grudnia 2008 - OGG

sobota, 20 grudnia 2008

CZAS relaksu to czas.
Sądziłem, że jesteśmy więźniami rzeczywistości. Jednak nie jesteśmy, gdyż rzeczywistość jest na tyle wysoka i szeroka i ma tyle aspektów, że możemy ją poznawać aż do śmierci. Jesteśmy jedynie więźniami samych siebie. Nas samych. Każdy czegoś chce w życiu: ja chcę wydawać swoje komiksy, kręcić filmy w Hollywood (bo tam jest duża kasa). Ktoś inny chce mieć swój własny dom, jeszcze ktoś chce znaleźć miłość... Wszystko to dąży do tego, że chcemy spełnić siebie, spełnić pragnienia naszej duszy. Jednak kiedy bardzo czegoś chcemy może to nas zaślepić i związać i wtedy jesteśmy tego więźniami. No bo jak uwolnić się od czegoś na czym najbardziej Ci w świecie zależy? I dlaczego mielibyśmy tak robić? Z powodu zaślepienia. Najlepiej opisać to na moim przykładzie: bardzo chcę być najlepszym rysownikiem na świecie, bardziej jeszcze chcę wygrać konkurs komiksowy który mam nadzieję zapoczątkuje moją karierę. Im bardziej tego chcę tym bardziej się stresuję. Jeśli nic nie narysuję dzisiaj, jutro, albo przez tydzień będę totalnie znerwicowany, że zmarnowałem swój czas, który przecież mogłem tak dobrze wykorzystać. Jeśli rysuję i idzie mi dobrze a nagle pojawia się szansa wyjścia na dwór albo wyjazdu gdzieś albo po prostu zrobienia czegoś innego z osobą, którą kochasz, to rodzi się złość i zniecierpliwienie, że teraz, właśnie teraz, kiedy przez cały dzień nic konstruktywnego nie robiłeś i wreszcie zaczęło ci iść całkiem nieźle ktoś proponuje, żebyś od tego odszedł na moment, na godzinę na dzień. I znowu rodzi się złość, czuję się jakbym był pod atakiem. A to tylko złudzenia. Stajemy się więźniem swojej pasji i nie możemy normalnie funkcjonować, a skoro jesteśmy perfekcjonistami to cokolwiek wyjdzie spod naszej ręki staje się dla nas mizerne i nic nie warte, bo przecież stać nas na o tyle więcej!

Załóżmy jednak, że czas nie istnieje. Naukowcy dowodzą, że czas to iluzja. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to wszystko do czego dążymy, całe nasze jestestwo i marzenia się spełnią, jeśli nigdy nie poprzestaniemy za nimi dążyć. W ten oto sposób już jestem profesjonalnym rysownikiem zarabiającym nieźle na komiksach, już jestem reżyserem, którego nazwisko pojawia się w amerykańskiej produkcji na ekranie polskiego kina i ci którzy poznali szemrają między sobą, że od początku wiedzieli, że on będzie kiedyś kimś wielkim. Z tej perspektywy wszystkie te momenty kiedy ci nie szło, kiedy wydawało ci się, że jest to stracony czas zyskują nowy wymiar. Iluzja znika. Każdy nowy dzień i moment to dar. Wszystkie książki o samopomocy tak piszą i to nie bujda na resorach o tyle, o ile potrafimy się odizolować od niszczących nas nie marzeń ale od naszego ułomnego sposobu na ich realizowanie. Rób coś z pasją, z miłością, a nie z myślą o pieniądzach, które może to ci przynieść czy o chwale. Pozostań szczery sobie.

Życie kończy się i umieramy. Jednak żyjemy tak jakbyśmy wcale o tym nie wiedzieli kurczowo trzymając się każdej miłosnej przygody, zauroczenia czy też niepowodzenia. Martwimy się bezustannie o to co myślą o nas inni. Martwimy się, że może nie powinniśmy byli używać tego jakiegoś słowa wtedy w rozmowie, kiedy byliśmy już lekko wstawieni. Martwimy się tym czy przetrwamy, tym czy będziemy szczęśliwi, tym czy osiągniemy swój życiowy cel - jeśli go znamy - jesteśmy tak cholernie uziemieni w tej szarej rzeczywistości od której staramy się być odziemieni, że omija nas to, co najważniejsze, czylie tu i teraz.

Jestem. Jesteś i Ty. Ktoś nam mówi, że jesteśmy nic nie warci, ktoś śmieje się z naszych planów i uważa je za mrzonki. Ktoś pod nami dołek kopie. Albo sami go kopiemy wmawiając sobie, że nie chcemy żyć tak jak nam mówi kto inny. Mamy wolną wolę i wszystko jest w naszych rękach. Trzeba robić najróżniejsze rzeczy, aby przetrwać. Nikt nie staje się kimś z dnia na dzień. A jeśli się staje to ma to swoją cenę. Można połączyć wszystko i wciąż być sobą. Można się wyzwolić.

Z drobnych niuansów mojego życia zależy mi na przykład na tym, aby mój OGG, moja strona miały dużą oglądalność. Szczerze? Żeby coraz więcej ludzi mnie poznawało, poznawało jaki to jestem o o! Tymczasem włączam google analytics i widzę. że wciąż odwiedzają mnie stałe osoby i że tak, jest wzrost w oglądalności stron, ale że te nowe osoby z różnych miast nie spędzają nawet 30 sekund na danej stronie, czyli że tak kliknęły i od razu okno zamknęły. Czy to znaczy że źle siebie marketinguję, czy to znaczy, że jestem nic nie wart? Uczestnik "Mam talent" pojawia się w jednym programie. Tylko w jednym i już ma pół miliona odwiedzających na swoich stronach. Cóż więc jest miarą sukcesu? Cóż jest miarą wartości? Świat opiera się na taniej prostocie - im jej więcej tym większa oglądalność. Stąd sukces telenowel, programów takich jak "Mam talent". Ola Rutowicz, czy jak jej tam, samym tym, że szczeka do kamery wietrząc smród dupy Dody, staje się Vipem i ma swoją sesję w CKM-ie. I wszyscy o niej mówią. I Kuba też. Bo nie ważne czy mówi się o kimś dobrze czy źle, najważniejsze, że się MÓWI. Ale czy niesie to za sobą jakieś przesłanie? Jakąś głębszą prawdę? Nie. Nie liczy się to kim jesteś, ale jakim cię widzą, komu zaszłeś/aś za skórę, tak? Nie! Gówno prawda. Życie to życie (zespół Opus: Life is life, na na na na!). To co TERAZ jest na topie: ale tylko teraz. Ludzie i media zapomną o niewyraźnych postaciach które gdzieś tam kiedyś czymś zaszumiały podnosząc oglądalnośc albo nawet występując w drętwym chujowym filmie. Co przetrwa to ktoś, kto ma coś do powiedzenia, to barwna postać tak jak Umeberto Eco, tak jak Markiz De Sade czy Vitor Hugo czy Alexandre Dumas (chcę być pośród nich!). Nic nas nie powstrzyma. Jedyną osobą, która może stanąć nam na przeszkodzie to my sami.

Tu post urywa się nagle (nagle = z powodu 2 godzin przerwy w trakcie której została spożyta zbyt duża ilość wina).

piątek, 19 grudnia 2008

Z PIEKŁA: Kolejki, kłamstwa, martwica mózgu i odchodzący paznokieć nie w tej kolejności.
Na ulotce z pizzerii uśmiecha się do mnie pizza i słowa opowiadające o tym jakim to też niezwykłym doznaniem jest ta nowa pizzeria. Opowiada ulotka o nowych sposobach przygotowania pizzy, o tym, że zawsze świeża, urocza i przebojowa. Więc nie czekaj - ZAMÓW. Tymczasem na samym końcu ulotki drobnym drukiem widnieją informacje o tym, że pomimo iż oni się bardzo ale i to bardzo starają, to mięcho może zawierać drobne kawałki kości. Szynka pochodzi z nogi świni i ma w sobie wodę. Wołowina przerobiona z kawałków wołowiny zawiera soję i przyprawska. Oliwki mogą zawierać kamienie. Ale nie żeby zawierały. No i gwóźdź programu: zdjęcia w ulotce są tak tylko, żeby się do Ciebie uśmiechać i nęcić, bo tak na prawdę to mogą mieć tyle wspólnego z produktem, który otrzymasz co szczypiorek z dziurkaczem.

Oszałamiające zdjęcia kobiet otyłych które już schudły za sprawą "sprawdzonych" tabletek czy też kuracji robione są na zamówienie gdzie artysta, ot taki wolny strzelec, otrzymuje zdjęcie Kobiety-Hamburgera i przerabia ją na szczupłą laskę. A Ty to widzisz w telewizji/prasie/internecie i WIERZYSZ. Reklama z natury kłamie pokazując się co to nie ona, a zupełnie na jej końcu ponownie drobnym druczkiem lub surrealistycznie szybkim głosem narratora dowiadujemy się (jeśli jesteśmy czujni), że ten powrót Chrystusa o którym przed chwilą się dowiedzieliśmy to tylko pic na wodę. Zaraz... tylko czy jak J.C. wróci to będzie dobrze czy będzie koniec? W każdym razie wiecie o co mi chodzi.

Jak już pisałem "jak już pisałem" ludzie to głupcy, którzy zamiast myśleć wybierają, żeby ktoś myślał za nich - przyjaciel, kochanka, show w TV czy elektroniczna inteligientna pralka. Jeśli brak Ci pomysłów to czemu nie rzucić się na to, co ktoś Ci podrzuca wieczorem/rano do skrzynki pocztowej???

Od głupoty blisko do ignorancji. Fascynująca historia pt. "Wczoraj w supermarkecie":
Wczoraj w supermarkecie zrobiłem zakupy i stanąłem przed takimi 4 maszynami przy których możesz samemu zeskanować przedmioty i zapłacić, czyli możesz się samemu obsłużyć jeśli się tych maszyn nie boisz. Na ich końcu czuwa czujna Pani w razie wu. (Po co samoobsługa, skoro i tak ktoś tam musi stać i czuwać? Zaraz się przekonamy). Tak więc stoję. Jedna maszyna już nieczynna (ach te noce, nie tylko niespokojne, ale i maszyny powoli kładą się spać. Też niespokojnie). Przy pozostałych 3 kobiety. Jedna z nich zrobiła zakupy i naciska na guzik KOŃCZŻEŚ I PŁAĆ wyświetlany na monitorze. Przycisk nie reaguje. Po wielokrotnym naciskaniu zjawia się zawołana wspomniania wcześniej niewiasta z obsługi i też zaczna wielokrotnie naciskać guzik (oczywiście oprócz tego robi też wiele innych czynności, np. zastanawia się, czy na kolację zjeść ziemniaki z jednym czy z dwoma schabowymi). Po kilku dobrych minutach bezefektownego naciskania idzie zadzwonić po Kogoś. W międzyczasie zbliża się kurczowo nowa asystentka zaintrygowana czarodziejskim gudzikiem mocy. Wychyla palec i też go wielokrotnie naciska. Bo za którymś razem kurwa magicznie zadziała! Tak jak zawieszony komputer, którego nigdy nie trzeba restartować tylko wystarczy bezlitośnie walić w klawiaturę dużo dużo razy.
Tymczasem zwalnia się inna maszyna i już - już mam iść, a tu jakiś stary jełop przemyka z mojego lewego boku i dopada mojej maszyny spokojnie skanując paczkę brukselek. A ja sobie myślę czy krzyknąć i robić aferę z powodu jego hamstwa? I nagle zwalnia się kolejne urządzenie i pochodzę do niego w trakcie transakcji odprowadzając wzrokiem Człowieka Brukselkę. Natomiast Pani co jej guzik nawalił przeszła gdzie indziej żeby zacząć wszystko od nowa zgodnie z nie wygłodniałymi polecaniami wypływającymi z ust pracownic w wieku średnim.

Chamsko. Może nie umiem odróżnić pościeli od podszewki ale ja tam się w kolejki nie wpycham. Tak więc jak widzicie większość tak zwanego "normalnego" świata ma martwicę mózgu a mi odchodzi paznokieć, którego przygniotłem sobie drzwiami.

Jeśli jednak czytasz tego OGGa to jest dla Ciebie NADZIEJA, że nie jesteś w tej zblazowanej większości. A paznokieć powróci.

czwartek, 11 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ:Detale.
Diabeł tkwi w szczegółach. Chciałem, żeby mój nowy projekt dla Zuda był bardzo szczegółowy. Nie cierpię komiksów w których wcale nie ma tła, a skoro szczególnie się to zdarza w amerykańskich mój komiks z detalami miałby właśnie tą przewagę. Jednak od dawien dawna ilekroć stałem pod posępną sosną przechodzili obok mnie podróżni rzucając we mnie, że rysuję za dużo szczegółów i że nic nie widać.

Mężnie przecierałem z twarzy te oszczerstwa chustą w kratę i szkicowałem dalej. Wszystko jednak musi być w balansie, a najważniejszym jest to, żeby ilustracja na którą patrzysz była czytelna. Jeśli nie potrafię tego zrobić powinienem ograniczyć detale, w końcu i tak będę miał ich o niebo więcej w porównaniu do prac innych artystów.

Byłem być może zbyt ambitny dlatego wciąż jeszcze nie skończyłem tego co skończone być miało w zeszłym miesiącu. POza tym to tak jak rzucać się z motyką na słońce. Kiedy jednak nie rysuję dużo tła to panele wydają mi się pustawe. I tak jakby wszystko było zbyt łatwe. Nie jestem tak dobry jak mi się narcystyczno-egoistycznie wydawało, więc skupię się na tym co mam już opanowane i stąd będę poszerzał swoje umiejętności. Bezpiecznie i sensownie. Poza tym Zuda to komiks internetowy przeznaczony przede wszystkim do oglądania w sieci na ekranie komputera/laptopa. Choć można oglądać komiksy na całym ekranie nie jest to wciąż to samo co komiks drukowany - nie ma aż takiej potrzeby na to o czym tu cały czas piszę i co jest też w tytule tego posta. Nie, nie chodzi o maślankę. Czy jest w tytule? Może w książce z maślanką? Tak jak w tej piosence "Zabrałaś mi książkę z maślanką w tytule i już zauważam zmiany".

Jakkolwiek "Krzykom wewnątrz" by nie poszło postanowiłem po ich ukończeniu zawiesić na czas nieokreślony HZ: Alkoholizm i nie wracać ani do niego ani do Remireza i Kristosa tylko wziąźć się za kolorowy album pełnometrażowy o Denku i Klusce. HZ: Alkoholizm chcę mieć wpierw całego rozszkicowanego, zaplanowanego, cały album niezależnie od tego ile stron będzie liczył. Ponieważ jest to bardzo osobisty projekt zależy mi na tym żeby był lepszy niż jest teraz więc przyłożę się, nikt mnie nie pogania. Denek i Kluska mają być narysowani prosto, bez zbędnej ilości szczegółów, czas oszczędzony na nich poświęcę ćwiczeniu kolorowania na komputerze i byczo.

Głowę mam pełną pomysłów więc nie zginę na tym morzu braku inspiracji. Znaczy chciałem zakończyć interesującą puentą, ale chyba spieprzyłem.

środa, 10 grudnia 2008

Jedenaście
Z całym porannym entuzjazmem spędziłem ponad godzinę na aktualizowaniu bloga z książką Anthonego DeMello. W obliczu czego aż do wtorku 6tego stycznia 2009 w każdy wtorek, piątek i niedzielę będzie pojawiał się nowy rozdział tej książki - tym razem bez opóźnień.

Zrobiłem to, bo miałem misję do spełnienia i mam nadzieję, że oszałamiająca liczba 14stu gości "Świadomości" z 5ciu różnych miast (Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Zory i Wrocław) poszerzy się wkrótce. Co tu zrobić? Może założyć konto religijne na naszej klasie i zapraszać zakony a potem promować ze świeczką Dobrą Nowinę o Nowym Blogu Co Ssię Objawił? (Dwa "s" specjalnie).

poniedziałek, 8 grudnia 2008

FILMY: Madagskar 2 i inne badziewia.
Rynek żyje tym co teraz. Nikogo w Hollywood nie obchodzi co tam kiedyś zrobiłeś, ale jakie masz plany. Nie ma nic nowego pod słońcem i mimo że od pokoleń dukamy te same tematy liczy się, że dukamy je teraz i że skoro jest to coś "nowego" to może się sprzedać.

No i oczywiście jesteśmy indywidualistami i mamy nasze własne subiektywne opinie i spojrzenie na te tematy o których wiadomo, że nie są niczym nowym pod słońcem.

Rynek napędzają pieniądze. Możemy kochać to co robimy ale wcześniej czy później stajemy przed wyborem (jeśli nie jesteśmy konsumpcyjnym produktem społeczeństwa, dla którego wybór jest jasny): albo robić coś dla pieniędzy pod publikę albo pozostać wiernym własnej duszy i tworzyć lecz prawdopodobnie nigdy nie być tak sławnym i popularnym jak Brad Pitt. Można to balansować i zaspokajać jednocześnie dwie potrzeby: duszy i ciała rzecz jasna. Tak więc decyzja należy do nas. Najważniejszym i podstawowym aspektem w tym wywodzie to być zajebiście dobrym w tym co się robi. Dzięki temu KTOŚ prędzej czy później nas zauważy i pomoże nam. Wtedy staniemy przed decyzjami: być sobą, czy być dziwką dla pieniędzy. Jak Marcin (Marcin?) Prokop czy Kuba Wojewódzki.

Ale miało być o filmach i jest: Jeżeli coś sprzedało się raz to czemu nie miałoby sprzedać się ponownie? Prawa rynku. Ludzie pójdą na coś do kina nawet jeżeli to 13sta część bo naiwnie w pamięci ich wciąż będzie tkwiło to pozytywne wspomnienie którego doświadczyli oglądając pierwszą część. No i mamy już 3 Shreków, 3 Epoki Lodowcowe (bleee) i 2wa Madagaskary. Pierwszy Madagaskar był śmieszny i błyskotliwy, jednak drugi, którego dzisiaj przed chwilą widziałem w kinie, to żenada.

Trwa półtorej godziny a powinien trwać godzinę. (Gdzie te piękne czasy, kiedy bajka DLA DZIECI trwała 60 czy 70 minut, hę?). Na cały film zabójczych akcji jest tylko kilka, zaś film wypełnia surrealistycznie wymiocinowy flashback z Króla Lwa. Przemoc. Przemocy nie powinno być w bajkach dla dzieci, które są nieświadome tego, że ich młode móżdżki dopiero się kształtują. A tu mamy bicie się pięściami oraz przejeżdżanie samochodem babci. HALO?! Oraz dłużyzny - kiedy to bohaterowie rozmawiają o uczuciach czy jakoś tak. Nie mam nic do rozmawianiu o uczuciach, ale w taki sposób, żeby to było intrygujące, nowe, nie bleee.

Rozumiem, że dzieci tak na to nie patrzą. Więc mówię tu o filmach dla dzieci z perspektywy dorosłego, albo lepiej dziecka, które nosimy w sobie.

"The day when the earth stood still" to nowy film z Keanu o inwazji kosmitów. To co, że Will Smith już raz ich pokonał w "Dniu Niepodległości" stary temat, ale jary. Ja bym ten tytuł przetłumaczył "Dzień, w którym ziemia stanęła dęba". Rzecz jasna z braku laku i wyobraźni i niezależności tytuł ten przetłumaczyli "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia". Tylko że wtedy powinno być "The day when the eart stood":) I tak dalej. Chciałbym, żeby przy premierach nowych filmów w Polsce zawsze podawali delikwenta, który przetłumczył tytuł.

Wtedy życie byłoby zbyt piękne.

PS. Filmów wychodzi kupa. Kupa z nich to kupa. Większość. ??? Prawa rynku. Poza tym nie na darmo dzieło nazywa się dziełem. Twórzmy najlepiej jak potrafimy zachowując krytyczne spojrzenie.

czwartek, 4 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: kRyZyS??
Od czego by tu zacząć? Ostatnio nic nie pisałem na OGGu. Nie, że nie chciałem - chciałem - miałem i mam dużo różnych pomysłów i rzeczy do przekazania (sweterki z golfem, kostki Rubika, ot, rzeczy) - ale nie mogłem nic wydusić. Życie. Na na la la la. Tego grudniowego poranka czuję jednak, że dam radę napisać coś. Powinno być pewnie coś napisać, ale u mnie z szykiem wyrazów w zdaniu zawsze było na opak, może dlatego panie od polskiego mnie nienawidziły i wyzywały od buntowników? Tak o Tobie mówię, Krycha. Świadomość tego, że coś napiszę napawa mnie optymizmem, może wreszcie spiszę wszystko to co chciałem do tej pory, może zrobię to właśnie teraz a gdy skończę nastawię tylko bloggera, żeby publikował jeden dziennie?

Tak więc o czym chciałem napisać?
1. O postępie z komiksem na konkurs.
2. O kolesiu trwodze z naszej klasy.
3. O starym wydaniu "Don Kitchota" i obsesji.
4. O kilku filmach.
5. Znowu o nowej stronie internetowej.

TAK.

Zatem od góry: Kobieta nad nami wrzeszczy na kogoś. Miała się znaleźć w komiksie na konkurs tak tylko, żeby wypełnić tło. Cała strona poszła się @#$% więc zeskanowałem szkic ołówkowy, wyrównałem poziomy w photoshopie i ta-da! Nie licząc godzin myślenia i planowania kadrów fizyczną pracę nad 8 stronami na Zuda liczę od 15 października, kiedy zakończyłem swoją pracę jako przewodnik na zamku w którym duchy nie straszą, tylko system. Nie spiesząc się rysowałem aż po kilku tygodniach dopadł mnie pierwszy kryzys twórczy z bliżej nie określonych powodów, które mógłbym określić jednak nie chce mi się robić znowu auto analizy czy też psycho. Faktem jest, że być może traciłem wiarę w powodzenie. Po kilku dniach przerwy prace ruszyły ponownie.

Autobus okazał się fatalny. Po spędzeniu kikunastu godzin na szkicowaniu zatuszowałem to, co miało być widowiskową futurystyczną zwyczajową sceną i okazało się, że nie wygląda lepiej od rolki papieru toaletowego (dowody w przyszłości). No, dramatyzuję, ale nie wyglądało profesjonalnie.

Do sedna:
Praca na komiksem idzie dobrze. Skończę niedługo. Wiem, że zbyt krytycznie podchodzę do swoich rysunków. Wciąż. Nie potrafię narysować tego tak, jak to widzę w głowie. Może dlatego, że w głowie nie mam obrazka tylko wizję, ideę, odczucie jak to ma wyglądać. Narysuję więc najlepiej jak potrafię i wyślę. W tym miesiącu okazało się, że do konkursu już dostała się 2jka Polaków - ich komiks możecie zobaczyć TUTAJ. Znak? Czyżby znak? Ogaręła mnie lekka zazdrość, no ale cieszę się, że komuś się udało choć dostać do konkursu. Może i mi choć się uda. Tak więc postanowiłem (po raz etny) wziąść się w garść i skończyć to wreszcie.

Ojć. Muszę urwać tutaj. Coś nie mam siły kontynuować. Napiszę tylko dlaczego tak czuję. Z OGGiem tak samo jak i z pisaniem pamiętnika: zaczynasz jakiś wpis (a wiadomo, że pisze się o wiele dłużej niż czyta) aby po kilku zdaniach odnaleźć się w stanie zwątpienia i rezygnacji. Wydaje ci się, że zamieszczasz więcej bełkotu niż treści. Że zmierzasz doNikąd. Że nie potrafisz prosto i jasno przekazać tego, o co ci chodzi. W zajebisty sposób. Nie musi być to prawda, ale wyraża twój wewnętrzny stan.

Poza tym muszę urwać tutaj, bo listonosz listy wrzucił.

sobota, 20 grudnia 2008

CZAS relaksu to czas.

Sądziłem, że jesteśmy więźniami rzeczywistości. Jednak nie jesteśmy, gdyż rzeczywistość jest na tyle wysoka i szeroka i ma tyle aspektów, że możemy ją poznawać aż do śmierci. Jesteśmy jedynie więźniami samych siebie. Nas samych. Każdy czegoś chce w życiu: ja chcę wydawać swoje komiksy, kręcić filmy w Hollywood (bo tam jest duża kasa). Ktoś inny chce mieć swój własny dom, jeszcze ktoś chce znaleźć miłość... Wszystko to dąży do tego, że chcemy spełnić siebie, spełnić pragnienia naszej duszy. Jednak kiedy bardzo czegoś chcemy może to nas zaślepić i związać i wtedy jesteśmy tego więźniami. No bo jak uwolnić się od czegoś na czym najbardziej Ci w świecie zależy? I dlaczego mielibyśmy tak robić? Z powodu zaślepienia. Najlepiej opisać to na moim przykładzie: bardzo chcę być najlepszym rysownikiem na świecie, bardziej jeszcze chcę wygrać konkurs komiksowy który mam nadzieję zapoczątkuje moją karierę. Im bardziej tego chcę tym bardziej się stresuję. Jeśli nic nie narysuję dzisiaj, jutro, albo przez tydzień będę totalnie znerwicowany, że zmarnowałem swój czas, który przecież mogłem tak dobrze wykorzystać. Jeśli rysuję i idzie mi dobrze a nagle pojawia się szansa wyjścia na dwór albo wyjazdu gdzieś albo po prostu zrobienia czegoś innego z osobą, którą kochasz, to rodzi się złość i zniecierpliwienie, że teraz, właśnie teraz, kiedy przez cały dzień nic konstruktywnego nie robiłeś i wreszcie zaczęło ci iść całkiem nieźle ktoś proponuje, żebyś od tego odszedł na moment, na godzinę na dzień. I znowu rodzi się złość, czuję się jakbym był pod atakiem. A to tylko złudzenia. Stajemy się więźniem swojej pasji i nie możemy normalnie funkcjonować, a skoro jesteśmy perfekcjonistami to cokolwiek wyjdzie spod naszej ręki staje się dla nas mizerne i nic nie warte, bo przecież stać nas na o tyle więcej!

Załóżmy jednak, że czas nie istnieje. Naukowcy dowodzą, że czas to iluzja. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to wszystko do czego dążymy, całe nasze jestestwo i marzenia się spełnią, jeśli nigdy nie poprzestaniemy za nimi dążyć. W ten oto sposób już jestem profesjonalnym rysownikiem zarabiającym nieźle na komiksach, już jestem reżyserem, którego nazwisko pojawia się w amerykańskiej produkcji na ekranie polskiego kina i ci którzy poznali szemrają między sobą, że od początku wiedzieli, że on będzie kiedyś kimś wielkim. Z tej perspektywy wszystkie te momenty kiedy ci nie szło, kiedy wydawało ci się, że jest to stracony czas zyskują nowy wymiar. Iluzja znika. Każdy nowy dzień i moment to dar. Wszystkie książki o samopomocy tak piszą i to nie bujda na resorach o tyle, o ile potrafimy się odizolować od niszczących nas nie marzeń ale od naszego ułomnego sposobu na ich realizowanie. Rób coś z pasją, z miłością, a nie z myślą o pieniądzach, które może to ci przynieść czy o chwale. Pozostań szczery sobie.

Życie kończy się i umieramy. Jednak żyjemy tak jakbyśmy wcale o tym nie wiedzieli kurczowo trzymając się każdej miłosnej przygody, zauroczenia czy też niepowodzenia. Martwimy się bezustannie o to co myślą o nas inni. Martwimy się, że może nie powinniśmy byli używać tego jakiegoś słowa wtedy w rozmowie, kiedy byliśmy już lekko wstawieni. Martwimy się tym czy przetrwamy, tym czy będziemy szczęśliwi, tym czy osiągniemy swój życiowy cel - jeśli go znamy - jesteśmy tak cholernie uziemieni w tej szarej rzeczywistości od której staramy się być odziemieni, że omija nas to, co najważniejsze, czylie tu i teraz.

Jestem. Jesteś i Ty. Ktoś nam mówi, że jesteśmy nic nie warci, ktoś śmieje się z naszych planów i uważa je za mrzonki. Ktoś pod nami dołek kopie. Albo sami go kopiemy wmawiając sobie, że nie chcemy żyć tak jak nam mówi kto inny. Mamy wolną wolę i wszystko jest w naszych rękach. Trzeba robić najróżniejsze rzeczy, aby przetrwać. Nikt nie staje się kimś z dnia na dzień. A jeśli się staje to ma to swoją cenę. Można połączyć wszystko i wciąż być sobą. Można się wyzwolić.

Z drobnych niuansów mojego życia zależy mi na przykład na tym, aby mój OGG, moja strona miały dużą oglądalność. Szczerze? Żeby coraz więcej ludzi mnie poznawało, poznawało jaki to jestem o o! Tymczasem włączam google analytics i widzę. że wciąż odwiedzają mnie stałe osoby i że tak, jest wzrost w oglądalności stron, ale że te nowe osoby z różnych miast nie spędzają nawet 30 sekund na danej stronie, czyli że tak kliknęły i od razu okno zamknęły. Czy to znaczy że źle siebie marketinguję, czy to znaczy, że jestem nic nie wart? Uczestnik "Mam talent" pojawia się w jednym programie. Tylko w jednym i już ma pół miliona odwiedzających na swoich stronach. Cóż więc jest miarą sukcesu? Cóż jest miarą wartości? Świat opiera się na taniej prostocie - im jej więcej tym większa oglądalność. Stąd sukces telenowel, programów takich jak "Mam talent". Ola Rutowicz, czy jak jej tam, samym tym, że szczeka do kamery wietrząc smród dupy Dody, staje się Vipem i ma swoją sesję w CKM-ie. I wszyscy o niej mówią. I Kuba też. Bo nie ważne czy mówi się o kimś dobrze czy źle, najważniejsze, że się MÓWI. Ale czy niesie to za sobą jakieś przesłanie? Jakąś głębszą prawdę? Nie. Nie liczy się to kim jesteś, ale jakim cię widzą, komu zaszłeś/aś za skórę, tak? Nie! Gówno prawda. Życie to życie (zespół Opus: Life is life, na na na na!). To co TERAZ jest na topie: ale tylko teraz. Ludzie i media zapomną o niewyraźnych postaciach które gdzieś tam kiedyś czymś zaszumiały podnosząc oglądalnośc albo nawet występując w drętwym chujowym filmie. Co przetrwa to ktoś, kto ma coś do powiedzenia, to barwna postać tak jak Umeberto Eco, tak jak Markiz De Sade czy Vitor Hugo czy Alexandre Dumas (chcę być pośród nich!). Nic nas nie powstrzyma. Jedyną osobą, która może stanąć nam na przeszkodzie to my sami.

Tu post urywa się nagle (nagle = z powodu 2 godzin przerwy w trakcie której została spożyta zbyt duża ilość wina).

piątek, 19 grudnia 2008

Z PIEKŁA: Kolejki, kłamstwa, martwica mózgu i odchodzący paznokieć nie w tej kolejności.

Na ulotce z pizzerii uśmiecha się do mnie pizza i słowa opowiadające o tym jakim to też niezwykłym doznaniem jest ta nowa pizzeria. Opowiada ulotka o nowych sposobach przygotowania pizzy, o tym, że zawsze świeża, urocza i przebojowa. Więc nie czekaj - ZAMÓW. Tymczasem na samym końcu ulotki drobnym drukiem widnieją informacje o tym, że pomimo iż oni się bardzo ale i to bardzo starają, to mięcho może zawierać drobne kawałki kości. Szynka pochodzi z nogi świni i ma w sobie wodę. Wołowina przerobiona z kawałków wołowiny zawiera soję i przyprawska. Oliwki mogą zawierać kamienie. Ale nie żeby zawierały. No i gwóźdź programu: zdjęcia w ulotce są tak tylko, żeby się do Ciebie uśmiechać i nęcić, bo tak na prawdę to mogą mieć tyle wspólnego z produktem, który otrzymasz co szczypiorek z dziurkaczem.

Oszałamiające zdjęcia kobiet otyłych które już schudły za sprawą "sprawdzonych" tabletek czy też kuracji robione są na zamówienie gdzie artysta, ot taki wolny strzelec, otrzymuje zdjęcie Kobiety-Hamburgera i przerabia ją na szczupłą laskę. A Ty to widzisz w telewizji/prasie/internecie i WIERZYSZ. Reklama z natury kłamie pokazując się co to nie ona, a zupełnie na jej końcu ponownie drobnym druczkiem lub surrealistycznie szybkim głosem narratora dowiadujemy się (jeśli jesteśmy czujni), że ten powrót Chrystusa o którym przed chwilą się dowiedzieliśmy to tylko pic na wodę. Zaraz... tylko czy jak J.C. wróci to będzie dobrze czy będzie koniec? W każdym razie wiecie o co mi chodzi.

Jak już pisałem "jak już pisałem" ludzie to głupcy, którzy zamiast myśleć wybierają, żeby ktoś myślał za nich - przyjaciel, kochanka, show w TV czy elektroniczna inteligientna pralka. Jeśli brak Ci pomysłów to czemu nie rzucić się na to, co ktoś Ci podrzuca wieczorem/rano do skrzynki pocztowej???

Od głupoty blisko do ignorancji. Fascynująca historia pt. "Wczoraj w supermarkecie":
Wczoraj w supermarkecie zrobiłem zakupy i stanąłem przed takimi 4 maszynami przy których możesz samemu zeskanować przedmioty i zapłacić, czyli możesz się samemu obsłużyć jeśli się tych maszyn nie boisz. Na ich końcu czuwa czujna Pani w razie wu. (Po co samoobsługa, skoro i tak ktoś tam musi stać i czuwać? Zaraz się przekonamy). Tak więc stoję. Jedna maszyna już nieczynna (ach te noce, nie tylko niespokojne, ale i maszyny powoli kładą się spać. Też niespokojnie). Przy pozostałych 3 kobiety. Jedna z nich zrobiła zakupy i naciska na guzik KOŃCZŻEŚ I PŁAĆ wyświetlany na monitorze. Przycisk nie reaguje. Po wielokrotnym naciskaniu zjawia się zawołana wspomniania wcześniej niewiasta z obsługi i też zaczna wielokrotnie naciskać guzik (oczywiście oprócz tego robi też wiele innych czynności, np. zastanawia się, czy na kolację zjeść ziemniaki z jednym czy z dwoma schabowymi). Po kilku dobrych minutach bezefektownego naciskania idzie zadzwonić po Kogoś. W międzyczasie zbliża się kurczowo nowa asystentka zaintrygowana czarodziejskim gudzikiem mocy. Wychyla palec i też go wielokrotnie naciska. Bo za którymś razem kurwa magicznie zadziała! Tak jak zawieszony komputer, którego nigdy nie trzeba restartować tylko wystarczy bezlitośnie walić w klawiaturę dużo dużo razy.
Tymczasem zwalnia się inna maszyna i już - już mam iść, a tu jakiś stary jełop przemyka z mojego lewego boku i dopada mojej maszyny spokojnie skanując paczkę brukselek. A ja sobie myślę czy krzyknąć i robić aferę z powodu jego hamstwa? I nagle zwalnia się kolejne urządzenie i pochodzę do niego w trakcie transakcji odprowadzając wzrokiem Człowieka Brukselkę. Natomiast Pani co jej guzik nawalił przeszła gdzie indziej żeby zacząć wszystko od nowa zgodnie z nie wygłodniałymi polecaniami wypływającymi z ust pracownic w wieku średnim.

Chamsko. Może nie umiem odróżnić pościeli od podszewki ale ja tam się w kolejki nie wpycham. Tak więc jak widzicie większość tak zwanego "normalnego" świata ma martwicę mózgu a mi odchodzi paznokieć, którego przygniotłem sobie drzwiami.

Jeśli jednak czytasz tego OGGa to jest dla Ciebie NADZIEJA, że nie jesteś w tej zblazowanej większości. A paznokieć powróci.

czwartek, 11 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ:Detale.

Diabeł tkwi w szczegółach. Chciałem, żeby mój nowy projekt dla Zuda był bardzo szczegółowy. Nie cierpię komiksów w których wcale nie ma tła, a skoro szczególnie się to zdarza w amerykańskich mój komiks z detalami miałby właśnie tą przewagę. Jednak od dawien dawna ilekroć stałem pod posępną sosną przechodzili obok mnie podróżni rzucając we mnie, że rysuję za dużo szczegółów i że nic nie widać.

Mężnie przecierałem z twarzy te oszczerstwa chustą w kratę i szkicowałem dalej. Wszystko jednak musi być w balansie, a najważniejszym jest to, żeby ilustracja na którą patrzysz była czytelna. Jeśli nie potrafię tego zrobić powinienem ograniczyć detale, w końcu i tak będę miał ich o niebo więcej w porównaniu do prac innych artystów.

Byłem być może zbyt ambitny dlatego wciąż jeszcze nie skończyłem tego co skończone być miało w zeszłym miesiącu. POza tym to tak jak rzucać się z motyką na słońce. Kiedy jednak nie rysuję dużo tła to panele wydają mi się pustawe. I tak jakby wszystko było zbyt łatwe. Nie jestem tak dobry jak mi się narcystyczno-egoistycznie wydawało, więc skupię się na tym co mam już opanowane i stąd będę poszerzał swoje umiejętności. Bezpiecznie i sensownie. Poza tym Zuda to komiks internetowy przeznaczony przede wszystkim do oglądania w sieci na ekranie komputera/laptopa. Choć można oglądać komiksy na całym ekranie nie jest to wciąż to samo co komiks drukowany - nie ma aż takiej potrzeby na to o czym tu cały czas piszę i co jest też w tytule tego posta. Nie, nie chodzi o maślankę. Czy jest w tytule? Może w książce z maślanką? Tak jak w tej piosence "Zabrałaś mi książkę z maślanką w tytule i już zauważam zmiany".

Jakkolwiek "Krzykom wewnątrz" by nie poszło postanowiłem po ich ukończeniu zawiesić na czas nieokreślony HZ: Alkoholizm i nie wracać ani do niego ani do Remireza i Kristosa tylko wziąźć się za kolorowy album pełnometrażowy o Denku i Klusce. HZ: Alkoholizm chcę mieć wpierw całego rozszkicowanego, zaplanowanego, cały album niezależnie od tego ile stron będzie liczył. Ponieważ jest to bardzo osobisty projekt zależy mi na tym żeby był lepszy niż jest teraz więc przyłożę się, nikt mnie nie pogania. Denek i Kluska mają być narysowani prosto, bez zbędnej ilości szczegółów, czas oszczędzony na nich poświęcę ćwiczeniu kolorowania na komputerze i byczo.

Głowę mam pełną pomysłów więc nie zginę na tym morzu braku inspiracji. Znaczy chciałem zakończyć interesującą puentą, ale chyba spieprzyłem.

środa, 10 grudnia 2008

Jedenaście

Z całym porannym entuzjazmem spędziłem ponad godzinę na aktualizowaniu bloga z książką Anthonego DeMello. W obliczu czego aż do wtorku 6tego stycznia 2009 w każdy wtorek, piątek i niedzielę będzie pojawiał się nowy rozdział tej książki - tym razem bez opóźnień.

Zrobiłem to, bo miałem misję do spełnienia i mam nadzieję, że oszałamiająca liczba 14stu gości "Świadomości" z 5ciu różnych miast (Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Zory i Wrocław) poszerzy się wkrótce. Co tu zrobić? Może założyć konto religijne na naszej klasie i zapraszać zakony a potem promować ze świeczką Dobrą Nowinę o Nowym Blogu Co Ssię Objawił? (Dwa "s" specjalnie).

poniedziałek, 8 grudnia 2008

FILMY: Madagskar 2 i inne badziewia.

Rynek żyje tym co teraz. Nikogo w Hollywood nie obchodzi co tam kiedyś zrobiłeś, ale jakie masz plany. Nie ma nic nowego pod słońcem i mimo że od pokoleń dukamy te same tematy liczy się, że dukamy je teraz i że skoro jest to coś "nowego" to może się sprzedać.

No i oczywiście jesteśmy indywidualistami i mamy nasze własne subiektywne opinie i spojrzenie na te tematy o których wiadomo, że nie są niczym nowym pod słońcem.

Rynek napędzają pieniądze. Możemy kochać to co robimy ale wcześniej czy później stajemy przed wyborem (jeśli nie jesteśmy konsumpcyjnym produktem społeczeństwa, dla którego wybór jest jasny): albo robić coś dla pieniędzy pod publikę albo pozostać wiernym własnej duszy i tworzyć lecz prawdopodobnie nigdy nie być tak sławnym i popularnym jak Brad Pitt. Można to balansować i zaspokajać jednocześnie dwie potrzeby: duszy i ciała rzecz jasna. Tak więc decyzja należy do nas. Najważniejszym i podstawowym aspektem w tym wywodzie to być zajebiście dobrym w tym co się robi. Dzięki temu KTOŚ prędzej czy później nas zauważy i pomoże nam. Wtedy staniemy przed decyzjami: być sobą, czy być dziwką dla pieniędzy. Jak Marcin (Marcin?) Prokop czy Kuba Wojewódzki.

Ale miało być o filmach i jest: Jeżeli coś sprzedało się raz to czemu nie miałoby sprzedać się ponownie? Prawa rynku. Ludzie pójdą na coś do kina nawet jeżeli to 13sta część bo naiwnie w pamięci ich wciąż będzie tkwiło to pozytywne wspomnienie którego doświadczyli oglądając pierwszą część. No i mamy już 3 Shreków, 3 Epoki Lodowcowe (bleee) i 2wa Madagaskary. Pierwszy Madagaskar był śmieszny i błyskotliwy, jednak drugi, którego dzisiaj przed chwilą widziałem w kinie, to żenada.

Trwa półtorej godziny a powinien trwać godzinę. (Gdzie te piękne czasy, kiedy bajka DLA DZIECI trwała 60 czy 70 minut, hę?). Na cały film zabójczych akcji jest tylko kilka, zaś film wypełnia surrealistycznie wymiocinowy flashback z Króla Lwa. Przemoc. Przemocy nie powinno być w bajkach dla dzieci, które są nieświadome tego, że ich młode móżdżki dopiero się kształtują. A tu mamy bicie się pięściami oraz przejeżdżanie samochodem babci. HALO?! Oraz dłużyzny - kiedy to bohaterowie rozmawiają o uczuciach czy jakoś tak. Nie mam nic do rozmawianiu o uczuciach, ale w taki sposób, żeby to było intrygujące, nowe, nie bleee.

Rozumiem, że dzieci tak na to nie patrzą. Więc mówię tu o filmach dla dzieci z perspektywy dorosłego, albo lepiej dziecka, które nosimy w sobie.

"The day when the earth stood still" to nowy film z Keanu o inwazji kosmitów. To co, że Will Smith już raz ich pokonał w "Dniu Niepodległości" stary temat, ale jary. Ja bym ten tytuł przetłumaczył "Dzień, w którym ziemia stanęła dęba". Rzecz jasna z braku laku i wyobraźni i niezależności tytuł ten przetłumaczyli "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia". Tylko że wtedy powinno być "The day when the eart stood":) I tak dalej. Chciałbym, żeby przy premierach nowych filmów w Polsce zawsze podawali delikwenta, który przetłumczył tytuł.

Wtedy życie byłoby zbyt piękne.

PS. Filmów wychodzi kupa. Kupa z nich to kupa. Większość. ??? Prawa rynku. Poza tym nie na darmo dzieło nazywa się dziełem. Twórzmy najlepiej jak potrafimy zachowując krytyczne spojrzenie.

czwartek, 4 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: kRyZyS??

Od czego by tu zacząć? Ostatnio nic nie pisałem na OGGu. Nie, że nie chciałem - chciałem - miałem i mam dużo różnych pomysłów i rzeczy do przekazania (sweterki z golfem, kostki Rubika, ot, rzeczy) - ale nie mogłem nic wydusić. Życie. Na na la la la. Tego grudniowego poranka czuję jednak, że dam radę napisać coś. Powinno być pewnie coś napisać, ale u mnie z szykiem wyrazów w zdaniu zawsze było na opak, może dlatego panie od polskiego mnie nienawidziły i wyzywały od buntowników? Tak o Tobie mówię, Krycha. Świadomość tego, że coś napiszę napawa mnie optymizmem, może wreszcie spiszę wszystko to co chciałem do tej pory, może zrobię to właśnie teraz a gdy skończę nastawię tylko bloggera, żeby publikował jeden dziennie?

Tak więc o czym chciałem napisać?
1. O postępie z komiksem na konkurs.
2. O kolesiu trwodze z naszej klasy.
3. O starym wydaniu "Don Kitchota" i obsesji.
4. O kilku filmach.
5. Znowu o nowej stronie internetowej.

TAK.

Zatem od góry: Kobieta nad nami wrzeszczy na kogoś. Miała się znaleźć w komiksie na konkurs tak tylko, żeby wypełnić tło. Cała strona poszła się @#$% więc zeskanowałem szkic ołówkowy, wyrównałem poziomy w photoshopie i ta-da! Nie licząc godzin myślenia i planowania kadrów fizyczną pracę nad 8 stronami na Zuda liczę od 15 października, kiedy zakończyłem swoją pracę jako przewodnik na zamku w którym duchy nie straszą, tylko system. Nie spiesząc się rysowałem aż po kilku tygodniach dopadł mnie pierwszy kryzys twórczy z bliżej nie określonych powodów, które mógłbym określić jednak nie chce mi się robić znowu auto analizy czy też psycho. Faktem jest, że być może traciłem wiarę w powodzenie. Po kilku dniach przerwy prace ruszyły ponownie.

Autobus okazał się fatalny. Po spędzeniu kikunastu godzin na szkicowaniu zatuszowałem to, co miało być widowiskową futurystyczną zwyczajową sceną i okazało się, że nie wygląda lepiej od rolki papieru toaletowego (dowody w przyszłości). No, dramatyzuję, ale nie wyglądało profesjonalnie.

Do sedna:
Praca na komiksem idzie dobrze. Skończę niedługo. Wiem, że zbyt krytycznie podchodzę do swoich rysunków. Wciąż. Nie potrafię narysować tego tak, jak to widzę w głowie. Może dlatego, że w głowie nie mam obrazka tylko wizję, ideę, odczucie jak to ma wyglądać. Narysuję więc najlepiej jak potrafię i wyślę. W tym miesiącu okazało się, że do konkursu już dostała się 2jka Polaków - ich komiks możecie zobaczyć TUTAJ. Znak? Czyżby znak? Ogaręła mnie lekka zazdrość, no ale cieszę się, że komuś się udało choć dostać do konkursu. Może i mi choć się uda. Tak więc postanowiłem (po raz etny) wziąść się w garść i skończyć to wreszcie.

Ojć. Muszę urwać tutaj. Coś nie mam siły kontynuować. Napiszę tylko dlaczego tak czuję. Z OGGiem tak samo jak i z pisaniem pamiętnika: zaczynasz jakiś wpis (a wiadomo, że pisze się o wiele dłużej niż czyta) aby po kilku zdaniach odnaleźć się w stanie zwątpienia i rezygnacji. Wydaje ci się, że zamieszczasz więcej bełkotu niż treści. Że zmierzasz doNikąd. Że nie potrafisz prosto i jasno przekazać tego, o co ci chodzi. W zajebisty sposób. Nie musi być to prawda, ale wyraża twój wewnętrzny stan.

Poza tym muszę urwać tutaj, bo listonosz listy wrzucił.

@templatesyard