lutego 2009 - OGG

sobota, 28 lutego 2009

Przebudzenia CZAS.
O całym wszechświecie i o Zudzie.
Wygląda na to, że będę klął więcej na OGGu niż zwykłem.

Moja mierzgość jest jednak miło ukołysana przez Radiową Trójkę, gdzie wpierw puścili coś Myslovitz, czego jeszcze nie słyszałem i wpierw zareagowałem negatywnie, tzn. tak jak z myślą o nowym albumie U2 - bleeh! Jednak była to bardzo ładna piosenka której tytułu nie znam (pewnie wszystkie radia ją w kółko dukają). A potem Mikromusic z albumu Słonecznik zagrał Pociąg Do Domu i Słonecznik - no i mam swój nowy ulubiony zespół! Cóż za miła niespodzianka, szczególnie kiedy trójka nocą (a też i w dzień) męczy mnie jakimiś drętwymi niemożliwymi do słuchania kawałkami, przez co przestałem jej słuchać aż do dziś, kiedy to ot tak, włączyłem.



Myslovitz i Mikromusic pokazują nam o co w sztuce chodzi - o piękno. Może to brzmi trywialnie, ale co? Tak już jest, a prawdziwe piękno to to, które ukazuje nam swoją duszę. Naszą duszę pokazujemy dzięki naszej twórczości, choć nie każda twórczość jest piękna. Cóż więc z duszą za taką drętwą twórczością?

Kiepska sztuka to najgorsze co może być. Niestety mamy jej na pęczki, gdyż to najlepiej się sprzedaje. Dlaczego? Ponieważ wciąż większość ludzi kroczącej po tej ziemi to proste chłopy i baby co tańczą jak usłyszą skoczną melodyjkę, zobaczą film z wybuchami czy z idiotycznymi odpychającymi żartami to skaczą ze szczęścia (wewnątrz). Czy to się kiedyś zmieni? Czy ewolucja wreszcie pokaże na co ją stać? Czy usunie gamoni? Nie wiem, ale pytać warto. Gdybać warto. Gdyby usunęła gamoni zostalibyśmy tylko my, ci co jako - tako wciąż myślą, ale skoro nie byłoby już gamoni to nie byłoby punktu porównawczego, punktu odniesienia i chcąc nie chcąc zostalibyśmy nikim innym jak tylko gamoniami... Błędne koło. Świat nie jest fair. Ludzie, którzy mają coś do przekazania nigdy (póki ja żyję przynajmniej) nie zaznają rozgłosu takiego jak ludzie, którzy nic do powiedzenia nie mają, ale kiedyś coś tam zrobili i stali się sławni i wciąż doją z tej maciory.

Ale Danny Boyle ma coś do powiedzenia (lub choć coś ciekawego do pokazania) i po ostatnich Oscarach, po dzisiejszym muzycznym wieczorze i po dwóch piwach i drinku odradza się we mnie nadzieja.

Nadzieja, którą tak chamsko przejechał walcem Młot. O co chodzi młodzi? Zuda - co miesiąc mają konkurs na komiks internetowy, zwycięzca dostaje kontrakt na rok. Zuda to DC Comics. Co miesiąc 10 uczestników walczy i tylko jeden z nich wygrywa. Ludzie z całego świata mogą głosować na ulubieńca, ale nie tylko głosy się liczą, również dawanie gwiazdek, zapisywanie komiksu do swoich ulubionych na koncie otwartym na ich stronie, itp. Jeżeli śledzicie tego OGGa to wiecie, że już praktycznie skończyłem swoje drugie podejście na ten konkurs, 8 stron opowieści fantasy "Krzyki WEWNĄTRZ" zostanie wysłane jutro cyfrową drogą. Natomiast luty na www.zuda.com pokazał kilka nieciekawych komiksów. Ale jakiś standard trzeba mieć! Jeżeli widzę komiks z drętwymi rysunkami to nawet nie czytam, bo przecież to mija się jakoś z celem. W tym miesiącu dwa dobrze narysowane komiksy (pomijamy fabułę) doczekały się 3 i 4 miejsca. O 1 miejsce walczyły dwa komiksy: jeden o piekle z takimi sobie ilustracjami i jeden o Młocie (The Hammer) - różowym króliku, który będzie zadawał ból. Ten z piekłem prawie wygrał, ale kurwa prawie, bo przegrał! Ja cię pierdzielę! TU mogę się spokojnie wyżyć, bo wątpię, żeby ktoś ze Stanów czy Anglii rozumiał po polsku. Komiks narysowany kiepsko o niczym wygrał, ponieważ męczyły się nad nim aż 4 osoby, które mają bardzo dużo internetowych przyjaciół. Gówno wygrało! I gdzie tu sprawiedliwość? Ni ma.

Jak jesteś mały to czytasz/oglądasz co Ci w rękę wpadnie. Jak wyrastasz z młodzieńczej naiwności kształtuje się w tobie smak. Jeśliś głupi to i smak masz głupi (znamy takie przykłady, ale bez nazwisk). W każdym razie chcę czegoś więcej niż kiedyś, chcę ciekawych treściwych historii, nie muszą porywać, ale żeby nie były kiepską kopią kopii. Chcę czegoś oryginalnego, a nie 2 i 3 Matrixa, nie chcę Shreka 4tego (już w 2010 szczęśliwe dzieci!:) tylko dlatego, bo się sprzedaje. Dlatego tak mi się podobało Revolutionary Road, dlatego Slumdog Millionaire to dobry film. Chcę też interesujących komiksów o CZYMŚ.

Litości!

Jednak...

Jest nadzieja wokół nas.

Przestrzeń woła, woła nas.

czwartek, 26 lutego 2009

Roku pańskiego 2001ego.
Był cudowny rok 2001. Nic z niego nie pamiętam oprócz tego, że z pewnością rysowałem (stąd dwie poniższe strony komiksu) oraz że z pewnością się dołowałem (stąd tylko dwie). Historia ta miała być czymś w rodzaju "Krzyku", czyli strasznej historii w której sadystyczny morderca sieka młodzież. Z perspektywy czasu do większości swoich zaczętych projektów mam sentyment tak jak też i z tym. Nie jest taki zły, miałem wtedy w końcu zale

środa, 25 lutego 2009

Sława, pieniądze i showbiz.
Właściwy czas na wszystko jest teraz! - jak już nie raz wspominałem. Liczy się to co dzieje się teraz i można to odnieść do każdej gałęzi gospodarki, choćby do filmów. Oskary 2009 rozdane, znamy zwycięzców i wiemy, że "Pies ze slamsów" wygrał. Przekrój pisze:
Film o budżecie 15 milionów dolarów zarobił już ponad 100 milionów. Jeszcze w sierpniu zeszłego roku miał w ogóle nie wejść na ekrany kin. Wytwórnia Warner Bros stwierdziła, że w obliczu kryzysu nie stać jej na dystrybucję niszowej produkcji bez wielkich amerykańskich nazwisk, i rozważała zesłanie „Slumdoga. Milionera z ulicy” prosto na DVD. Na ekrany w USA wprowadził go w końcu Fox (polska premiera już 27 lutego).
Reżyser Danny Boyle twórca kultowego już Trainspottingu zasłużył sobie na sukces. I dowiódł, że nie trzeba stu milionów żeby nakręcić dobry film.

Film obejrzałem i bardzo mi się podobał. Pomimo dwóch godzin z hakiem ani razu nie był nudny, wszystko się kupy trzymało i wyglądało realistycznie. Niby prosty przepis na sukces, a jednak. Przeważnie raz na tydzień na stronie http://www.apple.com/trailers/ wrzucają reklamy najnowszych filmów i przynajmniej 90% z tego co tam jest to szajs, żenada i jak ktoś mógł w ogóle przeznaczyć na to jakiekolwiek pieniądze??? Każdy ma jednak inne gusta i czego ja nie kupię to kupi kto inny. Rozumiem. Nie będę więc się rozpisywał o gównie, które tylko czeka, żeby Cię ubrudzić, ale napiszę o dwóch ciekawych mam nadzieję filmach.

Hollywood. Tysiące początkujących pisarzy i aktorów. Tylko cząstka z nich się przebija. Dlaczego? Bo obciągnęli laskę producentowi czy bo mają na prawdę talent? Kwestia sporna. Najważniejsze, że im się udaje. Ha. Śledzimy sztucznie uśmiechniętych Brada Pitta i Bradelinę, uśmiechy tak perfekcyjnie latami wyćwiczone dla kamer, że pomimo fałszu im wierzymy, że są prawdziwe. Dzisiejsi aktorzy są naszymi aktorami, aktorami naszego pokolenia, na ich filmy chodzimy. Jednak pomimo pieniędzy i sławy są to zwykli ludzie tacy jak my, z problemami, niedojrzali, zatraceni. To, że widzimy ich przeważnie z tej jasnej strony wcale tego nie zmienia.

Skubany Leonardo DiCaprio od czasu Tytanica żyje sobie dobrze i nie kręci po 3, 4 filmów rocznie, bo nie musi. Czasem nawet zagra w czymś ciekawym jak "Revolutionary Road", film, który ja pierdolę przetłumaczyli "Droga do szczęścia", kurwa mać! Świetny film, dowodzi, że nawet coś całkowicie komercjalnego może być dobrze zrobione. Muzykę napisał Thomas Newman ten pamiętny od "American Beauty". Prawdziwy film o ludzkich uczuciach, marzeniach i zagubieniu w który widziałem siebie. Jeśli jeszczeście nie widzieli to obejrzcie, polecam!

Drugi film to tylko gdybanie, bo Ridley Scott reżyser kolejnego kultowego "Blade Runnera" czyli "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" specjalnie szału nie robi od czasu tegóż właśnie filmu. Trzeba mu utalentowanych scenarzystów, grafików i producentów z wizjami, żeby cokolwiek z jego reżyserii wycisnąć tak jak to się stało w 1982. Przecież to on narkęcił żałosną GI Jane. Patrząc na jego dorobek od czasu tego filmu aż dziw bierze, że on w ogóle dał radę nakręcić coś kultowego. No, Gladiator nie był taki zły, ale to tylko dzięki wspaniałej grze aktorskiej. I tu właśnie Russel Crow, który tam w zrboi siekał zło pojawia się na tapecie, jako że u boku wspaniałej Kate Blanchett ma zagrać w nowej wersji Robin Hooda, którą zaczną kręcić w kwietniu tego roku (roboczy tytuł Nottingam) i studio już wyłożyło 130 $ milionów ( z czego większość gaże aktorskie pewnie). I Ridley będzie się męczył za kamerą. Czy będzie ciekawie? Chryste, pewnie nie, ale hej! Kate i Russel!

Po dziś dzień najlepszą ekranizacją Robina pozostaje serial angielski pt. Robin z Sherwood z 1983-85 z klimatyczną muzyką Clannad.

Podsumowanie: jak ze wszystkim w życiu tak też z filmami: większość to gówno, ale w życiu liczą się tylko te piękne chwile gdzie możem znaleźć coś intrygująco wspaniałego. Szukajmy więc, a znajdziemy.

Jezus.

wtorek, 17 lutego 2009

Dziwne i przerobione.
Dlaczego facet przebiera się za kobietę? Trudno powiedzieć, chyba z tych samych powodów z których kobieta przebiera się za faceta. A czy kiepski fotomontaż po którym masz wyglądać jak modelka też zalicza się do przebieranek? W końcu nic fizycznego nie miało miejsca, tylko wszystko zaszło w psychice.. Ach, ta psychika, ile to się o niej Freud napisał.

Chciałem coś napisać na OGGu, ale jednocześnie nie chciałem. Pomyślałem, że wygrzebię jakieś stare zgrzybiałe cyfrowo rysunki i pokażę je tutaj z nadzieją na szał i wyrywanie włosów, ale to był tani chwyt. Dałem sobie z tym spokój, ale za to znalazłem dawne przerobione przeze mnie zdjęcie klasowe ze szkoły średniej. Wygląda ono tak:Spędziłem na nim całą noc. Miałem wtedy praktyki, czyli czas sielanki i obijania dla większości, a dla nielicznych faktyczną robotę i zapierdziel. Niektórzy nawet na nie zbyt nie chodzili, bo rodzina.. Ekhem, gdzie ja to byłem? Pewnego słonecznego wiosennego dnia wróciłem z praktyk i wpadł mi do głowy szalony pomysł wpatrując się na zdjęcie klasowe wiszące u mnie w pokoju przyozdobione własnoręczną ramką szału nie robiącą. Zeskanowałem je i zacząłem obrabiać w photoshopie. Godziny mijały, ja dopieszczałem swoje dziecko. Miałem przy tym niezły ubaw. Ranek nadszedł znienacka, ja wydrukowałem na papierze fotograficznym ową przeróbkę (za darmo były dwie kartki na krzyż z drukarką, nie żebym był burżujem) i spokojnie zacząłem się chwalić. Jest to osiągnięcie biorąc pod uwagę (nie chwalenie, tylko przeróbka), że nie miałem wtedy tabletu tylko klikałem bezustannie myszką.

Dlaczego siebie zrobiłem wyjebaną laskę, a nie brzydkiego pryszczacza? Bo to, kurde, moje zdjęcie! Nie będę się na własnym zdjęciu jeszcze oszpecał. Poza tym jak większość brzydka, to ładny dla kontrastu pasuje, acha. Na zbliżeniu wyglądam tak (zresztą, wszystko możesz sobie Drogi Czytelniku zwiększyć z większym lub mniejszym ryzykiem, te zdjęcia też klikając na nie, tak wiem, że nie jesteście imbecylami, do Ciebie też mówię Beniu, co, ty nie wiedziałeś, nie?):
A tak wygląda oryginał:I dzisiaj, po 5 latach bodajże, znowu mnie dopadło. Czasem człowiek musi sobie porobić coś zupełnie bezużytecznego przez godzinę czy dwie, żeby się rozluźnić. Powyższe zdjęcie nie było idealne i poniższe dwa też nie są: mianowicie nie udało mi się wpleść głowy w ciało Tyry Banks tak, żeby nie było poznać. Co ciekawe, w tamtych czasach nie miałem aparatu cyfrowego i tak jakby wciąż nie mam, więc przyłożyłem swoją gębę (tj. twarz) do skanera i wyszczerzyłem jadaczkę. Jakby Wam to zobrazować? Skaner ma jarzeniówkę, która bardzo wolno się porusza skanując obraz, szczególnie jeśli zamiast obrazu znajduje się twoja morda, która powinna być nieruchomo. Ale dałem radę. Choć jak widzicie, nie udało mi się usunąć zarostu.

Jaki jest rezultat upiększonej na nowo twarzy? Micheal Jackson 2. Lepiej żebym się trzymał rysowania. Pojechałem za bardzo tworząc taką typową pocztówkę z pozdrowieniami (tylko, że bez pozdrowień) oraz jeśli nawet nieśmieszny, to zadający pytanie "Po kiego?" obrazopodobny twór. Ta krew to pewnie od tych artystów, których ostatnio twórczość poznaję. Oto rezultat na poprawę humoru w deszczowy dzień pełen szczurów w kanałach i na cmentarzyskach. I w pięknych nowych domach, o których nigdy byś nie pomyślał, że na strychu bądź w piwnicy mogą się lęgnąć szczury.
To ostatnie może wrzucę na naszą-klasę aby przyciągnąć komentarze, póki co wrzuciłem tylko cegłę, koktajl Mołotowa oraz to pierwotne przerobione zdjęcie mojej starej klasy pisząc poniżej, że jak chcą więcej miodu, to niech zajrzą tutaj. Zajrzeli?

sobota, 14 lutego 2009

Niepokojąco wciągające.
Zamiast robić coś budującego poległem ponownie. Nie dość, że nie wziąłem się za czytanie choćby komiksu to nawet nie obejrzałem filmu, a przecież oglądanie filmów nie wymaga zbytniego wysiłku. Zamiast tego błądziłem w internecie i natknąłem się na dwójkę interesujących artystów.

Zacznę od końca: Kenyon Bajus z Philadelphii tworzy graficzną satyrę. Na przykład ten zestaw naklejek:
Co tak na prawdę mnie urzekło to ta koszulka (vomit = rzygi). Jak tylko będę miał luzem 20 $ (nie licząc przesyłki) kupię ją sobie i pójdę w niej do MacDonalda.
Niepokojąca a zarazem wciągająca jest sztuka artysty Raya Caesara. Niech obrazy przemówią same za siebie:




Chętnie kupiłbym album z jego szkicami i reprodukcjami, ale kosztuje 54 $. Więc ta sama historia co z koszulką VOMIT ale bez wycieczki do fastfooda. Jeśli chcecie zobaczyć więcej jego malarstwa wystarczy go wygooglować albo odwiedzić np. jego stronę na facebooku.

piątek, 13 lutego 2009

Krzyki WEWNĄTRZ - tuż tuż!
Mamy piątek 13 co uświadomił mi dopiero blog pewnego ponad 40-letniego człowieka rysującego komiksy. Przed chwilą skończyłem właśnie ostatni rysunek do moich 8 stron na konkurs. Nareszcie! Wcześniej pisałem, że jestem zadowolony z wyników, jednak nie jestem, ale lepiej na razie nie potrafię. Spędziłem i tak za długo nad tym projektem więc nie będę już nic więcej przerysowywał. Teraz pozostaje montaż komputerowy i nałożenie narracji i dialogów. Dobrze, że Noel mi w tym pomaga, bo sam bym nie dał rady. Nie dość, że musi być po angielsku, musi być poprawne gramatycznie i po prostu dobrze napisane. Jak już pisałem pomysłów mam dużo i z komiksami takimi jak Herr Zeba czy Denek i Kluska czy Ramirez i Kristos wydaje mi się, że sam mogę sobie dać radę, ale z czymś tak ambitnym jak Krzyki raczej już nie. (Kiedyś się bałem, że oprócz Herr Zeby nigdy więcej fajnych postaci nie stworzę, na szczęście się myliłem. Dodatkowo mam nową postać sprzed tygodnia: Brutalny Bogdan. Szczegóły nastąpią).

Zobaczymy co z tego wyjdzie, mam nadzieję, że nie kaszana. Kiedy wiele miesięcy temu rozplanowałem rysunki byłem zadowolony, teraz mam mętlik w głowie. Dlatego chcę jak najszybciej to wysłać. Plan jest, że w następnym tygodniu. Wkrótce wrzucę tu też wszystko to, co mi nie wyszło, a trochę tego jest.

wtorek, 3 lutego 2009

Przebudzenie i takie tam.
Tym razem zgodnie z grafikiem pojawił się nowy rozdział "Świadomości" pt. "Co przeszkadza szczęściu?" Jest to trudny chleb do zgryzienia, czyli ta cała książka, jeżeli ktoś nie wierzy w to co czyta i nie jest otwarty (jak zdaje się pisałem wielokrotnie wcześniej). Ta książka to wyzwanie. Nie łatwe. Jeśli nią podążać można być szczęśliwym, jeśli w nią zwątpić, wraca się do punktu wyjścia. Świadmość daje Ci możliwość bycia sobą, jednak zgodnie z książką polega to na niezależności, niewzruszoności od innych. A dobrze wiemy, że jak się do kogoś przywiążemy, to nie jest tak łatwo się odwiązać.

"Pozwól mi wejść" jest to szwedzki dreszczowiec o młodym chłopcu o blond włosach który zakochuje się w nowo wprowadzonej sąsiadzce. Sęk w tym, że ta dziewczynka jest wampirem i bóg jeden wie od jak długiego już czasu ma 15 lat. Jest to świetny film. Idealny. Więc jeśli jeszcze nie widziałaś/eś to zobacz! Hollowood zalewa nas miernotami - te wszystkie pseudo horrory i dreszczowce to flaki z olejem. Staczają się, "Oko" z Ablą to sama żenada, choć pewnie japoński oryginał taką żenadą nie jest. Prawa rynku? Bez przesadyzmu. Dobry był "Doomsday", nawet bardzo dobry, ale to produkcja angielska zdaje się. W Hollywodzkich produkcjach brak magii kina, brak zaskoczenia, brak interesujących ujęć, brak FANTAZJI, zaś "Pozwól mi wejść" ma to wszystko. Nie będę się rozpisywał bo raz mi się nie chce, dwa: lepiej coś obejrzeć niż o tym czytać. W każdym razie 5 gwiazdek na 5.

Powoli mentalnie przygotowuję się do zrobienia swojej strony internetowej na nowo, aby można było się rejestrować, komentować i żeby w użyciu była wygodniejsza niż to co zrobiłem sam z rok czy dwa lata temu.

"Krzyki WENĄTRZ" wreszcie zmierzają ku końcowi. Tzn. te pierwsze 8 stron na konkurs. Skończę rysowanie w tym tygodniu o ile się nie zapiję na śmierć, a skoro mnie nie stać na zapicie się na śmierć, to skończę. Potem już tylko zabiegi pielęgnacyjne. dorwanie Noela, aby pomógł mi z agielską wersją i wyślę. Człowiek rysuje i chce być oryginalny. Jeżeli człowiek jest perfekcjonistą, to bezustannie będzie chodził zestresowany. Ja przez ten etap przebrnąłem, czas spalania oryginalnych plansz się zakończył. Jaki komiks będzie taki będzie, już teraz jestem w sumie z niego zadowolony. Oczywiście nie wygląda to wcale tak jakbym chciał, ale procesu starzenia się i praktyki nie przyśpieszę gdybym nawet chciał. A nie chcę.

Jeszcze jedno o filmach: "Idokracja" to komedia z Lukiem Wilsonem, który rozpoczął karierę po pojawieniu się w jednym z epizodów "Z archiuwum X". Gra wojskowego, który razem z kobietą zostają zamrożeni. Po roku mają ich odmrozić, ale los tak sprawia, że odmrażają ich po upływie 500set lat. I świat przyszłości wygląda tak jak głąb. IQ spadło zupełnie, ludzie to debile, co czyni naszą dwójkę najmądzejszą dwójką na świecie. Film daje do myślenia. Czy nie zmierzamy w tym kierunku? Już teraz spędzamy tyle czasu na internecie, tak jak ja teraz, jeżeli coś piszemy to słownik poprawia nam błędy, jeżeli coś piszmy, to byle jak, żeby napisać, w końcu nie mamy czasu na to, żeby nad jednym postem w OGGu pracować tyle co nad rozdziałem książki. Ludzie którzy nas otaczają błądzą bezustannie, a zresztą i my błądzimy, tylko że w innym kierunku. Tak czy siak życie staje się prostsze w cyfrowym znaczeniu, a jako że spędzamy w cyfrowym świecie sporo czasu to wiecie. Tego tam..

Jakiś czas temu napisałem artykuł dla Alei Komiksu i w komentarzach ktoś podał - jako, że zamieściłego go też na OGGu - że artykuł faktycznie blogowy. Co od razu uderzyło w moje wykrzywione ego (jakież ego nie jest wykrzywione???), ale po obejrzeniu tego filmu rozumiem już. Są pewne standarty, ortografia, interpunkcja, szyk w zdaniu. To wszystko po coś jest.

Tak więc reasumując: przydałoby się używać tego mózgu, który mamy od czasu do czasu. Szczególnie, że i tak używamy tylko jego małą cząstkę - chyba że jesteśmy wypalonymi narkomanami, wtedy za dużo szarych komórek już nam nie zostało. No i alkohol też je wypala.

A czy szlugasy także?

sobota, 28 lutego 2009

Przebudzenia CZAS.

Nowy rodział pt. Pragnienie, nie referencja.

O całym wszechświecie i o Zudzie.

Wygląda na to, że będę klął więcej na OGGu niż zwykłem.

Moja mierzgość jest jednak miło ukołysana przez Radiową Trójkę, gdzie wpierw puścili coś Myslovitz, czego jeszcze nie słyszałem i wpierw zareagowałem negatywnie, tzn. tak jak z myślą o nowym albumie U2 - bleeh! Jednak była to bardzo ładna piosenka której tytułu nie znam (pewnie wszystkie radia ją w kółko dukają). A potem Mikromusic z albumu Słonecznik zagrał Pociąg Do Domu i Słonecznik - no i mam swój nowy ulubiony zespół! Cóż za miła niespodzianka, szczególnie kiedy trójka nocą (a też i w dzień) męczy mnie jakimiś drętwymi niemożliwymi do słuchania kawałkami, przez co przestałem jej słuchać aż do dziś, kiedy to ot tak, włączyłem.



Myslovitz i Mikromusic pokazują nam o co w sztuce chodzi - o piękno. Może to brzmi trywialnie, ale co? Tak już jest, a prawdziwe piękno to to, które ukazuje nam swoją duszę. Naszą duszę pokazujemy dzięki naszej twórczości, choć nie każda twórczość jest piękna. Cóż więc z duszą za taką drętwą twórczością?

Kiepska sztuka to najgorsze co może być. Niestety mamy jej na pęczki, gdyż to najlepiej się sprzedaje. Dlaczego? Ponieważ wciąż większość ludzi kroczącej po tej ziemi to proste chłopy i baby co tańczą jak usłyszą skoczną melodyjkę, zobaczą film z wybuchami czy z idiotycznymi odpychającymi żartami to skaczą ze szczęścia (wewnątrz). Czy to się kiedyś zmieni? Czy ewolucja wreszcie pokaże na co ją stać? Czy usunie gamoni? Nie wiem, ale pytać warto. Gdybać warto. Gdyby usunęła gamoni zostalibyśmy tylko my, ci co jako - tako wciąż myślą, ale skoro nie byłoby już gamoni to nie byłoby punktu porównawczego, punktu odniesienia i chcąc nie chcąc zostalibyśmy nikim innym jak tylko gamoniami... Błędne koło. Świat nie jest fair. Ludzie, którzy mają coś do przekazania nigdy (póki ja żyję przynajmniej) nie zaznają rozgłosu takiego jak ludzie, którzy nic do powiedzenia nie mają, ale kiedyś coś tam zrobili i stali się sławni i wciąż doją z tej maciory.

Ale Danny Boyle ma coś do powiedzenia (lub choć coś ciekawego do pokazania) i po ostatnich Oscarach, po dzisiejszym muzycznym wieczorze i po dwóch piwach i drinku odradza się we mnie nadzieja.

Nadzieja, którą tak chamsko przejechał walcem Młot. O co chodzi młodzi? Zuda - co miesiąc mają konkurs na komiks internetowy, zwycięzca dostaje kontrakt na rok. Zuda to DC Comics. Co miesiąc 10 uczestników walczy i tylko jeden z nich wygrywa. Ludzie z całego świata mogą głosować na ulubieńca, ale nie tylko głosy się liczą, również dawanie gwiazdek, zapisywanie komiksu do swoich ulubionych na koncie otwartym na ich stronie, itp. Jeżeli śledzicie tego OGGa to wiecie, że już praktycznie skończyłem swoje drugie podejście na ten konkurs, 8 stron opowieści fantasy "Krzyki WEWNĄTRZ" zostanie wysłane jutro cyfrową drogą. Natomiast luty na www.zuda.com pokazał kilka nieciekawych komiksów. Ale jakiś standard trzeba mieć! Jeżeli widzę komiks z drętwymi rysunkami to nawet nie czytam, bo przecież to mija się jakoś z celem. W tym miesiącu dwa dobrze narysowane komiksy (pomijamy fabułę) doczekały się 3 i 4 miejsca. O 1 miejsce walczyły dwa komiksy: jeden o piekle z takimi sobie ilustracjami i jeden o Młocie (The Hammer) - różowym króliku, który będzie zadawał ból. Ten z piekłem prawie wygrał, ale kurwa prawie, bo przegrał! Ja cię pierdzielę! TU mogę się spokojnie wyżyć, bo wątpię, żeby ktoś ze Stanów czy Anglii rozumiał po polsku. Komiks narysowany kiepsko o niczym wygrał, ponieważ męczyły się nad nim aż 4 osoby, które mają bardzo dużo internetowych przyjaciół. Gówno wygrało! I gdzie tu sprawiedliwość? Ni ma.

Jak jesteś mały to czytasz/oglądasz co Ci w rękę wpadnie. Jak wyrastasz z młodzieńczej naiwności kształtuje się w tobie smak. Jeśliś głupi to i smak masz głupi (znamy takie przykłady, ale bez nazwisk). W każdym razie chcę czegoś więcej niż kiedyś, chcę ciekawych treściwych historii, nie muszą porywać, ale żeby nie były kiepską kopią kopii. Chcę czegoś oryginalnego, a nie 2 i 3 Matrixa, nie chcę Shreka 4tego (już w 2010 szczęśliwe dzieci!:) tylko dlatego, bo się sprzedaje. Dlatego tak mi się podobało Revolutionary Road, dlatego Slumdog Millionaire to dobry film. Chcę też interesujących komiksów o CZYMŚ.

Litości!

Jednak...

Jest nadzieja wokół nas.

Przestrzeń woła, woła nas.

czwartek, 26 lutego 2009

Roku pańskiego 2001ego.

Był cudowny rok 2001. Nic z niego nie pamiętam oprócz tego, że z pewnością rysowałem (stąd dwie poniższe strony komiksu) oraz że z pewnością się dołowałem (stąd tylko dwie). Historia ta miała być czymś w rodzaju "Krzyku", czyli strasznej historii w której sadystyczny morderca sieka młodzież. Z perspektywy czasu do większości swoich zaczętych projektów mam sentyment tak jak też i z tym. Nie jest taki zły, miałem wtedy w końcu zale

środa, 25 lutego 2009

Sława, pieniądze i showbiz.

Właściwy czas na wszystko jest teraz! - jak już nie raz wspominałem. Liczy się to co dzieje się teraz i można to odnieść do każdej gałęzi gospodarki, choćby do filmów. Oskary 2009 rozdane, znamy zwycięzców i wiemy, że "Pies ze slamsów" wygrał. Przekrój pisze:
Film o budżecie 15 milionów dolarów zarobił już ponad 100 milionów. Jeszcze w sierpniu zeszłego roku miał w ogóle nie wejść na ekrany kin. Wytwórnia Warner Bros stwierdziła, że w obliczu kryzysu nie stać jej na dystrybucję niszowej produkcji bez wielkich amerykańskich nazwisk, i rozważała zesłanie „Slumdoga. Milionera z ulicy” prosto na DVD. Na ekrany w USA wprowadził go w końcu Fox (polska premiera już 27 lutego).
Reżyser Danny Boyle twórca kultowego już Trainspottingu zasłużył sobie na sukces. I dowiódł, że nie trzeba stu milionów żeby nakręcić dobry film.

Film obejrzałem i bardzo mi się podobał. Pomimo dwóch godzin z hakiem ani razu nie był nudny, wszystko się kupy trzymało i wyglądało realistycznie. Niby prosty przepis na sukces, a jednak. Przeważnie raz na tydzień na stronie http://www.apple.com/trailers/ wrzucają reklamy najnowszych filmów i przynajmniej 90% z tego co tam jest to szajs, żenada i jak ktoś mógł w ogóle przeznaczyć na to jakiekolwiek pieniądze??? Każdy ma jednak inne gusta i czego ja nie kupię to kupi kto inny. Rozumiem. Nie będę więc się rozpisywał o gównie, które tylko czeka, żeby Cię ubrudzić, ale napiszę o dwóch ciekawych mam nadzieję filmach.

Hollywood. Tysiące początkujących pisarzy i aktorów. Tylko cząstka z nich się przebija. Dlaczego? Bo obciągnęli laskę producentowi czy bo mają na prawdę talent? Kwestia sporna. Najważniejsze, że im się udaje. Ha. Śledzimy sztucznie uśmiechniętych Brada Pitta i Bradelinę, uśmiechy tak perfekcyjnie latami wyćwiczone dla kamer, że pomimo fałszu im wierzymy, że są prawdziwe. Dzisiejsi aktorzy są naszymi aktorami, aktorami naszego pokolenia, na ich filmy chodzimy. Jednak pomimo pieniędzy i sławy są to zwykli ludzie tacy jak my, z problemami, niedojrzali, zatraceni. To, że widzimy ich przeważnie z tej jasnej strony wcale tego nie zmienia.

Skubany Leonardo DiCaprio od czasu Tytanica żyje sobie dobrze i nie kręci po 3, 4 filmów rocznie, bo nie musi. Czasem nawet zagra w czymś ciekawym jak "Revolutionary Road", film, który ja pierdolę przetłumaczyli "Droga do szczęścia", kurwa mać! Świetny film, dowodzi, że nawet coś całkowicie komercjalnego może być dobrze zrobione. Muzykę napisał Thomas Newman ten pamiętny od "American Beauty". Prawdziwy film o ludzkich uczuciach, marzeniach i zagubieniu w który widziałem siebie. Jeśli jeszczeście nie widzieli to obejrzcie, polecam!

Drugi film to tylko gdybanie, bo Ridley Scott reżyser kolejnego kultowego "Blade Runnera" czyli "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" specjalnie szału nie robi od czasu tegóż właśnie filmu. Trzeba mu utalentowanych scenarzystów, grafików i producentów z wizjami, żeby cokolwiek z jego reżyserii wycisnąć tak jak to się stało w 1982. Przecież to on narkęcił żałosną GI Jane. Patrząc na jego dorobek od czasu tego filmu aż dziw bierze, że on w ogóle dał radę nakręcić coś kultowego. No, Gladiator nie był taki zły, ale to tylko dzięki wspaniałej grze aktorskiej. I tu właśnie Russel Crow, który tam w zrboi siekał zło pojawia się na tapecie, jako że u boku wspaniałej Kate Blanchett ma zagrać w nowej wersji Robin Hooda, którą zaczną kręcić w kwietniu tego roku (roboczy tytuł Nottingam) i studio już wyłożyło 130 $ milionów ( z czego większość gaże aktorskie pewnie). I Ridley będzie się męczył za kamerą. Czy będzie ciekawie? Chryste, pewnie nie, ale hej! Kate i Russel!

Po dziś dzień najlepszą ekranizacją Robina pozostaje serial angielski pt. Robin z Sherwood z 1983-85 z klimatyczną muzyką Clannad.

Podsumowanie: jak ze wszystkim w życiu tak też z filmami: większość to gówno, ale w życiu liczą się tylko te piękne chwile gdzie możem znaleźć coś intrygująco wspaniałego. Szukajmy więc, a znajdziemy.

Jezus.

wtorek, 17 lutego 2009

Dziwne i przerobione.

Dlaczego facet przebiera się za kobietę? Trudno powiedzieć, chyba z tych samych powodów z których kobieta przebiera się za faceta. A czy kiepski fotomontaż po którym masz wyglądać jak modelka też zalicza się do przebieranek? W końcu nic fizycznego nie miało miejsca, tylko wszystko zaszło w psychice.. Ach, ta psychika, ile to się o niej Freud napisał.

Chciałem coś napisać na OGGu, ale jednocześnie nie chciałem. Pomyślałem, że wygrzebię jakieś stare zgrzybiałe cyfrowo rysunki i pokażę je tutaj z nadzieją na szał i wyrywanie włosów, ale to był tani chwyt. Dałem sobie z tym spokój, ale za to znalazłem dawne przerobione przeze mnie zdjęcie klasowe ze szkoły średniej. Wygląda ono tak:Spędziłem na nim całą noc. Miałem wtedy praktyki, czyli czas sielanki i obijania dla większości, a dla nielicznych faktyczną robotę i zapierdziel. Niektórzy nawet na nie zbyt nie chodzili, bo rodzina.. Ekhem, gdzie ja to byłem? Pewnego słonecznego wiosennego dnia wróciłem z praktyk i wpadł mi do głowy szalony pomysł wpatrując się na zdjęcie klasowe wiszące u mnie w pokoju przyozdobione własnoręczną ramką szału nie robiącą. Zeskanowałem je i zacząłem obrabiać w photoshopie. Godziny mijały, ja dopieszczałem swoje dziecko. Miałem przy tym niezły ubaw. Ranek nadszedł znienacka, ja wydrukowałem na papierze fotograficznym ową przeróbkę (za darmo były dwie kartki na krzyż z drukarką, nie żebym był burżujem) i spokojnie zacząłem się chwalić. Jest to osiągnięcie biorąc pod uwagę (nie chwalenie, tylko przeróbka), że nie miałem wtedy tabletu tylko klikałem bezustannie myszką.

Dlaczego siebie zrobiłem wyjebaną laskę, a nie brzydkiego pryszczacza? Bo to, kurde, moje zdjęcie! Nie będę się na własnym zdjęciu jeszcze oszpecał. Poza tym jak większość brzydka, to ładny dla kontrastu pasuje, acha. Na zbliżeniu wyglądam tak (zresztą, wszystko możesz sobie Drogi Czytelniku zwiększyć z większym lub mniejszym ryzykiem, te zdjęcia też klikając na nie, tak wiem, że nie jesteście imbecylami, do Ciebie też mówię Beniu, co, ty nie wiedziałeś, nie?):
A tak wygląda oryginał:I dzisiaj, po 5 latach bodajże, znowu mnie dopadło. Czasem człowiek musi sobie porobić coś zupełnie bezużytecznego przez godzinę czy dwie, żeby się rozluźnić. Powyższe zdjęcie nie było idealne i poniższe dwa też nie są: mianowicie nie udało mi się wpleść głowy w ciało Tyry Banks tak, żeby nie było poznać. Co ciekawe, w tamtych czasach nie miałem aparatu cyfrowego i tak jakby wciąż nie mam, więc przyłożyłem swoją gębę (tj. twarz) do skanera i wyszczerzyłem jadaczkę. Jakby Wam to zobrazować? Skaner ma jarzeniówkę, która bardzo wolno się porusza skanując obraz, szczególnie jeśli zamiast obrazu znajduje się twoja morda, która powinna być nieruchomo. Ale dałem radę. Choć jak widzicie, nie udało mi się usunąć zarostu.

Jaki jest rezultat upiększonej na nowo twarzy? Micheal Jackson 2. Lepiej żebym się trzymał rysowania. Pojechałem za bardzo tworząc taką typową pocztówkę z pozdrowieniami (tylko, że bez pozdrowień) oraz jeśli nawet nieśmieszny, to zadający pytanie "Po kiego?" obrazopodobny twór. Ta krew to pewnie od tych artystów, których ostatnio twórczość poznaję. Oto rezultat na poprawę humoru w deszczowy dzień pełen szczurów w kanałach i na cmentarzyskach. I w pięknych nowych domach, o których nigdy byś nie pomyślał, że na strychu bądź w piwnicy mogą się lęgnąć szczury.
To ostatnie może wrzucę na naszą-klasę aby przyciągnąć komentarze, póki co wrzuciłem tylko cegłę, koktajl Mołotowa oraz to pierwotne przerobione zdjęcie mojej starej klasy pisząc poniżej, że jak chcą więcej miodu, to niech zajrzą tutaj. Zajrzeli?

sobota, 14 lutego 2009

Niepokojąco wciągające.

Zamiast robić coś budującego poległem ponownie. Nie dość, że nie wziąłem się za czytanie choćby komiksu to nawet nie obejrzałem filmu, a przecież oglądanie filmów nie wymaga zbytniego wysiłku. Zamiast tego błądziłem w internecie i natknąłem się na dwójkę interesujących artystów.

Zacznę od końca: Kenyon Bajus z Philadelphii tworzy graficzną satyrę. Na przykład ten zestaw naklejek:
Co tak na prawdę mnie urzekło to ta koszulka (vomit = rzygi). Jak tylko będę miał luzem 20 $ (nie licząc przesyłki) kupię ją sobie i pójdę w niej do MacDonalda.
Niepokojąca a zarazem wciągająca jest sztuka artysty Raya Caesara. Niech obrazy przemówią same za siebie:




Chętnie kupiłbym album z jego szkicami i reprodukcjami, ale kosztuje 54 $. Więc ta sama historia co z koszulką VOMIT ale bez wycieczki do fastfooda. Jeśli chcecie zobaczyć więcej jego malarstwa wystarczy go wygooglować albo odwiedzić np. jego stronę na facebooku.

piątek, 13 lutego 2009

Krzyki WEWNĄTRZ - tuż tuż!

Mamy piątek 13 co uświadomił mi dopiero blog pewnego ponad 40-letniego człowieka rysującego komiksy. Przed chwilą skończyłem właśnie ostatni rysunek do moich 8 stron na konkurs. Nareszcie! Wcześniej pisałem, że jestem zadowolony z wyników, jednak nie jestem, ale lepiej na razie nie potrafię. Spędziłem i tak za długo nad tym projektem więc nie będę już nic więcej przerysowywał. Teraz pozostaje montaż komputerowy i nałożenie narracji i dialogów. Dobrze, że Noel mi w tym pomaga, bo sam bym nie dał rady. Nie dość, że musi być po angielsku, musi być poprawne gramatycznie i po prostu dobrze napisane. Jak już pisałem pomysłów mam dużo i z komiksami takimi jak Herr Zeba czy Denek i Kluska czy Ramirez i Kristos wydaje mi się, że sam mogę sobie dać radę, ale z czymś tak ambitnym jak Krzyki raczej już nie. (Kiedyś się bałem, że oprócz Herr Zeby nigdy więcej fajnych postaci nie stworzę, na szczęście się myliłem. Dodatkowo mam nową postać sprzed tygodnia: Brutalny Bogdan. Szczegóły nastąpią).

Zobaczymy co z tego wyjdzie, mam nadzieję, że nie kaszana. Kiedy wiele miesięcy temu rozplanowałem rysunki byłem zadowolony, teraz mam mętlik w głowie. Dlatego chcę jak najszybciej to wysłać. Plan jest, że w następnym tygodniu. Wkrótce wrzucę tu też wszystko to, co mi nie wyszło, a trochę tego jest.

wtorek, 3 lutego 2009

Przebudzenie i takie tam.

Tym razem zgodnie z grafikiem pojawił się nowy rozdział "Świadomości" pt. "Co przeszkadza szczęściu?" Jest to trudny chleb do zgryzienia, czyli ta cała książka, jeżeli ktoś nie wierzy w to co czyta i nie jest otwarty (jak zdaje się pisałem wielokrotnie wcześniej). Ta książka to wyzwanie. Nie łatwe. Jeśli nią podążać można być szczęśliwym, jeśli w nią zwątpić, wraca się do punktu wyjścia. Świadmość daje Ci możliwość bycia sobą, jednak zgodnie z książką polega to na niezależności, niewzruszoności od innych. A dobrze wiemy, że jak się do kogoś przywiążemy, to nie jest tak łatwo się odwiązać.

"Pozwól mi wejść" jest to szwedzki dreszczowiec o młodym chłopcu o blond włosach który zakochuje się w nowo wprowadzonej sąsiadzce. Sęk w tym, że ta dziewczynka jest wampirem i bóg jeden wie od jak długiego już czasu ma 15 lat. Jest to świetny film. Idealny. Więc jeśli jeszcze nie widziałaś/eś to zobacz! Hollowood zalewa nas miernotami - te wszystkie pseudo horrory i dreszczowce to flaki z olejem. Staczają się, "Oko" z Ablą to sama żenada, choć pewnie japoński oryginał taką żenadą nie jest. Prawa rynku? Bez przesadyzmu. Dobry był "Doomsday", nawet bardzo dobry, ale to produkcja angielska zdaje się. W Hollywodzkich produkcjach brak magii kina, brak zaskoczenia, brak interesujących ujęć, brak FANTAZJI, zaś "Pozwól mi wejść" ma to wszystko. Nie będę się rozpisywał bo raz mi się nie chce, dwa: lepiej coś obejrzeć niż o tym czytać. W każdym razie 5 gwiazdek na 5.

Powoli mentalnie przygotowuję się do zrobienia swojej strony internetowej na nowo, aby można było się rejestrować, komentować i żeby w użyciu była wygodniejsza niż to co zrobiłem sam z rok czy dwa lata temu.

"Krzyki WENĄTRZ" wreszcie zmierzają ku końcowi. Tzn. te pierwsze 8 stron na konkurs. Skończę rysowanie w tym tygodniu o ile się nie zapiję na śmierć, a skoro mnie nie stać na zapicie się na śmierć, to skończę. Potem już tylko zabiegi pielęgnacyjne. dorwanie Noela, aby pomógł mi z agielską wersją i wyślę. Człowiek rysuje i chce być oryginalny. Jeżeli człowiek jest perfekcjonistą, to bezustannie będzie chodził zestresowany. Ja przez ten etap przebrnąłem, czas spalania oryginalnych plansz się zakończył. Jaki komiks będzie taki będzie, już teraz jestem w sumie z niego zadowolony. Oczywiście nie wygląda to wcale tak jakbym chciał, ale procesu starzenia się i praktyki nie przyśpieszę gdybym nawet chciał. A nie chcę.

Jeszcze jedno o filmach: "Idokracja" to komedia z Lukiem Wilsonem, który rozpoczął karierę po pojawieniu się w jednym z epizodów "Z archiuwum X". Gra wojskowego, który razem z kobietą zostają zamrożeni. Po roku mają ich odmrozić, ale los tak sprawia, że odmrażają ich po upływie 500set lat. I świat przyszłości wygląda tak jak głąb. IQ spadło zupełnie, ludzie to debile, co czyni naszą dwójkę najmądzejszą dwójką na świecie. Film daje do myślenia. Czy nie zmierzamy w tym kierunku? Już teraz spędzamy tyle czasu na internecie, tak jak ja teraz, jeżeli coś piszemy to słownik poprawia nam błędy, jeżeli coś piszmy, to byle jak, żeby napisać, w końcu nie mamy czasu na to, żeby nad jednym postem w OGGu pracować tyle co nad rozdziałem książki. Ludzie którzy nas otaczają błądzą bezustannie, a zresztą i my błądzimy, tylko że w innym kierunku. Tak czy siak życie staje się prostsze w cyfrowym znaczeniu, a jako że spędzamy w cyfrowym świecie sporo czasu to wiecie. Tego tam..

Jakiś czas temu napisałem artykuł dla Alei Komiksu i w komentarzach ktoś podał - jako, że zamieściłego go też na OGGu - że artykuł faktycznie blogowy. Co od razu uderzyło w moje wykrzywione ego (jakież ego nie jest wykrzywione???), ale po obejrzeniu tego filmu rozumiem już. Są pewne standarty, ortografia, interpunkcja, szyk w zdaniu. To wszystko po coś jest.

Tak więc reasumując: przydałoby się używać tego mózgu, który mamy od czasu do czasu. Szczególnie, że i tak używamy tylko jego małą cząstkę - chyba że jesteśmy wypalonymi narkomanami, wtedy za dużo szarych komórek już nam nie zostało. No i alkohol też je wypala.

A czy szlugasy także?

@templatesyard