razie hombre znaczy: facet, mężczyzna, gość, koleś. Mi natomiast przyśniło się dzisiaj, że gadałem ze znajomym francuzem i mówię mu o tej serii i pytam go To hombre znaczy mężczyzna, nie? a on odpowiada:
- Nie. To znaczy mocz.

MOCZ.

Niezbadane są drogi ludzkiego mózgu, szczególnie we śnie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Matrix'owa kolejka.
Póki jeszcze mam tą/tę iskrę:

Wszyscy tego doświadczamy. Kolejki. W pewnym sensie stanie w kolejce to jak bycie w zwolnionym tempie Matrix'sie - pamiętamy dobrze, kiedy Neo się uginał przed przelatującymi widowiskowo kulami. Czas zwalnia. Czas staje w miejscu, tak jak w kolejkach. Bziuuuum! (tu onomatopeja zwalniającego czasu. Tak, nie jestem taki głupi. Znam ten wyraz. Ha!).

Dzisiaj stałem w jednej z nich. W supermarkecie z trzeba butelkami wody w ramionach. Na cały duży supermarket po godzinie 21szej tylko trzy kasy operowały. Ja stanąłem przy tej z maksymalnie do 10ciu rzeczy. Jednak mam takiego pecha co do stawania w najwolniejszej kolejce. I tak: przede mną trzy brygady: zasuszona kobieta, blondyna co się pewnie już dyma z chłopakiem oraz mężczyzna wątpliwej urody z karmą dla psów w postaci worka i puszek z pysznościami. I niby nic, a tu zasuszona kobieta chce kupić bluzkę. Oczywiście bluzka nie ma kodu kreskowego (tu możemy winić klientkę za to, że nie przyjrzała się, czy cena z kodem jest czy nie, no, ale jesteśmy tylko ludźmi, to co dla jednych jest podstawą dla innych jest skomplikowanym działaniem bądź też myślą o Antarktydzie, tzn. po co miałbym o niej myśleć? I czy w ogóle ona istniała? - Możemy też winić tą osobę, która tą cenę zdarła gdzieś kiedyś lub pracowników, że z ogniem w dupie nie obiegają działu z odzieżą w poszukiwaniu zagubionych kodów kreskowych. Możemy w sumie winić wszystkich, nawet Jezusa). Bluzka nie ma kodu kreskowego, więc zarumieniona ekspedientka (skromna również o blond włosach nie anielica) chwyta bluzkę i niknie w czeluściach sklepowych w poszukiwaniu nadziei, szczęścia, pomocy i zagubionego kodu kreskowego. I to ginie nie w czeluściach prowadzących do odzieży, tylko w innych, jeszcze bardziej czeluściowatych. (Tak, wiem, ino takie słowo nie istnieje w słownikach).

Tymczasem moja uwaga zostaje odwrócona przez syna, który z ojcem stoi za mną w kolejce. Nie odwracam się aby im się przyjrzeć, gdyż nie mam czelności. Synek opowiada tacie o czymś, co go rozśmieszyło, że ktoś śmiesznie śpiewał i tu nuci. Faktycznie śmiesznie. Widać jednak, że ta historyjka miała tylko zmiękczyć serce milczącego rodziciela, gdyż wkrótce potem słyszę, że synek pyta, czy może sobie kupić te sjuksy, tzn. cukierki. I słowami wypranego z mózgu przez reklamy człowieka cytuje, że one są na gardło i że dzięki nim tak cię nie napierdziela te gardło. Tata milczy. Tata mówi, że nie. Blond ekspedientki wciąż nie widać. Pewnie wpadła w czarną, głęboką i cuchnącą dziurę.

Zasuszona kobieta, która jest przecież niewinną ofiarą również zaczyna się czerwienić wyczuwając rosnące niepostrzegalne napięcie i agresję koncetrujące się na niej, bo kto ma być kozłem ofiarnym jak nie ona? Już jej pot ciarką ścieka zza ucha po szyji, w lewo i pod cycka. Tak, gdybyśmy byli na Dzikim Zachodzie, to by zawisła, chyba, że Lucky Luke by przejeżdżał obok. Synek nie traci wiary znajdując nowy przedmiot porządania i ciska twardo lecz jednocześnie słodko i niewinnie jak to na dzieci przystało: Czy mogę dostać to? Jest tanie. 3 za tyle i tyle. 1 tylko za tyle. Jedno tylko za tyle powtarza jeszcze dwa razy używając prawdziwej ceny. Tata pęka mówiąc od niechcenia, że tak.

Mięczak.

Z czeluści roztrzepana, ze zmierzonymi włosami i dziurami w butach, ze smutkiem i goryczą, ale przede wszystkim z poczuciem winy wraca pani ekspedientka. Z wyrazu ich twarzy widać, że mówi do zasuszonej kobiety iż niestety bida, zaś zasuszona kobita kręci głową, łomoce i trzepoce wyrzekając się skażonej na wieki wieków (amen) bluzki w kolorze różowym. I prosi o szlugi. Bo by tego inaczej nie przetrwała. Możemy sobie ją wyobrazić zaraz po wyjściu ze sklepu jak nerwowo otwiera paczkę, wyciąga szluga, zaciąga się i myśli: Lipa, kurwa, a tak by mi było w niej do twarzy. Stres jest częścią naszego życia.

Dalej niestety nie jest już tak ciekawie, kolejka idzie dalej, Pan z karmą staje się łamigłówką w mojej głowie. Dlaczego przyszedł tu tylko po to, tylko po żarło dla zwierzęcia? Nie potrzebuje niczego innego? Może ma tylko tego psa? Albo żona go wysłała, bo pikuś skamle. Któż wie? On tylko wie.

Płącę za wody, uśmiecham się do blond ekspedientki starając się nie pokazywać żółtych zadymionych zębów z tą psującą się w brzydki sposób jedynką, odpowiada uśmiechem i znikam.

Doświadczyliście właśnie Matrix'a Kolejkowego.

niedziela, 10 maja 2009

Ludzie i parapety: Mike i Ja
Nie, to nie Marley and Me przydługaśny film dla miłośników psów. Choć Alan Arkin był tam zajebisty. Mike to w pewny sensie sąsiad - jego syn żyje na tej samej ulicy co ja, więc Mike pojawia się często.

Moje pierwsze wspomnienie to kiedy pewnego dnia ktoś zaczął nam wyrywać chwasty w dwumetrowym ogródku przed domem. To był Mike. Raz, kiedy przez przypadek zostawiłem klucze do domu w pracy Mike pomógł mi dostać się do środka. Od tyłu (domu) podważył małe okno szpachelką, dzięki czemu udało mi się dostać do środka. Kiedy szukałem piły to on zaoferował, że jeśli dam mu pieniądze kupi mi świetną. Kupił. Kiedy mi ją dawał powiedział tylko jedno (tak w rzeczywistości to powiedział o wiele więcej jako ciekawy życia innych człowiek) Uważaj bardzo, bo ostra. Pomyślałem sobie, że przecież głupi nie jestem.

Kilka miesięcy później po spożyciu dwóch kieliszków wina po 20stej piłowałem coś w domu. I piła mi zjechała i rozciąłem sobie dłoń. Niby nic, ale krwi było dużo więc taksówką pojechałem do szpitala i zszyli. I ta przyjemność kosztowała mnie 60 euro, a szwy tylko papierowe. I kolejna blizna do kolekcji.

Pomimo całego jego wariactwa to dobry uczynny człowiek. Tak więc w serii parapety należy go zaliczyć do ludzi. Niedawno wrócił na ulicę na którą i ja powróciłem. Zamiatał chodnik. Przed domem syna. Później zamiatał chodnik kilka domów dalej. Pomyślałem naiwnie, że znajomemu pomaga. W niecałą godzinę później był już na drugim końcu ulicy koło taniej fryzjerki gdzie ukończywszy zadanie zamiatania klęcząc podnosił pety. Pojary. Tak. Cały Mike.

Mike to agent.

piątek, 8 maja 2009

Przybyłem, zobaczyłem, kupiłem i... poległem.
Dzisiaj rano ta sama historia z Sony Vaio. Zdechł jak stary pies pod drzewem. Czytając dalej dowiedziałem się, że nVIDIA wydała koło 50 milionów dolców żeby wymienić te spartolone procesory. A co ze mną? Laptop po gwarancji, na stronie Sony w forum kupa ludzi doświadczyła tego samego. Bardziej szczęśliwi jeszcze byli na gwarancji. Sony nie jest aż tak winne, w te procesory GeForce Nvidia zaopatrzyło się większość producentów laptopów od HP po Dell.

Jednak Sony jest winne temu, że mi laptop nie działa. Że nie mogę przy nim ślęczeć dniami i nocami. Że będę musiał więcej rysować a w międzyczasie kombinować.

Kij im w procesory.

czwartek, 7 maja 2009

Co, laptop ci się zepsuł? A, to NVIDIA dźgnęła cię w plecy!
Tak wygląda nieszczęśliwy nabywca Sony Vaio VGN-FZ serii:Kiedy kilka lat temu po dwóch latach używania po prostu mi padł telefon Sony Eric nabrałem podejrzeń co do wielkich koncernów zajmujących się produkowaniem sprzętu elektronicznego. Dlaczego moja komórka padła? Tak bez powodu?

Mój pierwszy laptop to HP Pavillon. Umarł śmiercią naturalną - ktoś kiedyś pierdyknął w monitor i go strzaskał. Tak poza tym wciąż jest cacy. Tyle, że nic nie widać. Za drugim razem chciałem kupić dobry laptop, taki na wiele lat. I dałem się ponieść siłom sugestii i kupiłem Sony Vaio. Sugerowałem się danami technicznymi i poradami jednego przyjaciela. Co mnie urzekło w laptopie to to, że miał (i ma) GeForce - który jak wiemy z komputerów stacjonarnych jest silną kartą graficzną. Sęk w tym, że jest to NVidia GeForce. NVIDIA już jakiś czas przed zakupem Sony rzucała mi się w twarz plakatem ze sklepu komputerowego. Mamiła pięknym obrazem, płynnością, takim sztucznym elektrycznym orgazmem. Nie dałem się zmamić.

Czyżby?

Półtora roku temu kupiłem więc Sony i wszystko było cacy aż do tygodnia temu, kiedy to coś nawaliło. Wpierw kolory zrobiły się strasznie dziwne, jak po narkotykach. System się zawiesił. Po zrestartowaniu wyrosło pełno literek á na czarnym ekranie. Ukryte przesłanie na miarę Kodu DaWięcej? O nie...

Nie będę was i siebie samego jeszcze raz męczył szczegółami tego, co się działo przez 4 dni z uzależnionym od nieuzależnionego od niego sprzętem elektronicznym Sebastianem (trudne, acz poprawne zdanie?). Przejdę od razu do rezultatu i OSTRZEŻENIA: Laptop mi znowu działa. Uff. Jednak co najbardziej mnie dręczyło to odwieczne pytanie DLACZEGO? Sprawdziłem dysk twardy, karty pamięci, monitor - wszystko OK. Dzisiaj odkryłem co się stało.

NVIDIA wyprodukowała wadliwe chipy. Po prostu chała! Pogrzebałem w internecie i natknąłem się na kilka artykułów. Wadliwe chipy dotyczą właśnie GeForce serii 8M. Nie przyznają się do tego oficjalnie, a każdemu, kogo ten problem doświadczył (jak się okazuje miliony ludzi na całym świecie) sugerują przerzucenie się na nowe lepsze ładniejsze chipy, tzn. kup pan se nowy laptop. Po czym poznać? Komputer się przegrzewa, nawet jeśli nie smażysz na nim jajek, system bez powodu się wyłącza, stare dobre programy coś szwankują. O tak, zawsze są wcześniejsze ostrzeżenia. Sprawa jest bardzo poważna.

Ale nikt ci tego w sklepie nie powie. Nikt się nie przyzna. Przypomina mi to trochę ten dobry stary film z Michaelem Douglasem i Demi Moore W sieci.
No dobra, ta okładka za dużo nie mówi o wadliwych chipach (które były gwoździem programu w tym filmie) tylko przesiąka seksem.

Kupiłem Sorry, tzn. Sony w Irlandii gdzie gwarancja jest tylko na rok. Tymczasem w Niemczech na 2 lata ( i w kilku innych krajach Europy). Już nawet nie chodzi o to, że NVIDIA to partole i nie kupujcie laptopów z nią, chodzi o to, że ci wszyscy producenci tak sprytnie kombinują, że tworzą twój laptop czy co tam z takich części, które po krótkim czasie od upływu gwarancji padają i trzeba kupić coś nowego. To światowy spisek. I nie robi różnicy czy to Sony czy HP czy cokolwiek innego, skoro one wszystkie i tak są produkowane w Chinach. Jedyną różnicą są kampanie reklamowe. Marketing, który wwierca nam się w mózgi ze wszystkich stron.

Mój Sony działa na opcji oszczędność prądu, żeby się nie przegrzewał. Wierzę, że po tym wszystkim w każdej chwili może wyciągnąć kopyta. Następnym razem nim kupię nowy laptop dogłębnie zbadam rynek.

poniedziałek, 4 maja 2009

Denek i Kluska
Druga strona Denka i Kluski prawie gotowa. Męczę się z rysunkiem w kuchni. Perspektywa mnie dobija i nie chce wyjść tak jakbym chciał. Ale przynajmniej mam wyzwanie. Wkrótce pokoloruję drugą połowę 1wszej strony i opublikuję. Naszkicowałem też 3cią. To są świetne postacie, naprawdę. Został niecały miesiąc, aby Zuda odpowiedziała. Jak nie odpowie to przyjdzie list mówiący, że niestety nie tym razem. Jeśli (olaboga!) tak się stanie, to od razu wyślę moje nowe zgłoszenie - właśnie to z Denkiem, Kluską i Dietą. Do tego czasu powinienem mieć 8 paneli spokojnie skończonych, pokolorowanych i przetłumaczonych. (1 strona formatu A4 będzie podzielona na pól z powodu wymagań Zudy, co daje nam praktycznie dwie strony Zudowe z jednej prawdziwej). Jeśli jednak tak się stanie i wyślę Denka i Kluskę, to będę musiał ich usunąć ze swojej strony na okres 3 miesięcy podczas który edytorzy Zudy zadecydują czy komiks dostanie się do konkursu czy nie. Takie warunki.

Czekałem ponad rok z wysłaniem swojego nowego zgłoszenia do Zudy, tyle właśnie minęło od Ramireza i Kristosa do Krzyków Wewnątrz. Tym razem wyślę od razu i będę tak słał, póki pomysły i postacie mi się nie skończą.
Parapety: Czerwona TWARZ.
Kolejną ciekawą osobowością żyjącą sobie spokojnie w moim małym miasteczku jest ten pan na ławce.Niestety wstyd mi robić ludziom publicznie zdjęcia, więc pstryknąłem z daleka i niestety niewiele widać. Gdybym tylko wiedział, że ma wciąż spuszczoną głowę.. może podszedłbym bliżej?

Ten człowiek jest dość wysoki. Jest stary. Ma w miarę długie przylizane blond włosy. Jego cała twarz jest czerwona niczym twarz pijaka. Śmierdzi. Zdaje się że godzinami potrafi przesiadywać na takiej ławce nic nie robiąc. A życie płynie obok. Być może chodzi do sklepu. Ma torbę zakupową, ale nigdy go w sklepie nie widziałem. Ktoś gdzieś kiedyś skrzywdził go porządnie. Wątpię, żeby był bezdomny. Musi gdzieś mieszkać. Gdzieś blisko mnie, dlatego tak często go widzę. Nie chcę tak skończyć:Deprecha.

sobota, 30 maja 2009

Uuu.

U mnie ciepło. Wreszcie. Irlandia to przeważnie zimny i deszczowy kraj.

Zdaje się że w poniedziałek czy wtorek dostanę negatywną odpowiedź od Zuda i będziecie mogli wreszcie przeczytać pierwsze 8 ekranów opowieści fantasy Krzyki wewnątrz. Ślamazarnie kończę 4 stronę D+K i wkrótce po tym będę ich kolorował. Spotkałem już ze dwa czy trzy komiksy, w których bardzo podoba mi się kolorystyka. Zwykle nie jestem fanem cieni i warstw kolorów, ale w przypadku tych niewymienionych z tytułu komiksów bardzo mi się to podoba i chciałbym tak umieć kolorować. Zastanawia mnie też, czy są one kolorowane nie za pomocą komputera i czy programem komputerowym można osiągnąć takie piękne kolory. Praktyka, praktyka, praktyka. Wszystko za tym się kryje.

Czego szczerze nie cierpię w komiksach i ilustracjach, to kiedy są beznadziejnie cieniowane w photoshopie. Ach, jak znajdę jakieś przykłady to wam pokażę.

Tymczasem!

środa, 27 maja 2009

Tam i z powrotem - przygoda Herr Zebagginsa

Życie w Aż'GdzieśPolazła przypominało trochę te w Nie'tfujinteres, jednak pod wieloma względami było całkowicie odmienne. Historia ta wydarzyła się dawno temu, w czasach, w których świat nie polegał całkowicie na przemyśle Chin, kiedy egzystencja nie była opleciona Cyfrową Światową Pajęczyną; w czasach w których wciąż wierzono w magię, a nie tylko w magię miłości. Świat był zielony a serca wypełnione szczerym szczęściem, dusze nie przygniecione betonem cywilizacji.

W krainie Aż'GdzieśPolazła znajdowała się mała osada zwana SharikU'doNogi, w skrócie Sharik. Mieszkały tu dzielne mniej a bardziej rozleniwione hobbity. Teraz, kiedy na półkach w różnych zakamarkach świata znajdują się historie spisane przez pana Tolkiena nie musimy już tłumaczyć kim byli hobbici. Jednak w jednej chatce z czerwonymi jak maliny drzwiami mieszkała istota całkowicie odmienna, nie miała owłosionych stóp ani nie była śmiesznie niska. Miała zaś czarny zarost i burzę najeżonych długich włosów. Był to człowiek, a nazywał się Herr Zebaggins. Nikt już dzisiaj nie pamięta skąd przybył i nie jest to zbyt ważne. Herr należał do wioski jak każdy inny mieszkaniec i tak samo był traktowany.

Zimny deszcz łomotał w drewniane okiennice chatki Zebagginsa, kiedy to on skulono-zgarbiony zanurzał swe łapczywe palce w skrzyni ze skarbem. Wyjął go delikatnie i położył na swoim ulubionym kamieniu na którym to też jadał jajecznicę z rana. Kamień nazywał się Zbigniew i pochodził ze starego wymierającego już szlachetnego rodu Gadających Kamieniusów. Niestety Zbigniew, który lubił być nazywany po prostu Zbyś, zatracił większość dumy i elokwencji swych przodków i stał się wieśniakiem.

- Zabierz to cholerstwo, wystarczy mi, że służę ci za stół kuchenny. Nie potrzebuję jeszcze tego grzejnika! - wyrzucił z siebie Zbigniew. Tym co było cholerstwem dla Kamieniusa a skarbem dla Zebagginsa był laptopus. Prostokątne pudło, które otwierało się jak książka i za sprawą magii pokazywało czarodziejskie krainy. Coś jak lustro Złej Królowej ze Śnieżki, tylko w wersji kompaktowej. Kontrolowało się go nie różdżką, lecz pierścieniem. Tak, duży różowy pierścień z wygrawerowanym Bowie też tu był spoczywał tam, gdzie my dzisiaj mamy klawiaturę. Ignorując pretensje Kamieniusa Herr nie zdjął laptopusa. Z gruchotem w kolanach wstał, aby przyrządzić sobie coś do jedzenia. Kiedy powrócił laptopus leżał na ziemi ze strzaskanym monitoriusem, zaś Zbigniew jak gdyby nigdy nic gwizdał sobie pod uchem.

- Coś ty zrobił, świnio? - wrzasnął rozwcieczony i zdziczały Herr.
- Ja?
- Widzisz tu inne gadające kamienie?!
- No... nie. Ale ten kamyk pod framugą na lewo od mysiej dziury od dłuższego czasu wydawał mi się podejrzany. Może do niego mówisz?
- Gadaj psie, dlaczego zwaliłeś mój skarb?! - wymawiając słowo skarb Herr wykrzywiał usta i mowę w psychodeliczny sposób.
- Ja nic nie wiem! Leżę tu sobie spokojnie marząc sobie o seksownej Kamienicy z którą mógłbym pokombinować i być może nawet uratować swój ród, a tu nagle TRACH! Laptopus na ziemi.
- A dlaczego wgniecenie na monitoriusie wygląda jak twój zad, Zbysiu?
- Skąd mam wiedzieć? A wiesz co? Pierdziel się! Nie potrzebuję cię! Już dawno bym się wyprowadził, gdybym miał nogi, a tak jestem zdany na twoją łaskę. - Po czym Zbigniew popadł w mogące trwać nawet lata milczenie. Zabaggins również ucichł. Upadł na kolana nad laptopusem, a po policzku spłynęła mu łza. Jego skarb został zniszczony.

Następnego ranka Herr poszedł do Elekrtozwisa, który szczycił się fachową poradą w sprawach wszelakich: od leczenia ślinokrwotoków krowich po bezbólowe wyrywanie kończyn. Jego ciało wyglądało jak koc, taki był włochaty. Ponieważ było mu tak ciepło i wygodnie i ani nie łaskotało ani nie szczypało nie przycinał włosów i paradował nago, trudno było jednak to spostrzec. Wystawały tylko dwie kulki na górze będące jego oczami.

- Bry! Da radę wymienić monitoriusa? - Herr przeszedł od razu do rzeczy pokazując to, co było jeszcze wczoraj jego skarbem.
- Bry - przywitała się również złota rączka. - Da, nie da - stwierdził obojętnie Elektrozwis. -Miałem raz z czymś podobnym do czynienia, acz za dużo babrania w tym było. Poza tym to by cię drogo kosztowało bez żadnej gwarancji, że mi się uda. Lepiej będzie jeżeli kupisz sobie nowego laptopusa.
- O. A ile by kosztowała naprawa?
- Ze dwie, trzy świnie i worek pyr. A nowego laptopusa można już dostać za 7 świń. Okazja.
- Dziękuję za nic, Elektrozwisie - burknął Herr i odszedł ścieżką prowadzącą przez pagórek. To był piękny dzionek, rosa jeszcze nie znikła z pól, świeże morskie powietrze smagało poliki ciężko pracujących hobbitów, a wilki spały spokojnie śpiąc o zającach nadziewanych w ślimakach. (Tylko Wilczuś nie spał spokojnie bo miał gorączkę i się trząsł).

Herr Zebaggins sprzedał swoja figurkę Scarlett Elfa w Białych Podwiązkach i zakupił nowego laptopusa, który nazywał się Sowy. Sowy to była świetna marka i Herr był bardzo zadowolony z zakupu. Do czasu...

Zieleń zszarzała, zbielała i znowu zazieleniała. Sruman drapał się pod pachą, Wielkie Oko które patrzy myślało o zakupie szkła kontaktowego, bo wzrok już nie ten sam co kiedyś. Ruchome Drzewo złapało reumatyzm. Minęło 18 miesięcy. Słonko wychyliło się zza Zwapniałych Gór. Zebaggins otworzył oczy, przetarł oczy i oczom nie mógł uwierzyć: jego laptopus zburaczał. Tak, monitorius wyglądał niczym po zażyciu kwasa (od LSD po SLD). Przerażony Herr zrestartował systemus i ujrzał dużo niebieskich pasków tam, gdzie nie powinno ich być. Wkrótce potem laptopus sam się wyłączył. Coś było zdecydowanie nie tak.

Tymczasem hen daleko, w Dolinie Brutalnej Łysiny Atakującej Z Nienacka Zły Czarnoksiężnik Sonyrys pławił się w rozkoszy. Musicie wiedzieć, że to jego orki produkowały laptopusy Sowy i że Sonyrys był odpowiedzialny za problemy nie tylko Zebagginsa, lecz wszystkich, którzy nabyli jego produkt. Tysiące o ile nie setki tysięcy biednych duszyczek klepało właśnie i kręciło bezmyślnie różowym pierścieniem łudząc się, że ich Sowy będzie jeszcze działał. Czarnoksiężnik zacierał łapczywie ręce przewidując przyszłe zyski wszystkich tych, którzy zwrócą się do niego po nowszy model, w końcu miał on monopol. U jego kolan leżała skąpo ubrana Allelacha z rodu elfów. Przykuta łańcuchami do ściany zmuszana była przez śmierdzące i obleśne orki do mycia stóp Sonyrysa, wachlowania go, podawania mu winogron jedno po drugim oraz do jeszcze gorszych rzeczy.

Allelacha miała długie złociste włosy, a jej piękna twarz kogoś, kto osiągnął permanentny stan nirwany, okrył smutny cień uwięzionej duszy. Dwa lata temu wracała nocą z wyprawy do Chorego Na Starość Dziadka Edka do domu. Jako córka AlloAllogo, króla Elfów, towarzyszyła jej obstawa - młody szczupły i wysoki łucznik Orlando Rozkwita oraz niemłody nieszczupły łucznik z umiejętnie zatajanym kiepskim wzrokiem Pija Er'cola. Czarnoksiężnik Sonyrys dusił w sobie przez wiele lat nienawiść do AlloAllogo. Niegdyś byli najlepszymi kumplami aż do pewnego fatalnego jesiennego wtorkowego popołudnia o którym teraz opowiemy.

Na szczycie gigantycznego dębu zwanego Drapaczem Chmur w Lesie Pokoju mieścił się pałac Króla Elfów. Zaprojektowany był przez Dariusza NadgodzinyRobięNiechętnie'ego. Taka mieszanka łuków, kolumn i kolorowych szklanych ścian z wymalowanymi kwiatkami i zwierzaczkami. Dla czadu pośrodku była fontanna, która wyglądała jak niemiecki żołnierz kupujący chleb u rosyjskiego sprzedawcy, który przeprasza, że chleb zamrożony, ale w końcu zima jest. W komnacie tarasowej z widokiem na liście czarnoksiężnik i król grali w warcaby. Żartowali, popijali świetne wino, od czasu do czasu puszczali do siebie przyjacielskie oczko. AlloAllogo lekko wstawiony zdjął sandał i pod przykryciem stołu z dala od wzroku służby zaczął smyrać stopą krocze Sonyrysa. Sonyrys się wzdrygnął:

- Co ty wyprawiasz stary?
- No co? - zdziwił się Król Elfów. - Myślałem, że chcesz! Klepiesz mnie po kolanie, puszczasz oczko, wysyłasz łatwe sygnały.
- Czy cię pojebało Allo? Klepię cię, bo cię lubię. Puszczam oczko, tak jak dziecku się puszcza. Nie mam żadnych ukrytych zamiarów. Boże! Czemu zawsze wszystko musi być takie zboczone z tobą do cholery? Nie możesz być normalnym mądrym i szlachetny królem takim jak w książkach? Musisz mi dotykać krocza stopą? Co z tobą nie tak, stary?
- Ależ wszystko ze mną w porządku - odparł spokojnie król. - Jestem elfem, to prawda, że powinniśmy być cnotliwi i bla bla, ale spójrzmy prawdzie w oczy: życie to nie książka. Książki są cenzurowane, jak piszesz opowieść fantasy i chcesz żeby jak najlepiej się sprzedała to nie możesz ani tam przeklinać, ani pozwalać każdemu kurwić się z każdym. Bo to już by była książka dla dorosłych i prawdopodobnie nie zostałaby odebrana serio. Każdy ma swoje żądze. Ja też, nie będę tego ukrywał przed tobą. Może dlatego, że jestem królem mam trochę więcej śmiałości...
- Masz śmiałość, bo już trzecią butelkę wina obaliłeś, ot co! Może i by mi pochlebił twój gest, ale ja nie jestem zboczony.
- A gdybym powiedział, że zrobiłem to dlatego, żeby odwrócić twoją uwagę od gry, żeby cię zdekoncentrować, bo mi źle szło, wybaczyłbyś mi wtedy?
- Aa! - ucieszył się Sonyrys, który bał się, że nie poznaje swojego starego przyjaciela. - To zupełnie inna sprawa! Przeprosiny przyjęte. Grajmy więc dalej!

Tegoż samego wieczoru czarnoksiężnik nocował w pałacu króla. Chrapał sobie spokojnie w ciepłym okrytym mrokiem łożu, kiedy to poruszyła się klamka, drzwi skrzypnęły i ktoś wszedł do komnaty. Cicho na paluszkach przebiegł po kamieniuszkach (na szczęście żaden z nich nie był gadającym) i wszedł pod kołdrę. Objął leżącego bokiem czarnoksiężnika i przytulił się ufnie. Sonyrys miał jeden ze swoich futurystycznych snów. Śniło mu się, że szczęśliwy jedzie żółtym rowerem. Nagle okazało się, że nie ma siedzenia i rura wbija mu się pomiędzy pośladki. Wtedy się obudził i z przerażeniem spostrzegł Allogo przyciskającego się do niego.

- A więc wcale nie chodziło o to, że przegrywasz w warcaby! - wrzasnął zdeprawowany Sonyrys. Spakował manatki nie chcąc wysłuchiwać tłumaczeń i odfrunął na miotle. Ale była to męska miotła. Właśnie to wydarzenie na zawsze pozostawiło na nim niewidzialną szramę. Niechęć i nienawiść do AlloAllego. W końcu praktycznie go zgwałcił we śnie, jego Złego Czarnoksiężnika, postrachu lądów i oceanów. Pragnienie zemsty narastało w nim dzień po dniu, nasilane z każdą butelką wina i liścikiem przeprosinowym od Króla Elfów. Sonyrys postanowił porwać jego największy skarb - piękną córkę. Wysłał drużynę 30stu orków bojowych, która zaatakowała, kiedy Allelacha powracała z odwiedzin u dziadka.

- Zostań tu księżniczko! - krzyknął Orlando prąc z napiętym łukiem na wrogów. - Osłaniaj mnie Pija Er'cola!

Pija Er'cola wycelował strzałę w nieprzyjaciela i wystrzelił. Strzała leciała wolno. Ci, którzy byli w obozie uciekali. Wzrok Allelachy śledził lot strzały z przekonaniem i wiarą w umiejętności Pija. O tak, strzała celnie trafiła w tył głowy Orlanda przeszywając ją na wylot i jeszcze nadziewając na czubek przelatującego kruka (to była dłuuuga strzała). Tej nocy Pani Krukowa nerwowo paliła ostatniego papierosa przy kominku zastanawiając się, co Edkowi tak długo zabiera kupienie jednej paczki papierosów. Wracając do naszej historii:
- Trafiłem! - uradował się Pija.
- Ale trafiłeś Orlanda ćwoku! - powiedziała przerażona Allelacha.
- Hmm.. - zamyślił się Er'cola. - Teraz będzie mi trochę trudniej ukrywać mój kiepski wzrok. - Wypadki potoczyły się szybko - W głowę Pija został wbity topór a księżniczka złamała paznokieć na twardym jak skóra hipopotama policzku orka.

Tak oto Sonyrys uczynił z córki Króla Elfów swoją niewolnicę broniąc potężnym zaklęciem zamczysko. Zaklęciem, którego Elfy nie potrafiły złamać i tym samym oswobodzić Allelachy. Po tygodniu formatowania systemusa zmęczony i zły oraz nieświadomy opisywanych wyżej wydarzeń Herr Zebaggins postanowił wyruszyć do twierdzy Sonyrysa i rozprawić się z nim na dobre za to, że sprzedał mu felerny produkt. W dodatku gdzieś mu się tytoń zapodział (podejrzewał o kradzież czarodzieja kleptopmana Gadalfa), co sprawiło, że każdy atom jego ciała błagał o tytoń, a to, zapewniam Was, nie było zbyt relaksujące uczucie.

Czy Herr Zebaggins dostanie nowego laptopusa? Czy Allelacha zostanie uratowana? Czy Sonyrysa spotka zasłużona kara? O tym dowiecie się w następnym odcinku!

poniedziałek, 25 maja 2009

D+K: Choć żreć się chce..

.. to nie wolno! Denek i Kluska wciąż głodują. Są dopiero w pierwszym dniu ich 13sto dniowej diety, tak więc najgorsze, najbardziej mroczne i krwawe jeszcze przed nimi. Za to prace nad tą historią posuwają się do przodu. Stronę 3cią narysowałem w tydzień, z czego się cieszę (nie tknąłem gumkowania czy kolorowania). Obecnie jestem prawie w połowie strony 4tej.

Wczoraj i dzisiaj męczyłem się z trabantem. Nie żebym silnik naprawiał, mechanika samochodowa nie jest moją mocną stroną. Męczyłem się z rysowaniem modelu p50 z 1958 roku. Nie mam zbytniego doświadczenia w rysowaniu samochodów, a kiedyś trzeba zacząć. Tym właśnie pojazdem porusza się Kluska z Denkiem. Udało się, zadowolony jestem tak średnio. Jak tylko skończę 4tą stronę i pokoloruję to wysyłam do Zuda. Krzykom wewnątrz został się tydzień na odpowiedź czy dostały się do konkursu czy nie, nie ma co się oszukiwać. Jakby im się podobało to odpowiedzieliby w ciągu miesiąca odkąd wysłałem im komiks. Biorąc pod uwagę, że na moją stronę www wrzucam po pół strony, to będziecie jeszcze mieli okazję przeczytać 7 kolejnych w miarę postępów z kolorowaniem, a potem przetłumaczę na angielski i wyślę z czym - jak już zdaje się pisałem - wiąże się to, że 8 stron D+K znikną na 3 miesiące z www.sebastianjaster.com. Albo znikną i na dłużej, jeżeli komiks dostanie się.

Pożyjemy, zobaczymy.

LunaTYCKIE tłumaczenia: Zawodowcy, ale nie tacy jak Leon.

Po reklamie filmu Righteous Kill z Alem Pacino i DeNiro poczułem się niedobrze. Z kilku minut reklamówki widać już było że scenariusz jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Gdzieś tam na kuli ziemskiej jakiś typ dostał pieniądze za spłodzenie gówna. To piękny świat w którym żyjemy - robisz kupę i ci za to płacę. I oczywiście mógłbym użyc jakiegoś bardziej wyszukanego języka, ale dobrane tu przeze mnie słowa wyrażają prawdę najlepiej.

No i dzisiaj dowiedziałem się jak ten film Słomiany Janek przetłumaczył - Zawodowcy. Ling.pl mówi nam, że righteous oznacza: prawy (człowiek), cnotliwy, sprawiedliwy
A kill to wiecie sami. Trudno, żeby po obejrzeniu Kill Bill ktoś wciąż nie łapał co znaczy kill. Pomimo zdeprawowania i narkotyków Jack Nickolson w filmach wciąż trzyma klasę, gra tak jak wygląda, nie próbuje udawać, że wciąż ma 40 lat. Para starych wapniaków za których kaskaderzy skaczą przez półmetrowy płot to nie dla mnie i zapewniam Was Drodzy Czytelnicy, nie dla Was.

piątek, 22 maja 2009

LunaTYCKIE tłumaczenia: Ekhe-em!

He's just not that into you - To się samo przez się rozumie, że powinno być przetłumaczone: On wcale na ciebie nie leci.

A my mamy genialnego Słomianego Janka Tłumacza, który pewnie dobrze (lub i nie) zarabia w swoim zawodzie z anielskim tłumaczeniem: Kobiety pragną bardziej. - Gdzie tu kurna logika?

Kasety, ale nie sex kasety. Choć może?

Pewnego dnia mój tata zdecydował się wreszcie na zakup odtwarzacza wideo. Niestety magnetowid był o jedną poprzeczkę cenową za daleko dla nas, albo też zamiast magnetowidu mogliśmy kupić i wideo i nowy telewizor. Było to jakoś na początku lat '90tych. Szczęśliwy, że wreszcie będzie mógł oglądać ciekawe filmy Sebastian pobiegł wypożyczyć coś. Niestety we wszystkich trzech wypożyczalniach kaset wideo do których zaszedł (więcej nie było) potrzeba było dowodu osobistego, żeby się zapisać. Tak więc młody chłopiec wrócił zawiedziony do domu.

Dzień później wraz z tatą zapisali się do wypożyczalni Videx a ich numerem klienta było 926. Pierwszym wypożyczonym filmem był Robocop, bardzo przerażający film dla młodego ducha. Czas upływał, Sebastian praktycznie obejrzał wszystkie filmy w małej wypożyczani i czekał na nowe. Przeważnie przychodził oddać przewinięty film jeszcze przed otwarciem. Siadał na parapecie i czekał. Z biegiem czasu miał już kilka kont pozakładanych po różnych wypożyczalniach. W jednej z nich przy Hali Targowej była np. pełnometrażowa bajka ze Smerfami - historia, która koiła go kiedy to leżał z bardzo wysoką temperaturą w łóżku i miał omamy. W tejże wypożyczalni znajdował się również pewien film animowany, ale nie dla dzieci. Coś o 9 życiach pewnego kota który to - powiedzmy to wprost - się w kółko z innymi kocicami pierdolił i pewnie przez to tracił te życia. Pierwsze porno Sebastiana. Musiał się nieźle napracować, aby ściemnić panu sprzedawcy, że to dla rodziców wypożycza. Dziś co by nie dał, żeby tą zboczoną bajkę jeszcze raz obejrzeć.

Minęło dużo czasu, aż pojawiły się filmy na DVD. Początkowo bardzo drogie, z biegiem czasu staniały. Producenci zachwalali się w mocno przesadzonych reklamach, że dzięki DVD będziesz mógł przeskoczyć do obojętnie jakiego elementu filmu natychmiastowo, że będziesz sobie mógł wybrać języki, że nie będzie przewijania kaset. To jeszcze jest zgodne z prawdą, obiecywali też fantastyczny obraz dokładnie taki jak w kinie - szerokoekranowy. Też prawda. Ale największym przekrętem było głoszenie, że będzie można oglądać film z różnych ujęć kamery, ty wybierasz. Powiedzmy, że mamy scenę którą kręcą trzy kamery z różnych kątów - montażysta przycina wszystko, żeby miało ręce i nogi, ale dzięki DVD możemy ujrzeć po raz pierwszy te sceny, które zostały wycięte lub te ujęcia, które zostały ucięte. I co z tych obietnic wyszło? DUPA. Blada. Opcja taka sporadycznie pojawiała się i jeszcze mniej często pojawia się teraz na DVD ale w dodatkach specjalnych i najczęściej jest to jedna wybrana scena, a nie cały film. To (i tu wychodzimy z trzeciej osoby) mój największy zawód DVD.

Czasy się zmieniają, jest coraz więcej toksycznych energetycznych napoi i znowu mamy nowe formaty - High Definition na krążkach Blu-Ray bądź w tym drugim formacie, który jednak tak dobrze się nie sprzedaje jak Blu-Ray. Tak więc możemy widzieć jeszcze lepszy obraz, jeszcze więcej szczegółów (krostę na nosie Brada Pitta na przykład)... tylko po co?

Wszystkim kręci pieniądz. Producentom tak na prawdę nie zależy czy widzisz ekscytujący raj i czujesz się zajebiście jak nowo narodzony czy widzisz gówno, najważniejsze, żebyś wydał szmal. Kiedy wiele lat temu oglądaliśmy kasety VHS to nic nam w nich nie zawadzało. O tak, pojawiały się czasem paski albo obraz skakał, ale to było OK. Nie znaliśmy nic lepszego. I DVD też było OK oczywiście, lepszy dźwięk i obraz, ale teraz próbują nam wmówić, że potrzebujemy czegoś jeszcze lepszego. Czy tęsknię za kasetami? Niezbyt. Może tęsknię za czasami i wspomnieniami, które się z nimi wiązały, z tym, że raz z Jackiem wypożyczyliśmy chyba wszystkie filmy o Obcym i nie mogliśmy obejrzeć Ósmego Pasażera Nostromo, bo kaseta była zjebana od tego, że tyle osób ją oglądało i musieliśmy przewijać najlepsze kawałki. Taśma się brudziła i gięła, płyty się rysują.

Mamy wirtualny dźwięk. Najpopularniejszy to 5.1 - czyli 4 głośniki po kątach i jeden centralnie przed nami z subwooferem. Są też 7.1 i pewnie większe, ale po cholerę? Czy jeśli będziemy mieć dźwięk i w suficie i w podłodze i na przełam i na skos to będzie bardziej czadowo? Nie, bo po kilkunastu minutach bądź filmach już się przyzwyczajamy i nie zwracamy na to takiej uwagi (chyba że są jakieś wyjebane głośniki których nie doświadczyłem).

Co chcę powiedzieć to to, że postęp jest nieunikniony, ale nie zawsze to co nowsze jest lepsze. To tylko znak czasów. Czy Playstation jest lepszy od starego komputera Atari? Patrząc z perspektywy czasu dzisiaj powiemy tak. Ale te ileś lat temu te Atari było dla nas jak dzisiaj Playstation dla nowego pokolenia. Jedyne co nam pozostaje to obserwować zmieniające się trendy i pisać o nich na blogach chociażby.

sobota, 16 maja 2009

Anioly i demony straconych pieniedzy na bilet do kina.

Wczoraj poszedłem na nowego Star Treka i Anioły i Demony. Star Trek to świetne kino popcornowe - młodzi aktorzy, wciąż się coś dzieje i nie ma przynudzania. Czyli przepis na sukces. I Simon Pegg. Fanem serii nie jestem.

Jeśli ktoś chce zobaczyć Anioły i Demony a nie czytał książki to proszę nie czytać dalej, gdyż napiszę po swojemu co się w filmie dzieje.
Już po pierwszej części mi się rzygać chciało. Szczególnie końcówka, kiedy laska próbuje przejść nad wodą i rzuca coś w stylu Ojć, jednak nie jestem Jezuską, ha ha hie!
Co najlepsze w AiD to reklama, na której posąg się ruszył w demoniczny sposób. Oczywiście to był tylko taki zwiastun mający na celu rozpalić ogień w sercach naiwnych, że może faktycznie będą się tam posągi ruszały, skakały i goniły aż do Philadelphi Toma Hanksa. W przypadku tego tytułu na szczęście polscy tłumacze nie pojechali w stronę Diabelskiego Pościgu bądź też Helikopter w ogniu 2 - tylko przetłumaczyli wiernie.

Są rzeczy które kupuję i które nie. Star Treka kupuję. Kto wie, przyszłość może wyglądać tak jak w tych filmach. Aniołów i Demonów nie kupuję, bo w nic z tego co oglądam nie wierzę, więc serce nie bije mi mocniej. Dlaczego nie wierzę? Dlatego:

Film zaczyna się obiecująco. Ludzie mówią po francusku i próbują stworzyć antymaterię. Ktoś ją kradnie wydłubując oko nieszczęsnemu pierdzielowi aby przejść przez drzwi, które zamiast klamki i zamka na klucz mają czujnik źrenicy. Tu ostrzeżenie: lepiej nigdy nie przyjmujcie stanowiska w firmie, gdzie mają takie zabezpieczenia. Nigdy nie wiesz, kiedy jakiś czub będzie potrzebował twojego oka, żeby coś ukraść. Stary pierdziel jak miał 19 lat i tracił dziewictwo na łące wśród brzóz pewnie w życiu by nie pomyślał, że za 53 lata umrze, bo ktoś mu oko wydłubie. A tu taka niespodzianka. No i co najbardziej w tym początku obiecujące to to, że jest jeszcze nadzieja, że będziemy oglądać inny film, że weszliśmy przypadkiem na inny seans. Niestety nie, bo...

W następnej scenie żwawo jak na swoje lata chlusta i pluska się w basenie Tom Człowiek Legenda Trzepiący Miliony Świeżutkich Dolców Za Film Hanks. Niczym Sherlock Holmes po dwóch rzutach zmoczonego oka na mężczyznę, który właśnie wszedł na basen i zmierza w jego kierunku odgaduje, że to wysłannik z Rzymu. A niby skąd? Przecież to druga część Kodu DaWięcej na litość!

Posłannik prawi iż 4 kandydatów na papieża ktoś porwał, ktoś kto zwie się Illuminati. I że Watykan potrzebuje właśnie jego, bo on taki sprytny i na całym świecie nie odnajdą nikogo sprytniejszego. Z tomem biega nowa laska, już tak nie atrakcyjna jak ta z pierwszej części, ale zawsze to przedstawicielka płci pięknej więc może w którejś scenie coś pokaże.. a nie, to nie tego typu film. Tak więc sobie biegają po Watykanie, bo co godzinę będzie ginął jeden z kandydatów na papieża, a o północy bateria w pojemniku przechowującym antymaterię się wyczerpie i będzie BUM. Duże BUM. Big Bada Bum! - Tak jak Leeloo mówiła w Piątym Elemencie. Dodatkowo mamy złego szefa policji, którego gra ten stary blondyn z ostatniej części Egzorcysty i z Mamma Mia oraz Ewana McGrogera, który w każdym filmie gra tak samo i jedynym zaskoczeniem dla mnie w tej produkcji było to, że mu pryszcz z twarzy w końcu permanentnie zniknął bądź też został skutecznie przysłonięty przed wrażliwymi oczami fanek. Ewan tu już nie gra ćpuna jak na początku kariery, tylko księdza, najlepszego kolegę papieża, który niestety zmarł. No więc tych 4 porwanych będzie co godzinę publicznie wykańczanych i jedynym sposobem żeby wiedzieć gdzie to dostać się do Archiwum Watykanu, takiej miłej biblioteczki w której nie wolno pić kawy, nosić brudnych skarpetek i uprawiać seksu w rogu do którego nie dosięga wzrok pani bibliotekarki, która to już od 10 lat i 3 dni chłopa nie miała. W archiwum oczywiście znajduje się książeczka w której są wskazówki i Tom wie która to książeczka, bo od lat jak sobie czytał własne książki, to we wszystkich pisało 503 czy coś takiego, a to właśnie tytuł tej, której potrzebuje. W niej odnajduje wskazówki - anioły w postaci pomników porozrzucane po całym Watykanie trzymają strzały i wskazują nimi drogę do miejsc gdzie kandydaci na papieża będą zabijani po koleii a na końcu pokazują gdzie je bomba. BO OCZYWIŚCIE KOMUŚ SIĘ KURWA CHCIAŁO 3 WIEKI TEMU NAPIERDZIELAĆ TAKĄ INTRYGĘ. I skoro tak trudno było odkryć te wskazówki, skoro sam Tom mówi, że to pewnie jedyna kopia, to skąd ten porywacz i morderca w okularach wie gdzie ma ich mordować? Kupa ludzi ginie, nie wiem ile, ale coś takiego jak w Rambo. Morderca działający oczywiście na zlecenie kogoś innego ma kilka razy okazję zabić Toma i jego brunetkę, ale tego nie robi tłumacząc się tym, że nie mają broni i że ON jemu nie kazał. Jasne, zabija cokolwiek się rusza, ale Toma Hanksa nie zabije, któż by się spodziewał? Tom podejrzewa szefa policji, że coś kombinuje. Szef policji idzie do Ewana i zamyka drzwi. Nagle słychać krzyki, wiara wbiega, a tam Ewan na ziemi i szef policji mierzy do niego z pistoletu. Po samej tej scenie widać od razu, że to Ewan jest tym złym, a ten zły tym dobrym, ale nic, oglądamy dalej. Ewan głosem małego dziecka, któremu ktoś zabrał loda krzyczy:
- To on jest mordercą! On ma pistolet!
On ma pistolet jest świetnym argumentem dla wszystkich policjantów, żeby zabić swojego szefa, bo przecież szef policji z pistoletem to nie do pomyślenia. I dobrze, że Ewan powiedział, że ma pistolet, bo może na sali kinowej akurat była jakaś niedowidząca staruszka i mogła nie wiedzieć. Tak, mało widzi, ale kocha kino, dlatego wciąż chodzi na seanse.
Szef policji zostaje od razu rozstrzelany, zaraz potem jakiś inny duchowny, ale nie David, który wie co się tu dzieje rzuca się we wściekłości na Ethana, więc ten po prostu krzyczy wskazując na niego palcem Illuminati! kilka razy, no dwa, bo po drugim już Illuminati rozstrzeliwują. Tu już mnie normalnie ściskało. Z podniecenia zacząłem dłubać w nosie, ciemno na sali, więc czemu nie.

Ethan dołącza do Toma i brunetki i lecą szukać bomby, tzn. antymaterii. Brunetka mówi, że będzie miała 5 minut, żeby wymienić baterię w pojemniku na nową, to nie będzie wybuchu. Odnajdują antymaterię, brunetka cała napięta i rozkiszona i rozikszona i spocona kładzie się na ziemię a Tom sobie myśli Wziąłbym cię tu i teraz. I z pojemnika wystają kabelki, bo wymienienie baterii w tym czymś oczywiście musi być skomplikowane. Brunetka że nie zdąży wymienić, bo tu jest zimno i bateria pada szybciej niż się ona spodziewała. Ha. I Ewan chwyta bombę, ucika z nią do helikoptera i leci w niebo. Oczywiście umie latać, bo jak był małą sierotą, która jakoś tak się dostała do kościoła i została ulubieńcem papieża, to papież z miłości wysłał go do szkoły latania mówiąc: Ty się chłopie lepiej latać naucz, bo nigdy nie wisz, kidy ci się to może przydać! Leci i leci i kiedy już pomyślałem, że cep nie wyskoczy na spadochronie helikopter wybucha. Wybucha bardzo widowiskowo, jak to na antymaterię przystało, metalowy płot leci na Toma i brunetkę, ale Tom jest człowiek błyskawica i nachyla się wraz z nią, niestety dwójka ludzi stojąca za nim już takiego szczęścia nie ma. Zaraz potem Ewan spada z nieba na spadochronie w zupełnie bezsensownych ujęciach: kamera leci wraz z nim i pokazuje jak Ewan się obija o dachówki, jak się przez dachy łomoce ażeby na koniec bezpiecznie wylądować. Bohatera chcą zrobić papieżem, bo czemu nie, w końcu umie latać jak Superman, uratował świat i ładnie mu z oczu patrzy a z pyska wódą nie jedzie. Tom go dekonspiruje i Ewan się spala żywcem. Czemu nie.

Koniec.

A! I jeszcze się okazuje, że to on też zabił papieża. Bo on go zabił. Papieża. Ewan, ten co tak pinknie śpiewał z naciągniętą Nicole o miłości.

W filmie w oczy kole SONY, na cokolwiek nie patrzą co jest ekranem bądź ma klawiaturę, to to jest SONY. Znacie moją opinię. Tom gra tak, jakby już nie musiał się starać, a i tak mu zapłacą. Czyli tak samo jak cała reszta starszych kasowych gwiazdorów kina. Ani razu nie grają skocznej muzyczki. Jeżeli książki są fajne, to te dwa filmy na długi czas mi sprzykrzyły czytanie powieści na podstawie której nakręcili te dwa żenująco nudne i przewidywalne badziewia. Tom tu gra po prostu Indianę Jonesa, tylko w wersji Radio Maryja. Film znowu kosi kasę dookoła, a ja bym szczerze cofnął czas i po Star Treku wrócił już do domu odpuszczając sobie AiD.

piątek, 15 maja 2009

Hombre

Ostatnio natrafiłem na bardzo ciekawy francuski komiks pt. Hombre. Cywilizacja upadła i każdy walczy o przetrwanie. Jak widać po okładce jest dużo piersi. Kolory są świetne. W każdym razie hombre znaczy: facet, mężczyzna, gość, koleś. Mi natomiast przyśniło się dzisiaj, że gadałem ze znajomym francuzem i mówię mu o tej serii i pytam go To hombre znaczy mężczyzna, nie? a on odpowiada:
- Nie. To znaczy mocz.

MOCZ.

Niezbadane są drogi ludzkiego mózgu, szczególnie we śnie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Matrix'owa kolejka.

Póki jeszcze mam tą/tę iskrę:

Wszyscy tego doświadczamy. Kolejki. W pewnym sensie stanie w kolejce to jak bycie w zwolnionym tempie Matrix'sie - pamiętamy dobrze, kiedy Neo się uginał przed przelatującymi widowiskowo kulami. Czas zwalnia. Czas staje w miejscu, tak jak w kolejkach. Bziuuuum! (tu onomatopeja zwalniającego czasu. Tak, nie jestem taki głupi. Znam ten wyraz. Ha!).

Dzisiaj stałem w jednej z nich. W supermarkecie z trzeba butelkami wody w ramionach. Na cały duży supermarket po godzinie 21szej tylko trzy kasy operowały. Ja stanąłem przy tej z maksymalnie do 10ciu rzeczy. Jednak mam takiego pecha co do stawania w najwolniejszej kolejce. I tak: przede mną trzy brygady: zasuszona kobieta, blondyna co się pewnie już dyma z chłopakiem oraz mężczyzna wątpliwej urody z karmą dla psów w postaci worka i puszek z pysznościami. I niby nic, a tu zasuszona kobieta chce kupić bluzkę. Oczywiście bluzka nie ma kodu kreskowego (tu możemy winić klientkę za to, że nie przyjrzała się, czy cena z kodem jest czy nie, no, ale jesteśmy tylko ludźmi, to co dla jednych jest podstawą dla innych jest skomplikowanym działaniem bądź też myślą o Antarktydzie, tzn. po co miałbym o niej myśleć? I czy w ogóle ona istniała? - Możemy też winić tą osobę, która tą cenę zdarła gdzieś kiedyś lub pracowników, że z ogniem w dupie nie obiegają działu z odzieżą w poszukiwaniu zagubionych kodów kreskowych. Możemy w sumie winić wszystkich, nawet Jezusa). Bluzka nie ma kodu kreskowego, więc zarumieniona ekspedientka (skromna również o blond włosach nie anielica) chwyta bluzkę i niknie w czeluściach sklepowych w poszukiwaniu nadziei, szczęścia, pomocy i zagubionego kodu kreskowego. I to ginie nie w czeluściach prowadzących do odzieży, tylko w innych, jeszcze bardziej czeluściowatych. (Tak, wiem, ino takie słowo nie istnieje w słownikach).

Tymczasem moja uwaga zostaje odwrócona przez syna, który z ojcem stoi za mną w kolejce. Nie odwracam się aby im się przyjrzeć, gdyż nie mam czelności. Synek opowiada tacie o czymś, co go rozśmieszyło, że ktoś śmiesznie śpiewał i tu nuci. Faktycznie śmiesznie. Widać jednak, że ta historyjka miała tylko zmiękczyć serce milczącego rodziciela, gdyż wkrótce potem słyszę, że synek pyta, czy może sobie kupić te sjuksy, tzn. cukierki. I słowami wypranego z mózgu przez reklamy człowieka cytuje, że one są na gardło i że dzięki nim tak cię nie napierdziela te gardło. Tata milczy. Tata mówi, że nie. Blond ekspedientki wciąż nie widać. Pewnie wpadła w czarną, głęboką i cuchnącą dziurę.

Zasuszona kobieta, która jest przecież niewinną ofiarą również zaczyna się czerwienić wyczuwając rosnące niepostrzegalne napięcie i agresję koncetrujące się na niej, bo kto ma być kozłem ofiarnym jak nie ona? Już jej pot ciarką ścieka zza ucha po szyji, w lewo i pod cycka. Tak, gdybyśmy byli na Dzikim Zachodzie, to by zawisła, chyba, że Lucky Luke by przejeżdżał obok. Synek nie traci wiary znajdując nowy przedmiot porządania i ciska twardo lecz jednocześnie słodko i niewinnie jak to na dzieci przystało: Czy mogę dostać to? Jest tanie. 3 za tyle i tyle. 1 tylko za tyle. Jedno tylko za tyle powtarza jeszcze dwa razy używając prawdziwej ceny. Tata pęka mówiąc od niechcenia, że tak.

Mięczak.

Z czeluści roztrzepana, ze zmierzonymi włosami i dziurami w butach, ze smutkiem i goryczą, ale przede wszystkim z poczuciem winy wraca pani ekspedientka. Z wyrazu ich twarzy widać, że mówi do zasuszonej kobiety iż niestety bida, zaś zasuszona kobita kręci głową, łomoce i trzepoce wyrzekając się skażonej na wieki wieków (amen) bluzki w kolorze różowym. I prosi o szlugi. Bo by tego inaczej nie przetrwała. Możemy sobie ją wyobrazić zaraz po wyjściu ze sklepu jak nerwowo otwiera paczkę, wyciąga szluga, zaciąga się i myśli: Lipa, kurwa, a tak by mi było w niej do twarzy. Stres jest częścią naszego życia.

Dalej niestety nie jest już tak ciekawie, kolejka idzie dalej, Pan z karmą staje się łamigłówką w mojej głowie. Dlaczego przyszedł tu tylko po to, tylko po żarło dla zwierzęcia? Nie potrzebuje niczego innego? Może ma tylko tego psa? Albo żona go wysłała, bo pikuś skamle. Któż wie? On tylko wie.

Płącę za wody, uśmiecham się do blond ekspedientki starając się nie pokazywać żółtych zadymionych zębów z tą psującą się w brzydki sposób jedynką, odpowiada uśmiechem i znikam.

Doświadczyliście właśnie Matrix'a Kolejkowego.

niedziela, 10 maja 2009

Ludzie i parapety: Mike i Ja

Nie, to nie Marley and Me przydługaśny film dla miłośników psów. Choć Alan Arkin był tam zajebisty. Mike to w pewny sensie sąsiad - jego syn żyje na tej samej ulicy co ja, więc Mike pojawia się często.

Moje pierwsze wspomnienie to kiedy pewnego dnia ktoś zaczął nam wyrywać chwasty w dwumetrowym ogródku przed domem. To był Mike. Raz, kiedy przez przypadek zostawiłem klucze do domu w pracy Mike pomógł mi dostać się do środka. Od tyłu (domu) podważył małe okno szpachelką, dzięki czemu udało mi się dostać do środka. Kiedy szukałem piły to on zaoferował, że jeśli dam mu pieniądze kupi mi świetną. Kupił. Kiedy mi ją dawał powiedział tylko jedno (tak w rzeczywistości to powiedział o wiele więcej jako ciekawy życia innych człowiek) Uważaj bardzo, bo ostra. Pomyślałem sobie, że przecież głupi nie jestem.

Kilka miesięcy później po spożyciu dwóch kieliszków wina po 20stej piłowałem coś w domu. I piła mi zjechała i rozciąłem sobie dłoń. Niby nic, ale krwi było dużo więc taksówką pojechałem do szpitala i zszyli. I ta przyjemność kosztowała mnie 60 euro, a szwy tylko papierowe. I kolejna blizna do kolekcji.

Pomimo całego jego wariactwa to dobry uczynny człowiek. Tak więc w serii parapety należy go zaliczyć do ludzi. Niedawno wrócił na ulicę na którą i ja powróciłem. Zamiatał chodnik. Przed domem syna. Później zamiatał chodnik kilka domów dalej. Pomyślałem naiwnie, że znajomemu pomaga. W niecałą godzinę później był już na drugim końcu ulicy koło taniej fryzjerki gdzie ukończywszy zadanie zamiatania klęcząc podnosił pety. Pojary. Tak. Cały Mike.

Mike to agent.

piątek, 8 maja 2009

Przybyłem, zobaczyłem, kupiłem i... poległem.

Dzisiaj rano ta sama historia z Sony Vaio. Zdechł jak stary pies pod drzewem. Czytając dalej dowiedziałem się, że nVIDIA wydała koło 50 milionów dolców żeby wymienić te spartolone procesory. A co ze mną? Laptop po gwarancji, na stronie Sony w forum kupa ludzi doświadczyła tego samego. Bardziej szczęśliwi jeszcze byli na gwarancji. Sony nie jest aż tak winne, w te procesory GeForce Nvidia zaopatrzyło się większość producentów laptopów od HP po Dell.

Jednak Sony jest winne temu, że mi laptop nie działa. Że nie mogę przy nim ślęczeć dniami i nocami. Że będę musiał więcej rysować a w międzyczasie kombinować.

Kij im w procesory.

czwartek, 7 maja 2009

Co, laptop ci się zepsuł? A, to NVIDIA dźgnęła cię w plecy!

Tak wygląda nieszczęśliwy nabywca Sony Vaio VGN-FZ serii:Kiedy kilka lat temu po dwóch latach używania po prostu mi padł telefon Sony Eric nabrałem podejrzeń co do wielkich koncernów zajmujących się produkowaniem sprzętu elektronicznego. Dlaczego moja komórka padła? Tak bez powodu?

Mój pierwszy laptop to HP Pavillon. Umarł śmiercią naturalną - ktoś kiedyś pierdyknął w monitor i go strzaskał. Tak poza tym wciąż jest cacy. Tyle, że nic nie widać. Za drugim razem chciałem kupić dobry laptop, taki na wiele lat. I dałem się ponieść siłom sugestii i kupiłem Sony Vaio. Sugerowałem się danami technicznymi i poradami jednego przyjaciela. Co mnie urzekło w laptopie to to, że miał (i ma) GeForce - który jak wiemy z komputerów stacjonarnych jest silną kartą graficzną. Sęk w tym, że jest to NVidia GeForce. NVIDIA już jakiś czas przed zakupem Sony rzucała mi się w twarz plakatem ze sklepu komputerowego. Mamiła pięknym obrazem, płynnością, takim sztucznym elektrycznym orgazmem. Nie dałem się zmamić.

Czyżby?

Półtora roku temu kupiłem więc Sony i wszystko było cacy aż do tygodnia temu, kiedy to coś nawaliło. Wpierw kolory zrobiły się strasznie dziwne, jak po narkotykach. System się zawiesił. Po zrestartowaniu wyrosło pełno literek á na czarnym ekranie. Ukryte przesłanie na miarę Kodu DaWięcej? O nie...

Nie będę was i siebie samego jeszcze raz męczył szczegółami tego, co się działo przez 4 dni z uzależnionym od nieuzależnionego od niego sprzętem elektronicznym Sebastianem (trudne, acz poprawne zdanie?). Przejdę od razu do rezultatu i OSTRZEŻENIA: Laptop mi znowu działa. Uff. Jednak co najbardziej mnie dręczyło to odwieczne pytanie DLACZEGO? Sprawdziłem dysk twardy, karty pamięci, monitor - wszystko OK. Dzisiaj odkryłem co się stało.

NVIDIA wyprodukowała wadliwe chipy. Po prostu chała! Pogrzebałem w internecie i natknąłem się na kilka artykułów. Wadliwe chipy dotyczą właśnie GeForce serii 8M. Nie przyznają się do tego oficjalnie, a każdemu, kogo ten problem doświadczył (jak się okazuje miliony ludzi na całym świecie) sugerują przerzucenie się na nowe lepsze ładniejsze chipy, tzn. kup pan se nowy laptop. Po czym poznać? Komputer się przegrzewa, nawet jeśli nie smażysz na nim jajek, system bez powodu się wyłącza, stare dobre programy coś szwankują. O tak, zawsze są wcześniejsze ostrzeżenia. Sprawa jest bardzo poważna.

Ale nikt ci tego w sklepie nie powie. Nikt się nie przyzna. Przypomina mi to trochę ten dobry stary film z Michaelem Douglasem i Demi Moore W sieci.
No dobra, ta okładka za dużo nie mówi o wadliwych chipach (które były gwoździem programu w tym filmie) tylko przesiąka seksem.

Kupiłem Sorry, tzn. Sony w Irlandii gdzie gwarancja jest tylko na rok. Tymczasem w Niemczech na 2 lata ( i w kilku innych krajach Europy). Już nawet nie chodzi o to, że NVIDIA to partole i nie kupujcie laptopów z nią, chodzi o to, że ci wszyscy producenci tak sprytnie kombinują, że tworzą twój laptop czy co tam z takich części, które po krótkim czasie od upływu gwarancji padają i trzeba kupić coś nowego. To światowy spisek. I nie robi różnicy czy to Sony czy HP czy cokolwiek innego, skoro one wszystkie i tak są produkowane w Chinach. Jedyną różnicą są kampanie reklamowe. Marketing, który wwierca nam się w mózgi ze wszystkich stron.

Mój Sony działa na opcji oszczędność prądu, żeby się nie przegrzewał. Wierzę, że po tym wszystkim w każdej chwili może wyciągnąć kopyta. Następnym razem nim kupię nowy laptop dogłębnie zbadam rynek.

poniedziałek, 4 maja 2009

Denek i Kluska

Druga strona Denka i Kluski prawie gotowa. Męczę się z rysunkiem w kuchni. Perspektywa mnie dobija i nie chce wyjść tak jakbym chciał. Ale przynajmniej mam wyzwanie. Wkrótce pokoloruję drugą połowę 1wszej strony i opublikuję. Naszkicowałem też 3cią. To są świetne postacie, naprawdę. Został niecały miesiąc, aby Zuda odpowiedziała. Jak nie odpowie to przyjdzie list mówiący, że niestety nie tym razem. Jeśli (olaboga!) tak się stanie, to od razu wyślę moje nowe zgłoszenie - właśnie to z Denkiem, Kluską i Dietą. Do tego czasu powinienem mieć 8 paneli spokojnie skończonych, pokolorowanych i przetłumaczonych. (1 strona formatu A4 będzie podzielona na pól z powodu wymagań Zudy, co daje nam praktycznie dwie strony Zudowe z jednej prawdziwej). Jeśli jednak tak się stanie i wyślę Denka i Kluskę, to będę musiał ich usunąć ze swojej strony na okres 3 miesięcy podczas który edytorzy Zudy zadecydują czy komiks dostanie się do konkursu czy nie. Takie warunki.

Czekałem ponad rok z wysłaniem swojego nowego zgłoszenia do Zudy, tyle właśnie minęło od Ramireza i Kristosa do Krzyków Wewnątrz. Tym razem wyślę od razu i będę tak słał, póki pomysły i postacie mi się nie skończą.

Parapety: Czerwona TWARZ.

Kolejną ciekawą osobowością żyjącą sobie spokojnie w moim małym miasteczku jest ten pan na ławce.Niestety wstyd mi robić ludziom publicznie zdjęcia, więc pstryknąłem z daleka i niestety niewiele widać. Gdybym tylko wiedział, że ma wciąż spuszczoną głowę.. może podszedłbym bliżej?

Ten człowiek jest dość wysoki. Jest stary. Ma w miarę długie przylizane blond włosy. Jego cała twarz jest czerwona niczym twarz pijaka. Śmierdzi. Zdaje się że godzinami potrafi przesiadywać na takiej ławce nic nie robiąc. A życie płynie obok. Być może chodzi do sklepu. Ma torbę zakupową, ale nigdy go w sklepie nie widziałem. Ktoś gdzieś kiedyś skrzywdził go porządnie. Wątpię, żeby był bezdomny. Musi gdzieś mieszkać. Gdzieś blisko mnie, dlatego tak często go widzę. Nie chcę tak skończyć:Deprecha.

@templatesyard