2009 - OGG

piątek, 18 grudnia 2009

GŁOSY.
Uważam, że nie ma nic złego w mówieniu samemu do siebie, chyba, że mówisz sobie, że musisz iść i kogoś zabić. Albo coś, na przykład ujadającego nieznośnie w ciągu dnia psa sąsiada, którego ty oczywiście słyszysz, bo jesteś bezrobotny i spędzasz całe dni w domu. Spędzanie całych dni w domu nie jest niczym złym ani niezdrowym kiedy masz misję. Ja mam misję i właśnie ją wypełniam. Człowiek bez misji jest jak mąż który tak na prawdę nie chciał się żenić. Ale się ożenił.

Powracając do tematu posta: jak pewnie zdążyliście się domyślić mówię sam do siebie. Zwykle niewinne rzeczy typu A, kapka mi nie zaszkodzi (odnośnie dodania mleka do herbaty) lub A, jeszcze jeden plasterek, w końcu nawet nie ma 20stej (odnośnie LIDLowskiej szynki, którą po otwarciu należy spożyć w ciągu 3 dni, bo jak nie to się zepsuje). Oczywiście nie mówię sam do siebie kiedy jest nawet cień podejrzenia, iż ktoś może się czaić w pobliżu. Bo jakby usłyszał ten ktoś, to już nie byłoby mówienie samemu do siebie.

Wydarzyło się wiele strasznych i wstrząsających rzeczy odkąd ostatnio pisałem. Jak wiemy było to dawno temu bardzo, co jeszcze bardziej dodaje dramatyzmu, bo im więcej czasu upłynęło tym więcej złego mogło się wydarzyć no i oczywiście się wydarzyło. Do tych zdarzeń zaliczamy:
EPIDEMIĘ choróbska nazywanego różnie rozdmuchaną przez media do poziomu szaleństwa. Ilekroć słyszałem w jaki sposób mówią o tej grypie i straszą biedne społeczeństwo żyjące w starej biedzie któremu bóg zapłaci pewnego dnia, tym bardziej otwierałem oczy z niedowierzania. W duchu i na zewnątrz śmiałem się z ludzkiej naiwności która wierzy we wszystko co Telewizor Jezus Głosi i Prawi siedząc w swojej grocie, w swej mrocznej jaskini w kraju, który jest tak zielony i którego można tak kochać jak dziewczynę z piosenek. I tu w Irlandii rzecz jasna też ta grypa była, się rozkraczyła i wiara szczepionek nakupiła. Na nic to jednak bowiem pewnego dnia zza ściany usłyszałem jak do lokatorów, do domowników innych niż ja przyjechała z Polski w odwiedziny rodzina. I zza tej ściany trwożąc me płoche serduszko wdzierał się i przeszywał me jestestwo oraz szpikował igłami mózg KASZEL. Tak, gość z Polski pokasływał a ja już wizję w głowie miałem że ZDYCHAM na tą pieprzoną grypę w jebanych męczarniach. A tak cwany byłem i tak kpiłem. Po kilku dniach i kontaktach skórnych oraz powietrznych wciąż żyłem tak jak żyję po dzień dzisiejszy.

Kolejną strasznością jest oczywiście Romek, co ma w Szwajcarii domek. Nie wiem czy wiecie, ale będąc jeszcze w więzieniu kończył swój nowy film. W jaki sposób tak na odległość??? Ano miał tam skrawek papieru toaletowego i szminkę i wydawał polecenia odnośnie montażu, np. WYTNIJ ZBIGNIEW TĄ SCENĘ CO MU NOGĘ UCINA I SIĘ WYKRWAWIA oraz ZBYSIU, NO MI SIĘ PRZYPOMNIAŁO, WEŹ TAM KURNA JAK HILARY CHCE DOLEWKI TO DAJ PODKŁAD Z RAMBO, NO TĄ MUZYCZKĘ FAJNĄ. Jak widać film będzie przedni. No i te informacje zapisane na papierze przywiązywał do nogi gołębia pocztowego i przez zakratowane okno wielkości 20cm x 14 cm wypuszczał gołębia, żeby leciał. Gołąb nie miał łątwo przeciskając się przez tą szparę, ale przynajmniej wszyscy byli pełnoletni. ( A gołąb miał na imię Franz).

No i potem Romka wypuścili, założyli mu metalową obrożę na szyję i kaganiec żeby nie uciekł z domu w las. Ale Romka nie jedna matka ssała, czy jak to tam idzie te przysłowie z cielakiem pokornym ale napewno porównanie jest tutaj wybitnie dobrze użyte, więc uciekł w ten las. Uciekał na bosaka, spocony. Wysłali za nim psy, dwa podskoczyły to je rękami uśpił, biegł.... biegł dalej, ze śmigłowca chcieli go ustrzelić to się schował w hobbitowym domu, bo akurat jeden był po drodze...

- Ścigają? - spytał Bilbo nalewając herbaty do drewnianego kubka, bo metalowy się gdzieś zapodział.
- Ano ścigają - odparł Polański - nie wiem jak ja teraz film skończę.
- A ścigają, za co?
- Ech...wie Pan, za to że zrobiłem to o czym myśli wielu ale nie mają ani środków ani sposobności by to coś zrealizować. A ja miałem. JA MIAŁEM I NIE ŻAŁUJĘ! - Tu Bilbo spojrzał podejrzanie na gościa, a jego wzrok skoczył w kierunku szuflady w której znajdował się pierścień.
- Co masz na myśli gościu? - dociekał Bilbo Baggins.
- No, ona była moim... moim SKARBEM! - I tak oto Romek został wyrzucony na bruk tudzież śnieg w lesie i musiał uciekać dalej.

Nagonka go osaczyła nad przepaścią i już prawie wskoczył do oceanu gdy Zniewiadomo Skąd głos za którym czaiło się nikłe światełko szepnął Tędy! Tędyn! Okazała się to być stara babcia mieszkająca samotnie w szałasie w lesie. Odkuła obrożę (jej nie żyjący już mąż był kowalem i nie tylko podkuwał konie ale również leczył ich nogi balsamem śliwkowym) i zrobiła mu budyń. Romek jadł, oblizywał się i cieszył się jak dziecko a potem go ścięło. Obudził się przywiązany do metalowego łóżka bez materaca cały wysmarowany we wspomnianym już wcześniej budyniu (pustelniczka zrobiła cały garnek), a nad nim stała jego oprawczyni.

- Teraz - rzekła - zrobię z tobą wszystko to, co ty zrobiłeś tej młodej dziewczynce, ale gorzej!
- Co gorzej?
- No, gorzej z tobą postąpię.
- A dlaczego...
- Bo ja jestem babcią tej dziewczynki! TAK! I teraz nadszedł czas mej zemsty! I żaden pieprzony fan ani koledzy po fachu nawet nie zdążą wysłać jebanego listu w którym mogliby się wyrazić i to dosadnie ile to znaczysz dla świata!
- Nie. Nie o to chodzi. Chciałem spytać, jak mnie pani wtedy no, uratowała, to dlaczego pani krzykneła tedyn za drugim razem, a nie tędy? To takie dziwne no.
- A, musiałam się przejęzyczyć.

I wiele wiele innych gorszych rzeczy się wydarzyło, ale dzisiaj już ani nie czas, ani nie miejsce.

Dobranoc.

PS. A gdy pustelniczka się zemściła, a zemściła się dobrze, przykuła obrożę z powrotem i wypuściła go w las na waleta. Wyrażenie na waleta oznacza zarówno iść na wagary jak i kąpać się na golasa gdybyście tak jak ja żyli do tej pory znając jedynie jedną wersję otot to rzuciłem światła. No i Romka głowa przekraczając francuską granicę eksplodowała. Tak obroża była zaprogramowana.

Obroża.

Co by zrobił Dr House? Z pacjentem z taką obrożą pytacie?

Tylko House to wie.

niedziela, 11 października 2009

Szczyt ?!
Nowy kiepski film z Denzelem i Travoltą "The Taking of Pelham 1 2 3" przetłumaczyli "Metro strachu". Ja pierdolę!

wtorek, 8 września 2009

Relacja z wystawy.
W dniach od 7mego do 16stego sierpnia roku pańskiego 2009 odbyła się w Irlandii w Zamku Kilkenny pierwsza w życiu wystawa Sebastiana Jastra pod tytułem COMIC BOOK ART, ILLUSTRATIONS AND SKETCHES. Zapraszamy na spóźnioną relację z tego wydarzenia.


Kim jest Sebastian wszyscy wiemy. Nie jest parówką. Nawet jeśli przypadkiem trafiłeś na tego OGGa i czytasz te nienatchnione słowa musisz zdawać sobie sprawę z tego, że nie napisała ich parówka. Sebastian, znany jako Bojący Się Życia Sebastian oraz może lepiej jako Nie Skarżący Się Na Bitki Wołowe Które Podał Kiepski Kelner W Kiepskiej Restauracji Zamiast Zamówionego Steka I Wciąż To Przeżywający Sebastian, od 4terech lat myślał o wystawieniu swoich prac. Jednakże wcześniej nie miał zbytnio czego pokazać i nie czuł się jeszcze na siłach. W Mezzanine Corridor miejsce dla swoich wypocin miał już zaklepane David - starszy Irlandzki dziadek nie z fajką w ustach acz z papierosem. Sebastianowi udało się wycisnąć mały koncik tuż na początku tego korytarza. Okryty przeważnie ciemnością skromny kącik był jak najbardziej satysfakcjonujący.

Przez pierwsze 9 dni nikt nic nie kupił. Ceny wynosiły 100 euro za 3 prace A3 a reszta prac A4 za 50 euro. Doświadczony David z nazwiskiem, które zna mała społeczność przez pierwszych kilka dni dzielił podobny los z Sebastianem. Nie pojawiła się żadna czerwona kropka oznaczająca sprzedaną pracę. Jednak zaraz potem Dave sprzedał pracę, potem drugą i ostateczny balans wyniósł prawie 8 sprzedanych świństw. Najtańsze za 220 euro, najdroższe za 650 euro zdaje się. David na pewno ma talent, ale nie sposób się nie nadziwić, że za czarno biały szkic pijaka w barze który ani nie jest szczególny (ni szkic ni pijak), ani zniewalający, który nie rysowało się dłużej niż pół godziny Zenek, tzn. David chciał 220 euro. No, ale ma nazwisko. Którego teraz nie pamiętamy, ale je ma.

Ostatniego dnia wystawy starsza Irlandzka kobita, przykryta odpowiednią warstwą makijażu i czująca się wyczesanie i czysto i pachnąco czarowała znajomych tym jak to jej się podoba to, co tu na ścianach wisi. Na szczęście Sebastian ze spoconymi dłońmi był w pobliżu.

KOBITA:
Po ile to?

SEBASTIAN
myśli:
Czy tak trudno jest przeczytać cennik?
mówi:
Było li ci po 50, ale jako że dzisiaj ostatni dzień wystawy, a jom nic nie sprzydał, to pójdzie za 30.

KOBITA
No to ja wezmę te trzy. Bo one są przewspaniałe.

A jako, że nie miała drobnych, to zamiast 90 dała 100. Oczywiście to wszystko są grosze w porównaniu do prawdziwych wziętych jak cholera artystów, którzy za jebany bazgroł chcą 2500 euro. Następnego dnia znajomy Sebastiana kupił też jedną pracę. Artysta otrzymał również 2 zamówienia na rysunek. Wyszło lepiej niż się spodziewał.

Ale niby nie chodzi o pieniądze, tylko o to, żeby się pokazać. Ogolić. Wypiąć klatę. Wyciąć włosy z nosa. I tak też w tym przypadku się stało. Najciekawsze incydenty:

INCYDENT Nr 1: Chłopczyk przechodził z mamą i zeszli w dół po schodach. Po chwili chłopczyk wrócił sam i poprosił o autograf! Odszedł. Powrócił raz jeszcze pytając, czy Sebastian ma jakieś wskazówki jak rysować komiksy i w ogóle. Sebastian miał. Powiedział pracuj pracuj, praktyka czyni mistrza, zrzynaj ze wszystkich aż znajdziesz swój własny styl. Niestety zapomniał dodać najważniejszego: NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ.

INCYDENT Nr 2: Sebastian przy stoliku w wolnych chwilach siedział i na odwrocie kartki na której było jego BIO i linki, rysował szybko różne rzeczy, głównie twarze ludzi. Potem podpisywał i odkładał na kupkę. Kiedy tak raz rysował dwójka młodych ludzi ustawiła się obok niego których widział kątem oka i zrozumiał co robili. PATRZYLI. Zachowując zimną krew Sebastian dalej rysował twarz, ręka mu nie drżała, bo wypił. Kiedy skończył odwrócił własną twarz w ich stronę i powiedział, że to by było na tyle. Bardzo im się podobało i dał młodszemu z nich właśnie ten rysunek na pamiątkę.

INCYDENT Nr 3: Ostatni. Smutny. Jakiś koleś w kręconych siwych włosach wdał się z Sebastianem w za długą wyczerpującą dyskusję. Mówił o narkotykach, piciu, odnajdywaniu siebie. Mówił i mówił. Mówił, że jest pisarzem, dał Sebastianowi swój email, powiedział nawet, że mogli by razem coś splecić. Sebastian ze strachem w oczach radośnie nie przytaknął, że czemu nie. Skłamał. nawet by z nim wianuszka nie chciał splatać. Człowiek zdawał się być w stanie mówić bez końca co w Sebastianie wywołało podejżenie, że może jest na amfetaminie. Możemy i spotkamy w życiu ludzi, którzy mają takie same poglądy jak my i którzy lubią to samo, nie oznacza to jednak, że coś między nami piknie, że narodzi się przyjaźń. Jak człowiek nie nadaje na tej samej fali co my, to nie ma dla niego miejsca w naszym życiu.

Zdecydowana większość komentarzy w książce życzeń i zażaleń jest pozytywna. Bardzo. Kończąc zapraszamy do GALERII z wystawy, gdzie można obejrzeć kilka zdjęć w dobrej bardzo rozdzielczości.

A już tak na totalne zakończenie - KLONY:

wtorek, 25 sierpnia 2009

No cóż, teledysk nie tak jak sobie wyobrażałem, bo ze schizolskiego filmu. Ale zawsze możesz zamknąć oczy i posłuchać.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

1984. 2009.
Czasami, kiedy wszystko się rozpada zdarzają się momenty, gdy wszystko zdaje się mieć sens.

Kiedy jesteś młody nie myślisz o swoim ciele w taki sposób jak kiedy jesteś kilka lat starszy. Młodość jest naturalną częścią życia, a osoba młoda żyje i rozszerza swoje horyzonty zamiast martwić się tym, że ciało się starzeje, że nie wygląda już tak jak wtedy. Człowiek umiera, lecz nie godzi się z tym, wybiera o tym nie myśleć. Wyrzeka się śmierci. Trudno go winić, jest w końcu tylko człowiekiem. Co możemy zostawić po sobie? Dzieci. Pamięć. Twórczość.

Kiedyś dużo czytałem. Nie miałem nic innego do roboty a komputera nie było. Sporo z tego co czytałem, bardzo mi się podobało. Ostatnio czytam coraz mniej. I mniej. I mniej. Jeżeli słyszę o jakiejś dobrej książce, lub jeśli przypadkiem wpadnie mi w ręce zaczynam ją czytać tylko po to, żeby po kilku stronach czy rozdziałach odnaleźć siebie w stanie całkowitego znudzenia tą lekturą. Możemy mieć tyle internetu i stron pornograficznych ile chcemy, możemy mieć życie towarzyskie i przyjaciół lub rodzinę i wypełnią nam cały wolny czas. Ale od czasu do czasu trafia się nam ta książka.


Książka, z którą w jakiś niewytłumaczalny sposób się łączymy. Ta książka jest nie tylko naszym rozumowaniem, nie tylko naszym życiem, ale ta książka jest nami. Każde słowo czy zdanie staje się niewysłowioną przyjemnością dla naszych zmysłów. Co chwila odnajdujemy nasze własne myśli. Jeśli wiesz o czym ja mówię.

I dotykanie drukowanego słowa opuszkami palców, okładka, która jest okładką idealną. Zapach druku.

Życie jest niezwykłe. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy wyszedłem z domu z przyjacielem Kamilem, przeszliśmy przez tory kolejowe (bo było bliżej do naszego punktu przeznaczenia oraz miasta w ten sposób). Było ciepło. Miło. Wiał przyjemny deszcz. Znaczy wiatr. I wtedy poczułem coś niewysłowionego. Uczucie, którego nie potrafię opisać ani sklasyfikować. Wiecie jak się mówi, że coś wisi w powietrzu. Ale nic szczególnego się nie wydarzyło. To było takie ciepłe uczucie. Teraz, spoglądając z perspektywy czasu widzę więcej takich przypadków. Tak jakby życie w danym momencie, w pobliżu danych ludzi w danym mieście, kraju, wytwarzało jakąś magiczną moc. Specyficzne uczucie. Sensację. Nie zapach, nie dotyk, ale uczucie.

Nie często się to zauważa w danym momencie. Patrząc na to później, z jakąś częścią mojego życia nie pamiętam najbardziej faktów, ale to uczucie. Powiew świeżości. Coś zupełnie nowego.

Wracając do książki. Napisz coś. Wydaj. Ale niech to będzie arcydzieło. Pierwsze 20 czy 30 nie musi być, ale któreś z nich ma dużą szansę. I taka książka (jeśli Twoje arcydzieło będzie książką) przetrwa w świadomości ludzi po Twojej śmierci. Nie tylko przetrwa, ale będzie źródłem natchnienia. Więcej! - Jedna taka książka pozwoli czytelnikowi poznać ciebie całego, twój świat. I nie poznać powierzchownie lecz tak dobrze jak rozumieją się najlepsi przyjaciele, a nawet i bardziej.

I tak teraz mam będąc w połowie 1984 George Orwell'a. Widziałem film kilka lat temu. Ale książka wydana w 1949 roku jest ponadczasowa. Jest aktualna. Mówi o moim życiu w jakiś taki dziwny sposób utożsamiam się ze wszystkim.

Przeczytaj. Jeszcze raz.

Na tapecie od dłuższego czasu mam:

Oto ty otwierający drzwi do swoich marzeń. Wygląda nierealnie. Ale jest tak realne jak ty i ja.

czwartek, 30 lipca 2009

MUZYKA: Szalony świat.
- Jak masz na imię, chłopcze?
- Nie wiem.
- No... to musimy cię jakoś nazwać - powiedział ciepło kobiecy głos. - Co powiesz na Alex? Tak jak Aleksander Wielki.
- Kim był Aleksander Wielki?
- Był Macedońskim starożytnym królem greckim.
- W porządku.
- Aleksandrze, co tutaj robisz?
- Nie wiem.
- Niewiele osób się tutaj zapuszcza. Tak między nami, ty jesteś pierwszy. Na prawdę nie wiesz, co tutaj robisz? To może choć pamiętasz gdzie byłeś wcześniej?
- Ja... niestety nie pamiętam.
- To niezwykłe. Nawet, jeśli trafiłeś tu przypadkiem samo to, że tu jesteś wyklucza prawdopodobieństwo przypadku.
- Jak to?
- W pewnym sensie jest niemożliwym abyś tutaj był. A jednak tu jesteś.
- A gdzie jest tu? Gdzie ja jestem?
- To dobre pytanie.
- Niech zgadnę. Powiedziałaś, że ja jestem pierwszym, który tu zawędrował. A więc nikt nigdy wcześniej nie zadał ci tego pytania. Nigdy sama się nad tym nie zastanawiałaś?
- Zgadza się. Wiem gdzie jestem, to dla mnie oczywiste. Lecz nigdy nie ubierałam tego w słowa.
- Dlaczego jest tu tak czarno?
- Czarno? Masz na myśli ciemno? Cóż... to pozory. Jest tu jaśniej niż ci się wydaje, tylko nie przyjrzałeś się dokładnie. Widzisz moją twarz. Na niej się skupiasz jakby reszta nie istniała. A przecież istnieje.
- To wszystko jest strasznie zagmatwane. Nie mogłabyś włączyć światła?
- Boisz się Aleksandrze?
- Nie o to chodzi. Ponuro tu.
- Rozejrzyj się. Tak jak prosiłam.
- Ale nic nie widzę. Jak mam się rozglądać?
- Musisz być zmęczony.
- Sam nie wiem. Nie.
- Połóż się spać. Kiedy się obudzisz, spróbujemy to wszystko wyjaśnić.
- Rzucimy smugę światła na ten cień?
- W rzeczy samej - uśmiechnęła się. - A teraz idź spać.
- Ale... ale jak? Gdzie?
- Zamknij oczy, a sen cię znajdzie.

I Aleksander zamknął oczy.

sobota, 25 lipca 2009

FILM: Proposal.
Tlumaczenie tytułu filmu "Proposal" czyli "propozycja" lub w tym przypadku bardziej "oświadczyny" zostało oczywiście potraktowane sprawdzoną metodą którą zwał "Polak to osioł i muł więc trzeba mu wszystko łopatą wgarniać do łba to może zdarzy się cud i zaczai" oraz jeszcze lepszą formułą "debilne tłumaczenia działają lepiej na wyobraźnię niż morze heroiny".

"Narzeczony mimo woli" to udana komedia, idealnie wyważona. Jest śmieszna, nie ma dłużyzn oraz tego cholernego rzygu uczuć polanych zawsze tą samą wzruszającą skrzypcową melodyjką doprowadzającą do szału. Nie ma trwających wieki kiczowatych nieżyciowych wyznań. Jest akurat. Film jest pełen akcji, kiedy już się wydaje, że zaczną przynudzać BAM! - coś się dzieje. Nie tak jak w Zohan, gdzie po pierwszej pół godzinie film zaczął się ciągnąć bez celu.

Po reklamie spodziewałem się kolejnego badziewia, ale się miło zaskoczyłem. Tak więc bierz chłopaka lub dziewczynę - jak ci leży - i bez wahania rozerwij się w kinie. Bez bebechów.

(bo jak się ciało rozrywa, to bebechy wypływają; gdyby ktoś nie zrozumiał powyższego zdania).

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Gustavo Santaolalla
Brokeback Mountain to świetny film. W polskiej wersji musieli oczywiście dodać słowo Tajemnica na poczatku tytułu. Możecie mieć obojętny stosunek do kina, ale jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu to biegiem do wypożyczalni (lub ściągania)! I oglądajcie bez lektora, bo z lektorem to jak zadawanie gwałtu filmowi i gówno słychać z muzyki.

Wybitna reżyseria, wspaniałe kreacje aktorskie, no i muzyka. Gustavo Santaolalla napisał muzykę do takich filmów jak 21 gramów, Dzienniki Motocyklowe czy Babel. Jak wiemy Heath Ledger niestety nie żyje, ale film wciąż istnieje.

Nie warto słowami opisywać tej pięknej muzyki z filmu Brokeback Mountain. Posłuchajcie sami. I wytrwajcie w spokoju całość, to tylko 4 i pół minuty. Wsłuchajcie się. Podoba mi się, gdyż szczególnie to wideo jest nagraniem na żywo na którym sam Gustavo gra na gitarze po wywiadzie przeprowadzony przez krytyka filmowego o imieniu Rubens (większość tych informacji nie wziełem z mózgu, lecz z opisu widea na youtube). Widzimy w odległości ciemną postać z gitarą w jakiejś sali kinowej. Niby zwykły człowiek, mógłby być to każdy z nas, a tyle osiągnął. Sednem sztuki jest piękno. Jest geniusz. I te dwie cechy znajdziemy tutaj:



I co ciekawe to czy to co nas w życiu spotyka to przypadek czy przeznaczenie? Wczoraj obejrzałem "Knowing" - Zapowiedź - bardzo dobry, zaskakujący film, bo wyreżyserowany przez dobrego artystę. I jakoś tak na początku Nicolas Cage - znienawidzony przez kobiety, uwielbiany przez mężczyzn - właśnie o to pyta studentów, czy uważają, że to czego doświadczamy to przypadek czy przeznaczenie? I Peter Rubens - XVII wieczny artysta, malarz królów, którego to portret widnieje w moim zamku (bo to jest mój zamek, ja tam nie tylko pracuję znowu), chodzi mi po głowie, a tu proszę, nim Gustavo zagrał na tej sali ten kawałek, to rozmawiał z panem o imieniu Rubens. Zabawne. Przypadek?

Przeznaczenie?
deviantART
http://sebastianjaster.deviantart.com/ - to mój profil na deviantArt. Jest to świetne miejsce do poznawania wspaniałych artystów. Zwykłem się dołować wcześniej - tylu utalentowanych ludzi, a ja sobie marzę żeby coś osiągnąć będąc o wiele gorszy od nich. Było to jednak błędne myślenie, więc przestałem tak myśleć. Ja mam swój styl, własną kreskę która jest oryginalna. Poza tym talent to nie wszystko, liczy się to co z nim robisz i czy los się do ciebie uśmiecha.

Tak więc teraz odwiedzam tą stronę delektując się pięknymi rysunkami, obrazami i kolorami. Zachęcam Was też, abyście tam zajrzeli, a nawet mnie obserwowali.

piątek, 12 czerwca 2009

MUZYKA: Clint Mansell nie utopił się w fontannie.
Tak sobie słucham zwyczajnie i po ludzku albumu z ponoć najpopularniejszymi kawałkami z kina. Jednym z nich jest tytułowy motyw z filmu "Fontanna" - piękny, lecz smutny film ze wspaniałą klimatyczną muzyką. Jeżeli nie widzieliście, to musicie obejrzeć. Należy być jednak w nastroju na coś poważnego, gdyż tam rzeczywistość miesza się z fantazją w poruszający sposób. 4 na 5 gwiazdek.

środa, 10 czerwca 2009

Palenie NIE szkodzi TERMINATOROM.
Dwa i pół dnia bez papierosa to wieki dla kogoś, kto jest od nich uzależniony. I wszyscy wiemy, co nam się stanie z tłustych liter czarnym drukiem na paczkach, które głoszą:

PALENIE ZABIJA

PALĄC SPRZEDAJESZ SWOJĄ DUSZĘ DIABŁU

KAŻDYM BUCHEM JESTEŚ BLIŻEJ ŚMIERCI

PAPIEROSY ZAWIERAJĄ KWAS, KTÓRY WYŻERA CIĘ OD ŚRODKA. TAKI SAM, KTÓRY MA OBCY

PALENIE NISZCZY RODZINY, WSPÓŁŻYCIE SEKSUALNE I SPRAWIA, ŻE CHCESZ SOBIE PALNĄĆ KULKĘ W ŁEB

PALĄC TWÓJ PANIS SIĘ SKURCZA A POCHWA PORASTA GRZYBEM TRUDNYM DO USUNIĘCIA

JEZUS NIE PALIŁ

PALENIE WYWOŁUJE DEPRESJĘ.

CHROŃ SWOJE DZIECI. NIE ZAMYKAJ SIĘ Z NIMI W CIASNEJ KOMÓRCE JARAJĄC KARTON SZLUGÓW W TRAKCIE OBIERANIA KUPY ZIEMNIAKÓW

... i tak dalej. Wkrótce Unia Europejska wprowadzi rysuneczki zamiast napisów na paczkach, żeby oduczyć cię, starego psa, starą wygę i wyjadaczkę od palenia. Ciekawe co tam pokażą? Obrazy szatana w piekle, czerwonych czaszek, płuc, z których wychodzą robaki jak z jabłka? Pewnie coś w tym stylu. Pomimo to najdłużej żyjący człowiek, który dożył coś około 110 lat nie żałował sobie ani trunku, anie tytoniu. Możesz jarać całe życie i nie dostać raka. Możesz bać się, że dostaniesz raka, walczyć ze ZŁYM nałogiem od którego śmierdzisz, masz zęby jak mumia faraona i po dwóch metrach biegu łapie cię zadyszka, ale wciąż kochasz palić, więc możesz tak walczyć a tu przejeżdża cię amerykański żółty autobus. W Krakowie.

Żyj. PAL!

-- A teraz coś z zupełnie innej beczki!

Jestem świeżo po sensie nowego Terminatora w kinie. Moja krytyka powtarza głosy innych ludzi. Nie żałuję, że poszedłem, BO CHCIAŁEM TEN FILM ZOBACZYĆ DLA EFEKTÓW (tu uśmiech w stronę Jacka P., który pewnie wcale nie czyta tych postów bo taki jest zziajany i zabiegany. Zacznij, do cholery!).

Fabuła: jak widzę taką fabułę, to sobie myślę: DLACZEGO? Motywy z poprzednich terminatorów rżnięte jak się da. Nic niespodziewanego, pod koniec zbyt cukierkowato. A mimo to wciąż płacą scenarzystom. To jest dopiero życie.
Akcja: widowiskowa. Gdyby film był cały taki jak początkowa scena akcji, to byłby zajebisty film. Jak Connor próbuje uciec helikopterem z pola walki, to jedna z najlepiej wyreżyserowanych scen akcji jakie w życiu widziałem. Potem jednak się pieprzy.
Aktorstwo: Krzysztof Bale - dwa dni temu słuchałem na youtube audio które wyciekło z kręcenia tego filmu, jak bezpodstawnie drze na kogoś mordę, bo mu się morda nie spodobała. Z czego wychodzi, że Bale to bogaty sukinsyn. Widząc go na ekranie wciąż miałem w głowie jego krzyki z youtube. Więc mnie nie przekonał. I film się szczyci, że on w nim gra, a w tym filmie ze wszystkich to on się najmniej nagrał.
Budżet: 200 milionów dolców. Czy ich POJEBAŁO?! Zwykle to 100$ milionów. Ja widzę kasę na ekranie, ale żeby 200? Ten biznes przepłaca na maksa, ale wiedzą co robią, bo i tak im się sprzeda. Najwięcej wiadomo poszło na Krzysia i efekty kilkunastu nie ogolonych grafików komputerowych którzy pokazują dłońmi FUCK YOU! na Pixar.

Terminator 2 miał bezustanne napięcie. Tu napięcie wywołała pierwsza scena, jednak potem film traci, gdyż pokazuje podróż kogoś gdzieś tam, powoli, spokojnie. Terminator to pościg, a oni o tym zapomnieli. Sean Connor mówi na końcu, że roboty są na całej kuli ziemskiej i oni będą z nimi walczyć. Jasne - już widzę jak w części 5tej Krzysztof Bale będzie w PILE, kurwa. Albo w Katowicach zwalczał centrum dowodzenia wroga. To film amerykański, akcja się z tamtąd nie ruszy. Pilot szybkiego samolotu to oczywiście wyjebana laska, któż by pomyślał? NIE WIDZIAŁEŚ FILMU, A NIE CHCESZ, ŻEBYM CI ZEPSUŁ NIC??? - NIE CZYTAJ DALEJ! Pod koniec aby Krzysiu Bale mógł zipać dalej i zagrać w 5tej i 6tej części OCZYWIŚCIE robot pozer który tak się składa oprócz ludzkiego mózgu ma też ludzkie serce, oddaje te właśnie serce. Taa, zajebisty koleś. Mógłbyś z nim grama trawki wypalić i pośmiać się, a on miałby paka i wciąż nie przyszłoby ci do głowy, że to robot.

Pokażcie coś ciekawego! Na przykład rzućcie Connera w rok 2099 i niech się tam zmaga, to by było ciekawe. REASUMUJĄC: lepszy od 3jki, nigdy nie dorówna 2ójce, jak nakręcą kolejne, to będzie jeszcze gorzej. Dlaczego? BO brak im FANTAZJI.

piątek, 5 czerwca 2009

W razie zwątpienia.
W razie zwątpienia i braku wiary OGG zawsze dla Ciebie i przy Tobie będzie. OGG zaprasza Cię serdecznie abyś słuchał odpowiedzi. Z OGGiem nie zginiesz. Przy OGGu ogień piekielny Cię nie dosięgnie. Wystarczy abyś całkowicie oddał się OGGu oraz przekazał darowiznę klikając na guzik po prawej stronie. Darowizna nie jest obowiązkowa, ale jeśli zginiesz od noża trzymanego przez tłustą owłosioną rękę z nieobciętymi palcami w środku lata na placu pełnym ludzi i przelatujących pszczół prosimy Cię, nie wiń OGGa.

W razie gdybyście przegapili, pierwsze 8 stron Krzyków WEWNĄTRZ jest już na mojej stronie, wystarczy kliknąć w obrazek poniżej:Niewykorzystane materiały z produkcji tej opowieści można znaleźć w GALERII.

Szperając w Galerii można też odkryć kilka starszych (nie już tak szybkich jak kiedyś, nie mogących już tyle zjeść co kiedyś bo wątroba padła od chlania wódy) rysunków, które wrzuciłem na czele z nowym szkicem:

poniedziałek, 1 czerwca 2009

90 dni później...
... Sebastian otrzymał automatyczną odpowiedź od Zudy, że nie dziękujemy. Jak tylko odpali na nowo swojego Dreamweavera do robienia stron internetowych po przygodach z laptopami (jak bóg da jutro) zamieści 8 odrzuconych stron. Zaczął się nowy comiesięczny konkurs z 10ma uczestnikami, z pracami wśród których są gorsze od Krzyków wewnątrz. Cień goryczy? Tylko cień. Ktoś kiedyś powiedział, że bóg daje nam tylko tyle ile jesteśmy w stanie przetrawić. Zbytnio w to nie wierzę. Ale wierzę, że na wszystko jest właściwy czas i miejsce, dlatego prędko skończę 4tą stronę Denka i Kluski, pokoloruję, z pomocą przyjaciół przetłumaczę na angielski i wyślę. Bez rocznego odstępu pomiędzy.

Wszystko jest względne. Edytorzy Zudy to tylko kilka osób (mniej niż palce u jednej ręki) które kierują się swoimi wytycznymi. To co wygrywa to zwykle bezmyślne proste komiksy w których dużo osób ginie, a mnie wcale nie korci, żeby coś takiego tworzyć.

No, może i nawet, ale żeby to nie było bezmyślne.

sobota, 30 maja 2009

Uuu.
U mnie ciepło. Wreszcie. Irlandia to przeważnie zimny i deszczowy kraj.

Zdaje się że w poniedziałek czy wtorek dostanę negatywną odpowiedź od Zuda i będziecie mogli wreszcie przeczytać pierwsze 8 ekranów opowieści fantasy Krzyki wewnątrz. Ślamazarnie kończę 4 stronę D+K i wkrótce po tym będę ich kolorował. Spotkałem już ze dwa czy trzy komiksy, w których bardzo podoba mi się kolorystyka. Zwykle nie jestem fanem cieni i warstw kolorów, ale w przypadku tych niewymienionych z tytułu komiksów bardzo mi się to podoba i chciałbym tak umieć kolorować. Zastanawia mnie też, czy są one kolorowane nie za pomocą komputera i czy programem komputerowym można osiągnąć takie piękne kolory. Praktyka, praktyka, praktyka. Wszystko za tym się kryje.

Czego szczerze nie cierpię w komiksach i ilustracjach, to kiedy są beznadziejnie cieniowane w photoshopie. Ach, jak znajdę jakieś przykłady to wam pokażę.

Tymczasem!

środa, 27 maja 2009

Tam i z powrotem - przygoda Herr Zebagginsa
Życie w Aż'GdzieśPolazła przypominało trochę te w Nie'tfujinteres, jednak pod wieloma względami było całkowicie odmienne. Historia ta wydarzyła się dawno temu, w czasach, w których świat nie polegał całkowicie na przemyśle Chin, kiedy egzystencja nie była opleciona Cyfrową Światową Pajęczyną; w czasach w których wciąż wierzono w magię, a nie tylko w magię miłości. Świat był zielony a serca wypełnione szczerym szczęściem, dusze nie przygniecione betonem cywilizacji.

W krainie Aż'GdzieśPolazła znajdowała się mała osada zwana SharikU'doNogi, w skrócie Sharik. Mieszkały tu dzielne mniej a bardziej rozleniwione hobbity. Teraz, kiedy na półkach w różnych zakamarkach świata znajdują się historie spisane przez pana Tolkiena nie musimy już tłumaczyć kim byli hobbici. Jednak w jednej chatce z czerwonymi jak maliny drzwiami mieszkała istota całkowicie odmienna, nie miała owłosionych stóp ani nie była śmiesznie niska. Miała zaś czarny zarost i burzę najeżonych długich włosów. Był to człowiek, a nazywał się Herr Zebaggins. Nikt już dzisiaj nie pamięta skąd przybył i nie jest to zbyt ważne. Herr należał do wioski jak każdy inny mieszkaniec i tak samo był traktowany.

Zimny deszcz łomotał w drewniane okiennice chatki Zebagginsa, kiedy to on skulono-zgarbiony zanurzał swe łapczywe palce w skrzyni ze skarbem. Wyjął go delikatnie i położył na swoim ulubionym kamieniu na którym to też jadał jajecznicę z rana. Kamień nazywał się Zbigniew i pochodził ze starego wymierającego już szlachetnego rodu Gadających Kamieniusów. Niestety Zbigniew, który lubił być nazywany po prostu Zbyś, zatracił większość dumy i elokwencji swych przodków i stał się wieśniakiem.

- Zabierz to cholerstwo, wystarczy mi, że służę ci za stół kuchenny. Nie potrzebuję jeszcze tego grzejnika! - wyrzucił z siebie Zbigniew. Tym co było cholerstwem dla Kamieniusa a skarbem dla Zebagginsa był laptopus. Prostokątne pudło, które otwierało się jak książka i za sprawą magii pokazywało czarodziejskie krainy. Coś jak lustro Złej Królowej ze Śnieżki, tylko w wersji kompaktowej. Kontrolowało się go nie różdżką, lecz pierścieniem. Tak, duży różowy pierścień z wygrawerowanym Bowie też tu był spoczywał tam, gdzie my dzisiaj mamy klawiaturę. Ignorując pretensje Kamieniusa Herr nie zdjął laptopusa. Z gruchotem w kolanach wstał, aby przyrządzić sobie coś do jedzenia. Kiedy powrócił laptopus leżał na ziemi ze strzaskanym monitoriusem, zaś Zbigniew jak gdyby nigdy nic gwizdał sobie pod uchem.

- Coś ty zrobił, świnio? - wrzasnął rozwcieczony i zdziczały Herr.
- Ja?
- Widzisz tu inne gadające kamienie?!
- No... nie. Ale ten kamyk pod framugą na lewo od mysiej dziury od dłuższego czasu wydawał mi się podejrzany. Może do niego mówisz?
- Gadaj psie, dlaczego zwaliłeś mój skarb?! - wymawiając słowo skarb Herr wykrzywiał usta i mowę w psychodeliczny sposób.
- Ja nic nie wiem! Leżę tu sobie spokojnie marząc sobie o seksownej Kamienicy z którą mógłbym pokombinować i być może nawet uratować swój ród, a tu nagle TRACH! Laptopus na ziemi.
- A dlaczego wgniecenie na monitoriusie wygląda jak twój zad, Zbysiu?
- Skąd mam wiedzieć? A wiesz co? Pierdziel się! Nie potrzebuję cię! Już dawno bym się wyprowadził, gdybym miał nogi, a tak jestem zdany na twoją łaskę. - Po czym Zbigniew popadł w mogące trwać nawet lata milczenie. Zabaggins również ucichł. Upadł na kolana nad laptopusem, a po policzku spłynęła mu łza. Jego skarb został zniszczony.

Następnego ranka Herr poszedł do Elekrtozwisa, który szczycił się fachową poradą w sprawach wszelakich: od leczenia ślinokrwotoków krowich po bezbólowe wyrywanie kończyn. Jego ciało wyglądało jak koc, taki był włochaty. Ponieważ było mu tak ciepło i wygodnie i ani nie łaskotało ani nie szczypało nie przycinał włosów i paradował nago, trudno było jednak to spostrzec. Wystawały tylko dwie kulki na górze będące jego oczami.

- Bry! Da radę wymienić monitoriusa? - Herr przeszedł od razu do rzeczy pokazując to, co było jeszcze wczoraj jego skarbem.
- Bry - przywitała się również złota rączka. - Da, nie da - stwierdził obojętnie Elektrozwis. -Miałem raz z czymś podobnym do czynienia, acz za dużo babrania w tym było. Poza tym to by cię drogo kosztowało bez żadnej gwarancji, że mi się uda. Lepiej będzie jeżeli kupisz sobie nowego laptopusa.
- O. A ile by kosztowała naprawa?
- Ze dwie, trzy świnie i worek pyr. A nowego laptopusa można już dostać za 7 świń. Okazja.
- Dziękuję za nic, Elektrozwisie - burknął Herr i odszedł ścieżką prowadzącą przez pagórek. To był piękny dzionek, rosa jeszcze nie znikła z pól, świeże morskie powietrze smagało poliki ciężko pracujących hobbitów, a wilki spały spokojnie śpiąc o zającach nadziewanych w ślimakach. (Tylko Wilczuś nie spał spokojnie bo miał gorączkę i się trząsł).

Herr Zebaggins sprzedał swoja figurkę Scarlett Elfa w Białych Podwiązkach i zakupił nowego laptopusa, który nazywał się Sowy. Sowy to była świetna marka i Herr był bardzo zadowolony z zakupu. Do czasu...

Zieleń zszarzała, zbielała i znowu zazieleniała. Sruman drapał się pod pachą, Wielkie Oko które patrzy myślało o zakupie szkła kontaktowego, bo wzrok już nie ten sam co kiedyś. Ruchome Drzewo złapało reumatyzm. Minęło 18 miesięcy. Słonko wychyliło się zza Zwapniałych Gór. Zebaggins otworzył oczy, przetarł oczy i oczom nie mógł uwierzyć: jego laptopus zburaczał. Tak, monitorius wyglądał niczym po zażyciu kwasa (od LSD po SLD). Przerażony Herr zrestartował systemus i ujrzał dużo niebieskich pasków tam, gdzie nie powinno ich być. Wkrótce potem laptopus sam się wyłączył. Coś było zdecydowanie nie tak.

Tymczasem hen daleko, w Dolinie Brutalnej Łysiny Atakującej Z Nienacka Zły Czarnoksiężnik Sonyrys pławił się w rozkoszy. Musicie wiedzieć, że to jego orki produkowały laptopusy Sowy i że Sonyrys był odpowiedzialny za problemy nie tylko Zebagginsa, lecz wszystkich, którzy nabyli jego produkt. Tysiące o ile nie setki tysięcy biednych duszyczek klepało właśnie i kręciło bezmyślnie różowym pierścieniem łudząc się, że ich Sowy będzie jeszcze działał. Czarnoksiężnik zacierał łapczywie ręce przewidując przyszłe zyski wszystkich tych, którzy zwrócą się do niego po nowszy model, w końcu miał on monopol. U jego kolan leżała skąpo ubrana Allelacha z rodu elfów. Przykuta łańcuchami do ściany zmuszana była przez śmierdzące i obleśne orki do mycia stóp Sonyrysa, wachlowania go, podawania mu winogron jedno po drugim oraz do jeszcze gorszych rzeczy.

Allelacha miała długie złociste włosy, a jej piękna twarz kogoś, kto osiągnął permanentny stan nirwany, okrył smutny cień uwięzionej duszy. Dwa lata temu wracała nocą z wyprawy do Chorego Na Starość Dziadka Edka do domu. Jako córka AlloAllogo, króla Elfów, towarzyszyła jej obstawa - młody szczupły i wysoki łucznik Orlando Rozkwita oraz niemłody nieszczupły łucznik z umiejętnie zatajanym kiepskim wzrokiem Pija Er'cola. Czarnoksiężnik Sonyrys dusił w sobie przez wiele lat nienawiść do AlloAllogo. Niegdyś byli najlepszymi kumplami aż do pewnego fatalnego jesiennego wtorkowego popołudnia o którym teraz opowiemy.

Na szczycie gigantycznego dębu zwanego Drapaczem Chmur w Lesie Pokoju mieścił się pałac Króla Elfów. Zaprojektowany był przez Dariusza NadgodzinyRobięNiechętnie'ego. Taka mieszanka łuków, kolumn i kolorowych szklanych ścian z wymalowanymi kwiatkami i zwierzaczkami. Dla czadu pośrodku była fontanna, która wyglądała jak niemiecki żołnierz kupujący chleb u rosyjskiego sprzedawcy, który przeprasza, że chleb zamrożony, ale w końcu zima jest. W komnacie tarasowej z widokiem na liście czarnoksiężnik i król grali w warcaby. Żartowali, popijali świetne wino, od czasu do czasu puszczali do siebie przyjacielskie oczko. AlloAllogo lekko wstawiony zdjął sandał i pod przykryciem stołu z dala od wzroku służby zaczął smyrać stopą krocze Sonyrysa. Sonyrys się wzdrygnął:

- Co ty wyprawiasz stary?
- No co? - zdziwił się Król Elfów. - Myślałem, że chcesz! Klepiesz mnie po kolanie, puszczasz oczko, wysyłasz łatwe sygnały.
- Czy cię pojebało Allo? Klepię cię, bo cię lubię. Puszczam oczko, tak jak dziecku się puszcza. Nie mam żadnych ukrytych zamiarów. Boże! Czemu zawsze wszystko musi być takie zboczone z tobą do cholery? Nie możesz być normalnym mądrym i szlachetny królem takim jak w książkach? Musisz mi dotykać krocza stopą? Co z tobą nie tak, stary?
- Ależ wszystko ze mną w porządku - odparł spokojnie król. - Jestem elfem, to prawda, że powinniśmy być cnotliwi i bla bla, ale spójrzmy prawdzie w oczy: życie to nie książka. Książki są cenzurowane, jak piszesz opowieść fantasy i chcesz żeby jak najlepiej się sprzedała to nie możesz ani tam przeklinać, ani pozwalać każdemu kurwić się z każdym. Bo to już by była książka dla dorosłych i prawdopodobnie nie zostałaby odebrana serio. Każdy ma swoje żądze. Ja też, nie będę tego ukrywał przed tobą. Może dlatego, że jestem królem mam trochę więcej śmiałości...
- Masz śmiałość, bo już trzecią butelkę wina obaliłeś, ot co! Może i by mi pochlebił twój gest, ale ja nie jestem zboczony.
- A gdybym powiedział, że zrobiłem to dlatego, żeby odwrócić twoją uwagę od gry, żeby cię zdekoncentrować, bo mi źle szło, wybaczyłbyś mi wtedy?
- Aa! - ucieszył się Sonyrys, który bał się, że nie poznaje swojego starego przyjaciela. - To zupełnie inna sprawa! Przeprosiny przyjęte. Grajmy więc dalej!

Tegoż samego wieczoru czarnoksiężnik nocował w pałacu króla. Chrapał sobie spokojnie w ciepłym okrytym mrokiem łożu, kiedy to poruszyła się klamka, drzwi skrzypnęły i ktoś wszedł do komnaty. Cicho na paluszkach przebiegł po kamieniuszkach (na szczęście żaden z nich nie był gadającym) i wszedł pod kołdrę. Objął leżącego bokiem czarnoksiężnika i przytulił się ufnie. Sonyrys miał jeden ze swoich futurystycznych snów. Śniło mu się, że szczęśliwy jedzie żółtym rowerem. Nagle okazało się, że nie ma siedzenia i rura wbija mu się pomiędzy pośladki. Wtedy się obudził i z przerażeniem spostrzegł Allogo przyciskającego się do niego.

- A więc wcale nie chodziło o to, że przegrywasz w warcaby! - wrzasnął zdeprawowany Sonyrys. Spakował manatki nie chcąc wysłuchiwać tłumaczeń i odfrunął na miotle. Ale była to męska miotła. Właśnie to wydarzenie na zawsze pozostawiło na nim niewidzialną szramę. Niechęć i nienawiść do AlloAllego. W końcu praktycznie go zgwałcił we śnie, jego Złego Czarnoksiężnika, postrachu lądów i oceanów. Pragnienie zemsty narastało w nim dzień po dniu, nasilane z każdą butelką wina i liścikiem przeprosinowym od Króla Elfów. Sonyrys postanowił porwać jego największy skarb - piękną córkę. Wysłał drużynę 30stu orków bojowych, która zaatakowała, kiedy Allelacha powracała z odwiedzin u dziadka.

- Zostań tu księżniczko! - krzyknął Orlando prąc z napiętym łukiem na wrogów. - Osłaniaj mnie Pija Er'cola!

Pija Er'cola wycelował strzałę w nieprzyjaciela i wystrzelił. Strzała leciała wolno. Ci, którzy byli w obozie uciekali. Wzrok Allelachy śledził lot strzały z przekonaniem i wiarą w umiejętności Pija. O tak, strzała celnie trafiła w tył głowy Orlanda przeszywając ją na wylot i jeszcze nadziewając na czubek przelatującego kruka (to była dłuuuga strzała). Tej nocy Pani Krukowa nerwowo paliła ostatniego papierosa przy kominku zastanawiając się, co Edkowi tak długo zabiera kupienie jednej paczki papierosów. Wracając do naszej historii:
- Trafiłem! - uradował się Pija.
- Ale trafiłeś Orlanda ćwoku! - powiedziała przerażona Allelacha.
- Hmm.. - zamyślił się Er'cola. - Teraz będzie mi trochę trudniej ukrywać mój kiepski wzrok. - Wypadki potoczyły się szybko - W głowę Pija został wbity topór a księżniczka złamała paznokieć na twardym jak skóra hipopotama policzku orka.

Tak oto Sonyrys uczynił z córki Króla Elfów swoją niewolnicę broniąc potężnym zaklęciem zamczysko. Zaklęciem, którego Elfy nie potrafiły złamać i tym samym oswobodzić Allelachy. Po tygodniu formatowania systemusa zmęczony i zły oraz nieświadomy opisywanych wyżej wydarzeń Herr Zebaggins postanowił wyruszyć do twierdzy Sonyrysa i rozprawić się z nim na dobre za to, że sprzedał mu felerny produkt. W dodatku gdzieś mu się tytoń zapodział (podejrzewał o kradzież czarodzieja kleptopmana Gadalfa), co sprawiło, że każdy atom jego ciała błagał o tytoń, a to, zapewniam Was, nie było zbyt relaksujące uczucie.

Czy Herr Zebaggins dostanie nowego laptopusa? Czy Allelacha zostanie uratowana? Czy Sonyrysa spotka zasłużona kara? O tym dowiecie się w następnym odcinku!

poniedziałek, 25 maja 2009

D+K: Choć żreć się chce..
.. to nie wolno! Denek i Kluska wciąż głodują. Są dopiero w pierwszym dniu ich 13sto dniowej diety, tak więc najgorsze, najbardziej mroczne i krwawe jeszcze przed nimi. Za to prace nad tą historią posuwają się do przodu. Stronę 3cią narysowałem w tydzień, z czego się cieszę (nie tknąłem gumkowania czy kolorowania). Obecnie jestem prawie w połowie strony 4tej.

Wczoraj i dzisiaj męczyłem się z trabantem. Nie żebym silnik naprawiał, mechanika samochodowa nie jest moją mocną stroną. Męczyłem się z rysowaniem modelu p50 z 1958 roku. Nie mam zbytniego doświadczenia w rysowaniu samochodów, a kiedyś trzeba zacząć. Tym właśnie pojazdem porusza się Kluska z Denkiem. Udało się, zadowolony jestem tak średnio. Jak tylko skończę 4tą stronę i pokoloruję to wysyłam do Zuda. Krzykom wewnątrz został się tydzień na odpowiedź czy dostały się do konkursu czy nie, nie ma co się oszukiwać. Jakby im się podobało to odpowiedzieliby w ciągu miesiąca odkąd wysłałem im komiks. Biorąc pod uwagę, że na moją stronę www wrzucam po pół strony, to będziecie jeszcze mieli okazję przeczytać 7 kolejnych w miarę postępów z kolorowaniem, a potem przetłumaczę na angielski i wyślę z czym - jak już zdaje się pisałem - wiąże się to, że 8 stron D+K znikną na 3 miesiące z www.sebastianjaster.com. Albo znikną i na dłużej, jeżeli komiks dostanie się.

Pożyjemy, zobaczymy.
LunaTYCKIE tłumaczenia: Zawodowcy, ale nie tacy jak Leon.
Po reklamie filmu Righteous Kill z Alem Pacino i DeNiro poczułem się niedobrze. Z kilku minut reklamówki widać już było że scenariusz jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Gdzieś tam na kuli ziemskiej jakiś typ dostał pieniądze za spłodzenie gówna. To piękny świat w którym żyjemy - robisz kupę i ci za to płacę. I oczywiście mógłbym użyc jakiegoś bardziej wyszukanego języka, ale dobrane tu przeze mnie słowa wyrażają prawdę najlepiej.

No i dzisiaj dowiedziałem się jak ten film Słomiany Janek przetłumaczył - Zawodowcy. Ling.pl mówi nam, że righteous oznacza: prawy (człowiek), cnotliwy, sprawiedliwy
A kill to wiecie sami. Trudno, żeby po obejrzeniu Kill Bill ktoś wciąż nie łapał co znaczy kill. Pomimo zdeprawowania i narkotyków Jack Nickolson w filmach wciąż trzyma klasę, gra tak jak wygląda, nie próbuje udawać, że wciąż ma 40 lat. Para starych wapniaków za których kaskaderzy skaczą przez półmetrowy płot to nie dla mnie i zapewniam Was Drodzy Czytelnicy, nie dla Was.

piątek, 22 maja 2009

LunaTYCKIE tłumaczenia: Ekhe-em!
He's just not that into you - To się samo przez się rozumie, że powinno być przetłumaczone: On wcale na ciebie nie leci.

A my mamy genialnego Słomianego Janka Tłumacza, który pewnie dobrze (lub i nie) zarabia w swoim zawodzie z anielskim tłumaczeniem: Kobiety pragną bardziej. - Gdzie tu kurna logika?
Kasety, ale nie sex kasety. Choć może?
Pewnego dnia mój tata zdecydował się wreszcie na zakup odtwarzacza wideo. Niestety magnetowid był o jedną poprzeczkę cenową za daleko dla nas, albo też zamiast magnetowidu mogliśmy kupić i wideo i nowy telewizor. Było to jakoś na początku lat '90tych. Szczęśliwy, że wreszcie będzie mógł oglądać ciekawe filmy Sebastian pobiegł wypożyczyć coś. Niestety we wszystkich trzech wypożyczalniach kaset wideo do których zaszedł (więcej nie było) potrzeba było dowodu osobistego, żeby się zapisać. Tak więc młody chłopiec wrócił zawiedziony do domu.

Dzień później wraz z tatą zapisali się do wypożyczalni Videx a ich numerem klienta było 926. Pierwszym wypożyczonym filmem był Robocop, bardzo przerażający film dla młodego ducha. Czas upływał, Sebastian praktycznie obejrzał wszystkie filmy w małej wypożyczani i czekał na nowe. Przeważnie przychodził oddać przewinięty film jeszcze przed otwarciem. Siadał na parapecie i czekał. Z biegiem czasu miał już kilka kont pozakładanych po różnych wypożyczalniach. W jednej z nich przy Hali Targowej była np. pełnometrażowa bajka ze Smerfami - historia, która koiła go kiedy to leżał z bardzo wysoką temperaturą w łóżku i miał omamy. W tejże wypożyczalni znajdował się również pewien film animowany, ale nie dla dzieci. Coś o 9 życiach pewnego kota który to - powiedzmy to wprost - się w kółko z innymi kocicami pierdolił i pewnie przez to tracił te życia. Pierwsze porno Sebastiana. Musiał się nieźle napracować, aby ściemnić panu sprzedawcy, że to dla rodziców wypożycza. Dziś co by nie dał, żeby tą zboczoną bajkę jeszcze raz obejrzeć.

Minęło dużo czasu, aż pojawiły się filmy na DVD. Początkowo bardzo drogie, z biegiem czasu staniały. Producenci zachwalali się w mocno przesadzonych reklamach, że dzięki DVD będziesz mógł przeskoczyć do obojętnie jakiego elementu filmu natychmiastowo, że będziesz sobie mógł wybrać języki, że nie będzie przewijania kaset. To jeszcze jest zgodne z prawdą, obiecywali też fantastyczny obraz dokładnie taki jak w kinie - szerokoekranowy. Też prawda. Ale największym przekrętem było głoszenie, że będzie można oglądać film z różnych ujęć kamery, ty wybierasz. Powiedzmy, że mamy scenę którą kręcą trzy kamery z różnych kątów - montażysta przycina wszystko, żeby miało ręce i nogi, ale dzięki DVD możemy ujrzeć po raz pierwszy te sceny, które zostały wycięte lub te ujęcia, które zostały ucięte. I co z tych obietnic wyszło? DUPA. Blada. Opcja taka sporadycznie pojawiała się i jeszcze mniej często pojawia się teraz na DVD ale w dodatkach specjalnych i najczęściej jest to jedna wybrana scena, a nie cały film. To (i tu wychodzimy z trzeciej osoby) mój największy zawód DVD.

Czasy się zmieniają, jest coraz więcej toksycznych energetycznych napoi i znowu mamy nowe formaty - High Definition na krążkach Blu-Ray bądź w tym drugim formacie, który jednak tak dobrze się nie sprzedaje jak Blu-Ray. Tak więc możemy widzieć jeszcze lepszy obraz, jeszcze więcej szczegółów (krostę na nosie Brada Pitta na przykład)... tylko po co?

Wszystkim kręci pieniądz. Producentom tak na prawdę nie zależy czy widzisz ekscytujący raj i czujesz się zajebiście jak nowo narodzony czy widzisz gówno, najważniejsze, żebyś wydał szmal. Kiedy wiele lat temu oglądaliśmy kasety VHS to nic nam w nich nie zawadzało. O tak, pojawiały się czasem paski albo obraz skakał, ale to było OK. Nie znaliśmy nic lepszego. I DVD też było OK oczywiście, lepszy dźwięk i obraz, ale teraz próbują nam wmówić, że potrzebujemy czegoś jeszcze lepszego. Czy tęsknię za kasetami? Niezbyt. Może tęsknię za czasami i wspomnieniami, które się z nimi wiązały, z tym, że raz z Jackiem wypożyczyliśmy chyba wszystkie filmy o Obcym i nie mogliśmy obejrzeć Ósmego Pasażera Nostromo, bo kaseta była zjebana od tego, że tyle osób ją oglądało i musieliśmy przewijać najlepsze kawałki. Taśma się brudziła i gięła, płyty się rysują.

Mamy wirtualny dźwięk. Najpopularniejszy to 5.1 - czyli 4 głośniki po kątach i jeden centralnie przed nami z subwooferem. Są też 7.1 i pewnie większe, ale po cholerę? Czy jeśli będziemy mieć dźwięk i w suficie i w podłodze i na przełam i na skos to będzie bardziej czadowo? Nie, bo po kilkunastu minutach bądź filmach już się przyzwyczajamy i nie zwracamy na to takiej uwagi (chyba że są jakieś wyjebane głośniki których nie doświadczyłem).

Co chcę powiedzieć to to, że postęp jest nieunikniony, ale nie zawsze to co nowsze jest lepsze. To tylko znak czasów. Czy Playstation jest lepszy od starego komputera Atari? Patrząc z perspektywy czasu dzisiaj powiemy tak. Ale te ileś lat temu te Atari było dla nas jak dzisiaj Playstation dla nowego pokolenia. Jedyne co nam pozostaje to obserwować zmieniające się trendy i pisać o nich na blogach chociażby.

sobota, 16 maja 2009

Anioly i demony straconych pieniedzy na bilet do kina.
Wczoraj poszedłem na nowego Star Treka i Anioły i Demony. Star Trek to świetne kino popcornowe - młodzi aktorzy, wciąż się coś dzieje i nie ma przynudzania. Czyli przepis na sukces. I Simon Pegg. Fanem serii nie jestem.

Jeśli ktoś chce zobaczyć Anioły i Demony a nie czytał książki to proszę nie czytać dalej, gdyż napiszę po swojemu co się w filmie dzieje.
Już po pierwszej części mi się rzygać chciało. Szczególnie końcówka, kiedy laska próbuje przejść nad wodą i rzuca coś w stylu Ojć, jednak nie jestem Jezuską, ha ha hie!
Co najlepsze w AiD to reklama, na której posąg się ruszył w demoniczny sposób. Oczywiście to był tylko taki zwiastun mający na celu rozpalić ogień w sercach naiwnych, że może faktycznie będą się tam posągi ruszały, skakały i goniły aż do Philadelphi Toma Hanksa. W przypadku tego tytułu na szczęście polscy tłumacze nie pojechali w stronę Diabelskiego Pościgu bądź też Helikopter w ogniu 2 - tylko przetłumaczyli wiernie.

Są rzeczy które kupuję i które nie. Star Treka kupuję. Kto wie, przyszłość może wyglądać tak jak w tych filmach. Aniołów i Demonów nie kupuję, bo w nic z tego co oglądam nie wierzę, więc serce nie bije mi mocniej. Dlaczego nie wierzę? Dlatego:

Film zaczyna się obiecująco. Ludzie mówią po francusku i próbują stworzyć antymaterię. Ktoś ją kradnie wydłubując oko nieszczęsnemu pierdzielowi aby przejść przez drzwi, które zamiast klamki i zamka na klucz mają czujnik źrenicy. Tu ostrzeżenie: lepiej nigdy nie przyjmujcie stanowiska w firmie, gdzie mają takie zabezpieczenia. Nigdy nie wiesz, kiedy jakiś czub będzie potrzebował twojego oka, żeby coś ukraść. Stary pierdziel jak miał 19 lat i tracił dziewictwo na łące wśród brzóz pewnie w życiu by nie pomyślał, że za 53 lata umrze, bo ktoś mu oko wydłubie. A tu taka niespodzianka. No i co najbardziej w tym początku obiecujące to to, że jest jeszcze nadzieja, że będziemy oglądać inny film, że weszliśmy przypadkiem na inny seans. Niestety nie, bo...

W następnej scenie żwawo jak na swoje lata chlusta i pluska się w basenie Tom Człowiek Legenda Trzepiący Miliony Świeżutkich Dolców Za Film Hanks. Niczym Sherlock Holmes po dwóch rzutach zmoczonego oka na mężczyznę, który właśnie wszedł na basen i zmierza w jego kierunku odgaduje, że to wysłannik z Rzymu. A niby skąd? Przecież to druga część Kodu DaWięcej na litość!

Posłannik prawi iż 4 kandydatów na papieża ktoś porwał, ktoś kto zwie się Illuminati. I że Watykan potrzebuje właśnie jego, bo on taki sprytny i na całym świecie nie odnajdą nikogo sprytniejszego. Z tomem biega nowa laska, już tak nie atrakcyjna jak ta z pierwszej części, ale zawsze to przedstawicielka płci pięknej więc może w którejś scenie coś pokaże.. a nie, to nie tego typu film. Tak więc sobie biegają po Watykanie, bo co godzinę będzie ginął jeden z kandydatów na papieża, a o północy bateria w pojemniku przechowującym antymaterię się wyczerpie i będzie BUM. Duże BUM. Big Bada Bum! - Tak jak Leeloo mówiła w Piątym Elemencie. Dodatkowo mamy złego szefa policji, którego gra ten stary blondyn z ostatniej części Egzorcysty i z Mamma Mia oraz Ewana McGrogera, który w każdym filmie gra tak samo i jedynym zaskoczeniem dla mnie w tej produkcji było to, że mu pryszcz z twarzy w końcu permanentnie zniknął bądź też został skutecznie przysłonięty przed wrażliwymi oczami fanek. Ewan tu już nie gra ćpuna jak na początku kariery, tylko księdza, najlepszego kolegę papieża, który niestety zmarł. No więc tych 4 porwanych będzie co godzinę publicznie wykańczanych i jedynym sposobem żeby wiedzieć gdzie to dostać się do Archiwum Watykanu, takiej miłej biblioteczki w której nie wolno pić kawy, nosić brudnych skarpetek i uprawiać seksu w rogu do którego nie dosięga wzrok pani bibliotekarki, która to już od 10 lat i 3 dni chłopa nie miała. W archiwum oczywiście znajduje się książeczka w której są wskazówki i Tom wie która to książeczka, bo od lat jak sobie czytał własne książki, to we wszystkich pisało 503 czy coś takiego, a to właśnie tytuł tej, której potrzebuje. W niej odnajduje wskazówki - anioły w postaci pomników porozrzucane po całym Watykanie trzymają strzały i wskazują nimi drogę do miejsc gdzie kandydaci na papieża będą zabijani po koleii a na końcu pokazują gdzie je bomba. BO OCZYWIŚCIE KOMUŚ SIĘ KURWA CHCIAŁO 3 WIEKI TEMU NAPIERDZIELAĆ TAKĄ INTRYGĘ. I skoro tak trudno było odkryć te wskazówki, skoro sam Tom mówi, że to pewnie jedyna kopia, to skąd ten porywacz i morderca w okularach wie gdzie ma ich mordować? Kupa ludzi ginie, nie wiem ile, ale coś takiego jak w Rambo. Morderca działający oczywiście na zlecenie kogoś innego ma kilka razy okazję zabić Toma i jego brunetkę, ale tego nie robi tłumacząc się tym, że nie mają broni i że ON jemu nie kazał. Jasne, zabija cokolwiek się rusza, ale Toma Hanksa nie zabije, któż by się spodziewał? Tom podejrzewa szefa policji, że coś kombinuje. Szef policji idzie do Ewana i zamyka drzwi. Nagle słychać krzyki, wiara wbiega, a tam Ewan na ziemi i szef policji mierzy do niego z pistoletu. Po samej tej scenie widać od razu, że to Ewan jest tym złym, a ten zły tym dobrym, ale nic, oglądamy dalej. Ewan głosem małego dziecka, któremu ktoś zabrał loda krzyczy:
- To on jest mordercą! On ma pistolet!
On ma pistolet jest świetnym argumentem dla wszystkich policjantów, żeby zabić swojego szefa, bo przecież szef policji z pistoletem to nie do pomyślenia. I dobrze, że Ewan powiedział, że ma pistolet, bo może na sali kinowej akurat była jakaś niedowidząca staruszka i mogła nie wiedzieć. Tak, mało widzi, ale kocha kino, dlatego wciąż chodzi na seanse.
Szef policji zostaje od razu rozstrzelany, zaraz potem jakiś inny duchowny, ale nie David, który wie co się tu dzieje rzuca się we wściekłości na Ethana, więc ten po prostu krzyczy wskazując na niego palcem Illuminati! kilka razy, no dwa, bo po drugim już Illuminati rozstrzeliwują. Tu już mnie normalnie ściskało. Z podniecenia zacząłem dłubać w nosie, ciemno na sali, więc czemu nie.

Ethan dołącza do Toma i brunetki i lecą szukać bomby, tzn. antymaterii. Brunetka mówi, że będzie miała 5 minut, żeby wymienić baterię w pojemniku na nową, to nie będzie wybuchu. Odnajdują antymaterię, brunetka cała napięta i rozkiszona i rozikszona i spocona kładzie się na ziemię a Tom sobie myśli Wziąłbym cię tu i teraz. I z pojemnika wystają kabelki, bo wymienienie baterii w tym czymś oczywiście musi być skomplikowane. Brunetka że nie zdąży wymienić, bo tu jest zimno i bateria pada szybciej niż się ona spodziewała. Ha. I Ewan chwyta bombę, ucika z nią do helikoptera i leci w niebo. Oczywiście umie latać, bo jak był małą sierotą, która jakoś tak się dostała do kościoła i została ulubieńcem papieża, to papież z miłości wysłał go do szkoły latania mówiąc: Ty się chłopie lepiej latać naucz, bo nigdy nie wisz, kidy ci się to może przydać! Leci i leci i kiedy już pomyślałem, że cep nie wyskoczy na spadochronie helikopter wybucha. Wybucha bardzo widowiskowo, jak to na antymaterię przystało, metalowy płot leci na Toma i brunetkę, ale Tom jest człowiek błyskawica i nachyla się wraz z nią, niestety dwójka ludzi stojąca za nim już takiego szczęścia nie ma. Zaraz potem Ewan spada z nieba na spadochronie w zupełnie bezsensownych ujęciach: kamera leci wraz z nim i pokazuje jak Ewan się obija o dachówki, jak się przez dachy łomoce ażeby na koniec bezpiecznie wylądować. Bohatera chcą zrobić papieżem, bo czemu nie, w końcu umie latać jak Superman, uratował świat i ładnie mu z oczu patrzy a z pyska wódą nie jedzie. Tom go dekonspiruje i Ewan się spala żywcem. Czemu nie.

Koniec.

A! I jeszcze się okazuje, że to on też zabił papieża. Bo on go zabił. Papieża. Ewan, ten co tak pinknie śpiewał z naciągniętą Nicole o miłości.

W filmie w oczy kole SONY, na cokolwiek nie patrzą co jest ekranem bądź ma klawiaturę, to to jest SONY. Znacie moją opinię. Tom gra tak, jakby już nie musiał się starać, a i tak mu zapłacą. Czyli tak samo jak cała reszta starszych kasowych gwiazdorów kina. Ani razu nie grają skocznej muzyczki. Jeżeli książki są fajne, to te dwa filmy na długi czas mi sprzykrzyły czytanie powieści na podstawie której nakręcili te dwa żenująco nudne i przewidywalne badziewia. Tom tu gra po prostu Indianę Jonesa, tylko w wersji Radio Maryja. Film znowu kosi kasę dookoła, a ja bym szczerze cofnął czas i po Star Treku wrócił już do domu odpuszczając sobie AiD.

piątek, 15 maja 2009

Hombre
Ostatnio natrafiłem na bardzo ciekawy francuski komiks pt. Hombre. Cywilizacja upadła i każdy walczy o przetrwanie. Jak widać po okładce jest dużo piersi. Kolory są świetne. W każdym razie hombre znaczy: facet, mężczyzna, gość, koleś. Mi natomiast przyśniło się dzisiaj, że gadałem ze znajomym francuzem i mówię mu o tej serii i pytam go To hombre znaczy mężczyzna, nie? a on odpowiada:
- Nie. To znaczy mocz.

MOCZ.

Niezbadane są drogi ludzkiego mózgu, szczególnie we śnie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Matrix'owa kolejka.
Póki jeszcze mam tą/tę iskrę:

Wszyscy tego doświadczamy. Kolejki. W pewnym sensie stanie w kolejce to jak bycie w zwolnionym tempie Matrix'sie - pamiętamy dobrze, kiedy Neo się uginał przed przelatującymi widowiskowo kulami. Czas zwalnia. Czas staje w miejscu, tak jak w kolejkach. Bziuuuum! (tu onomatopeja zwalniającego czasu. Tak, nie jestem taki głupi. Znam ten wyraz. Ha!).

Dzisiaj stałem w jednej z nich. W supermarkecie z trzeba butelkami wody w ramionach. Na cały duży supermarket po godzinie 21szej tylko trzy kasy operowały. Ja stanąłem przy tej z maksymalnie do 10ciu rzeczy. Jednak mam takiego pecha co do stawania w najwolniejszej kolejce. I tak: przede mną trzy brygady: zasuszona kobieta, blondyna co się pewnie już dyma z chłopakiem oraz mężczyzna wątpliwej urody z karmą dla psów w postaci worka i puszek z pysznościami. I niby nic, a tu zasuszona kobieta chce kupić bluzkę. Oczywiście bluzka nie ma kodu kreskowego (tu możemy winić klientkę za to, że nie przyjrzała się, czy cena z kodem jest czy nie, no, ale jesteśmy tylko ludźmi, to co dla jednych jest podstawą dla innych jest skomplikowanym działaniem bądź też myślą o Antarktydzie, tzn. po co miałbym o niej myśleć? I czy w ogóle ona istniała? - Możemy też winić tą osobę, która tą cenę zdarła gdzieś kiedyś lub pracowników, że z ogniem w dupie nie obiegają działu z odzieżą w poszukiwaniu zagubionych kodów kreskowych. Możemy w sumie winić wszystkich, nawet Jezusa). Bluzka nie ma kodu kreskowego, więc zarumieniona ekspedientka (skromna również o blond włosach nie anielica) chwyta bluzkę i niknie w czeluściach sklepowych w poszukiwaniu nadziei, szczęścia, pomocy i zagubionego kodu kreskowego. I to ginie nie w czeluściach prowadzących do odzieży, tylko w innych, jeszcze bardziej czeluściowatych. (Tak, wiem, ino takie słowo nie istnieje w słownikach).

Tymczasem moja uwaga zostaje odwrócona przez syna, który z ojcem stoi za mną w kolejce. Nie odwracam się aby im się przyjrzeć, gdyż nie mam czelności. Synek opowiada tacie o czymś, co go rozśmieszyło, że ktoś śmiesznie śpiewał i tu nuci. Faktycznie śmiesznie. Widać jednak, że ta historyjka miała tylko zmiękczyć serce milczącego rodziciela, gdyż wkrótce potem słyszę, że synek pyta, czy może sobie kupić te sjuksy, tzn. cukierki. I słowami wypranego z mózgu przez reklamy człowieka cytuje, że one są na gardło i że dzięki nim tak cię nie napierdziela te gardło. Tata milczy. Tata mówi, że nie. Blond ekspedientki wciąż nie widać. Pewnie wpadła w czarną, głęboką i cuchnącą dziurę.

Zasuszona kobieta, która jest przecież niewinną ofiarą również zaczyna się czerwienić wyczuwając rosnące niepostrzegalne napięcie i agresję koncetrujące się na niej, bo kto ma być kozłem ofiarnym jak nie ona? Już jej pot ciarką ścieka zza ucha po szyji, w lewo i pod cycka. Tak, gdybyśmy byli na Dzikim Zachodzie, to by zawisła, chyba, że Lucky Luke by przejeżdżał obok. Synek nie traci wiary znajdując nowy przedmiot porządania i ciska twardo lecz jednocześnie słodko i niewinnie jak to na dzieci przystało: Czy mogę dostać to? Jest tanie. 3 za tyle i tyle. 1 tylko za tyle. Jedno tylko za tyle powtarza jeszcze dwa razy używając prawdziwej ceny. Tata pęka mówiąc od niechcenia, że tak.

Mięczak.

Z czeluści roztrzepana, ze zmierzonymi włosami i dziurami w butach, ze smutkiem i goryczą, ale przede wszystkim z poczuciem winy wraca pani ekspedientka. Z wyrazu ich twarzy widać, że mówi do zasuszonej kobiety iż niestety bida, zaś zasuszona kobita kręci głową, łomoce i trzepoce wyrzekając się skażonej na wieki wieków (amen) bluzki w kolorze różowym. I prosi o szlugi. Bo by tego inaczej nie przetrwała. Możemy sobie ją wyobrazić zaraz po wyjściu ze sklepu jak nerwowo otwiera paczkę, wyciąga szluga, zaciąga się i myśli: Lipa, kurwa, a tak by mi było w niej do twarzy. Stres jest częścią naszego życia.

Dalej niestety nie jest już tak ciekawie, kolejka idzie dalej, Pan z karmą staje się łamigłówką w mojej głowie. Dlaczego przyszedł tu tylko po to, tylko po żarło dla zwierzęcia? Nie potrzebuje niczego innego? Może ma tylko tego psa? Albo żona go wysłała, bo pikuś skamle. Któż wie? On tylko wie.

Płącę za wody, uśmiecham się do blond ekspedientki starając się nie pokazywać żółtych zadymionych zębów z tą psującą się w brzydki sposób jedynką, odpowiada uśmiechem i znikam.

Doświadczyliście właśnie Matrix'a Kolejkowego.

niedziela, 10 maja 2009

Ludzie i parapety: Mike i Ja
Nie, to nie Marley and Me przydługaśny film dla miłośników psów. Choć Alan Arkin był tam zajebisty. Mike to w pewny sensie sąsiad - jego syn żyje na tej samej ulicy co ja, więc Mike pojawia się często.

Moje pierwsze wspomnienie to kiedy pewnego dnia ktoś zaczął nam wyrywać chwasty w dwumetrowym ogródku przed domem. To był Mike. Raz, kiedy przez przypadek zostawiłem klucze do domu w pracy Mike pomógł mi dostać się do środka. Od tyłu (domu) podważył małe okno szpachelką, dzięki czemu udało mi się dostać do środka. Kiedy szukałem piły to on zaoferował, że jeśli dam mu pieniądze kupi mi świetną. Kupił. Kiedy mi ją dawał powiedział tylko jedno (tak w rzeczywistości to powiedział o wiele więcej jako ciekawy życia innych człowiek) Uważaj bardzo, bo ostra. Pomyślałem sobie, że przecież głupi nie jestem.

Kilka miesięcy później po spożyciu dwóch kieliszków wina po 20stej piłowałem coś w domu. I piła mi zjechała i rozciąłem sobie dłoń. Niby nic, ale krwi było dużo więc taksówką pojechałem do szpitala i zszyli. I ta przyjemność kosztowała mnie 60 euro, a szwy tylko papierowe. I kolejna blizna do kolekcji.

Pomimo całego jego wariactwa to dobry uczynny człowiek. Tak więc w serii parapety należy go zaliczyć do ludzi. Niedawno wrócił na ulicę na którą i ja powróciłem. Zamiatał chodnik. Przed domem syna. Później zamiatał chodnik kilka domów dalej. Pomyślałem naiwnie, że znajomemu pomaga. W niecałą godzinę później był już na drugim końcu ulicy koło taniej fryzjerki gdzie ukończywszy zadanie zamiatania klęcząc podnosił pety. Pojary. Tak. Cały Mike.

Mike to agent.

piątek, 8 maja 2009

Przybyłem, zobaczyłem, kupiłem i... poległem.
Dzisiaj rano ta sama historia z Sony Vaio. Zdechł jak stary pies pod drzewem. Czytając dalej dowiedziałem się, że nVIDIA wydała koło 50 milionów dolców żeby wymienić te spartolone procesory. A co ze mną? Laptop po gwarancji, na stronie Sony w forum kupa ludzi doświadczyła tego samego. Bardziej szczęśliwi jeszcze byli na gwarancji. Sony nie jest aż tak winne, w te procesory GeForce Nvidia zaopatrzyło się większość producentów laptopów od HP po Dell.

Jednak Sony jest winne temu, że mi laptop nie działa. Że nie mogę przy nim ślęczeć dniami i nocami. Że będę musiał więcej rysować a w międzyczasie kombinować.

Kij im w procesory.

czwartek, 7 maja 2009

Co, laptop ci się zepsuł? A, to NVIDIA dźgnęła cię w plecy!
Tak wygląda nieszczęśliwy nabywca Sony Vaio VGN-FZ serii:Kiedy kilka lat temu po dwóch latach używania po prostu mi padł telefon Sony Eric nabrałem podejrzeń co do wielkich koncernów zajmujących się produkowaniem sprzętu elektronicznego. Dlaczego moja komórka padła? Tak bez powodu?

Mój pierwszy laptop to HP Pavillon. Umarł śmiercią naturalną - ktoś kiedyś pierdyknął w monitor i go strzaskał. Tak poza tym wciąż jest cacy. Tyle, że nic nie widać. Za drugim razem chciałem kupić dobry laptop, taki na wiele lat. I dałem się ponieść siłom sugestii i kupiłem Sony Vaio. Sugerowałem się danami technicznymi i poradami jednego przyjaciela. Co mnie urzekło w laptopie to to, że miał (i ma) GeForce - który jak wiemy z komputerów stacjonarnych jest silną kartą graficzną. Sęk w tym, że jest to NVidia GeForce. NVIDIA już jakiś czas przed zakupem Sony rzucała mi się w twarz plakatem ze sklepu komputerowego. Mamiła pięknym obrazem, płynnością, takim sztucznym elektrycznym orgazmem. Nie dałem się zmamić.

Czyżby?

Półtora roku temu kupiłem więc Sony i wszystko było cacy aż do tygodnia temu, kiedy to coś nawaliło. Wpierw kolory zrobiły się strasznie dziwne, jak po narkotykach. System się zawiesił. Po zrestartowaniu wyrosło pełno literek á na czarnym ekranie. Ukryte przesłanie na miarę Kodu DaWięcej? O nie...

Nie będę was i siebie samego jeszcze raz męczył szczegółami tego, co się działo przez 4 dni z uzależnionym od nieuzależnionego od niego sprzętem elektronicznym Sebastianem (trudne, acz poprawne zdanie?). Przejdę od razu do rezultatu i OSTRZEŻENIA: Laptop mi znowu działa. Uff. Jednak co najbardziej mnie dręczyło to odwieczne pytanie DLACZEGO? Sprawdziłem dysk twardy, karty pamięci, monitor - wszystko OK. Dzisiaj odkryłem co się stało.

NVIDIA wyprodukowała wadliwe chipy. Po prostu chała! Pogrzebałem w internecie i natknąłem się na kilka artykułów. Wadliwe chipy dotyczą właśnie GeForce serii 8M. Nie przyznają się do tego oficjalnie, a każdemu, kogo ten problem doświadczył (jak się okazuje miliony ludzi na całym świecie) sugerują przerzucenie się na nowe lepsze ładniejsze chipy, tzn. kup pan se nowy laptop. Po czym poznać? Komputer się przegrzewa, nawet jeśli nie smażysz na nim jajek, system bez powodu się wyłącza, stare dobre programy coś szwankują. O tak, zawsze są wcześniejsze ostrzeżenia. Sprawa jest bardzo poważna.

Ale nikt ci tego w sklepie nie powie. Nikt się nie przyzna. Przypomina mi to trochę ten dobry stary film z Michaelem Douglasem i Demi Moore W sieci.
No dobra, ta okładka za dużo nie mówi o wadliwych chipach (które były gwoździem programu w tym filmie) tylko przesiąka seksem.

Kupiłem Sorry, tzn. Sony w Irlandii gdzie gwarancja jest tylko na rok. Tymczasem w Niemczech na 2 lata ( i w kilku innych krajach Europy). Już nawet nie chodzi o to, że NVIDIA to partole i nie kupujcie laptopów z nią, chodzi o to, że ci wszyscy producenci tak sprytnie kombinują, że tworzą twój laptop czy co tam z takich części, które po krótkim czasie od upływu gwarancji padają i trzeba kupić coś nowego. To światowy spisek. I nie robi różnicy czy to Sony czy HP czy cokolwiek innego, skoro one wszystkie i tak są produkowane w Chinach. Jedyną różnicą są kampanie reklamowe. Marketing, który wwierca nam się w mózgi ze wszystkich stron.

Mój Sony działa na opcji oszczędność prądu, żeby się nie przegrzewał. Wierzę, że po tym wszystkim w każdej chwili może wyciągnąć kopyta. Następnym razem nim kupię nowy laptop dogłębnie zbadam rynek.

poniedziałek, 4 maja 2009

Denek i Kluska
Druga strona Denka i Kluski prawie gotowa. Męczę się z rysunkiem w kuchni. Perspektywa mnie dobija i nie chce wyjść tak jakbym chciał. Ale przynajmniej mam wyzwanie. Wkrótce pokoloruję drugą połowę 1wszej strony i opublikuję. Naszkicowałem też 3cią. To są świetne postacie, naprawdę. Został niecały miesiąc, aby Zuda odpowiedziała. Jak nie odpowie to przyjdzie list mówiący, że niestety nie tym razem. Jeśli (olaboga!) tak się stanie, to od razu wyślę moje nowe zgłoszenie - właśnie to z Denkiem, Kluską i Dietą. Do tego czasu powinienem mieć 8 paneli spokojnie skończonych, pokolorowanych i przetłumaczonych. (1 strona formatu A4 będzie podzielona na pól z powodu wymagań Zudy, co daje nam praktycznie dwie strony Zudowe z jednej prawdziwej). Jeśli jednak tak się stanie i wyślę Denka i Kluskę, to będę musiał ich usunąć ze swojej strony na okres 3 miesięcy podczas który edytorzy Zudy zadecydują czy komiks dostanie się do konkursu czy nie. Takie warunki.

Czekałem ponad rok z wysłaniem swojego nowego zgłoszenia do Zudy, tyle właśnie minęło od Ramireza i Kristosa do Krzyków Wewnątrz. Tym razem wyślę od razu i będę tak słał, póki pomysły i postacie mi się nie skończą.
Parapety: Czerwona TWARZ.
Kolejną ciekawą osobowością żyjącą sobie spokojnie w moim małym miasteczku jest ten pan na ławce.Niestety wstyd mi robić ludziom publicznie zdjęcia, więc pstryknąłem z daleka i niestety niewiele widać. Gdybym tylko wiedział, że ma wciąż spuszczoną głowę.. może podszedłbym bliżej?

Ten człowiek jest dość wysoki. Jest stary. Ma w miarę długie przylizane blond włosy. Jego cała twarz jest czerwona niczym twarz pijaka. Śmierdzi. Zdaje się że godzinami potrafi przesiadywać na takiej ławce nic nie robiąc. A życie płynie obok. Być może chodzi do sklepu. Ma torbę zakupową, ale nigdy go w sklepie nie widziałem. Ktoś gdzieś kiedyś skrzywdził go porządnie. Wątpię, żeby był bezdomny. Musi gdzieś mieszkać. Gdzieś blisko mnie, dlatego tak często go widzę. Nie chcę tak skończyć:Deprecha.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Denek i Kluska: na DNIACH.
Coraz bliżej. Pierwszą stronę "Diety" narysowałem w przeciągu tygodnia i było to z jakiś tydzień czy dwa temu. Teraz kończę połowę drugiej strony. Całość rysuję na formacie A3 - więc nie za dużo miejsca, żeby rysować z rozmachem, ale też o to chodzi i czasowo lepiej wychodzi.

Kończę kolorować połowę pierwszej strony (zacząłem wczoraj), tak więc o ile mnie szlag nie trafi jeszcze w tym tygodniu a nawet na dniach będziecie mogli przeczytać. Tak się borykam z kolorowaniem, tzn. jestem taki sobie ale myślę że dostatecznie dobry aby samemu kolorować. Te borykanie dotyczy bardziej cieniowania. Jestem fanem prostych kolorów, takich jak w Asteriksie czy Tintinie. Zacząłem dzisiaj dawać cienie na łóżku (wciąż mowa o rysowaniu) i nawet to wyglądało, ale co? Jeżeli zacieniuję łóżko to resztę pokoju też powinienem, a już szczególnie Denka i Kluskę. A tego nie chcę. Nie póki nikt mi za to nie płaci i czasu dużo na tym ubywa.

Odnośnie płacenia... rachunek za prąd wkrótce muszę uregulować, a z tym będzie cienko. Nie tak cienko, żeby odcięli. Dlatego też muszę się wziąć za taki guzik na swojej stronie, który będzie się nazywał WSPOMÓŻ (DONATE) biednego upośledzonego artystę. A nuż ktoś gdzieś tam wspomoże? Wydawnictwo Egmond Polska jest otwarte na zgłoszenia początkujących artystów. Chcą od 8 do 10 skończonych stron. Więc jak tyle będę miał z Denkiem i Kluską to im wyślę. Zaraz jak wrzucę pierwszy skrawek na stronę porozsyłam newsa do polskich portali komiksowych, co by mi jednorazowej publiki nabili. Ale nie chodzi o przypadkowe wytryski, gdzie ktoś niczym zbłąkana owieczka trafia na moją stronę aby po niecałych 10 sekundach z niej uciec. Chcę wiernych ludzi. Wierne są psy, czemu nie potrafią wiernymi być ludzie?

Ogólnie moje blogowanie podupadło na duchu, ale jak widzę kupa ludzi których blogi śledzę też zbytnio ostatnio nic nie przelewa cyfrowo. Taka pora roku widać.

Chciałbym skończyć też ten album z Ramirezem, Kristosem i Manuelem, który wysłałem w 2007 (pod koniec) na konkurs Zuda. Oczywiście wolałbym wziąść się za HZ: Alkoholizm, ale z tym aż tak mi się nie spieszy głównie z powodu na sztukę, im dłużej się to odwlecze, tym moje doświadczenie będzie większe i rysunki lepsze, a na tym w przypadku jakichkolwiek nowych przygód HZ mi najbardziej zależy. Wszystko kręci się wokół pieniędzy. I umysłowej ułomności.

A! gdybyście nie spostrzegli i gdybym ja nie wspomniał jeszcze, to kilka dni temu opublikowałem 3 nowostare odcinki Liczy się Hurling. Cała reszta będzie się pojawiać w niedługich odstępach czasu, bo tylko muszę je przetłumaczyć.

Zuda nie odpowiada. Minęły prawie 2 miesiące. Mają 3 żeby odpowiedzieć. Myślę, że gdyby sikali w gacie za tym co zrobiłem, to odezwaliby się w pierwszym miesiącu. Teraz albo zupełnie wbili i automatyczne NIE przyjedzie po upływie 30 dni albo czekają czy nie pojawi się im lepsze zgłoszenie i jak nic lepszego nie dostaną to się ze mną skontaktują. Trudno z nimi ocenić. Gdyby jednak się nie udało, to zaraz opublikuję moje 4 miesięczne wypociny.

No i wczoraj wysłałem podanie, bo ktoś kto pracuje dla Nintendo Europa szuka rysowników postaci. Tylko, że pewnie po zaledwie 3 dniach od tego ogłoszenia dostał już z tysiące podań. Jak widzicie, moje nastawienie jest żałosne. Ale nie powinienem tu tyle biadolić o sobie. Wszyscy mamy swoje paranoje.

A reszta po staremu. Wciąż piję. Wciąż palę.

piątek, 24 kwietnia 2009

Powroty.
Nowa strona powoli odbudowuje swoje siły jak powracający z detoksu Marcin. Niby jest lepiej, ale jakby wciąż czegoś brakowało...

Ramirez i Kristos powrócili, można ich znaleźć klikając tu lub wybierając z menu komiksów. Powrócili tacy, jacy byli, więc nie ma ani jednej nowej strony. Za to jest krótka notka o serii w zakładce.

Za to w galerii pojawiło się 40 nowych ilustracji - czyli prawie wszystkie z pamiętnego filmu animowanego na konkurs Paula Coelho o czarownicy. Wszystkie ilustracje są w bardzo dobrej jakości, więc po raz pierwszy będzie je można zobaczyć ze wszystkimi szczegółami. Zapraszam do rzutu okiem:

czwartek, 23 kwietnia 2009

My tu sobie w kulki lecimy bo inaczej nie umimy.
Chyba już wspominałem, że komuś się nieźle rzuciło na mózg i wyszła z tego filmowa wersja mangi i anime Dragon Ball. Nie udało mi się znaleźć tego wcześniejszego wspominania, więc wyrażę się ponownie.

Moim ulubionym wspomnieniem dotyczącym Dragon Ball'a nie jest sam komiks czy bajka, ale mój przyjaciel Kamil, który bardzo często kiedy się widzieliśmy pytał mnie, czy widziałem (czytać dosłownie po polsku, tak on to wymawiał:) Dragon Bul? Na co ja zawsze się wkurzałem i mówiłem mu, że przecież nie mam satelity tylko 4 kanały na krzyż w śniegu. Dragon Ball był dla mnie tylko pustym pojęciem. Z drugiej strony chciałem Kamilowi wytłumaczyć z moim cienkim angielskim zza czasów szkoły średniej jak powinno się wymawiać słowo ball, ale nigdy tego nie zrobiłem. W pewnym sensie uważałem że to sympatyczne i bardzo oryginalne wymawiać tak ten tytuł i nie chciałem tego zmieniać.

Cały myk z serią Dragon Ball polega na niezwykle wielkiej dawce humoru, którą manga aż kipi. Mocz. A i serial telewizyjny też jest przezabawny, trudno się nie zsikać ze śmiechu. Kto oglądał to wie. Tak więc jeżeli chcesz z czegoś takiego zrobić poważny film wciąż zachowując motywy z kulami, autami powstającymi z małych kapsułek, itd. to bracie, wdepnąłeś w kupę. To tak jak z Romea i Julii zrobić film akcji w której trupy się ścielą co minuta z sztucznie wiecznie młodym Brucem Willisem i naciągniętą Nicole Kidman. To tak jak z Nędzników zrobić śmieszną komedię dla nastolatków z puszczaniem bąków, dziewictwem i z cycatymi laskami. Ostatecznie to tak jak z Czarodziejki z Księżyca zrobić głęboki, 3-godzinny poważny film obyczajowy o depresji i uzależnieniu od kokainy, taki film gdzie jedynym przejawem humoru jest Czarodziejka z Marsa krwawiąca z nosa po wciągnięciu kreski. Choć, nawet i w tym nie ma zbyt nic humorystyczego.

Co jest a czego nie ma? Goku nie wygląda sympatycznie, nie jest dzieckiem i nie ma ogona. Stary zboczony dziaduch ze skorupą żółwia wygląda jak nauczyciel matematyki, któremu nigdy nie dane był być księgowym. Zielony Lord Piccolo wciąż jest zielony, ale bardziej przypomina złego typa z Harrego Pottera, tego księcia czy złego lorda ciemności. Dupa. No i wszystkie stroje (po widoku z reklamy) są zupełnie inne niż w komiksie. Reżyserem jest facet, który maczał swoje palce w Final Destination i FD 3. No, FD 1 było jeszcze jeszcze, ale po trójce czułem się tak jak wczoraj wieczorem podczas bliskiego spotkania trzeciego stopnia z muszlą klozetową wywołanego miksem wina z piwem. Scenariusz napisał zaś jakiś czarnoskóry koleś imieniem Ben, który w 1998 napisał scenariusz do The Big Hit a w 2002 Miłość i Kula. A co robił pomiędzy tymi latami, kto wie? Najwyraźniej lepszego scenarzysty nie mieli. Bo co ma piernik do wiatraka? Chyba że Ben śmieje się jak małe dziecko czytając na sedesie zamiast gazety mangę o Goku. Taki ukryty fan. Niee.

Pomyśleć, że cała ta produkcja kosztowała 100 milionów $. Wiecie co ja bym zrobił z taką kwotą? Taką ekranizację Dragon Balla, co by się ludzie latami śmiali i film mieli by bardziej wyryty w pamięci niż postać Freddego Krugera z lat '80tych. (Nota Nie Ben'a: mają robić nowego, jakby ostatni nie był wystarczająco żałosny i jakby potrafili kręcić dobre ciekawe horrory jeszcze). W gatunku filmu jest wszystko: akcja, przygoda, dreszczowiec, fantasy - a komedia? Nie ma, bo to nie komedia:(

Poszedłbym z ciekawości gdyby było mnie stać do kina, ale nie łudziłbym się, że pokażą Bulmę w miniówie.

środa, 22 kwietnia 2009

Liczy się Hurling - nowe stare odcinki.
Przetłumaczyłem trzy kolejne odcinki Liczy się Hurling (jak ktoś ma lepszy pomysł na tłumaczenie Hurling Matters niech wali śmiało) - można je przeczytać klikając na obrazek powyżej. W chwilii obecnej pierwszym komiksem który się wyświetla jest ten najbardziej aktualny. Były one kolejno publikowane 31 sierpnia, 7 września i 14 września 2007 roku. To już prawie dwa lata. Rany.
Komentarze
Projektowanie stron internetowych nie jest takie trudna jeżeli tylko ma się do tego myk. Istnieje bardzo dużo gotowych kodów, które są dostępne za darmo i wystarczy tylko wykombinować jak je dołączyć tam gdzie chcesz na stronie żeby wszystko działało. Nie musisz znać się na kodowaniu i to jest bardzo wygodne.

Mały minus jest taki, że jeśli jest coś za darmo to przeważnie należy nie usuwać linka do osoby lub firmy od której ściągnąłeś darmowy skrypt. Duży minus natomiast jest taki, że w necie pełno jest chłamu i trudno znaleźć dokładnie to, czego się szuka. Można na tym zmarnować godziny.

Udało mi się zainstalować dobrą galerię, galerię dla komiksów, a teraz męczę się nad komentarzami. Wśród wielu tylko kilka darmowych jest dobrych. A ten, który najbardziej mi się podoba nie chce mi działać. Oczywiście mógłbym wrzucić zwykły kod do komentarzy tak jak zrobiłem to wczoraj jako test. Nie trwało to dłużej niż 5 minut i działał od razu, jednak po wpisaniu komentarza i wciśnięciu Maila Ślij (no, Komentarz Ślij) czas stawał w miejscu. Wysłanie komentarza nie powinno trwać ułamka sekundy a tu trwało ponad minutę. W w świecie WWW czas wczytywania czegokolwiek jest bardzo ważny.

Tak wyglądają moje małe cyfrowe dylematy. Prawdziwych życiowych jest więcej i nie są małe, ale o nich akurat nie mam zamiaru pisać. Póki co.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Herr Zeba i Frau Hannia: W poszukiwaniu tego, co sypie.
Na www.sebastianjaster.com już od dwóch dni możecie znaleźć cały pierwszy komiks z przygodami Herr Zeby pt. "Herr ZEBA i Frau Hannia: W poszukiwaniu tego, co sypie"., który powstał w 1999. Znajduje się tam też nie wyczerpująca notka o tym i innych komiksach z Herr Zebą.Album ten jak widzicie jest wątpliwej jakości, żarty często są zbyt proste i chłopięce, ale było to w końcu 10 lat temu. Występuje tam też kilka znanych postaci, jak np. Batman:Wkrótce też pojawi się drugi album z HZ który narysowałem w 2004 z ciupkę lepszymi rysunkami pt. "The Mitloff Story".

niedziela, 19 kwietnia 2009

Milena 2099
Nowy szkic, dzisiejszy. Miał to być z początku portret, ale twarz nie wyszła wiernie, więc przekształciłem w to co widać poniżej. Zdjęcie znajduje się w galerii na mojej stronie gdzie można mu wystawiać komentarze jeśli się ma ochotę. Klikając na rysunek odeśle was od razu do maksymalnej rozdzielczości w galerii.

sobota, 18 kwietnia 2009

WWW
Zajęło mi to zbyt długo, ale wreszcie skończyłem nową wersję swojej internetowej strony! Więc jeśliście jeszcze nie zauważyli wejdźcie na http://www.sebastianjaster.com/pl/index.php

Z pozoru prosto wygląda, ale ile męki kosztowało aby to wszystko działało! Nawigacja na górze wciąż się pierniczyła, stopka na dole nie chciała się trzymać dołu strony (teraz niezależnie od wielkości Twojego ekranu zawsze będzie na dole), nowa galeria też nie chciała działać ani pokazywać zdjęć w maksymalnej rozdzielczości...

Całym zadaniem nowej strony jest bycie praktyczną. Jest to dopiero początek, bo z czasem dodam nowe gadżety, np. już wkrótce chcę zrobić formularz do zapisywania się do newslettera. Taki automatyczny. Graficznie strona przedstawia się prosto i taki jest cel - zbyt wiele stron na które wchodzę przywalają mnie kupą chłamu i trudno się zorientować gdzie co jest. Komiksy wyświetlane będą na innym tle niż teraz - nie na szarym. Jak też widzicie póki co jest tylko jeden komiks do czytania i to ten sam co już był kiedy cała fajna reszta - jak Herr Zeba i Ramirez i Kristos - zniknęła. Ponownie tylko tymczasowo. Już wkrótce się odnajdą. W zeszłym tygodniu skończyłem pierwszą stronę Denka + Kluski pt. "Dieta", jak tylko pokoloruję to postaram się systematycznie publikować, po pół strony na raz.

Galeria jest bardzo praktyczna i stara się do niej nie umywa. Wszystko jest pogrupowane i można nawet komentować. Póki co nie ma tam dużo bo od teraz chcę pokazywać tylko na prawdę dobre prace, więc te 3 które są teraz znajdują się w tym samym albumie. Z czasem, jak będzie ich więcej pogrupuję je konkretnie. Minus tylko taki, że wchodząc na galerię z polskiej strony językowej brniemy do angielskiej. Zrobiłem tylko jedną galerię, gdyż nie chcę dublować tych samych rysunków tylko dlatego, żeby je podpisać w innym języku. Tak więc z galerii trzeba ponownie wybrać na górze menu język PL żeby powrócić do PL wersji językowej lub kliknąć cofnij na przeglądarce.

Komiksy są w tabach, w pierwszym komiks, w pozostałych różne ciekawostki, póki co INFO o komiksie.

No i zauważycie jeśliście uważni, że www.sebastianjaster.com ma własną ikonę (favicon): czarne S na żółto pomarańczowym tle. Możecie spokojnie zapisać stronę w bookmarkach nic nie wpisując w tytule (tylko adres strony) i ikona będzie na waszej przeglądarce (którą jest mam nadzieję mozilla firefox). Jeśli nie widzicie ikony tuż koło nazwy strony oraz na lewo od adresu w przeglądarce wyczyście swoją historię (cache) w przeglądarce i zrestartujcie.

Na stronie głównej od czasu do czasu będzie się zmieniała przewodnia ilustracja, a wcześniejsze będą wciąż dostępne w galerii do wglądu. Ciąg dalszy definitywnie nastąpi, póki co Denek i Kluska witają!

piątek, 17 kwietnia 2009

Harry Potter Napierdziela!
Nie łatwo jest się wybić żyjąc w biedzie. Ale jest to możliwe. Jeśli na dodatek stworzysz coś, co chwyci i zacznie się niebotycznie sprzedawać jesteś ustatkowany/ana na całe życie. Tak jak w przypadku produktu Harrego Pottera. Wkrótce do kin wejdzie Harry Potter and Half Blood Prince (http://www.apple.com/trailers/wb/harrypotterandthehalfbloodprince/), jeszcze więcej seksu, nijakiej akcji i latania na miotłach. Ale jeśli nudna monotonia poprzedniej części wciąż cię nie zraziła, to i ty jesteś w raju. Dzieciaki i tak obejrzą co leci, dlaczego? - bo leci. Podobnie było przy drugiej a szczególnie 3 części Władcy Pierścieni. Co za dużo to niezdrowo. Filmy muszą trzymać się kupy, tak jak Forest Gump.

Wracając do Harrego, to co napisałem to jeszcze nic, bo już w 2010 pojawi się Harry Potter and the Deathly Hallows: Part I - tak tak, część pierwsza, z czego rozumiem, że postąpią jak z Matrixem, rozdzielając spójną fabułę na dwa rzygi. W reklamie pokazują cały czas akcję, a w rzeczywistości jest to kupa gadania oddzielona właśnie akcją z reklamy.

Litości.

środa, 25 marca 2009

Dieta nie tylko Denka i Kluski.
Jestem na 13 dniowej diecie obecnie w dniu 7mym. Refleksji na ten temat mam mnóstwo co wyrażę w nowym krótkim (zakładam 8 paneli) kolorowym komiksie o Dence i Klusce, nie oryginalnie pt. DIETA.

Wreszcie też zabrałem się za robienie swojej strony od początku, strony internetowej. Powinna ruszyć wkrótce.

niedziela, 15 marca 2009

Ludzie i portrety: Nina
Szkic z wczoraj. Wyszedł mi. Oryginalny szkic jak zwykle trochę poziomy podciągnięte w photoshopie, żeby było cokolwiek widać. Technika: ołówek Faber-Castell - F - poobgryzany na białym szkicowniku.

środa, 11 marca 2009

piątek, 18 grudnia 2009

GŁOSY.

Uważam, że nie ma nic złego w mówieniu samemu do siebie, chyba, że mówisz sobie, że musisz iść i kogoś zabić. Albo coś, na przykład ujadającego nieznośnie w ciągu dnia psa sąsiada, którego ty oczywiście słyszysz, bo jesteś bezrobotny i spędzasz całe dni w domu. Spędzanie całych dni w domu nie jest niczym złym ani niezdrowym kiedy masz misję. Ja mam misję i właśnie ją wypełniam. Człowiek bez misji jest jak mąż który tak na prawdę nie chciał się żenić. Ale się ożenił.

Powracając do tematu posta: jak pewnie zdążyliście się domyślić mówię sam do siebie. Zwykle niewinne rzeczy typu A, kapka mi nie zaszkodzi (odnośnie dodania mleka do herbaty) lub A, jeszcze jeden plasterek, w końcu nawet nie ma 20stej (odnośnie LIDLowskiej szynki, którą po otwarciu należy spożyć w ciągu 3 dni, bo jak nie to się zepsuje). Oczywiście nie mówię sam do siebie kiedy jest nawet cień podejrzenia, iż ktoś może się czaić w pobliżu. Bo jakby usłyszał ten ktoś, to już nie byłoby mówienie samemu do siebie.

Wydarzyło się wiele strasznych i wstrząsających rzeczy odkąd ostatnio pisałem. Jak wiemy było to dawno temu bardzo, co jeszcze bardziej dodaje dramatyzmu, bo im więcej czasu upłynęło tym więcej złego mogło się wydarzyć no i oczywiście się wydarzyło. Do tych zdarzeń zaliczamy:
EPIDEMIĘ choróbska nazywanego różnie rozdmuchaną przez media do poziomu szaleństwa. Ilekroć słyszałem w jaki sposób mówią o tej grypie i straszą biedne społeczeństwo żyjące w starej biedzie któremu bóg zapłaci pewnego dnia, tym bardziej otwierałem oczy z niedowierzania. W duchu i na zewnątrz śmiałem się z ludzkiej naiwności która wierzy we wszystko co Telewizor Jezus Głosi i Prawi siedząc w swojej grocie, w swej mrocznej jaskini w kraju, który jest tak zielony i którego można tak kochać jak dziewczynę z piosenek. I tu w Irlandii rzecz jasna też ta grypa była, się rozkraczyła i wiara szczepionek nakupiła. Na nic to jednak bowiem pewnego dnia zza ściany usłyszałem jak do lokatorów, do domowników innych niż ja przyjechała z Polski w odwiedziny rodzina. I zza tej ściany trwożąc me płoche serduszko wdzierał się i przeszywał me jestestwo oraz szpikował igłami mózg KASZEL. Tak, gość z Polski pokasływał a ja już wizję w głowie miałem że ZDYCHAM na tą pieprzoną grypę w jebanych męczarniach. A tak cwany byłem i tak kpiłem. Po kilku dniach i kontaktach skórnych oraz powietrznych wciąż żyłem tak jak żyję po dzień dzisiejszy.

Kolejną strasznością jest oczywiście Romek, co ma w Szwajcarii domek. Nie wiem czy wiecie, ale będąc jeszcze w więzieniu kończył swój nowy film. W jaki sposób tak na odległość??? Ano miał tam skrawek papieru toaletowego i szminkę i wydawał polecenia odnośnie montażu, np. WYTNIJ ZBIGNIEW TĄ SCENĘ CO MU NOGĘ UCINA I SIĘ WYKRWAWIA oraz ZBYSIU, NO MI SIĘ PRZYPOMNIAŁO, WEŹ TAM KURNA JAK HILARY CHCE DOLEWKI TO DAJ PODKŁAD Z RAMBO, NO TĄ MUZYCZKĘ FAJNĄ. Jak widać film będzie przedni. No i te informacje zapisane na papierze przywiązywał do nogi gołębia pocztowego i przez zakratowane okno wielkości 20cm x 14 cm wypuszczał gołębia, żeby leciał. Gołąb nie miał łątwo przeciskając się przez tą szparę, ale przynajmniej wszyscy byli pełnoletni. ( A gołąb miał na imię Franz).

No i potem Romka wypuścili, założyli mu metalową obrożę na szyję i kaganiec żeby nie uciekł z domu w las. Ale Romka nie jedna matka ssała, czy jak to tam idzie te przysłowie z cielakiem pokornym ale napewno porównanie jest tutaj wybitnie dobrze użyte, więc uciekł w ten las. Uciekał na bosaka, spocony. Wysłali za nim psy, dwa podskoczyły to je rękami uśpił, biegł.... biegł dalej, ze śmigłowca chcieli go ustrzelić to się schował w hobbitowym domu, bo akurat jeden był po drodze...

- Ścigają? - spytał Bilbo nalewając herbaty do drewnianego kubka, bo metalowy się gdzieś zapodział.
- Ano ścigają - odparł Polański - nie wiem jak ja teraz film skończę.
- A ścigają, za co?
- Ech...wie Pan, za to że zrobiłem to o czym myśli wielu ale nie mają ani środków ani sposobności by to coś zrealizować. A ja miałem. JA MIAŁEM I NIE ŻAŁUJĘ! - Tu Bilbo spojrzał podejrzanie na gościa, a jego wzrok skoczył w kierunku szuflady w której znajdował się pierścień.
- Co masz na myśli gościu? - dociekał Bilbo Baggins.
- No, ona była moim... moim SKARBEM! - I tak oto Romek został wyrzucony na bruk tudzież śnieg w lesie i musiał uciekać dalej.

Nagonka go osaczyła nad przepaścią i już prawie wskoczył do oceanu gdy Zniewiadomo Skąd głos za którym czaiło się nikłe światełko szepnął Tędy! Tędyn! Okazała się to być stara babcia mieszkająca samotnie w szałasie w lesie. Odkuła obrożę (jej nie żyjący już mąż był kowalem i nie tylko podkuwał konie ale również leczył ich nogi balsamem śliwkowym) i zrobiła mu budyń. Romek jadł, oblizywał się i cieszył się jak dziecko a potem go ścięło. Obudził się przywiązany do metalowego łóżka bez materaca cały wysmarowany we wspomnianym już wcześniej budyniu (pustelniczka zrobiła cały garnek), a nad nim stała jego oprawczyni.

- Teraz - rzekła - zrobię z tobą wszystko to, co ty zrobiłeś tej młodej dziewczynce, ale gorzej!
- Co gorzej?
- No, gorzej z tobą postąpię.
- A dlaczego...
- Bo ja jestem babcią tej dziewczynki! TAK! I teraz nadszedł czas mej zemsty! I żaden pieprzony fan ani koledzy po fachu nawet nie zdążą wysłać jebanego listu w którym mogliby się wyrazić i to dosadnie ile to znaczysz dla świata!
- Nie. Nie o to chodzi. Chciałem spytać, jak mnie pani wtedy no, uratowała, to dlaczego pani krzykneła tedyn za drugim razem, a nie tędy? To takie dziwne no.
- A, musiałam się przejęzyczyć.

I wiele wiele innych gorszych rzeczy się wydarzyło, ale dzisiaj już ani nie czas, ani nie miejsce.

Dobranoc.

PS. A gdy pustelniczka się zemściła, a zemściła się dobrze, przykuła obrożę z powrotem i wypuściła go w las na waleta. Wyrażenie na waleta oznacza zarówno iść na wagary jak i kąpać się na golasa gdybyście tak jak ja żyli do tej pory znając jedynie jedną wersję otot to rzuciłem światła. No i Romka głowa przekraczając francuską granicę eksplodowała. Tak obroża była zaprogramowana.

Obroża.

Co by zrobił Dr House? Z pacjentem z taką obrożą pytacie?

Tylko House to wie.

niedziela, 11 października 2009

Szczyt ?!

Nowy kiepski film z Denzelem i Travoltą "The Taking of Pelham 1 2 3" przetłumaczyli "Metro strachu". Ja pierdolę!

wtorek, 8 września 2009

Relacja z wystawy.

W dniach od 7mego do 16stego sierpnia roku pańskiego 2009 odbyła się w Irlandii w Zamku Kilkenny pierwsza w życiu wystawa Sebastiana Jastra pod tytułem COMIC BOOK ART, ILLUSTRATIONS AND SKETCHES. Zapraszamy na spóźnioną relację z tego wydarzenia.


Kim jest Sebastian wszyscy wiemy. Nie jest parówką. Nawet jeśli przypadkiem trafiłeś na tego OGGa i czytasz te nienatchnione słowa musisz zdawać sobie sprawę z tego, że nie napisała ich parówka. Sebastian, znany jako Bojący Się Życia Sebastian oraz może lepiej jako Nie Skarżący Się Na Bitki Wołowe Które Podał Kiepski Kelner W Kiepskiej Restauracji Zamiast Zamówionego Steka I Wciąż To Przeżywający Sebastian, od 4terech lat myślał o wystawieniu swoich prac. Jednakże wcześniej nie miał zbytnio czego pokazać i nie czuł się jeszcze na siłach. W Mezzanine Corridor miejsce dla swoich wypocin miał już zaklepane David - starszy Irlandzki dziadek nie z fajką w ustach acz z papierosem. Sebastianowi udało się wycisnąć mały koncik tuż na początku tego korytarza. Okryty przeważnie ciemnością skromny kącik był jak najbardziej satysfakcjonujący.

Przez pierwsze 9 dni nikt nic nie kupił. Ceny wynosiły 100 euro za 3 prace A3 a reszta prac A4 za 50 euro. Doświadczony David z nazwiskiem, które zna mała społeczność przez pierwszych kilka dni dzielił podobny los z Sebastianem. Nie pojawiła się żadna czerwona kropka oznaczająca sprzedaną pracę. Jednak zaraz potem Dave sprzedał pracę, potem drugą i ostateczny balans wyniósł prawie 8 sprzedanych świństw. Najtańsze za 220 euro, najdroższe za 650 euro zdaje się. David na pewno ma talent, ale nie sposób się nie nadziwić, że za czarno biały szkic pijaka w barze który ani nie jest szczególny (ni szkic ni pijak), ani zniewalający, który nie rysowało się dłużej niż pół godziny Zenek, tzn. David chciał 220 euro. No, ale ma nazwisko. Którego teraz nie pamiętamy, ale je ma.

Ostatniego dnia wystawy starsza Irlandzka kobita, przykryta odpowiednią warstwą makijażu i czująca się wyczesanie i czysto i pachnąco czarowała znajomych tym jak to jej się podoba to, co tu na ścianach wisi. Na szczęście Sebastian ze spoconymi dłońmi był w pobliżu.

KOBITA:
Po ile to?

SEBASTIAN
myśli:
Czy tak trudno jest przeczytać cennik?
mówi:
Było li ci po 50, ale jako że dzisiaj ostatni dzień wystawy, a jom nic nie sprzydał, to pójdzie za 30.

KOBITA
No to ja wezmę te trzy. Bo one są przewspaniałe.

A jako, że nie miała drobnych, to zamiast 90 dała 100. Oczywiście to wszystko są grosze w porównaniu do prawdziwych wziętych jak cholera artystów, którzy za jebany bazgroł chcą 2500 euro. Następnego dnia znajomy Sebastiana kupił też jedną pracę. Artysta otrzymał również 2 zamówienia na rysunek. Wyszło lepiej niż się spodziewał.

Ale niby nie chodzi o pieniądze, tylko o to, żeby się pokazać. Ogolić. Wypiąć klatę. Wyciąć włosy z nosa. I tak też w tym przypadku się stało. Najciekawsze incydenty:

INCYDENT Nr 1: Chłopczyk przechodził z mamą i zeszli w dół po schodach. Po chwili chłopczyk wrócił sam i poprosił o autograf! Odszedł. Powrócił raz jeszcze pytając, czy Sebastian ma jakieś wskazówki jak rysować komiksy i w ogóle. Sebastian miał. Powiedział pracuj pracuj, praktyka czyni mistrza, zrzynaj ze wszystkich aż znajdziesz swój własny styl. Niestety zapomniał dodać najważniejszego: NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ.

INCYDENT Nr 2: Sebastian przy stoliku w wolnych chwilach siedział i na odwrocie kartki na której było jego BIO i linki, rysował szybko różne rzeczy, głównie twarze ludzi. Potem podpisywał i odkładał na kupkę. Kiedy tak raz rysował dwójka młodych ludzi ustawiła się obok niego których widział kątem oka i zrozumiał co robili. PATRZYLI. Zachowując zimną krew Sebastian dalej rysował twarz, ręka mu nie drżała, bo wypił. Kiedy skończył odwrócił własną twarz w ich stronę i powiedział, że to by było na tyle. Bardzo im się podobało i dał młodszemu z nich właśnie ten rysunek na pamiątkę.

INCYDENT Nr 3: Ostatni. Smutny. Jakiś koleś w kręconych siwych włosach wdał się z Sebastianem w za długą wyczerpującą dyskusję. Mówił o narkotykach, piciu, odnajdywaniu siebie. Mówił i mówił. Mówił, że jest pisarzem, dał Sebastianowi swój email, powiedział nawet, że mogli by razem coś splecić. Sebastian ze strachem w oczach radośnie nie przytaknął, że czemu nie. Skłamał. nawet by z nim wianuszka nie chciał splatać. Człowiek zdawał się być w stanie mówić bez końca co w Sebastianie wywołało podejżenie, że może jest na amfetaminie. Możemy i spotkamy w życiu ludzi, którzy mają takie same poglądy jak my i którzy lubią to samo, nie oznacza to jednak, że coś między nami piknie, że narodzi się przyjaźń. Jak człowiek nie nadaje na tej samej fali co my, to nie ma dla niego miejsca w naszym życiu.

Zdecydowana większość komentarzy w książce życzeń i zażaleń jest pozytywna. Bardzo. Kończąc zapraszamy do GALERII z wystawy, gdzie można obejrzeć kilka zdjęć w dobrej bardzo rozdzielczości.

A już tak na totalne zakończenie - KLONY:

wtorek, 25 sierpnia 2009

No cóż, teledysk nie tak jak sobie wyobrażałem, bo ze schizolskiego filmu. Ale zawsze możesz zamknąć oczy i posłuchać.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

1984. 2009.

Czasami, kiedy wszystko się rozpada zdarzają się momenty, gdy wszystko zdaje się mieć sens.

Kiedy jesteś młody nie myślisz o swoim ciele w taki sposób jak kiedy jesteś kilka lat starszy. Młodość jest naturalną częścią życia, a osoba młoda żyje i rozszerza swoje horyzonty zamiast martwić się tym, że ciało się starzeje, że nie wygląda już tak jak wtedy. Człowiek umiera, lecz nie godzi się z tym, wybiera o tym nie myśleć. Wyrzeka się śmierci. Trudno go winić, jest w końcu tylko człowiekiem. Co możemy zostawić po sobie? Dzieci. Pamięć. Twórczość.

Kiedyś dużo czytałem. Nie miałem nic innego do roboty a komputera nie było. Sporo z tego co czytałem, bardzo mi się podobało. Ostatnio czytam coraz mniej. I mniej. I mniej. Jeżeli słyszę o jakiejś dobrej książce, lub jeśli przypadkiem wpadnie mi w ręce zaczynam ją czytać tylko po to, żeby po kilku stronach czy rozdziałach odnaleźć siebie w stanie całkowitego znudzenia tą lekturą. Możemy mieć tyle internetu i stron pornograficznych ile chcemy, możemy mieć życie towarzyskie i przyjaciół lub rodzinę i wypełnią nam cały wolny czas. Ale od czasu do czasu trafia się nam ta książka.


Książka, z którą w jakiś niewytłumaczalny sposób się łączymy. Ta książka jest nie tylko naszym rozumowaniem, nie tylko naszym życiem, ale ta książka jest nami. Każde słowo czy zdanie staje się niewysłowioną przyjemnością dla naszych zmysłów. Co chwila odnajdujemy nasze własne myśli. Jeśli wiesz o czym ja mówię.

I dotykanie drukowanego słowa opuszkami palców, okładka, która jest okładką idealną. Zapach druku.

Życie jest niezwykłe. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy wyszedłem z domu z przyjacielem Kamilem, przeszliśmy przez tory kolejowe (bo było bliżej do naszego punktu przeznaczenia oraz miasta w ten sposób). Było ciepło. Miło. Wiał przyjemny deszcz. Znaczy wiatr. I wtedy poczułem coś niewysłowionego. Uczucie, którego nie potrafię opisać ani sklasyfikować. Wiecie jak się mówi, że coś wisi w powietrzu. Ale nic szczególnego się nie wydarzyło. To było takie ciepłe uczucie. Teraz, spoglądając z perspektywy czasu widzę więcej takich przypadków. Tak jakby życie w danym momencie, w pobliżu danych ludzi w danym mieście, kraju, wytwarzało jakąś magiczną moc. Specyficzne uczucie. Sensację. Nie zapach, nie dotyk, ale uczucie.

Nie często się to zauważa w danym momencie. Patrząc na to później, z jakąś częścią mojego życia nie pamiętam najbardziej faktów, ale to uczucie. Powiew świeżości. Coś zupełnie nowego.

Wracając do książki. Napisz coś. Wydaj. Ale niech to będzie arcydzieło. Pierwsze 20 czy 30 nie musi być, ale któreś z nich ma dużą szansę. I taka książka (jeśli Twoje arcydzieło będzie książką) przetrwa w świadomości ludzi po Twojej śmierci. Nie tylko przetrwa, ale będzie źródłem natchnienia. Więcej! - Jedna taka książka pozwoli czytelnikowi poznać ciebie całego, twój świat. I nie poznać powierzchownie lecz tak dobrze jak rozumieją się najlepsi przyjaciele, a nawet i bardziej.

I tak teraz mam będąc w połowie 1984 George Orwell'a. Widziałem film kilka lat temu. Ale książka wydana w 1949 roku jest ponadczasowa. Jest aktualna. Mówi o moim życiu w jakiś taki dziwny sposób utożsamiam się ze wszystkim.

Przeczytaj. Jeszcze raz.

Na tapecie od dłuższego czasu mam:

Oto ty otwierający drzwi do swoich marzeń. Wygląda nierealnie. Ale jest tak realne jak ty i ja.

czwartek, 30 lipca 2009

MUZYKA: Szalony świat.

- Jak masz na imię, chłopcze?
- Nie wiem.
- No... to musimy cię jakoś nazwać - powiedział ciepło kobiecy głos. - Co powiesz na Alex? Tak jak Aleksander Wielki.
- Kim był Aleksander Wielki?
- Był Macedońskim starożytnym królem greckim.
- W porządku.
- Aleksandrze, co tutaj robisz?
- Nie wiem.
- Niewiele osób się tutaj zapuszcza. Tak między nami, ty jesteś pierwszy. Na prawdę nie wiesz, co tutaj robisz? To może choć pamiętasz gdzie byłeś wcześniej?
- Ja... niestety nie pamiętam.
- To niezwykłe. Nawet, jeśli trafiłeś tu przypadkiem samo to, że tu jesteś wyklucza prawdopodobieństwo przypadku.
- Jak to?
- W pewnym sensie jest niemożliwym abyś tutaj był. A jednak tu jesteś.
- A gdzie jest tu? Gdzie ja jestem?
- To dobre pytanie.
- Niech zgadnę. Powiedziałaś, że ja jestem pierwszym, który tu zawędrował. A więc nikt nigdy wcześniej nie zadał ci tego pytania. Nigdy sama się nad tym nie zastanawiałaś?
- Zgadza się. Wiem gdzie jestem, to dla mnie oczywiste. Lecz nigdy nie ubierałam tego w słowa.
- Dlaczego jest tu tak czarno?
- Czarno? Masz na myśli ciemno? Cóż... to pozory. Jest tu jaśniej niż ci się wydaje, tylko nie przyjrzałeś się dokładnie. Widzisz moją twarz. Na niej się skupiasz jakby reszta nie istniała. A przecież istnieje.
- To wszystko jest strasznie zagmatwane. Nie mogłabyś włączyć światła?
- Boisz się Aleksandrze?
- Nie o to chodzi. Ponuro tu.
- Rozejrzyj się. Tak jak prosiłam.
- Ale nic nie widzę. Jak mam się rozglądać?
- Musisz być zmęczony.
- Sam nie wiem. Nie.
- Połóż się spać. Kiedy się obudzisz, spróbujemy to wszystko wyjaśnić.
- Rzucimy smugę światła na ten cień?
- W rzeczy samej - uśmiechnęła się. - A teraz idź spać.
- Ale... ale jak? Gdzie?
- Zamknij oczy, a sen cię znajdzie.

I Aleksander zamknął oczy.

sobota, 25 lipca 2009

FILM: Proposal.

Tlumaczenie tytułu filmu "Proposal" czyli "propozycja" lub w tym przypadku bardziej "oświadczyny" zostało oczywiście potraktowane sprawdzoną metodą którą zwał "Polak to osioł i muł więc trzeba mu wszystko łopatą wgarniać do łba to może zdarzy się cud i zaczai" oraz jeszcze lepszą formułą "debilne tłumaczenia działają lepiej na wyobraźnię niż morze heroiny".

"Narzeczony mimo woli" to udana komedia, idealnie wyważona. Jest śmieszna, nie ma dłużyzn oraz tego cholernego rzygu uczuć polanych zawsze tą samą wzruszającą skrzypcową melodyjką doprowadzającą do szału. Nie ma trwających wieki kiczowatych nieżyciowych wyznań. Jest akurat. Film jest pełen akcji, kiedy już się wydaje, że zaczną przynudzać BAM! - coś się dzieje. Nie tak jak w Zohan, gdzie po pierwszej pół godzinie film zaczął się ciągnąć bez celu.

Po reklamie spodziewałem się kolejnego badziewia, ale się miło zaskoczyłem. Tak więc bierz chłopaka lub dziewczynę - jak ci leży - i bez wahania rozerwij się w kinie. Bez bebechów.

(bo jak się ciało rozrywa, to bebechy wypływają; gdyby ktoś nie zrozumiał powyższego zdania).

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Gustavo Santaolalla

Brokeback Mountain to świetny film. W polskiej wersji musieli oczywiście dodać słowo Tajemnica na poczatku tytułu. Możecie mieć obojętny stosunek do kina, ale jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu to biegiem do wypożyczalni (lub ściągania)! I oglądajcie bez lektora, bo z lektorem to jak zadawanie gwałtu filmowi i gówno słychać z muzyki.

Wybitna reżyseria, wspaniałe kreacje aktorskie, no i muzyka. Gustavo Santaolalla napisał muzykę do takich filmów jak 21 gramów, Dzienniki Motocyklowe czy Babel. Jak wiemy Heath Ledger niestety nie żyje, ale film wciąż istnieje.

Nie warto słowami opisywać tej pięknej muzyki z filmu Brokeback Mountain. Posłuchajcie sami. I wytrwajcie w spokoju całość, to tylko 4 i pół minuty. Wsłuchajcie się. Podoba mi się, gdyż szczególnie to wideo jest nagraniem na żywo na którym sam Gustavo gra na gitarze po wywiadzie przeprowadzony przez krytyka filmowego o imieniu Rubens (większość tych informacji nie wziełem z mózgu, lecz z opisu widea na youtube). Widzimy w odległości ciemną postać z gitarą w jakiejś sali kinowej. Niby zwykły człowiek, mógłby być to każdy z nas, a tyle osiągnął. Sednem sztuki jest piękno. Jest geniusz. I te dwie cechy znajdziemy tutaj:



I co ciekawe to czy to co nas w życiu spotyka to przypadek czy przeznaczenie? Wczoraj obejrzałem "Knowing" - Zapowiedź - bardzo dobry, zaskakujący film, bo wyreżyserowany przez dobrego artystę. I jakoś tak na początku Nicolas Cage - znienawidzony przez kobiety, uwielbiany przez mężczyzn - właśnie o to pyta studentów, czy uważają, że to czego doświadczamy to przypadek czy przeznaczenie? I Peter Rubens - XVII wieczny artysta, malarz królów, którego to portret widnieje w moim zamku (bo to jest mój zamek, ja tam nie tylko pracuję znowu), chodzi mi po głowie, a tu proszę, nim Gustavo zagrał na tej sali ten kawałek, to rozmawiał z panem o imieniu Rubens. Zabawne. Przypadek?

Przeznaczenie?

deviantART

http://sebastianjaster.deviantart.com/ - to mój profil na deviantArt. Jest to świetne miejsce do poznawania wspaniałych artystów. Zwykłem się dołować wcześniej - tylu utalentowanych ludzi, a ja sobie marzę żeby coś osiągnąć będąc o wiele gorszy od nich. Było to jednak błędne myślenie, więc przestałem tak myśleć. Ja mam swój styl, własną kreskę która jest oryginalna. Poza tym talent to nie wszystko, liczy się to co z nim robisz i czy los się do ciebie uśmiecha.

Tak więc teraz odwiedzam tą stronę delektując się pięknymi rysunkami, obrazami i kolorami. Zachęcam Was też, abyście tam zajrzeli, a nawet mnie obserwowali.

piątek, 12 czerwca 2009

MUZYKA: Clint Mansell nie utopił się w fontannie.

Tak sobie słucham zwyczajnie i po ludzku albumu z ponoć najpopularniejszymi kawałkami z kina. Jednym z nich jest tytułowy motyw z filmu "Fontanna" - piękny, lecz smutny film ze wspaniałą klimatyczną muzyką. Jeżeli nie widzieliście, to musicie obejrzeć. Należy być jednak w nastroju na coś poważnego, gdyż tam rzeczywistość miesza się z fantazją w poruszający sposób. 4 na 5 gwiazdek.

środa, 10 czerwca 2009

Palenie NIE szkodzi TERMINATOROM.

Dwa i pół dnia bez papierosa to wieki dla kogoś, kto jest od nich uzależniony. I wszyscy wiemy, co nam się stanie z tłustych liter czarnym drukiem na paczkach, które głoszą:

PALENIE ZABIJA

PALĄC SPRZEDAJESZ SWOJĄ DUSZĘ DIABŁU

KAŻDYM BUCHEM JESTEŚ BLIŻEJ ŚMIERCI

PAPIEROSY ZAWIERAJĄ KWAS, KTÓRY WYŻERA CIĘ OD ŚRODKA. TAKI SAM, KTÓRY MA OBCY

PALENIE NISZCZY RODZINY, WSPÓŁŻYCIE SEKSUALNE I SPRAWIA, ŻE CHCESZ SOBIE PALNĄĆ KULKĘ W ŁEB

PALĄC TWÓJ PANIS SIĘ SKURCZA A POCHWA PORASTA GRZYBEM TRUDNYM DO USUNIĘCIA

JEZUS NIE PALIŁ

PALENIE WYWOŁUJE DEPRESJĘ.

CHROŃ SWOJE DZIECI. NIE ZAMYKAJ SIĘ Z NIMI W CIASNEJ KOMÓRCE JARAJĄC KARTON SZLUGÓW W TRAKCIE OBIERANIA KUPY ZIEMNIAKÓW

... i tak dalej. Wkrótce Unia Europejska wprowadzi rysuneczki zamiast napisów na paczkach, żeby oduczyć cię, starego psa, starą wygę i wyjadaczkę od palenia. Ciekawe co tam pokażą? Obrazy szatana w piekle, czerwonych czaszek, płuc, z których wychodzą robaki jak z jabłka? Pewnie coś w tym stylu. Pomimo to najdłużej żyjący człowiek, który dożył coś około 110 lat nie żałował sobie ani trunku, anie tytoniu. Możesz jarać całe życie i nie dostać raka. Możesz bać się, że dostaniesz raka, walczyć ze ZŁYM nałogiem od którego śmierdzisz, masz zęby jak mumia faraona i po dwóch metrach biegu łapie cię zadyszka, ale wciąż kochasz palić, więc możesz tak walczyć a tu przejeżdża cię amerykański żółty autobus. W Krakowie.

Żyj. PAL!

-- A teraz coś z zupełnie innej beczki!

Jestem świeżo po sensie nowego Terminatora w kinie. Moja krytyka powtarza głosy innych ludzi. Nie żałuję, że poszedłem, BO CHCIAŁEM TEN FILM ZOBACZYĆ DLA EFEKTÓW (tu uśmiech w stronę Jacka P., który pewnie wcale nie czyta tych postów bo taki jest zziajany i zabiegany. Zacznij, do cholery!).

Fabuła: jak widzę taką fabułę, to sobie myślę: DLACZEGO? Motywy z poprzednich terminatorów rżnięte jak się da. Nic niespodziewanego, pod koniec zbyt cukierkowato. A mimo to wciąż płacą scenarzystom. To jest dopiero życie.
Akcja: widowiskowa. Gdyby film był cały taki jak początkowa scena akcji, to byłby zajebisty film. Jak Connor próbuje uciec helikopterem z pola walki, to jedna z najlepiej wyreżyserowanych scen akcji jakie w życiu widziałem. Potem jednak się pieprzy.
Aktorstwo: Krzysztof Bale - dwa dni temu słuchałem na youtube audio które wyciekło z kręcenia tego filmu, jak bezpodstawnie drze na kogoś mordę, bo mu się morda nie spodobała. Z czego wychodzi, że Bale to bogaty sukinsyn. Widząc go na ekranie wciąż miałem w głowie jego krzyki z youtube. Więc mnie nie przekonał. I film się szczyci, że on w nim gra, a w tym filmie ze wszystkich to on się najmniej nagrał.
Budżet: 200 milionów dolców. Czy ich POJEBAŁO?! Zwykle to 100$ milionów. Ja widzę kasę na ekranie, ale żeby 200? Ten biznes przepłaca na maksa, ale wiedzą co robią, bo i tak im się sprzeda. Najwięcej wiadomo poszło na Krzysia i efekty kilkunastu nie ogolonych grafików komputerowych którzy pokazują dłońmi FUCK YOU! na Pixar.

Terminator 2 miał bezustanne napięcie. Tu napięcie wywołała pierwsza scena, jednak potem film traci, gdyż pokazuje podróż kogoś gdzieś tam, powoli, spokojnie. Terminator to pościg, a oni o tym zapomnieli. Sean Connor mówi na końcu, że roboty są na całej kuli ziemskiej i oni będą z nimi walczyć. Jasne - już widzę jak w części 5tej Krzysztof Bale będzie w PILE, kurwa. Albo w Katowicach zwalczał centrum dowodzenia wroga. To film amerykański, akcja się z tamtąd nie ruszy. Pilot szybkiego samolotu to oczywiście wyjebana laska, któż by pomyślał? NIE WIDZIAŁEŚ FILMU, A NIE CHCESZ, ŻEBYM CI ZEPSUŁ NIC??? - NIE CZYTAJ DALEJ! Pod koniec aby Krzysiu Bale mógł zipać dalej i zagrać w 5tej i 6tej części OCZYWIŚCIE robot pozer który tak się składa oprócz ludzkiego mózgu ma też ludzkie serce, oddaje te właśnie serce. Taa, zajebisty koleś. Mógłbyś z nim grama trawki wypalić i pośmiać się, a on miałby paka i wciąż nie przyszłoby ci do głowy, że to robot.

Pokażcie coś ciekawego! Na przykład rzućcie Connera w rok 2099 i niech się tam zmaga, to by było ciekawe. REASUMUJĄC: lepszy od 3jki, nigdy nie dorówna 2ójce, jak nakręcą kolejne, to będzie jeszcze gorzej. Dlaczego? BO brak im FANTAZJI.

piątek, 5 czerwca 2009

W razie zwątpienia.

W razie zwątpienia i braku wiary OGG zawsze dla Ciebie i przy Tobie będzie. OGG zaprasza Cię serdecznie abyś słuchał odpowiedzi. Z OGGiem nie zginiesz. Przy OGGu ogień piekielny Cię nie dosięgnie. Wystarczy abyś całkowicie oddał się OGGu oraz przekazał darowiznę klikając na guzik po prawej stronie. Darowizna nie jest obowiązkowa, ale jeśli zginiesz od noża trzymanego przez tłustą owłosioną rękę z nieobciętymi palcami w środku lata na placu pełnym ludzi i przelatujących pszczół prosimy Cię, nie wiń OGGa.

W razie gdybyście przegapili, pierwsze 8 stron Krzyków WEWNĄTRZ jest już na mojej stronie, wystarczy kliknąć w obrazek poniżej:Niewykorzystane materiały z produkcji tej opowieści można znaleźć w GALERII.

Szperając w Galerii można też odkryć kilka starszych (nie już tak szybkich jak kiedyś, nie mogących już tyle zjeść co kiedyś bo wątroba padła od chlania wódy) rysunków, które wrzuciłem na czele z nowym szkicem:

poniedziałek, 1 czerwca 2009

90 dni później...

... Sebastian otrzymał automatyczną odpowiedź od Zudy, że nie dziękujemy. Jak tylko odpali na nowo swojego Dreamweavera do robienia stron internetowych po przygodach z laptopami (jak bóg da jutro) zamieści 8 odrzuconych stron. Zaczął się nowy comiesięczny konkurs z 10ma uczestnikami, z pracami wśród których są gorsze od Krzyków wewnątrz. Cień goryczy? Tylko cień. Ktoś kiedyś powiedział, że bóg daje nam tylko tyle ile jesteśmy w stanie przetrawić. Zbytnio w to nie wierzę. Ale wierzę, że na wszystko jest właściwy czas i miejsce, dlatego prędko skończę 4tą stronę Denka i Kluski, pokoloruję, z pomocą przyjaciół przetłumaczę na angielski i wyślę. Bez rocznego odstępu pomiędzy.

Wszystko jest względne. Edytorzy Zudy to tylko kilka osób (mniej niż palce u jednej ręki) które kierują się swoimi wytycznymi. To co wygrywa to zwykle bezmyślne proste komiksy w których dużo osób ginie, a mnie wcale nie korci, żeby coś takiego tworzyć.

No, może i nawet, ale żeby to nie było bezmyślne.

sobota, 30 maja 2009

Uuu.

U mnie ciepło. Wreszcie. Irlandia to przeważnie zimny i deszczowy kraj.

Zdaje się że w poniedziałek czy wtorek dostanę negatywną odpowiedź od Zuda i będziecie mogli wreszcie przeczytać pierwsze 8 ekranów opowieści fantasy Krzyki wewnątrz. Ślamazarnie kończę 4 stronę D+K i wkrótce po tym będę ich kolorował. Spotkałem już ze dwa czy trzy komiksy, w których bardzo podoba mi się kolorystyka. Zwykle nie jestem fanem cieni i warstw kolorów, ale w przypadku tych niewymienionych z tytułu komiksów bardzo mi się to podoba i chciałbym tak umieć kolorować. Zastanawia mnie też, czy są one kolorowane nie za pomocą komputera i czy programem komputerowym można osiągnąć takie piękne kolory. Praktyka, praktyka, praktyka. Wszystko za tym się kryje.

Czego szczerze nie cierpię w komiksach i ilustracjach, to kiedy są beznadziejnie cieniowane w photoshopie. Ach, jak znajdę jakieś przykłady to wam pokażę.

Tymczasem!

środa, 27 maja 2009

Tam i z powrotem - przygoda Herr Zebagginsa

Życie w Aż'GdzieśPolazła przypominało trochę te w Nie'tfujinteres, jednak pod wieloma względami było całkowicie odmienne. Historia ta wydarzyła się dawno temu, w czasach, w których świat nie polegał całkowicie na przemyśle Chin, kiedy egzystencja nie była opleciona Cyfrową Światową Pajęczyną; w czasach w których wciąż wierzono w magię, a nie tylko w magię miłości. Świat był zielony a serca wypełnione szczerym szczęściem, dusze nie przygniecione betonem cywilizacji.

W krainie Aż'GdzieśPolazła znajdowała się mała osada zwana SharikU'doNogi, w skrócie Sharik. Mieszkały tu dzielne mniej a bardziej rozleniwione hobbity. Teraz, kiedy na półkach w różnych zakamarkach świata znajdują się historie spisane przez pana Tolkiena nie musimy już tłumaczyć kim byli hobbici. Jednak w jednej chatce z czerwonymi jak maliny drzwiami mieszkała istota całkowicie odmienna, nie miała owłosionych stóp ani nie była śmiesznie niska. Miała zaś czarny zarost i burzę najeżonych długich włosów. Był to człowiek, a nazywał się Herr Zebaggins. Nikt już dzisiaj nie pamięta skąd przybył i nie jest to zbyt ważne. Herr należał do wioski jak każdy inny mieszkaniec i tak samo był traktowany.

Zimny deszcz łomotał w drewniane okiennice chatki Zebagginsa, kiedy to on skulono-zgarbiony zanurzał swe łapczywe palce w skrzyni ze skarbem. Wyjął go delikatnie i położył na swoim ulubionym kamieniu na którym to też jadał jajecznicę z rana. Kamień nazywał się Zbigniew i pochodził ze starego wymierającego już szlachetnego rodu Gadających Kamieniusów. Niestety Zbigniew, który lubił być nazywany po prostu Zbyś, zatracił większość dumy i elokwencji swych przodków i stał się wieśniakiem.

- Zabierz to cholerstwo, wystarczy mi, że służę ci za stół kuchenny. Nie potrzebuję jeszcze tego grzejnika! - wyrzucił z siebie Zbigniew. Tym co było cholerstwem dla Kamieniusa a skarbem dla Zebagginsa był laptopus. Prostokątne pudło, które otwierało się jak książka i za sprawą magii pokazywało czarodziejskie krainy. Coś jak lustro Złej Królowej ze Śnieżki, tylko w wersji kompaktowej. Kontrolowało się go nie różdżką, lecz pierścieniem. Tak, duży różowy pierścień z wygrawerowanym Bowie też tu był spoczywał tam, gdzie my dzisiaj mamy klawiaturę. Ignorując pretensje Kamieniusa Herr nie zdjął laptopusa. Z gruchotem w kolanach wstał, aby przyrządzić sobie coś do jedzenia. Kiedy powrócił laptopus leżał na ziemi ze strzaskanym monitoriusem, zaś Zbigniew jak gdyby nigdy nic gwizdał sobie pod uchem.

- Coś ty zrobił, świnio? - wrzasnął rozwcieczony i zdziczały Herr.
- Ja?
- Widzisz tu inne gadające kamienie?!
- No... nie. Ale ten kamyk pod framugą na lewo od mysiej dziury od dłuższego czasu wydawał mi się podejrzany. Może do niego mówisz?
- Gadaj psie, dlaczego zwaliłeś mój skarb?! - wymawiając słowo skarb Herr wykrzywiał usta i mowę w psychodeliczny sposób.
- Ja nic nie wiem! Leżę tu sobie spokojnie marząc sobie o seksownej Kamienicy z którą mógłbym pokombinować i być może nawet uratować swój ród, a tu nagle TRACH! Laptopus na ziemi.
- A dlaczego wgniecenie na monitoriusie wygląda jak twój zad, Zbysiu?
- Skąd mam wiedzieć? A wiesz co? Pierdziel się! Nie potrzebuję cię! Już dawno bym się wyprowadził, gdybym miał nogi, a tak jestem zdany na twoją łaskę. - Po czym Zbigniew popadł w mogące trwać nawet lata milczenie. Zabaggins również ucichł. Upadł na kolana nad laptopusem, a po policzku spłynęła mu łza. Jego skarb został zniszczony.

Następnego ranka Herr poszedł do Elekrtozwisa, który szczycił się fachową poradą w sprawach wszelakich: od leczenia ślinokrwotoków krowich po bezbólowe wyrywanie kończyn. Jego ciało wyglądało jak koc, taki był włochaty. Ponieważ było mu tak ciepło i wygodnie i ani nie łaskotało ani nie szczypało nie przycinał włosów i paradował nago, trudno było jednak to spostrzec. Wystawały tylko dwie kulki na górze będące jego oczami.

- Bry! Da radę wymienić monitoriusa? - Herr przeszedł od razu do rzeczy pokazując to, co było jeszcze wczoraj jego skarbem.
- Bry - przywitała się również złota rączka. - Da, nie da - stwierdził obojętnie Elektrozwis. -Miałem raz z czymś podobnym do czynienia, acz za dużo babrania w tym było. Poza tym to by cię drogo kosztowało bez żadnej gwarancji, że mi się uda. Lepiej będzie jeżeli kupisz sobie nowego laptopusa.
- O. A ile by kosztowała naprawa?
- Ze dwie, trzy świnie i worek pyr. A nowego laptopusa można już dostać za 7 świń. Okazja.
- Dziękuję za nic, Elektrozwisie - burknął Herr i odszedł ścieżką prowadzącą przez pagórek. To był piękny dzionek, rosa jeszcze nie znikła z pól, świeże morskie powietrze smagało poliki ciężko pracujących hobbitów, a wilki spały spokojnie śpiąc o zającach nadziewanych w ślimakach. (Tylko Wilczuś nie spał spokojnie bo miał gorączkę i się trząsł).

Herr Zebaggins sprzedał swoja figurkę Scarlett Elfa w Białych Podwiązkach i zakupił nowego laptopusa, który nazywał się Sowy. Sowy to była świetna marka i Herr był bardzo zadowolony z zakupu. Do czasu...

Zieleń zszarzała, zbielała i znowu zazieleniała. Sruman drapał się pod pachą, Wielkie Oko które patrzy myślało o zakupie szkła kontaktowego, bo wzrok już nie ten sam co kiedyś. Ruchome Drzewo złapało reumatyzm. Minęło 18 miesięcy. Słonko wychyliło się zza Zwapniałych Gór. Zebaggins otworzył oczy, przetarł oczy i oczom nie mógł uwierzyć: jego laptopus zburaczał. Tak, monitorius wyglądał niczym po zażyciu kwasa (od LSD po SLD). Przerażony Herr zrestartował systemus i ujrzał dużo niebieskich pasków tam, gdzie nie powinno ich być. Wkrótce potem laptopus sam się wyłączył. Coś było zdecydowanie nie tak.

Tymczasem hen daleko, w Dolinie Brutalnej Łysiny Atakującej Z Nienacka Zły Czarnoksiężnik Sonyrys pławił się w rozkoszy. Musicie wiedzieć, że to jego orki produkowały laptopusy Sowy i że Sonyrys był odpowiedzialny za problemy nie tylko Zebagginsa, lecz wszystkich, którzy nabyli jego produkt. Tysiące o ile nie setki tysięcy biednych duszyczek klepało właśnie i kręciło bezmyślnie różowym pierścieniem łudząc się, że ich Sowy będzie jeszcze działał. Czarnoksiężnik zacierał łapczywie ręce przewidując przyszłe zyski wszystkich tych, którzy zwrócą się do niego po nowszy model, w końcu miał on monopol. U jego kolan leżała skąpo ubrana Allelacha z rodu elfów. Przykuta łańcuchami do ściany zmuszana była przez śmierdzące i obleśne orki do mycia stóp Sonyrysa, wachlowania go, podawania mu winogron jedno po drugim oraz do jeszcze gorszych rzeczy.

Allelacha miała długie złociste włosy, a jej piękna twarz kogoś, kto osiągnął permanentny stan nirwany, okrył smutny cień uwięzionej duszy. Dwa lata temu wracała nocą z wyprawy do Chorego Na Starość Dziadka Edka do domu. Jako córka AlloAllogo, króla Elfów, towarzyszyła jej obstawa - młody szczupły i wysoki łucznik Orlando Rozkwita oraz niemłody nieszczupły łucznik z umiejętnie zatajanym kiepskim wzrokiem Pija Er'cola. Czarnoksiężnik Sonyrys dusił w sobie przez wiele lat nienawiść do AlloAllogo. Niegdyś byli najlepszymi kumplami aż do pewnego fatalnego jesiennego wtorkowego popołudnia o którym teraz opowiemy.

Na szczycie gigantycznego dębu zwanego Drapaczem Chmur w Lesie Pokoju mieścił się pałac Króla Elfów. Zaprojektowany był przez Dariusza NadgodzinyRobięNiechętnie'ego. Taka mieszanka łuków, kolumn i kolorowych szklanych ścian z wymalowanymi kwiatkami i zwierzaczkami. Dla czadu pośrodku była fontanna, która wyglądała jak niemiecki żołnierz kupujący chleb u rosyjskiego sprzedawcy, który przeprasza, że chleb zamrożony, ale w końcu zima jest. W komnacie tarasowej z widokiem na liście czarnoksiężnik i król grali w warcaby. Żartowali, popijali świetne wino, od czasu do czasu puszczali do siebie przyjacielskie oczko. AlloAllogo lekko wstawiony zdjął sandał i pod przykryciem stołu z dala od wzroku służby zaczął smyrać stopą krocze Sonyrysa. Sonyrys się wzdrygnął:

- Co ty wyprawiasz stary?
- No co? - zdziwił się Król Elfów. - Myślałem, że chcesz! Klepiesz mnie po kolanie, puszczasz oczko, wysyłasz łatwe sygnały.
- Czy cię pojebało Allo? Klepię cię, bo cię lubię. Puszczam oczko, tak jak dziecku się puszcza. Nie mam żadnych ukrytych zamiarów. Boże! Czemu zawsze wszystko musi być takie zboczone z tobą do cholery? Nie możesz być normalnym mądrym i szlachetny królem takim jak w książkach? Musisz mi dotykać krocza stopą? Co z tobą nie tak, stary?
- Ależ wszystko ze mną w porządku - odparł spokojnie król. - Jestem elfem, to prawda, że powinniśmy być cnotliwi i bla bla, ale spójrzmy prawdzie w oczy: życie to nie książka. Książki są cenzurowane, jak piszesz opowieść fantasy i chcesz żeby jak najlepiej się sprzedała to nie możesz ani tam przeklinać, ani pozwalać każdemu kurwić się z każdym. Bo to już by była książka dla dorosłych i prawdopodobnie nie zostałaby odebrana serio. Każdy ma swoje żądze. Ja też, nie będę tego ukrywał przed tobą. Może dlatego, że jestem królem mam trochę więcej śmiałości...
- Masz śmiałość, bo już trzecią butelkę wina obaliłeś, ot co! Może i by mi pochlebił twój gest, ale ja nie jestem zboczony.
- A gdybym powiedział, że zrobiłem to dlatego, żeby odwrócić twoją uwagę od gry, żeby cię zdekoncentrować, bo mi źle szło, wybaczyłbyś mi wtedy?
- Aa! - ucieszył się Sonyrys, który bał się, że nie poznaje swojego starego przyjaciela. - To zupełnie inna sprawa! Przeprosiny przyjęte. Grajmy więc dalej!

Tegoż samego wieczoru czarnoksiężnik nocował w pałacu króla. Chrapał sobie spokojnie w ciepłym okrytym mrokiem łożu, kiedy to poruszyła się klamka, drzwi skrzypnęły i ktoś wszedł do komnaty. Cicho na paluszkach przebiegł po kamieniuszkach (na szczęście żaden z nich nie był gadającym) i wszedł pod kołdrę. Objął leżącego bokiem czarnoksiężnika i przytulił się ufnie. Sonyrys miał jeden ze swoich futurystycznych snów. Śniło mu się, że szczęśliwy jedzie żółtym rowerem. Nagle okazało się, że nie ma siedzenia i rura wbija mu się pomiędzy pośladki. Wtedy się obudził i z przerażeniem spostrzegł Allogo przyciskającego się do niego.

- A więc wcale nie chodziło o to, że przegrywasz w warcaby! - wrzasnął zdeprawowany Sonyrys. Spakował manatki nie chcąc wysłuchiwać tłumaczeń i odfrunął na miotle. Ale była to męska miotła. Właśnie to wydarzenie na zawsze pozostawiło na nim niewidzialną szramę. Niechęć i nienawiść do AlloAllego. W końcu praktycznie go zgwałcił we śnie, jego Złego Czarnoksiężnika, postrachu lądów i oceanów. Pragnienie zemsty narastało w nim dzień po dniu, nasilane z każdą butelką wina i liścikiem przeprosinowym od Króla Elfów. Sonyrys postanowił porwać jego największy skarb - piękną córkę. Wysłał drużynę 30stu orków bojowych, która zaatakowała, kiedy Allelacha powracała z odwiedzin u dziadka.

- Zostań tu księżniczko! - krzyknął Orlando prąc z napiętym łukiem na wrogów. - Osłaniaj mnie Pija Er'cola!

Pija Er'cola wycelował strzałę w nieprzyjaciela i wystrzelił. Strzała leciała wolno. Ci, którzy byli w obozie uciekali. Wzrok Allelachy śledził lot strzały z przekonaniem i wiarą w umiejętności Pija. O tak, strzała celnie trafiła w tył głowy Orlanda przeszywając ją na wylot i jeszcze nadziewając na czubek przelatującego kruka (to była dłuuuga strzała). Tej nocy Pani Krukowa nerwowo paliła ostatniego papierosa przy kominku zastanawiając się, co Edkowi tak długo zabiera kupienie jednej paczki papierosów. Wracając do naszej historii:
- Trafiłem! - uradował się Pija.
- Ale trafiłeś Orlanda ćwoku! - powiedziała przerażona Allelacha.
- Hmm.. - zamyślił się Er'cola. - Teraz będzie mi trochę trudniej ukrywać mój kiepski wzrok. - Wypadki potoczyły się szybko - W głowę Pija został wbity topór a księżniczka złamała paznokieć na twardym jak skóra hipopotama policzku orka.

Tak oto Sonyrys uczynił z córki Króla Elfów swoją niewolnicę broniąc potężnym zaklęciem zamczysko. Zaklęciem, którego Elfy nie potrafiły złamać i tym samym oswobodzić Allelachy. Po tygodniu formatowania systemusa zmęczony i zły oraz nieświadomy opisywanych wyżej wydarzeń Herr Zebaggins postanowił wyruszyć do twierdzy Sonyrysa i rozprawić się z nim na dobre za to, że sprzedał mu felerny produkt. W dodatku gdzieś mu się tytoń zapodział (podejrzewał o kradzież czarodzieja kleptopmana Gadalfa), co sprawiło, że każdy atom jego ciała błagał o tytoń, a to, zapewniam Was, nie było zbyt relaksujące uczucie.

Czy Herr Zebaggins dostanie nowego laptopusa? Czy Allelacha zostanie uratowana? Czy Sonyrysa spotka zasłużona kara? O tym dowiecie się w następnym odcinku!

poniedziałek, 25 maja 2009

D+K: Choć żreć się chce..

.. to nie wolno! Denek i Kluska wciąż głodują. Są dopiero w pierwszym dniu ich 13sto dniowej diety, tak więc najgorsze, najbardziej mroczne i krwawe jeszcze przed nimi. Za to prace nad tą historią posuwają się do przodu. Stronę 3cią narysowałem w tydzień, z czego się cieszę (nie tknąłem gumkowania czy kolorowania). Obecnie jestem prawie w połowie strony 4tej.

Wczoraj i dzisiaj męczyłem się z trabantem. Nie żebym silnik naprawiał, mechanika samochodowa nie jest moją mocną stroną. Męczyłem się z rysowaniem modelu p50 z 1958 roku. Nie mam zbytniego doświadczenia w rysowaniu samochodów, a kiedyś trzeba zacząć. Tym właśnie pojazdem porusza się Kluska z Denkiem. Udało się, zadowolony jestem tak średnio. Jak tylko skończę 4tą stronę i pokoloruję to wysyłam do Zuda. Krzykom wewnątrz został się tydzień na odpowiedź czy dostały się do konkursu czy nie, nie ma co się oszukiwać. Jakby im się podobało to odpowiedzieliby w ciągu miesiąca odkąd wysłałem im komiks. Biorąc pod uwagę, że na moją stronę www wrzucam po pół strony, to będziecie jeszcze mieli okazję przeczytać 7 kolejnych w miarę postępów z kolorowaniem, a potem przetłumaczę na angielski i wyślę z czym - jak już zdaje się pisałem - wiąże się to, że 8 stron D+K znikną na 3 miesiące z www.sebastianjaster.com. Albo znikną i na dłużej, jeżeli komiks dostanie się.

Pożyjemy, zobaczymy.

LunaTYCKIE tłumaczenia: Zawodowcy, ale nie tacy jak Leon.

Po reklamie filmu Righteous Kill z Alem Pacino i DeNiro poczułem się niedobrze. Z kilku minut reklamówki widać już było że scenariusz jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Gdzieś tam na kuli ziemskiej jakiś typ dostał pieniądze za spłodzenie gówna. To piękny świat w którym żyjemy - robisz kupę i ci za to płacę. I oczywiście mógłbym użyc jakiegoś bardziej wyszukanego języka, ale dobrane tu przeze mnie słowa wyrażają prawdę najlepiej.

No i dzisiaj dowiedziałem się jak ten film Słomiany Janek przetłumaczył - Zawodowcy. Ling.pl mówi nam, że righteous oznacza: prawy (człowiek), cnotliwy, sprawiedliwy
A kill to wiecie sami. Trudno, żeby po obejrzeniu Kill Bill ktoś wciąż nie łapał co znaczy kill. Pomimo zdeprawowania i narkotyków Jack Nickolson w filmach wciąż trzyma klasę, gra tak jak wygląda, nie próbuje udawać, że wciąż ma 40 lat. Para starych wapniaków za których kaskaderzy skaczą przez półmetrowy płot to nie dla mnie i zapewniam Was Drodzy Czytelnicy, nie dla Was.

piątek, 22 maja 2009

LunaTYCKIE tłumaczenia: Ekhe-em!

He's just not that into you - To się samo przez się rozumie, że powinno być przetłumaczone: On wcale na ciebie nie leci.

A my mamy genialnego Słomianego Janka Tłumacza, który pewnie dobrze (lub i nie) zarabia w swoim zawodzie z anielskim tłumaczeniem: Kobiety pragną bardziej. - Gdzie tu kurna logika?

Kasety, ale nie sex kasety. Choć może?

Pewnego dnia mój tata zdecydował się wreszcie na zakup odtwarzacza wideo. Niestety magnetowid był o jedną poprzeczkę cenową za daleko dla nas, albo też zamiast magnetowidu mogliśmy kupić i wideo i nowy telewizor. Było to jakoś na początku lat '90tych. Szczęśliwy, że wreszcie będzie mógł oglądać ciekawe filmy Sebastian pobiegł wypożyczyć coś. Niestety we wszystkich trzech wypożyczalniach kaset wideo do których zaszedł (więcej nie było) potrzeba było dowodu osobistego, żeby się zapisać. Tak więc młody chłopiec wrócił zawiedziony do domu.

Dzień później wraz z tatą zapisali się do wypożyczalni Videx a ich numerem klienta było 926. Pierwszym wypożyczonym filmem był Robocop, bardzo przerażający film dla młodego ducha. Czas upływał, Sebastian praktycznie obejrzał wszystkie filmy w małej wypożyczani i czekał na nowe. Przeważnie przychodził oddać przewinięty film jeszcze przed otwarciem. Siadał na parapecie i czekał. Z biegiem czasu miał już kilka kont pozakładanych po różnych wypożyczalniach. W jednej z nich przy Hali Targowej była np. pełnometrażowa bajka ze Smerfami - historia, która koiła go kiedy to leżał z bardzo wysoką temperaturą w łóżku i miał omamy. W tejże wypożyczalni znajdował się również pewien film animowany, ale nie dla dzieci. Coś o 9 życiach pewnego kota który to - powiedzmy to wprost - się w kółko z innymi kocicami pierdolił i pewnie przez to tracił te życia. Pierwsze porno Sebastiana. Musiał się nieźle napracować, aby ściemnić panu sprzedawcy, że to dla rodziców wypożycza. Dziś co by nie dał, żeby tą zboczoną bajkę jeszcze raz obejrzeć.

Minęło dużo czasu, aż pojawiły się filmy na DVD. Początkowo bardzo drogie, z biegiem czasu staniały. Producenci zachwalali się w mocno przesadzonych reklamach, że dzięki DVD będziesz mógł przeskoczyć do obojętnie jakiego elementu filmu natychmiastowo, że będziesz sobie mógł wybrać języki, że nie będzie przewijania kaset. To jeszcze jest zgodne z prawdą, obiecywali też fantastyczny obraz dokładnie taki jak w kinie - szerokoekranowy. Też prawda. Ale największym przekrętem było głoszenie, że będzie można oglądać film z różnych ujęć kamery, ty wybierasz. Powiedzmy, że mamy scenę którą kręcą trzy kamery z różnych kątów - montażysta przycina wszystko, żeby miało ręce i nogi, ale dzięki DVD możemy ujrzeć po raz pierwszy te sceny, które zostały wycięte lub te ujęcia, które zostały ucięte. I co z tych obietnic wyszło? DUPA. Blada. Opcja taka sporadycznie pojawiała się i jeszcze mniej często pojawia się teraz na DVD ale w dodatkach specjalnych i najczęściej jest to jedna wybrana scena, a nie cały film. To (i tu wychodzimy z trzeciej osoby) mój największy zawód DVD.

Czasy się zmieniają, jest coraz więcej toksycznych energetycznych napoi i znowu mamy nowe formaty - High Definition na krążkach Blu-Ray bądź w tym drugim formacie, który jednak tak dobrze się nie sprzedaje jak Blu-Ray. Tak więc możemy widzieć jeszcze lepszy obraz, jeszcze więcej szczegółów (krostę na nosie Brada Pitta na przykład)... tylko po co?

Wszystkim kręci pieniądz. Producentom tak na prawdę nie zależy czy widzisz ekscytujący raj i czujesz się zajebiście jak nowo narodzony czy widzisz gówno, najważniejsze, żebyś wydał szmal. Kiedy wiele lat temu oglądaliśmy kasety VHS to nic nam w nich nie zawadzało. O tak, pojawiały się czasem paski albo obraz skakał, ale to było OK. Nie znaliśmy nic lepszego. I DVD też było OK oczywiście, lepszy dźwięk i obraz, ale teraz próbują nam wmówić, że potrzebujemy czegoś jeszcze lepszego. Czy tęsknię za kasetami? Niezbyt. Może tęsknię za czasami i wspomnieniami, które się z nimi wiązały, z tym, że raz z Jackiem wypożyczyliśmy chyba wszystkie filmy o Obcym i nie mogliśmy obejrzeć Ósmego Pasażera Nostromo, bo kaseta była zjebana od tego, że tyle osób ją oglądało i musieliśmy przewijać najlepsze kawałki. Taśma się brudziła i gięła, płyty się rysują.

Mamy wirtualny dźwięk. Najpopularniejszy to 5.1 - czyli 4 głośniki po kątach i jeden centralnie przed nami z subwooferem. Są też 7.1 i pewnie większe, ale po cholerę? Czy jeśli będziemy mieć dźwięk i w suficie i w podłodze i na przełam i na skos to będzie bardziej czadowo? Nie, bo po kilkunastu minutach bądź filmach już się przyzwyczajamy i nie zwracamy na to takiej uwagi (chyba że są jakieś wyjebane głośniki których nie doświadczyłem).

Co chcę powiedzieć to to, że postęp jest nieunikniony, ale nie zawsze to co nowsze jest lepsze. To tylko znak czasów. Czy Playstation jest lepszy od starego komputera Atari? Patrząc z perspektywy czasu dzisiaj powiemy tak. Ale te ileś lat temu te Atari było dla nas jak dzisiaj Playstation dla nowego pokolenia. Jedyne co nam pozostaje to obserwować zmieniające się trendy i pisać o nich na blogach chociażby.

sobota, 16 maja 2009

Anioly i demony straconych pieniedzy na bilet do kina.

Wczoraj poszedłem na nowego Star Treka i Anioły i Demony. Star Trek to świetne kino popcornowe - młodzi aktorzy, wciąż się coś dzieje i nie ma przynudzania. Czyli przepis na sukces. I Simon Pegg. Fanem serii nie jestem.

Jeśli ktoś chce zobaczyć Anioły i Demony a nie czytał książki to proszę nie czytać dalej, gdyż napiszę po swojemu co się w filmie dzieje.
Już po pierwszej części mi się rzygać chciało. Szczególnie końcówka, kiedy laska próbuje przejść nad wodą i rzuca coś w stylu Ojć, jednak nie jestem Jezuską, ha ha hie!
Co najlepsze w AiD to reklama, na której posąg się ruszył w demoniczny sposób. Oczywiście to był tylko taki zwiastun mający na celu rozpalić ogień w sercach naiwnych, że może faktycznie będą się tam posągi ruszały, skakały i goniły aż do Philadelphi Toma Hanksa. W przypadku tego tytułu na szczęście polscy tłumacze nie pojechali w stronę Diabelskiego Pościgu bądź też Helikopter w ogniu 2 - tylko przetłumaczyli wiernie.

Są rzeczy które kupuję i które nie. Star Treka kupuję. Kto wie, przyszłość może wyglądać tak jak w tych filmach. Aniołów i Demonów nie kupuję, bo w nic z tego co oglądam nie wierzę, więc serce nie bije mi mocniej. Dlaczego nie wierzę? Dlatego:

Film zaczyna się obiecująco. Ludzie mówią po francusku i próbują stworzyć antymaterię. Ktoś ją kradnie wydłubując oko nieszczęsnemu pierdzielowi aby przejść przez drzwi, które zamiast klamki i zamka na klucz mają czujnik źrenicy. Tu ostrzeżenie: lepiej nigdy nie przyjmujcie stanowiska w firmie, gdzie mają takie zabezpieczenia. Nigdy nie wiesz, kiedy jakiś czub będzie potrzebował twojego oka, żeby coś ukraść. Stary pierdziel jak miał 19 lat i tracił dziewictwo na łące wśród brzóz pewnie w życiu by nie pomyślał, że za 53 lata umrze, bo ktoś mu oko wydłubie. A tu taka niespodzianka. No i co najbardziej w tym początku obiecujące to to, że jest jeszcze nadzieja, że będziemy oglądać inny film, że weszliśmy przypadkiem na inny seans. Niestety nie, bo...

W następnej scenie żwawo jak na swoje lata chlusta i pluska się w basenie Tom Człowiek Legenda Trzepiący Miliony Świeżutkich Dolców Za Film Hanks. Niczym Sherlock Holmes po dwóch rzutach zmoczonego oka na mężczyznę, który właśnie wszedł na basen i zmierza w jego kierunku odgaduje, że to wysłannik z Rzymu. A niby skąd? Przecież to druga część Kodu DaWięcej na litość!

Posłannik prawi iż 4 kandydatów na papieża ktoś porwał, ktoś kto zwie się Illuminati. I że Watykan potrzebuje właśnie jego, bo on taki sprytny i na całym świecie nie odnajdą nikogo sprytniejszego. Z tomem biega nowa laska, już tak nie atrakcyjna jak ta z pierwszej części, ale zawsze to przedstawicielka płci pięknej więc może w którejś scenie coś pokaże.. a nie, to nie tego typu film. Tak więc sobie biegają po Watykanie, bo co godzinę będzie ginął jeden z kandydatów na papieża, a o północy bateria w pojemniku przechowującym antymaterię się wyczerpie i będzie BUM. Duże BUM. Big Bada Bum! - Tak jak Leeloo mówiła w Piątym Elemencie. Dodatkowo mamy złego szefa policji, którego gra ten stary blondyn z ostatniej części Egzorcysty i z Mamma Mia oraz Ewana McGrogera, który w każdym filmie gra tak samo i jedynym zaskoczeniem dla mnie w tej produkcji było to, że mu pryszcz z twarzy w końcu permanentnie zniknął bądź też został skutecznie przysłonięty przed wrażliwymi oczami fanek. Ewan tu już nie gra ćpuna jak na początku kariery, tylko księdza, najlepszego kolegę papieża, który niestety zmarł. No więc tych 4 porwanych będzie co godzinę publicznie wykańczanych i jedynym sposobem żeby wiedzieć gdzie to dostać się do Archiwum Watykanu, takiej miłej biblioteczki w której nie wolno pić kawy, nosić brudnych skarpetek i uprawiać seksu w rogu do którego nie dosięga wzrok pani bibliotekarki, która to już od 10 lat i 3 dni chłopa nie miała. W archiwum oczywiście znajduje się książeczka w której są wskazówki i Tom wie która to książeczka, bo od lat jak sobie czytał własne książki, to we wszystkich pisało 503 czy coś takiego, a to właśnie tytuł tej, której potrzebuje. W niej odnajduje wskazówki - anioły w postaci pomników porozrzucane po całym Watykanie trzymają strzały i wskazują nimi drogę do miejsc gdzie kandydaci na papieża będą zabijani po koleii a na końcu pokazują gdzie je bomba. BO OCZYWIŚCIE KOMUŚ SIĘ KURWA CHCIAŁO 3 WIEKI TEMU NAPIERDZIELAĆ TAKĄ INTRYGĘ. I skoro tak trudno było odkryć te wskazówki, skoro sam Tom mówi, że to pewnie jedyna kopia, to skąd ten porywacz i morderca w okularach wie gdzie ma ich mordować? Kupa ludzi ginie, nie wiem ile, ale coś takiego jak w Rambo. Morderca działający oczywiście na zlecenie kogoś innego ma kilka razy okazję zabić Toma i jego brunetkę, ale tego nie robi tłumacząc się tym, że nie mają broni i że ON jemu nie kazał. Jasne, zabija cokolwiek się rusza, ale Toma Hanksa nie zabije, któż by się spodziewał? Tom podejrzewa szefa policji, że coś kombinuje. Szef policji idzie do Ewana i zamyka drzwi. Nagle słychać krzyki, wiara wbiega, a tam Ewan na ziemi i szef policji mierzy do niego z pistoletu. Po samej tej scenie widać od razu, że to Ewan jest tym złym, a ten zły tym dobrym, ale nic, oglądamy dalej. Ewan głosem małego dziecka, któremu ktoś zabrał loda krzyczy:
- To on jest mordercą! On ma pistolet!
On ma pistolet jest świetnym argumentem dla wszystkich policjantów, żeby zabić swojego szefa, bo przecież szef policji z pistoletem to nie do pomyślenia. I dobrze, że Ewan powiedział, że ma pistolet, bo może na sali kinowej akurat była jakaś niedowidząca staruszka i mogła nie wiedzieć. Tak, mało widzi, ale kocha kino, dlatego wciąż chodzi na seanse.
Szef policji zostaje od razu rozstrzelany, zaraz potem jakiś inny duchowny, ale nie David, który wie co się tu dzieje rzuca się we wściekłości na Ethana, więc ten po prostu krzyczy wskazując na niego palcem Illuminati! kilka razy, no dwa, bo po drugim już Illuminati rozstrzeliwują. Tu już mnie normalnie ściskało. Z podniecenia zacząłem dłubać w nosie, ciemno na sali, więc czemu nie.

Ethan dołącza do Toma i brunetki i lecą szukać bomby, tzn. antymaterii. Brunetka mówi, że będzie miała 5 minut, żeby wymienić baterię w pojemniku na nową, to nie będzie wybuchu. Odnajdują antymaterię, brunetka cała napięta i rozkiszona i rozikszona i spocona kładzie się na ziemię a Tom sobie myśli Wziąłbym cię tu i teraz. I z pojemnika wystają kabelki, bo wymienienie baterii w tym czymś oczywiście musi być skomplikowane. Brunetka że nie zdąży wymienić, bo tu jest zimno i bateria pada szybciej niż się ona spodziewała. Ha. I Ewan chwyta bombę, ucika z nią do helikoptera i leci w niebo. Oczywiście umie latać, bo jak był małą sierotą, która jakoś tak się dostała do kościoła i została ulubieńcem papieża, to papież z miłości wysłał go do szkoły latania mówiąc: Ty się chłopie lepiej latać naucz, bo nigdy nie wisz, kidy ci się to może przydać! Leci i leci i kiedy już pomyślałem, że cep nie wyskoczy na spadochronie helikopter wybucha. Wybucha bardzo widowiskowo, jak to na antymaterię przystało, metalowy płot leci na Toma i brunetkę, ale Tom jest człowiek błyskawica i nachyla się wraz z nią, niestety dwójka ludzi stojąca za nim już takiego szczęścia nie ma. Zaraz potem Ewan spada z nieba na spadochronie w zupełnie bezsensownych ujęciach: kamera leci wraz z nim i pokazuje jak Ewan się obija o dachówki, jak się przez dachy łomoce ażeby na koniec bezpiecznie wylądować. Bohatera chcą zrobić papieżem, bo czemu nie, w końcu umie latać jak Superman, uratował świat i ładnie mu z oczu patrzy a z pyska wódą nie jedzie. Tom go dekonspiruje i Ewan się spala żywcem. Czemu nie.

Koniec.

A! I jeszcze się okazuje, że to on też zabił papieża. Bo on go zabił. Papieża. Ewan, ten co tak pinknie śpiewał z naciągniętą Nicole o miłości.

W filmie w oczy kole SONY, na cokolwiek nie patrzą co jest ekranem bądź ma klawiaturę, to to jest SONY. Znacie moją opinię. Tom gra tak, jakby już nie musiał się starać, a i tak mu zapłacą. Czyli tak samo jak cała reszta starszych kasowych gwiazdorów kina. Ani razu nie grają skocznej muzyczki. Jeżeli książki są fajne, to te dwa filmy na długi czas mi sprzykrzyły czytanie powieści na podstawie której nakręcili te dwa żenująco nudne i przewidywalne badziewia. Tom tu gra po prostu Indianę Jonesa, tylko w wersji Radio Maryja. Film znowu kosi kasę dookoła, a ja bym szczerze cofnął czas i po Star Treku wrócił już do domu odpuszczając sobie AiD.

piątek, 15 maja 2009

Hombre

Ostatnio natrafiłem na bardzo ciekawy francuski komiks pt. Hombre. Cywilizacja upadła i każdy walczy o przetrwanie. Jak widać po okładce jest dużo piersi. Kolory są świetne. W każdym razie hombre znaczy: facet, mężczyzna, gość, koleś. Mi natomiast przyśniło się dzisiaj, że gadałem ze znajomym francuzem i mówię mu o tej serii i pytam go To hombre znaczy mężczyzna, nie? a on odpowiada:
- Nie. To znaczy mocz.

MOCZ.

Niezbadane są drogi ludzkiego mózgu, szczególnie we śnie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Matrix'owa kolejka.

Póki jeszcze mam tą/tę iskrę:

Wszyscy tego doświadczamy. Kolejki. W pewnym sensie stanie w kolejce to jak bycie w zwolnionym tempie Matrix'sie - pamiętamy dobrze, kiedy Neo się uginał przed przelatującymi widowiskowo kulami. Czas zwalnia. Czas staje w miejscu, tak jak w kolejkach. Bziuuuum! (tu onomatopeja zwalniającego czasu. Tak, nie jestem taki głupi. Znam ten wyraz. Ha!).

Dzisiaj stałem w jednej z nich. W supermarkecie z trzeba butelkami wody w ramionach. Na cały duży supermarket po godzinie 21szej tylko trzy kasy operowały. Ja stanąłem przy tej z maksymalnie do 10ciu rzeczy. Jednak mam takiego pecha co do stawania w najwolniejszej kolejce. I tak: przede mną trzy brygady: zasuszona kobieta, blondyna co się pewnie już dyma z chłopakiem oraz mężczyzna wątpliwej urody z karmą dla psów w postaci worka i puszek z pysznościami. I niby nic, a tu zasuszona kobieta chce kupić bluzkę. Oczywiście bluzka nie ma kodu kreskowego (tu możemy winić klientkę za to, że nie przyjrzała się, czy cena z kodem jest czy nie, no, ale jesteśmy tylko ludźmi, to co dla jednych jest podstawą dla innych jest skomplikowanym działaniem bądź też myślą o Antarktydzie, tzn. po co miałbym o niej myśleć? I czy w ogóle ona istniała? - Możemy też winić tą osobę, która tą cenę zdarła gdzieś kiedyś lub pracowników, że z ogniem w dupie nie obiegają działu z odzieżą w poszukiwaniu zagubionych kodów kreskowych. Możemy w sumie winić wszystkich, nawet Jezusa). Bluzka nie ma kodu kreskowego, więc zarumieniona ekspedientka (skromna również o blond włosach nie anielica) chwyta bluzkę i niknie w czeluściach sklepowych w poszukiwaniu nadziei, szczęścia, pomocy i zagubionego kodu kreskowego. I to ginie nie w czeluściach prowadzących do odzieży, tylko w innych, jeszcze bardziej czeluściowatych. (Tak, wiem, ino takie słowo nie istnieje w słownikach).

Tymczasem moja uwaga zostaje odwrócona przez syna, który z ojcem stoi za mną w kolejce. Nie odwracam się aby im się przyjrzeć, gdyż nie mam czelności. Synek opowiada tacie o czymś, co go rozśmieszyło, że ktoś śmiesznie śpiewał i tu nuci. Faktycznie śmiesznie. Widać jednak, że ta historyjka miała tylko zmiękczyć serce milczącego rodziciela, gdyż wkrótce potem słyszę, że synek pyta, czy może sobie kupić te sjuksy, tzn. cukierki. I słowami wypranego z mózgu przez reklamy człowieka cytuje, że one są na gardło i że dzięki nim tak cię nie napierdziela te gardło. Tata milczy. Tata mówi, że nie. Blond ekspedientki wciąż nie widać. Pewnie wpadła w czarną, głęboką i cuchnącą dziurę.

Zasuszona kobieta, która jest przecież niewinną ofiarą również zaczyna się czerwienić wyczuwając rosnące niepostrzegalne napięcie i agresję koncetrujące się na niej, bo kto ma być kozłem ofiarnym jak nie ona? Już jej pot ciarką ścieka zza ucha po szyji, w lewo i pod cycka. Tak, gdybyśmy byli na Dzikim Zachodzie, to by zawisła, chyba, że Lucky Luke by przejeżdżał obok. Synek nie traci wiary znajdując nowy przedmiot porządania i ciska twardo lecz jednocześnie słodko i niewinnie jak to na dzieci przystało: Czy mogę dostać to? Jest tanie. 3 za tyle i tyle. 1 tylko za tyle. Jedno tylko za tyle powtarza jeszcze dwa razy używając prawdziwej ceny. Tata pęka mówiąc od niechcenia, że tak.

Mięczak.

Z czeluści roztrzepana, ze zmierzonymi włosami i dziurami w butach, ze smutkiem i goryczą, ale przede wszystkim z poczuciem winy wraca pani ekspedientka. Z wyrazu ich twarzy widać, że mówi do zasuszonej kobiety iż niestety bida, zaś zasuszona kobita kręci głową, łomoce i trzepoce wyrzekając się skażonej na wieki wieków (amen) bluzki w kolorze różowym. I prosi o szlugi. Bo by tego inaczej nie przetrwała. Możemy sobie ją wyobrazić zaraz po wyjściu ze sklepu jak nerwowo otwiera paczkę, wyciąga szluga, zaciąga się i myśli: Lipa, kurwa, a tak by mi było w niej do twarzy. Stres jest częścią naszego życia.

Dalej niestety nie jest już tak ciekawie, kolejka idzie dalej, Pan z karmą staje się łamigłówką w mojej głowie. Dlaczego przyszedł tu tylko po to, tylko po żarło dla zwierzęcia? Nie potrzebuje niczego innego? Może ma tylko tego psa? Albo żona go wysłała, bo pikuś skamle. Któż wie? On tylko wie.

Płącę za wody, uśmiecham się do blond ekspedientki starając się nie pokazywać żółtych zadymionych zębów z tą psującą się w brzydki sposób jedynką, odpowiada uśmiechem i znikam.

Doświadczyliście właśnie Matrix'a Kolejkowego.

niedziela, 10 maja 2009

Ludzie i parapety: Mike i Ja

Nie, to nie Marley and Me przydługaśny film dla miłośników psów. Choć Alan Arkin był tam zajebisty. Mike to w pewny sensie sąsiad - jego syn żyje na tej samej ulicy co ja, więc Mike pojawia się często.

Moje pierwsze wspomnienie to kiedy pewnego dnia ktoś zaczął nam wyrywać chwasty w dwumetrowym ogródku przed domem. To był Mike. Raz, kiedy przez przypadek zostawiłem klucze do domu w pracy Mike pomógł mi dostać się do środka. Od tyłu (domu) podważył małe okno szpachelką, dzięki czemu udało mi się dostać do środka. Kiedy szukałem piły to on zaoferował, że jeśli dam mu pieniądze kupi mi świetną. Kupił. Kiedy mi ją dawał powiedział tylko jedno (tak w rzeczywistości to powiedział o wiele więcej jako ciekawy życia innych człowiek) Uważaj bardzo, bo ostra. Pomyślałem sobie, że przecież głupi nie jestem.

Kilka miesięcy później po spożyciu dwóch kieliszków wina po 20stej piłowałem coś w domu. I piła mi zjechała i rozciąłem sobie dłoń. Niby nic, ale krwi było dużo więc taksówką pojechałem do szpitala i zszyli. I ta przyjemność kosztowała mnie 60 euro, a szwy tylko papierowe. I kolejna blizna do kolekcji.

Pomimo całego jego wariactwa to dobry uczynny człowiek. Tak więc w serii parapety należy go zaliczyć do ludzi. Niedawno wrócił na ulicę na którą i ja powróciłem. Zamiatał chodnik. Przed domem syna. Później zamiatał chodnik kilka domów dalej. Pomyślałem naiwnie, że znajomemu pomaga. W niecałą godzinę później był już na drugim końcu ulicy koło taniej fryzjerki gdzie ukończywszy zadanie zamiatania klęcząc podnosił pety. Pojary. Tak. Cały Mike.

Mike to agent.

piątek, 8 maja 2009

Przybyłem, zobaczyłem, kupiłem i... poległem.

Dzisiaj rano ta sama historia z Sony Vaio. Zdechł jak stary pies pod drzewem. Czytając dalej dowiedziałem się, że nVIDIA wydała koło 50 milionów dolców żeby wymienić te spartolone procesory. A co ze mną? Laptop po gwarancji, na stronie Sony w forum kupa ludzi doświadczyła tego samego. Bardziej szczęśliwi jeszcze byli na gwarancji. Sony nie jest aż tak winne, w te procesory GeForce Nvidia zaopatrzyło się większość producentów laptopów od HP po Dell.

Jednak Sony jest winne temu, że mi laptop nie działa. Że nie mogę przy nim ślęczeć dniami i nocami. Że będę musiał więcej rysować a w międzyczasie kombinować.

Kij im w procesory.

czwartek, 7 maja 2009

Co, laptop ci się zepsuł? A, to NVIDIA dźgnęła cię w plecy!

Tak wygląda nieszczęśliwy nabywca Sony Vaio VGN-FZ serii:Kiedy kilka lat temu po dwóch latach używania po prostu mi padł telefon Sony Eric nabrałem podejrzeń co do wielkich koncernów zajmujących się produkowaniem sprzętu elektronicznego. Dlaczego moja komórka padła? Tak bez powodu?

Mój pierwszy laptop to HP Pavillon. Umarł śmiercią naturalną - ktoś kiedyś pierdyknął w monitor i go strzaskał. Tak poza tym wciąż jest cacy. Tyle, że nic nie widać. Za drugim razem chciałem kupić dobry laptop, taki na wiele lat. I dałem się ponieść siłom sugestii i kupiłem Sony Vaio. Sugerowałem się danami technicznymi i poradami jednego przyjaciela. Co mnie urzekło w laptopie to to, że miał (i ma) GeForce - który jak wiemy z komputerów stacjonarnych jest silną kartą graficzną. Sęk w tym, że jest to NVidia GeForce. NVIDIA już jakiś czas przed zakupem Sony rzucała mi się w twarz plakatem ze sklepu komputerowego. Mamiła pięknym obrazem, płynnością, takim sztucznym elektrycznym orgazmem. Nie dałem się zmamić.

Czyżby?

Półtora roku temu kupiłem więc Sony i wszystko było cacy aż do tygodnia temu, kiedy to coś nawaliło. Wpierw kolory zrobiły się strasznie dziwne, jak po narkotykach. System się zawiesił. Po zrestartowaniu wyrosło pełno literek á na czarnym ekranie. Ukryte przesłanie na miarę Kodu DaWięcej? O nie...

Nie będę was i siebie samego jeszcze raz męczył szczegółami tego, co się działo przez 4 dni z uzależnionym od nieuzależnionego od niego sprzętem elektronicznym Sebastianem (trudne, acz poprawne zdanie?). Przejdę od razu do rezultatu i OSTRZEŻENIA: Laptop mi znowu działa. Uff. Jednak co najbardziej mnie dręczyło to odwieczne pytanie DLACZEGO? Sprawdziłem dysk twardy, karty pamięci, monitor - wszystko OK. Dzisiaj odkryłem co się stało.

NVIDIA wyprodukowała wadliwe chipy. Po prostu chała! Pogrzebałem w internecie i natknąłem się na kilka artykułów. Wadliwe chipy dotyczą właśnie GeForce serii 8M. Nie przyznają się do tego oficjalnie, a każdemu, kogo ten problem doświadczył (jak się okazuje miliony ludzi na całym świecie) sugerują przerzucenie się na nowe lepsze ładniejsze chipy, tzn. kup pan se nowy laptop. Po czym poznać? Komputer się przegrzewa, nawet jeśli nie smażysz na nim jajek, system bez powodu się wyłącza, stare dobre programy coś szwankują. O tak, zawsze są wcześniejsze ostrzeżenia. Sprawa jest bardzo poważna.

Ale nikt ci tego w sklepie nie powie. Nikt się nie przyzna. Przypomina mi to trochę ten dobry stary film z Michaelem Douglasem i Demi Moore W sieci.
No dobra, ta okładka za dużo nie mówi o wadliwych chipach (które były gwoździem programu w tym filmie) tylko przesiąka seksem.

Kupiłem Sorry, tzn. Sony w Irlandii gdzie gwarancja jest tylko na rok. Tymczasem w Niemczech na 2 lata ( i w kilku innych krajach Europy). Już nawet nie chodzi o to, że NVIDIA to partole i nie kupujcie laptopów z nią, chodzi o to, że ci wszyscy producenci tak sprytnie kombinują, że tworzą twój laptop czy co tam z takich części, które po krótkim czasie od upływu gwarancji padają i trzeba kupić coś nowego. To światowy spisek. I nie robi różnicy czy to Sony czy HP czy cokolwiek innego, skoro one wszystkie i tak są produkowane w Chinach. Jedyną różnicą są kampanie reklamowe. Marketing, który wwierca nam się w mózgi ze wszystkich stron.

Mój Sony działa na opcji oszczędność prądu, żeby się nie przegrzewał. Wierzę, że po tym wszystkim w każdej chwili może wyciągnąć kopyta. Następnym razem nim kupię nowy laptop dogłębnie zbadam rynek.

poniedziałek, 4 maja 2009

Denek i Kluska

Druga strona Denka i Kluski prawie gotowa. Męczę się z rysunkiem w kuchni. Perspektywa mnie dobija i nie chce wyjść tak jakbym chciał. Ale przynajmniej mam wyzwanie. Wkrótce pokoloruję drugą połowę 1wszej strony i opublikuję. Naszkicowałem też 3cią. To są świetne postacie, naprawdę. Został niecały miesiąc, aby Zuda odpowiedziała. Jak nie odpowie to przyjdzie list mówiący, że niestety nie tym razem. Jeśli (olaboga!) tak się stanie, to od razu wyślę moje nowe zgłoszenie - właśnie to z Denkiem, Kluską i Dietą. Do tego czasu powinienem mieć 8 paneli spokojnie skończonych, pokolorowanych i przetłumaczonych. (1 strona formatu A4 będzie podzielona na pól z powodu wymagań Zudy, co daje nam praktycznie dwie strony Zudowe z jednej prawdziwej). Jeśli jednak tak się stanie i wyślę Denka i Kluskę, to będę musiał ich usunąć ze swojej strony na okres 3 miesięcy podczas który edytorzy Zudy zadecydują czy komiks dostanie się do konkursu czy nie. Takie warunki.

Czekałem ponad rok z wysłaniem swojego nowego zgłoszenia do Zudy, tyle właśnie minęło od Ramireza i Kristosa do Krzyków Wewnątrz. Tym razem wyślę od razu i będę tak słał, póki pomysły i postacie mi się nie skończą.

Parapety: Czerwona TWARZ.

Kolejną ciekawą osobowością żyjącą sobie spokojnie w moim małym miasteczku jest ten pan na ławce.Niestety wstyd mi robić ludziom publicznie zdjęcia, więc pstryknąłem z daleka i niestety niewiele widać. Gdybym tylko wiedział, że ma wciąż spuszczoną głowę.. może podszedłbym bliżej?

Ten człowiek jest dość wysoki. Jest stary. Ma w miarę długie przylizane blond włosy. Jego cała twarz jest czerwona niczym twarz pijaka. Śmierdzi. Zdaje się że godzinami potrafi przesiadywać na takiej ławce nic nie robiąc. A życie płynie obok. Być może chodzi do sklepu. Ma torbę zakupową, ale nigdy go w sklepie nie widziałem. Ktoś gdzieś kiedyś skrzywdził go porządnie. Wątpię, żeby był bezdomny. Musi gdzieś mieszkać. Gdzieś blisko mnie, dlatego tak często go widzę. Nie chcę tak skończyć:Deprecha.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Denek i Kluska: na DNIACH.

Coraz bliżej. Pierwszą stronę "Diety" narysowałem w przeciągu tygodnia i było to z jakiś tydzień czy dwa temu. Teraz kończę połowę drugiej strony. Całość rysuję na formacie A3 - więc nie za dużo miejsca, żeby rysować z rozmachem, ale też o to chodzi i czasowo lepiej wychodzi.

Kończę kolorować połowę pierwszej strony (zacząłem wczoraj), tak więc o ile mnie szlag nie trafi jeszcze w tym tygodniu a nawet na dniach będziecie mogli przeczytać. Tak się borykam z kolorowaniem, tzn. jestem taki sobie ale myślę że dostatecznie dobry aby samemu kolorować. Te borykanie dotyczy bardziej cieniowania. Jestem fanem prostych kolorów, takich jak w Asteriksie czy Tintinie. Zacząłem dzisiaj dawać cienie na łóżku (wciąż mowa o rysowaniu) i nawet to wyglądało, ale co? Jeżeli zacieniuję łóżko to resztę pokoju też powinienem, a już szczególnie Denka i Kluskę. A tego nie chcę. Nie póki nikt mi za to nie płaci i czasu dużo na tym ubywa.

Odnośnie płacenia... rachunek za prąd wkrótce muszę uregulować, a z tym będzie cienko. Nie tak cienko, żeby odcięli. Dlatego też muszę się wziąć za taki guzik na swojej stronie, który będzie się nazywał WSPOMÓŻ (DONATE) biednego upośledzonego artystę. A nuż ktoś gdzieś tam wspomoże? Wydawnictwo Egmond Polska jest otwarte na zgłoszenia początkujących artystów. Chcą od 8 do 10 skończonych stron. Więc jak tyle będę miał z Denkiem i Kluską to im wyślę. Zaraz jak wrzucę pierwszy skrawek na stronę porozsyłam newsa do polskich portali komiksowych, co by mi jednorazowej publiki nabili. Ale nie chodzi o przypadkowe wytryski, gdzie ktoś niczym zbłąkana owieczka trafia na moją stronę aby po niecałych 10 sekundach z niej uciec. Chcę wiernych ludzi. Wierne są psy, czemu nie potrafią wiernymi być ludzie?

Ogólnie moje blogowanie podupadło na duchu, ale jak widzę kupa ludzi których blogi śledzę też zbytnio ostatnio nic nie przelewa cyfrowo. Taka pora roku widać.

Chciałbym skończyć też ten album z Ramirezem, Kristosem i Manuelem, który wysłałem w 2007 (pod koniec) na konkurs Zuda. Oczywiście wolałbym wziąść się za HZ: Alkoholizm, ale z tym aż tak mi się nie spieszy głównie z powodu na sztukę, im dłużej się to odwlecze, tym moje doświadczenie będzie większe i rysunki lepsze, a na tym w przypadku jakichkolwiek nowych przygód HZ mi najbardziej zależy. Wszystko kręci się wokół pieniędzy. I umysłowej ułomności.

A! gdybyście nie spostrzegli i gdybym ja nie wspomniał jeszcze, to kilka dni temu opublikowałem 3 nowostare odcinki Liczy się Hurling. Cała reszta będzie się pojawiać w niedługich odstępach czasu, bo tylko muszę je przetłumaczyć.

Zuda nie odpowiada. Minęły prawie 2 miesiące. Mają 3 żeby odpowiedzieć. Myślę, że gdyby sikali w gacie za tym co zrobiłem, to odezwaliby się w pierwszym miesiącu. Teraz albo zupełnie wbili i automatyczne NIE przyjedzie po upływie 30 dni albo czekają czy nie pojawi się im lepsze zgłoszenie i jak nic lepszego nie dostaną to się ze mną skontaktują. Trudno z nimi ocenić. Gdyby jednak się nie udało, to zaraz opublikuję moje 4 miesięczne wypociny.

No i wczoraj wysłałem podanie, bo ktoś kto pracuje dla Nintendo Europa szuka rysowników postaci. Tylko, że pewnie po zaledwie 3 dniach od tego ogłoszenia dostał już z tysiące podań. Jak widzicie, moje nastawienie jest żałosne. Ale nie powinienem tu tyle biadolić o sobie. Wszyscy mamy swoje paranoje.

A reszta po staremu. Wciąż piję. Wciąż palę.

piątek, 24 kwietnia 2009

Powroty.

Nowa strona powoli odbudowuje swoje siły jak powracający z detoksu Marcin. Niby jest lepiej, ale jakby wciąż czegoś brakowało...

Ramirez i Kristos powrócili, można ich znaleźć klikając tu lub wybierając z menu komiksów. Powrócili tacy, jacy byli, więc nie ma ani jednej nowej strony. Za to jest krótka notka o serii w zakładce.

Za to w galerii pojawiło się 40 nowych ilustracji - czyli prawie wszystkie z pamiętnego filmu animowanego na konkurs Paula Coelho o czarownicy. Wszystkie ilustracje są w bardzo dobrej jakości, więc po raz pierwszy będzie je można zobaczyć ze wszystkimi szczegółami. Zapraszam do rzutu okiem:

czwartek, 23 kwietnia 2009

My tu sobie w kulki lecimy bo inaczej nie umimy.

Chyba już wspominałem, że komuś się nieźle rzuciło na mózg i wyszła z tego filmowa wersja mangi i anime Dragon Ball. Nie udało mi się znaleźć tego wcześniejszego wspominania, więc wyrażę się ponownie.

Moim ulubionym wspomnieniem dotyczącym Dragon Ball'a nie jest sam komiks czy bajka, ale mój przyjaciel Kamil, który bardzo często kiedy się widzieliśmy pytał mnie, czy widziałem (czytać dosłownie po polsku, tak on to wymawiał:) Dragon Bul? Na co ja zawsze się wkurzałem i mówiłem mu, że przecież nie mam satelity tylko 4 kanały na krzyż w śniegu. Dragon Ball był dla mnie tylko pustym pojęciem. Z drugiej strony chciałem Kamilowi wytłumaczyć z moim cienkim angielskim zza czasów szkoły średniej jak powinno się wymawiać słowo ball, ale nigdy tego nie zrobiłem. W pewnym sensie uważałem że to sympatyczne i bardzo oryginalne wymawiać tak ten tytuł i nie chciałem tego zmieniać.

Cały myk z serią Dragon Ball polega na niezwykle wielkiej dawce humoru, którą manga aż kipi. Mocz. A i serial telewizyjny też jest przezabawny, trudno się nie zsikać ze śmiechu. Kto oglądał to wie. Tak więc jeżeli chcesz z czegoś takiego zrobić poważny film wciąż zachowując motywy z kulami, autami powstającymi z małych kapsułek, itd. to bracie, wdepnąłeś w kupę. To tak jak z Romea i Julii zrobić film akcji w której trupy się ścielą co minuta z sztucznie wiecznie młodym Brucem Willisem i naciągniętą Nicole Kidman. To tak jak z Nędzników zrobić śmieszną komedię dla nastolatków z puszczaniem bąków, dziewictwem i z cycatymi laskami. Ostatecznie to tak jak z Czarodziejki z Księżyca zrobić głęboki, 3-godzinny poważny film obyczajowy o depresji i uzależnieniu od kokainy, taki film gdzie jedynym przejawem humoru jest Czarodziejka z Marsa krwawiąca z nosa po wciągnięciu kreski. Choć, nawet i w tym nie ma zbyt nic humorystyczego.

Co jest a czego nie ma? Goku nie wygląda sympatycznie, nie jest dzieckiem i nie ma ogona. Stary zboczony dziaduch ze skorupą żółwia wygląda jak nauczyciel matematyki, któremu nigdy nie dane był być księgowym. Zielony Lord Piccolo wciąż jest zielony, ale bardziej przypomina złego typa z Harrego Pottera, tego księcia czy złego lorda ciemności. Dupa. No i wszystkie stroje (po widoku z reklamy) są zupełnie inne niż w komiksie. Reżyserem jest facet, który maczał swoje palce w Final Destination i FD 3. No, FD 1 było jeszcze jeszcze, ale po trójce czułem się tak jak wczoraj wieczorem podczas bliskiego spotkania trzeciego stopnia z muszlą klozetową wywołanego miksem wina z piwem. Scenariusz napisał zaś jakiś czarnoskóry koleś imieniem Ben, który w 1998 napisał scenariusz do The Big Hit a w 2002 Miłość i Kula. A co robił pomiędzy tymi latami, kto wie? Najwyraźniej lepszego scenarzysty nie mieli. Bo co ma piernik do wiatraka? Chyba że Ben śmieje się jak małe dziecko czytając na sedesie zamiast gazety mangę o Goku. Taki ukryty fan. Niee.

Pomyśleć, że cała ta produkcja kosztowała 100 milionów $. Wiecie co ja bym zrobił z taką kwotą? Taką ekranizację Dragon Balla, co by się ludzie latami śmiali i film mieli by bardziej wyryty w pamięci niż postać Freddego Krugera z lat '80tych. (Nota Nie Ben'a: mają robić nowego, jakby ostatni nie był wystarczająco żałosny i jakby potrafili kręcić dobre ciekawe horrory jeszcze). W gatunku filmu jest wszystko: akcja, przygoda, dreszczowiec, fantasy - a komedia? Nie ma, bo to nie komedia:(

Poszedłbym z ciekawości gdyby było mnie stać do kina, ale nie łudziłbym się, że pokażą Bulmę w miniówie.

środa, 22 kwietnia 2009

Liczy się Hurling - nowe stare odcinki.

Przetłumaczyłem trzy kolejne odcinki Liczy się Hurling (jak ktoś ma lepszy pomysł na tłumaczenie Hurling Matters niech wali śmiało) - można je przeczytać klikając na obrazek powyżej. W chwilii obecnej pierwszym komiksem który się wyświetla jest ten najbardziej aktualny. Były one kolejno publikowane 31 sierpnia, 7 września i 14 września 2007 roku. To już prawie dwa lata. Rany.

Komentarze

Projektowanie stron internetowych nie jest takie trudna jeżeli tylko ma się do tego myk. Istnieje bardzo dużo gotowych kodów, które są dostępne za darmo i wystarczy tylko wykombinować jak je dołączyć tam gdzie chcesz na stronie żeby wszystko działało. Nie musisz znać się na kodowaniu i to jest bardzo wygodne.

Mały minus jest taki, że jeśli jest coś za darmo to przeważnie należy nie usuwać linka do osoby lub firmy od której ściągnąłeś darmowy skrypt. Duży minus natomiast jest taki, że w necie pełno jest chłamu i trudno znaleźć dokładnie to, czego się szuka. Można na tym zmarnować godziny.

Udało mi się zainstalować dobrą galerię, galerię dla komiksów, a teraz męczę się nad komentarzami. Wśród wielu tylko kilka darmowych jest dobrych. A ten, który najbardziej mi się podoba nie chce mi działać. Oczywiście mógłbym wrzucić zwykły kod do komentarzy tak jak zrobiłem to wczoraj jako test. Nie trwało to dłużej niż 5 minut i działał od razu, jednak po wpisaniu komentarza i wciśnięciu Maila Ślij (no, Komentarz Ślij) czas stawał w miejscu. Wysłanie komentarza nie powinno trwać ułamka sekundy a tu trwało ponad minutę. W w świecie WWW czas wczytywania czegokolwiek jest bardzo ważny.

Tak wyglądają moje małe cyfrowe dylematy. Prawdziwych życiowych jest więcej i nie są małe, ale o nich akurat nie mam zamiaru pisać. Póki co.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Herr Zeba i Frau Hannia: W poszukiwaniu tego, co sypie.

Na www.sebastianjaster.com już od dwóch dni możecie znaleźć cały pierwszy komiks z przygodami Herr Zeby pt. "Herr ZEBA i Frau Hannia: W poszukiwaniu tego, co sypie"., który powstał w 1999. Znajduje się tam też nie wyczerpująca notka o tym i innych komiksach z Herr Zebą.Album ten jak widzicie jest wątpliwej jakości, żarty często są zbyt proste i chłopięce, ale było to w końcu 10 lat temu. Występuje tam też kilka znanych postaci, jak np. Batman:Wkrótce też pojawi się drugi album z HZ który narysowałem w 2004 z ciupkę lepszymi rysunkami pt. "The Mitloff Story".

niedziela, 19 kwietnia 2009

Milena 2099

Nowy szkic, dzisiejszy. Miał to być z początku portret, ale twarz nie wyszła wiernie, więc przekształciłem w to co widać poniżej. Zdjęcie znajduje się w galerii na mojej stronie gdzie można mu wystawiać komentarze jeśli się ma ochotę. Klikając na rysunek odeśle was od razu do maksymalnej rozdzielczości w galerii.

sobota, 18 kwietnia 2009

WWW

Zajęło mi to zbyt długo, ale wreszcie skończyłem nową wersję swojej internetowej strony! Więc jeśliście jeszcze nie zauważyli wejdźcie na http://www.sebastianjaster.com/pl/index.php

Z pozoru prosto wygląda, ale ile męki kosztowało aby to wszystko działało! Nawigacja na górze wciąż się pierniczyła, stopka na dole nie chciała się trzymać dołu strony (teraz niezależnie od wielkości Twojego ekranu zawsze będzie na dole), nowa galeria też nie chciała działać ani pokazywać zdjęć w maksymalnej rozdzielczości...

Całym zadaniem nowej strony jest bycie praktyczną. Jest to dopiero początek, bo z czasem dodam nowe gadżety, np. już wkrótce chcę zrobić formularz do zapisywania się do newslettera. Taki automatyczny. Graficznie strona przedstawia się prosto i taki jest cel - zbyt wiele stron na które wchodzę przywalają mnie kupą chłamu i trudno się zorientować gdzie co jest. Komiksy wyświetlane będą na innym tle niż teraz - nie na szarym. Jak też widzicie póki co jest tylko jeden komiks do czytania i to ten sam co już był kiedy cała fajna reszta - jak Herr Zeba i Ramirez i Kristos - zniknęła. Ponownie tylko tymczasowo. Już wkrótce się odnajdą. W zeszłym tygodniu skończyłem pierwszą stronę Denka + Kluski pt. "Dieta", jak tylko pokoloruję to postaram się systematycznie publikować, po pół strony na raz.

Galeria jest bardzo praktyczna i stara się do niej nie umywa. Wszystko jest pogrupowane i można nawet komentować. Póki co nie ma tam dużo bo od teraz chcę pokazywać tylko na prawdę dobre prace, więc te 3 które są teraz znajdują się w tym samym albumie. Z czasem, jak będzie ich więcej pogrupuję je konkretnie. Minus tylko taki, że wchodząc na galerię z polskiej strony językowej brniemy do angielskiej. Zrobiłem tylko jedną galerię, gdyż nie chcę dublować tych samych rysunków tylko dlatego, żeby je podpisać w innym języku. Tak więc z galerii trzeba ponownie wybrać na górze menu język PL żeby powrócić do PL wersji językowej lub kliknąć cofnij na przeglądarce.

Komiksy są w tabach, w pierwszym komiks, w pozostałych różne ciekawostki, póki co INFO o komiksie.

No i zauważycie jeśliście uważni, że www.sebastianjaster.com ma własną ikonę (favicon): czarne S na żółto pomarańczowym tle. Możecie spokojnie zapisać stronę w bookmarkach nic nie wpisując w tytule (tylko adres strony) i ikona będzie na waszej przeglądarce (którą jest mam nadzieję mozilla firefox). Jeśli nie widzicie ikony tuż koło nazwy strony oraz na lewo od adresu w przeglądarce wyczyście swoją historię (cache) w przeglądarce i zrestartujcie.

Na stronie głównej od czasu do czasu będzie się zmieniała przewodnia ilustracja, a wcześniejsze będą wciąż dostępne w galerii do wglądu. Ciąg dalszy definitywnie nastąpi, póki co Denek i Kluska witają!

piątek, 17 kwietnia 2009

Harry Potter Napierdziela!

Nie łatwo jest się wybić żyjąc w biedzie. Ale jest to możliwe. Jeśli na dodatek stworzysz coś, co chwyci i zacznie się niebotycznie sprzedawać jesteś ustatkowany/ana na całe życie. Tak jak w przypadku produktu Harrego Pottera. Wkrótce do kin wejdzie Harry Potter and Half Blood Prince (http://www.apple.com/trailers/wb/harrypotterandthehalfbloodprince/), jeszcze więcej seksu, nijakiej akcji i latania na miotłach. Ale jeśli nudna monotonia poprzedniej części wciąż cię nie zraziła, to i ty jesteś w raju. Dzieciaki i tak obejrzą co leci, dlaczego? - bo leci. Podobnie było przy drugiej a szczególnie 3 części Władcy Pierścieni. Co za dużo to niezdrowo. Filmy muszą trzymać się kupy, tak jak Forest Gump.

Wracając do Harrego, to co napisałem to jeszcze nic, bo już w 2010 pojawi się Harry Potter and the Deathly Hallows: Part I - tak tak, część pierwsza, z czego rozumiem, że postąpią jak z Matrixem, rozdzielając spójną fabułę na dwa rzygi. W reklamie pokazują cały czas akcję, a w rzeczywistości jest to kupa gadania oddzielona właśnie akcją z reklamy.

Litości.

środa, 25 marca 2009

Dieta nie tylko Denka i Kluski.

Jestem na 13 dniowej diecie obecnie w dniu 7mym. Refleksji na ten temat mam mnóstwo co wyrażę w nowym krótkim (zakładam 8 paneli) kolorowym komiksie o Dence i Klusce, nie oryginalnie pt. DIETA.

Wreszcie też zabrałem się za robienie swojej strony od początku, strony internetowej. Powinna ruszyć wkrótce.

niedziela, 15 marca 2009

Ludzie i portrety: Nina

Szkic z wczoraj. Wyszedł mi. Oryginalny szkic jak zwykle trochę poziomy podciągnięte w photoshopie, żeby było cokolwiek widać. Technika: ołówek Faber-Castell - F - poobgryzany na białym szkicowniku.

środa, 11 marca 2009

@templatesyard