listopada 2008 - OGG

poniedziałek, 24 listopada 2008

Z PIEKŁA: Śmieciowy RAPORT.
Gdyby każdy po sobie sprzątał świat były czysty. Niestety nie leży to w naturze ludzkiej. Nie tylko na ulicach mamy syf. Mamy go też mnóstwo w internecie. Dobrze, że ten cyfrowy śmietnik nie wylewa się nam przed domem na trawnik, bo wtedy byłoby po nas. Ludzie zakładają darmowe strony tylko raz żeby sprawdzić czy działa albo tak dla jaj. I tak to sterczy w sieci latami: darmowe skrzynki pocztowe, strony internetowe no i oczywiście BLOGI.

Zrobiłem dzisiaj test na tylko mi znane potrzeby (nie, nie jestem szalonym naukowcem, nawet gdybym był i o tym wiedział, to bym wam się tu nie przyznał, chyba, że to by była taka gra psychologiczna maniaka... ee, nieważne, zamykam nawias) i założyłem nowego bloga na bloggerze, którego wkrótce po założeniu skasowałem. Tego przecinka chyba nie powinno tam być... W każdym razie zatytułowałem go test, bo to był test i chciałem wpisać byle jaką nazwę, żeby poszło. Tak jak np. www.test.blogspot.com. Co się okazało? Że taki adres już istnieje. Zanurtowany zacząłem szukać innych nazw, starając się dać te najbardziej niestworzone jednocześnie wchodząc na te, które ktoś mi ukradł sprzed nosa (no wiem, ukradł to złe słowo).

RAPORT: Blog z adresem test ma tylko jeden wpis i jest to blah blah blah blah z roku 2005, z kwietnia. O dziwo ma aż 25 bezsensownych komentarzy z których kilka to spam. Idąc dalej wpisałem testik: ma kilka wpisów i na tym się kończy. Wszystkie z 2002 roku i w obcym języku, być może po czesku. Jest też blog tescik i podobna sytuacja i rok ten sam. Alejajaja założony w 2006 nie ma żadnego wpisu podobnie jak alejaja (czyli o jedno ja mniej) z 2005 roku. Więc wpisałem szczecinek - tu blog pod nazwą "Szczecinek na serio", w którym też nic nie ma. Na serio? Potem (lekko już zniesmaczony) wpisałem kurwa - jest tam tylko kurwa dużą czcionką a pod nią zygote - cokolwiek ma to znaczyć. Pod adresem piernik jakiś koleś napisał 27 wpisów w 2007 strasznie podjarany tym faktem, że ma bloga i na tym się skończyło. Może mu tata internet odłączył. Dzięki bogu. I tacie. Zblazowany, nie mogąc znaleźć wolnego adresu po tylu próbach ile widzicie, wpisałem drewno - a tam ani lasu, ani drwala, tylko próba mikrofonu z lipca 2008r.

Moje męki skończyły się zaraz potem, kiedy to natchniony siłą wyższą wpisałem kijodszczotki. Adres dostępny. A!jako że skasowałem bloga, jeśli którykolwiek z drogich Czytelników lubi miotły tak bardzo, że nawet byłby gotów o tym regularnie blogować, niech chwyta okazję, póki adres www.kijodszczotki.blogspot.com wciąż jest wolny!

Jak więc widać zupełnie bezpożytecznie spędziłem dzisiaj część swojego życia. Nie zachęcam do wpisywania przypadkowych adresów w przeglądarce, bo najprawdopodobniej traficie na martwego bloga. Chyba że akurat czekacie na randkę, która się spóźnia a wpatrywania się w wirującą pralkę już macie dość od ostatniej godziny.

PS. Powinienem poszukać na necie, czy te blogi są automatycznie kasowane po latach jeśli ich nikt nie używa czy nie? Dam znać jeśli się dowiem. Albo jeszcze lepiej, napiszę do działu obsługi szarego użytkownika bloggera i przy okazji wspomnę, że mógłbym im znajdować takie martwe polskie strony. Może by mi dali kilka dolarów?

sobota, 22 listopada 2008

Cisza.
W kącie tego pokoju unosiła się cisza. Drobne kawałki jedzenia na zarośniętej twarzy nie mogły robić na nikim żadnego wrażenia, ponieważ dookoła była pustka. Martwe dźwięki z radia potłukły się na ziemi. Wspomnienie szczęścia nikło tak szybko jak deszczowy dzień za plastikowym oknem. Uczucia zamarzły w zepsutej lodówce. Pająki znieruchomiały, wysuszyły się i stały się pyłem. Skulony na krześle zapomniany list nie zostanie już nigdy odczytany, lecz pożółknie tak jak i słowa na nim niedoręczone. Skłębiona myśl nie mogła być chlebem dla ciała. Ekrany, diody i kable i baterie umarły. Kiedyś stał tu człowiek ze zmartwieniami i łupieżem, jednak i on przepadł w karłowatości wyrazów.

W kącie tego pokoju unosiła się cisza.
Flatow CORPSE
Po pół roku odkąd naszkicowałem logo i zespół "Flatow Corpse" w trakcie próby dla mojego przyjaciela Kijosa, który do zagrał krasnoluda Jamesa w moim filmie "Ponad Wszystko", wreszcie się wziąłem i poprawiłem cienkopisem, zmontowałem i wysłałem mu na pocztę. Jeszcze raz Kiju przepraszam za zwłokę. Wiem, że mnie nienawidzisz (:) i mam nadzieję, że nie zmieniłeś przez ten czas nazwy zespołu, bo wtedy ja będę Cię nienawidził.
Oto taki sobie szkic zespołu w trakcie próby z ich starą wokalistką, której się pozbyli, bo jej bardziej zależało na jedzeniu pierożków w domu niż śpiewaniu:

A to ten sam szkic przycięty, ze zmienionym kolorem i już z logo wtopionym:
Korzystając ze zdjęć Mateusza z jego strony myspace (kliknij, poznaj artystę!) pościągałem kilka zdjęć i eksperymentowałem z logiem. Ten motyw podoba mi się najbardziej:
Okładka BLOKU.
O!a co my tu mamy? Człowiek taki jak ja rysuje. To jego cel. Zbyt często jednak takiemu człowiekowi nie wychodzi. Wtedy zdarzyć się może, że łapie mazak i zaczyan rysować byle co na okładce bloku, z którego czerpie kartki dla swych potrzeb. I wtedy pojawia się urzeczywistnienie jego psychicznej kondycji, która wygląda tak:Twarz ta przynajmniej wymazała przekleństwa dwa, które napisałem również.

piątek, 21 listopada 2008

Wszystko się gdzieś powoli zaczyna.
Pierwsze pieniądze jakie dostałem za swoją sztukę pochodziły z rąk właściciela kawiarenki internetowej niedaleko stacji kolejowej i autobusowej. I może ktoś nie lubić autobusów, jednak stacja tam wciąż stoi. A było to tak:

Jeśli o czymś marzysz to się spełnia. Nie zawsze w taki sposób jakbyś chciał, nie zawsze wtedy kiedy byś chciał, ale jednak się spełnia. Czasem dlatego warto żyć. Tamtego bliżej niesprecyzowanego czasu, kiedy wszystko było świeże i nowe, kiedy zapach powietrza zatrzymywał cię w powietrzu a nowo poznani ludzie zdawali się mieć swoją niewidzialną aurę widoczną, właśnie wtedy wyobrażałem sobie, że ktoś pewnego dnia ot tak przypadkiem zobaczy moje rysunki i zaproponuje mi współpracę (pieniądze). Poszedłem wtedy do kawiarenki internetowej, wtedy kiedy o gg nie było jeszcze słychu, za to irc królował. Czy jak to się tam nazywało. Miałem ze sobą zupełnie przypadkiem swój pierwszy komiks zdaje się, czyli "Herr Zeba i Frau Hania: W poszukiwaniu tego, co sypie". Było to chyba w 1999r. Komiks żenada, ale mam go gdzieś w cyfrowej formię, więc wrzucę kiedyś na swoją stronę. Tak żeby całe trzy osoby, które się mną interesują mogły zobaczyć jak zaczynałem. Spaliłem ten komiks. Nienawidziłem tego, że rysunki są tak kiepskie i że jest amatorski. Więc poszedłem to lasu w pobliżu działek i podpaliłem go zapalniczką, żeby było dramatyczniej bardziej (Cierpienia Młodego Artysty) i wrzuciłem do rowu do którego ktoś podrzucał śmiecie. Na szczęście mój kolega Karol S. zeskanował go długo wcześniej. Wracając do opowieści opartej na faktach:

Zanim go spaliłem znalazłem się w kawiarence internetowej, która nie powinna nazywać się kawiarenką, bo nie sprzedawali tam kawy. Na komputerze położyłem komiks i wszedłem w sieć. Cały czas myśl kołatała mi się w głowie, że może go KTOŚ zauważy i powiem mi Ale ty ładnie rysujesz, Zenek! a ja powiem Ale ja nie jestem Zenek! i obaj zgodzimy się, że nieważne, bo ładnie rysuję. I tak się stało. Pomijając Zenka. Właściciel kawiarenki spytał, czy to ja narysowałem na co ja przytaknąłem. I już nie pamiętam czy on czy ja to zaproponował, ale wyszło na to, że narysuję dla niego duży plakat. Narysowałem więc bardzo duży plakat wielkości połowy drzwi. Przedstawiał laskę w samej bieliźnie z pędzlem w ręku. Wróciłem ze skończoną pracą i dostałem za nią 15 złotych. Byłem szczęśliwy. Kamil to pamięta, był wtedy ze mną.

Minęło mnóstwo czasu i zacząłem nękać właściciela Agencji Reklamowej "Nabu". Nękać to za dużo powiedziane. Poszedłem do niego raz z trzema rysunkami, z których jeden z nich to była moja wizja przyszłości, którą możesz zobaczyć TU, drugi to była jakaś twarz rozanielonej laski, a trzeciego rysunku już nie pamiętam (i tak dużo pamiętam). Adam (właściciel agencji), powiedział, że no to ładne, ale w tej chwili nie może mi dać żadnego zlecenia, gdyż nie ma takiego zapotrzebowania. Powiedziałem, że dobrze i że rozumiem uśmiechając się przy tym, jakby mi ktoś właśnie dał milion dolarów, a oczy świeciły mi się jak cała galaktyka. Adam powtórzył, że nic dla mnie nie ma, widząc tą twarz, która zdawała się mówić O dzięki Ci O'wielki za to, że jesteś! (ale tak na prawdę wcale tego nie mówiła). Ja odszedłem. Kilka tygodni później jakiś człowiek na poczcie zaczął się mi przyglądać. To był mężczyzna. Czując strach i zaniepokojenie pospiesznie wyszedłem z poczty, jednak dorwał mnie na zewnątrz. Okazało się, że to ten sam właściciel agencji reklamowej i powiedział, że będzie miał być może dla mnie zajęcie.

Od tamtej pory, a był to mniej więcej 2003 albo 2004, zacząłem pracować jako wolny strzelec. Narysowałem wiele, z czego 3 czy 4 pomysły przeszły i dostałem za nie pieniądze. Pod koniec zdaje się że dostałem 50 złotych za rysunek. To był szał prostego człowieka.

Wszystko to jakoś się skończyło a ja wyjechałem za granicę.

No i ostanie (do tej pory) pieniądze jakie dostałam za rysunki pochodziły z lokalnej gazety w mieście, w którym wciąż mieszkam. Publikowałem tam przez równe dwa lata komiks o hurlingu, dziwny pewnie dla Polaków sporcie, który jednak nie jest taki dziwny dla Irlandczyków, bo to ich życie. Na meczu nigdy nie byłem, sportem się nigdy nie interesowałem, ale to nie przeszkodziło mi w pisaniu co tydzień paska komiksowego na ten temat. Pierwsze 68 pasków, które przetłumaczyłem na Polski dostępne są TUTAJ. Zrobiłem ich o wiele więcej, tzn. ponad sto. Ostatecznie gazetę rozwiązano co bardzo mnie ucieszyło, bo miałem już trochę dość. Zamierzam przetłumaczyć kilka najśmieszniejszych pasków na Polski i dodać trochę informacji. To jednak trochę zajmie.

Tak więc jak widzicie, każdy gdzieś zaczyna. I zwykle nie jest to nic wielkiego. I zwykle trzeba czekać o wiele dłużej niż się marzyło, żeby do czegoś doszło. To jest jednak nie ważne, bo to wszystko to droga, którą musimy iść. I zmierza ona tylko ku jednemu: żeby się zrealizować.

czwartek, 20 listopada 2008

FILM: Domowy KRÓLICZEK.
Filmy to moja druga pasja. Pierwszą są komiksy. Kiedy widzę reklamę filmu przeważnie potrafię od razu stwierdzić czy da się go oglądać czy to szmira. Kiedy zobaczyłem reklamę "House Bunny" ucieszyłem się, bo w tytułowej roli zagrała Anna Faris, którą chyba każdy pamięta ze "Strasznego filmu" (tam była brunetką). Dla niej poszedłem do kina, bo jest cholernie zabawna i nie zawiodłem się.

Sebastian się nie zawiódł.

Komedie dzielą się na dwie grupy: na te śmieszne i na te nieśmieszne. Do nieśmiesznych można zaliczyć "Epic movie" i wszystkie jego pochodne. Filmy, które są przemiałem bodźców mających wywołać śmiech, takie komediowe parówki, którymi rzucają nas w twarz coraz mocniej i mocniej. Po takim seansie trudno mi się uśmiechać, w końcu ktoś mnie walił parówkami cały czas. Dobre komedie powinny być śmieszne. Wyczesane komedie powinny być przezabawne, że co chwila boki zrywasz. "Domowy króliczek" był dobrą komedią, ale nie bezustannie śmieszną, co tutaj nie jest minusem. Wszystko kupy się trzyma i film nie jest płytki i nie będę pisał o czym to jest, bo to najnudniejsze co można robić. Chyba, że dla pieniędzy. W każdym razie moja decyzja 4/5. Wszystko dzięki Annie Faris.

wtorek, 18 listopada 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: Autobus przyszłości.
Zamierzam skończyć "Krzyki wewnątrz" przed końcem tego miesiąca. Wszystkie 8 stron mam rozpoczęte. Kilka dni temu zacząłem stronę zdaje się 5tą, z którą miałem największe trudności. Dlaczego? Na stronie 5 bohaterka naszej opowieści, która wciąż nie ma imienia, dołuje się. Dołuje się bardzo z powodu okropnych głosów i istot, które ją prześladują. Z początku chciałem pokazać ją w wannie - duży rysunek na całą stronę. Woda kapiąca na nią, ona naga, w tle może wyraz jej czarnych myśli. Ale nie wiedziałem zbytnio jak to dobrze uchwycić. Narysowałem więc całą resztę paneli (mniej lub bardziej skończonych) odkładając to z czym miałem problem na koniec. W trakcie całego tego procesu już w dwóch filmach widziałem tytułowe bohaterki w dokładnie takiej samej sytuacji jak moja - z gulem w wannie. Nagie i smutne. Buu. "Strangers" czyli tym razem dobrze przetłumaczeni "Znieznajomi" z Liv Tyler - jeden z głupszych filmów w którym bohaterowie zachowują się jak ćwoki - Liv siedzi w wannie. "Oko" z Jessicą Albą (film o którym zdaje się wspomnę i w komiksie na konkurs narracją głównej bohaterki) strasznie tandetny film, również pokazało ją w wannie i to dokładnie w tym samym ujęciu i pozycji o której myślałem. I wtedy do mnie dotarło: TO JEST OGRANE. Nie ma nic prostszego niż wsiąść bohaterkę, rozebrać i wpakować do wanny. OCZYwiście w życiu ludzie tak postępują, dlatego przemysł filmowy tak bardzo to wykorzystuje latami. Ja jednak chcę być oryginalny. Tego wieczoru dałem sobie spokój i z nagością i z wanną (no nie do końca, bo kilka dni później narysowałem to co w poprzednim poście).

Tak więc zamiast szaleństwa łazienkowego rysuję przystanek autobusowy wysoko nad ziemią i podlatujący do niego autobus (czy już wspomniałem, że "Krzyki wewnątrz" osadzone są w przyszłości?). Pada (to będzie trudne do narysowania w czarno-białym świecie). Jedną z osób na przystanku jest Ona. Może ją rozpoznamy, może nie. To nieistotne tak długo jak widz odczyta/zauważy smutek i wyobcowanie w tym rysunku (to mój cel).

Autobus zacząłem i w trakcie, czyli po narysowaniu zarysu autobusu postanowiłem rozejrzeć się w sieci nie żeby zżynać pomysły innych, tylko żeby spojrzeć, czy ktoś przypadkiem już czegoś takiego jak ja nie wymyślił. Przy tej okazji natrafiłem na kilka interesujących zdjęć i faktów. Oto one:

INFO z 2006: Holendrzy wymyślają superbus który wygląda jak limuzyna i pędzi 155 mil na godzinę. Telefonem wystarczy wysłać sms-a żeby złapać autobus. INFO z 2007: Tu natomiast mamy The Capoco systems bezkierowcowy bus zaprojektowany, aby pozbyć się miłych zestresowanych spoconych panów kierowców. Używa mnóstwo elektroniki (nawigacja itp.) i też go można złapać komórką. Prototyp w tym roku. Czekam z ręką w nocniku.
A tu to nie wiem co, model robaka. Gdzie
No i kończąc w miejscu zwanym Curitiba mamy futurystyczne przystanki autobusowe gdzie płaci się za autobus nim wyjdziesz z przystanku. Sprytne. Mój przystanek będzie jednak wyglądał zwyczajniej, raczej. A że z geografii jestem do dupy sprawdziłem na wikipedii. Otóż Curitiba to stolica brazylijskiego stanu Paraná.

niedziela, 16 listopada 2008

Raport MNIEJSZOŚCI:

piątek, 7 listopada 2008

Namiastka ukojenia.
Po tygodniu milczenia, co w świecie nałogowego OGGera równe jest z nie braniem kokainy przez miesiąc przez narkomana (tak Jack!), Sebastian powrócił do pisania. A zrobił tak, gdyż musiał wylać swoją żółć. Na początek wstęp od pewnego miłego pana:

Nazywam się Błąd. James Błąd. Znany też jako 007. Nie 006 czy 008, ale 007. I nie chodzi o mój IQ. Jestem agentem. Żyję już z 80 lat, ale wciąż wyglądam na późną 30stkę. Tak działa Hollywood. Mam też AIDS, ale jestem taki twardy, że nawet po mnie nie widać.

Ostatnia moja przygoda nosi tytuł "Namiastka ukojenia", a po angielsku "Quantum of Solace". Quantum to kwant, odrobina. Solace to pocieszenie, ukojenie. Pewnie nie brzmiałoby to wystarczająco twardo w Polsce, dlatego zostali przy oryginalnym tytule. Bo ja jestem Brytyjczykiem z krwi i kości. A kości mam twarde. Ostatnio sobie odpoczywam, miałem w końcu tyle przygód przez lata. Masa pięknych kobiet przewinęła mi się przez palce i nie tylko. Tzn., nie, nie mężczyzn do licha, nie o to mi chodzi. Albo kumasz bazę albo nie.

Nowy Błąd wymiata.. nudą. Bład to filmy akcji z mnóstwem pięknych kobiet. Sex idzie tu tak w parze z serią jak sex i horrory. No i mamy dwie piękne kobiety. Jedna z pewnością jest piękna: Ukrainka Olga Kurylenko, która mówi płynnie oprócz swojego narodowego języka również po francusku i angielsku. I co? I guzik: seksu jest tyle co we wtorkową noc depresyjnego kawalera z krzywym zgryzem. Jest jeden numerek, który się kończy zanim mamy okazję się zorientować, że coś było. Ale za to widzimy kobiece ramię po fakcie. Nawet nie kawałek nóżki. A ja lubię ładne nogi. (No co?). I samo to to już nóż w plecy jeżeli chodzi o Błąda. Za film wzięła się dwójka kolesi, którzy pracowali przy Tożsamości Bourne'a. I to widać, film stara się być jak seria o Bournie, tylko że gorzej. W ostatnim James (też) Bourne skakał po dachach i raz wyskoczył z wąskiego okna na przeciwny budynek. Tutaj nasz Błąd nie tylko to powtarza, on to robi ze trzy razy! Tak. Tak jakby skakanie przez wąskie okna do następnego budynku było łatwe i ich w tym ćwiczyli pierwszego dnia w Akademii Błąda.

Fabuła razi jak majonez na dżemie truskawkowym a ujęcia są żywce wyjęte znowu z Tożsamości. Taki sam sposób kadrowania. Np. na początku Błąd szybko ucieka w samochodzie we Włoszech, wjeżdża na budowę po drodze zrzucając jakiś inny wóz w dół. Robi koło i mija ten sam wóz, który wciąż spada, a on zdążył tak szybko skręcić w dół. To trzeba zobaczyć (żart). Przeciwko tej scenie nic nie mam, ale pokazana jest nijak.

No i Błąd bez gadgetów to też kicha. Przydałyby mu się kolce, co wypadają z tułu jak Batmanowi, żeby załatwić pościg. Gadgetów nie ma, Pierca Brosnana nie ma, ale wszędzie mnóstwo nowoczesnej technologii. M. ma wyczesany gabinet z trójwymiarowym hologramem (jak to nazwać), zamiast tradycyjnie laptopa. Jako że film wyprodukował gigant Sony gdzie nie spojżeć pojawia się napis VAIO. No, raz tylko widziałem szczerze, ale się uśmiałem. W duchu. Tak więc Błąd ma cudny telefon-przekaźnik-aparat, którym w nocy podczas koncertu w czarodziejski sposób robi zdjęcia ludziom oddalonym od niego o 50 czy 100 metrów i pstrykając fotki tylko karku wyjebany program od razu ustala tożsamość tych, którym zdjęcia robił. Wiem, że o to niby chodzi, że nowoczesna technologia.. bleugh! Rzygi. W gadgety Seana Connerego jakoś prościej mi uwierzyć.

Początek jak zawsze szybki, a potem robi się coraz nudniej. O fabule nie będę pisał, bo według mnie, nie ma żadnej. I jeszcze jedno. Błąd z Olgą lecą na spacer. Chcą zobaczyć skałki. Dobra? Na piaszczystym lądowisku w jakimś dziwnym miejscu jest wielki samolot i mały samolocik. Błąd wybiera większy. Po kiego? Gdyby ktoś ich zaatakował, nie daj boże, łatwiej byłoby się wymigać małym, zwinniejszym. Ale NIE. Wielkim klocem sobie lecą, oglądają skałki i kiedy robi się między nimi romantycznie NAGLE ktoś ich atakuje. Śmigłowiec (zdaje się, że widziałem tam śmigłowca), jakiś inny, MAŁY, SZYBKI i ZWINNY samolocik i coś tam jeszcze (albo i nie, tak to szybko z głowy wypada) atakują. Nie będę opisywał co się dzieje dalej, żeby nie zepsuć frajdy, której nie ma, ale pragnę zadać jedno retoryczne niekoniecznie pytanie: Czy nie prościej byłoby po prostu poczekać, aż Błąd wyląduje i wtedy się z nim rozprawić??? Może ktoś po prostu nie mógł się doczekać albo bali się, że nie zaczają gdzie będzie lądował.

RE:asumując: lubię dobre filmy akcji. Lubię po seansie wyjść z kina i nie wiedzieć, gdzie jestem. Uwielbiam. Błąd nie był dobrym filmem akcji, a po seansie wiedziałem gdzie jestem. Postacie były płytkie, gadały jak z filmu (nikt tak w rzeczywistości do siebie nie gada monosylabami, nawet agenci). W jednej scenie aż błagałem, żeby Błąd rzucił choć:

Błąd:
Ale bym so zjadł hamburgera, zdycham z głodu.

Olga (patrząc uwodzicielsko):
A może hotdoga? Nie ma to jak dobra, gorąca parówka.

Ludzie, nie idźcie na ten film. Obejrzyjcie lepiej na Wyspę Nim - może i dla dzieci, ale film jest ciekawy, płynny, wszystko się w nim trzyma kupy i z chęcią obejrzę go sobie jeszcze raz. Dwóch ostatnich Błądów już nie.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Z PIEKŁA: Śmieciowy RAPORT.

Gdyby każdy po sobie sprzątał świat były czysty. Niestety nie leży to w naturze ludzkiej. Nie tylko na ulicach mamy syf. Mamy go też mnóstwo w internecie. Dobrze, że ten cyfrowy śmietnik nie wylewa się nam przed domem na trawnik, bo wtedy byłoby po nas. Ludzie zakładają darmowe strony tylko raz żeby sprawdzić czy działa albo tak dla jaj. I tak to sterczy w sieci latami: darmowe skrzynki pocztowe, strony internetowe no i oczywiście BLOGI.

Zrobiłem dzisiaj test na tylko mi znane potrzeby (nie, nie jestem szalonym naukowcem, nawet gdybym był i o tym wiedział, to bym wam się tu nie przyznał, chyba, że to by była taka gra psychologiczna maniaka... ee, nieważne, zamykam nawias) i założyłem nowego bloga na bloggerze, którego wkrótce po założeniu skasowałem. Tego przecinka chyba nie powinno tam być... W każdym razie zatytułowałem go test, bo to był test i chciałem wpisać byle jaką nazwę, żeby poszło. Tak jak np. www.test.blogspot.com. Co się okazało? Że taki adres już istnieje. Zanurtowany zacząłem szukać innych nazw, starając się dać te najbardziej niestworzone jednocześnie wchodząc na te, które ktoś mi ukradł sprzed nosa (no wiem, ukradł to złe słowo).

RAPORT: Blog z adresem test ma tylko jeden wpis i jest to blah blah blah blah z roku 2005, z kwietnia. O dziwo ma aż 25 bezsensownych komentarzy z których kilka to spam. Idąc dalej wpisałem testik: ma kilka wpisów i na tym się kończy. Wszystkie z 2002 roku i w obcym języku, być może po czesku. Jest też blog tescik i podobna sytuacja i rok ten sam. Alejajaja założony w 2006 nie ma żadnego wpisu podobnie jak alejaja (czyli o jedno ja mniej) z 2005 roku. Więc wpisałem szczecinek - tu blog pod nazwą "Szczecinek na serio", w którym też nic nie ma. Na serio? Potem (lekko już zniesmaczony) wpisałem kurwa - jest tam tylko kurwa dużą czcionką a pod nią zygote - cokolwiek ma to znaczyć. Pod adresem piernik jakiś koleś napisał 27 wpisów w 2007 strasznie podjarany tym faktem, że ma bloga i na tym się skończyło. Może mu tata internet odłączył. Dzięki bogu. I tacie. Zblazowany, nie mogąc znaleźć wolnego adresu po tylu próbach ile widzicie, wpisałem drewno - a tam ani lasu, ani drwala, tylko próba mikrofonu z lipca 2008r.

Moje męki skończyły się zaraz potem, kiedy to natchniony siłą wyższą wpisałem kijodszczotki. Adres dostępny. A!jako że skasowałem bloga, jeśli którykolwiek z drogich Czytelników lubi miotły tak bardzo, że nawet byłby gotów o tym regularnie blogować, niech chwyta okazję, póki adres www.kijodszczotki.blogspot.com wciąż jest wolny!

Jak więc widać zupełnie bezpożytecznie spędziłem dzisiaj część swojego życia. Nie zachęcam do wpisywania przypadkowych adresów w przeglądarce, bo najprawdopodobniej traficie na martwego bloga. Chyba że akurat czekacie na randkę, która się spóźnia a wpatrywania się w wirującą pralkę już macie dość od ostatniej godziny.

PS. Powinienem poszukać na necie, czy te blogi są automatycznie kasowane po latach jeśli ich nikt nie używa czy nie? Dam znać jeśli się dowiem. Albo jeszcze lepiej, napiszę do działu obsługi szarego użytkownika bloggera i przy okazji wspomnę, że mógłbym im znajdować takie martwe polskie strony. Może by mi dali kilka dolarów?

sobota, 22 listopada 2008

Cisza.

W kącie tego pokoju unosiła się cisza. Drobne kawałki jedzenia na zarośniętej twarzy nie mogły robić na nikim żadnego wrażenia, ponieważ dookoła była pustka. Martwe dźwięki z radia potłukły się na ziemi. Wspomnienie szczęścia nikło tak szybko jak deszczowy dzień za plastikowym oknem. Uczucia zamarzły w zepsutej lodówce. Pająki znieruchomiały, wysuszyły się i stały się pyłem. Skulony na krześle zapomniany list nie zostanie już nigdy odczytany, lecz pożółknie tak jak i słowa na nim niedoręczone. Skłębiona myśl nie mogła być chlebem dla ciała. Ekrany, diody i kable i baterie umarły. Kiedyś stał tu człowiek ze zmartwieniami i łupieżem, jednak i on przepadł w karłowatości wyrazów.

W kącie tego pokoju unosiła się cisza.

Flatow CORPSE

Po pół roku odkąd naszkicowałem logo i zespół "Flatow Corpse" w trakcie próby dla mojego przyjaciela Kijosa, który do zagrał krasnoluda Jamesa w moim filmie "Ponad Wszystko", wreszcie się wziąłem i poprawiłem cienkopisem, zmontowałem i wysłałem mu na pocztę. Jeszcze raz Kiju przepraszam za zwłokę. Wiem, że mnie nienawidzisz (:) i mam nadzieję, że nie zmieniłeś przez ten czas nazwy zespołu, bo wtedy ja będę Cię nienawidził.
Oto taki sobie szkic zespołu w trakcie próby z ich starą wokalistką, której się pozbyli, bo jej bardziej zależało na jedzeniu pierożków w domu niż śpiewaniu:

A to ten sam szkic przycięty, ze zmienionym kolorem i już z logo wtopionym:
Korzystając ze zdjęć Mateusza z jego strony myspace (kliknij, poznaj artystę!) pościągałem kilka zdjęć i eksperymentowałem z logiem. Ten motyw podoba mi się najbardziej:

Okładka BLOKU.

O!a co my tu mamy? Człowiek taki jak ja rysuje. To jego cel. Zbyt często jednak takiemu człowiekowi nie wychodzi. Wtedy zdarzyć się może, że łapie mazak i zaczyan rysować byle co na okładce bloku, z którego czerpie kartki dla swych potrzeb. I wtedy pojawia się urzeczywistnienie jego psychicznej kondycji, która wygląda tak:Twarz ta przynajmniej wymazała przekleństwa dwa, które napisałem również.

piątek, 21 listopada 2008

Wszystko się gdzieś powoli zaczyna.

Pierwsze pieniądze jakie dostałem za swoją sztukę pochodziły z rąk właściciela kawiarenki internetowej niedaleko stacji kolejowej i autobusowej. I może ktoś nie lubić autobusów, jednak stacja tam wciąż stoi. A było to tak:

Jeśli o czymś marzysz to się spełnia. Nie zawsze w taki sposób jakbyś chciał, nie zawsze wtedy kiedy byś chciał, ale jednak się spełnia. Czasem dlatego warto żyć. Tamtego bliżej niesprecyzowanego czasu, kiedy wszystko było świeże i nowe, kiedy zapach powietrza zatrzymywał cię w powietrzu a nowo poznani ludzie zdawali się mieć swoją niewidzialną aurę widoczną, właśnie wtedy wyobrażałem sobie, że ktoś pewnego dnia ot tak przypadkiem zobaczy moje rysunki i zaproponuje mi współpracę (pieniądze). Poszedłem wtedy do kawiarenki internetowej, wtedy kiedy o gg nie było jeszcze słychu, za to irc królował. Czy jak to się tam nazywało. Miałem ze sobą zupełnie przypadkiem swój pierwszy komiks zdaje się, czyli "Herr Zeba i Frau Hania: W poszukiwaniu tego, co sypie". Było to chyba w 1999r. Komiks żenada, ale mam go gdzieś w cyfrowej formię, więc wrzucę kiedyś na swoją stronę. Tak żeby całe trzy osoby, które się mną interesują mogły zobaczyć jak zaczynałem. Spaliłem ten komiks. Nienawidziłem tego, że rysunki są tak kiepskie i że jest amatorski. Więc poszedłem to lasu w pobliżu działek i podpaliłem go zapalniczką, żeby było dramatyczniej bardziej (Cierpienia Młodego Artysty) i wrzuciłem do rowu do którego ktoś podrzucał śmiecie. Na szczęście mój kolega Karol S. zeskanował go długo wcześniej. Wracając do opowieści opartej na faktach:

Zanim go spaliłem znalazłem się w kawiarence internetowej, która nie powinna nazywać się kawiarenką, bo nie sprzedawali tam kawy. Na komputerze położyłem komiks i wszedłem w sieć. Cały czas myśl kołatała mi się w głowie, że może go KTOŚ zauważy i powiem mi Ale ty ładnie rysujesz, Zenek! a ja powiem Ale ja nie jestem Zenek! i obaj zgodzimy się, że nieważne, bo ładnie rysuję. I tak się stało. Pomijając Zenka. Właściciel kawiarenki spytał, czy to ja narysowałem na co ja przytaknąłem. I już nie pamiętam czy on czy ja to zaproponował, ale wyszło na to, że narysuję dla niego duży plakat. Narysowałem więc bardzo duży plakat wielkości połowy drzwi. Przedstawiał laskę w samej bieliźnie z pędzlem w ręku. Wróciłem ze skończoną pracą i dostałem za nią 15 złotych. Byłem szczęśliwy. Kamil to pamięta, był wtedy ze mną.

Minęło mnóstwo czasu i zacząłem nękać właściciela Agencji Reklamowej "Nabu". Nękać to za dużo powiedziane. Poszedłem do niego raz z trzema rysunkami, z których jeden z nich to była moja wizja przyszłości, którą możesz zobaczyć TU, drugi to była jakaś twarz rozanielonej laski, a trzeciego rysunku już nie pamiętam (i tak dużo pamiętam). Adam (właściciel agencji), powiedział, że no to ładne, ale w tej chwili nie może mi dać żadnego zlecenia, gdyż nie ma takiego zapotrzebowania. Powiedziałem, że dobrze i że rozumiem uśmiechając się przy tym, jakby mi ktoś właśnie dał milion dolarów, a oczy świeciły mi się jak cała galaktyka. Adam powtórzył, że nic dla mnie nie ma, widząc tą twarz, która zdawała się mówić O dzięki Ci O'wielki za to, że jesteś! (ale tak na prawdę wcale tego nie mówiła). Ja odszedłem. Kilka tygodni później jakiś człowiek na poczcie zaczął się mi przyglądać. To był mężczyzna. Czując strach i zaniepokojenie pospiesznie wyszedłem z poczty, jednak dorwał mnie na zewnątrz. Okazało się, że to ten sam właściciel agencji reklamowej i powiedział, że będzie miał być może dla mnie zajęcie.

Od tamtej pory, a był to mniej więcej 2003 albo 2004, zacząłem pracować jako wolny strzelec. Narysowałem wiele, z czego 3 czy 4 pomysły przeszły i dostałem za nie pieniądze. Pod koniec zdaje się że dostałem 50 złotych za rysunek. To był szał prostego człowieka.

Wszystko to jakoś się skończyło a ja wyjechałem za granicę.

No i ostanie (do tej pory) pieniądze jakie dostałam za rysunki pochodziły z lokalnej gazety w mieście, w którym wciąż mieszkam. Publikowałem tam przez równe dwa lata komiks o hurlingu, dziwny pewnie dla Polaków sporcie, który jednak nie jest taki dziwny dla Irlandczyków, bo to ich życie. Na meczu nigdy nie byłem, sportem się nigdy nie interesowałem, ale to nie przeszkodziło mi w pisaniu co tydzień paska komiksowego na ten temat. Pierwsze 68 pasków, które przetłumaczyłem na Polski dostępne są TUTAJ. Zrobiłem ich o wiele więcej, tzn. ponad sto. Ostatecznie gazetę rozwiązano co bardzo mnie ucieszyło, bo miałem już trochę dość. Zamierzam przetłumaczyć kilka najśmieszniejszych pasków na Polski i dodać trochę informacji. To jednak trochę zajmie.

Tak więc jak widzicie, każdy gdzieś zaczyna. I zwykle nie jest to nic wielkiego. I zwykle trzeba czekać o wiele dłużej niż się marzyło, żeby do czegoś doszło. To jest jednak nie ważne, bo to wszystko to droga, którą musimy iść. I zmierza ona tylko ku jednemu: żeby się zrealizować.

czwartek, 20 listopada 2008

FILM: Domowy KRÓLICZEK.

Filmy to moja druga pasja. Pierwszą są komiksy. Kiedy widzę reklamę filmu przeważnie potrafię od razu stwierdzić czy da się go oglądać czy to szmira. Kiedy zobaczyłem reklamę "House Bunny" ucieszyłem się, bo w tytułowej roli zagrała Anna Faris, którą chyba każdy pamięta ze "Strasznego filmu" (tam była brunetką). Dla niej poszedłem do kina, bo jest cholernie zabawna i nie zawiodłem się.

Sebastian się nie zawiódł.

Komedie dzielą się na dwie grupy: na te śmieszne i na te nieśmieszne. Do nieśmiesznych można zaliczyć "Epic movie" i wszystkie jego pochodne. Filmy, które są przemiałem bodźców mających wywołać śmiech, takie komediowe parówki, którymi rzucają nas w twarz coraz mocniej i mocniej. Po takim seansie trudno mi się uśmiechać, w końcu ktoś mnie walił parówkami cały czas. Dobre komedie powinny być śmieszne. Wyczesane komedie powinny być przezabawne, że co chwila boki zrywasz. "Domowy króliczek" był dobrą komedią, ale nie bezustannie śmieszną, co tutaj nie jest minusem. Wszystko kupy się trzyma i film nie jest płytki i nie będę pisał o czym to jest, bo to najnudniejsze co można robić. Chyba, że dla pieniędzy. W każdym razie moja decyzja 4/5. Wszystko dzięki Annie Faris.

wtorek, 18 listopada 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: Autobus przyszłości.

Zamierzam skończyć "Krzyki wewnątrz" przed końcem tego miesiąca. Wszystkie 8 stron mam rozpoczęte. Kilka dni temu zacząłem stronę zdaje się 5tą, z którą miałem największe trudności. Dlaczego? Na stronie 5 bohaterka naszej opowieści, która wciąż nie ma imienia, dołuje się. Dołuje się bardzo z powodu okropnych głosów i istot, które ją prześladują. Z początku chciałem pokazać ją w wannie - duży rysunek na całą stronę. Woda kapiąca na nią, ona naga, w tle może wyraz jej czarnych myśli. Ale nie wiedziałem zbytnio jak to dobrze uchwycić. Narysowałem więc całą resztę paneli (mniej lub bardziej skończonych) odkładając to z czym miałem problem na koniec. W trakcie całego tego procesu już w dwóch filmach widziałem tytułowe bohaterki w dokładnie takiej samej sytuacji jak moja - z gulem w wannie. Nagie i smutne. Buu. "Strangers" czyli tym razem dobrze przetłumaczeni "Znieznajomi" z Liv Tyler - jeden z głupszych filmów w którym bohaterowie zachowują się jak ćwoki - Liv siedzi w wannie. "Oko" z Jessicą Albą (film o którym zdaje się wspomnę i w komiksie na konkurs narracją głównej bohaterki) strasznie tandetny film, również pokazało ją w wannie i to dokładnie w tym samym ujęciu i pozycji o której myślałem. I wtedy do mnie dotarło: TO JEST OGRANE. Nie ma nic prostszego niż wsiąść bohaterkę, rozebrać i wpakować do wanny. OCZYwiście w życiu ludzie tak postępują, dlatego przemysł filmowy tak bardzo to wykorzystuje latami. Ja jednak chcę być oryginalny. Tego wieczoru dałem sobie spokój i z nagością i z wanną (no nie do końca, bo kilka dni później narysowałem to co w poprzednim poście).

Tak więc zamiast szaleństwa łazienkowego rysuję przystanek autobusowy wysoko nad ziemią i podlatujący do niego autobus (czy już wspomniałem, że "Krzyki wewnątrz" osadzone są w przyszłości?). Pada (to będzie trudne do narysowania w czarno-białym świecie). Jedną z osób na przystanku jest Ona. Może ją rozpoznamy, może nie. To nieistotne tak długo jak widz odczyta/zauważy smutek i wyobcowanie w tym rysunku (to mój cel).

Autobus zacząłem i w trakcie, czyli po narysowaniu zarysu autobusu postanowiłem rozejrzeć się w sieci nie żeby zżynać pomysły innych, tylko żeby spojrzeć, czy ktoś przypadkiem już czegoś takiego jak ja nie wymyślił. Przy tej okazji natrafiłem na kilka interesujących zdjęć i faktów. Oto one:

INFO z 2006: Holendrzy wymyślają superbus który wygląda jak limuzyna i pędzi 155 mil na godzinę. Telefonem wystarczy wysłać sms-a żeby złapać autobus. INFO z 2007: Tu natomiast mamy The Capoco systems bezkierowcowy bus zaprojektowany, aby pozbyć się miłych zestresowanych spoconych panów kierowców. Używa mnóstwo elektroniki (nawigacja itp.) i też go można złapać komórką. Prototyp w tym roku. Czekam z ręką w nocniku.
A tu to nie wiem co, model robaka. Gdzie
No i kończąc w miejscu zwanym Curitiba mamy futurystyczne przystanki autobusowe gdzie płaci się za autobus nim wyjdziesz z przystanku. Sprytne. Mój przystanek będzie jednak wyglądał zwyczajniej, raczej. A że z geografii jestem do dupy sprawdziłem na wikipedii. Otóż Curitiba to stolica brazylijskiego stanu Paraná.

niedziela, 16 listopada 2008

piątek, 7 listopada 2008

Namiastka ukojenia.

Po tygodniu milczenia, co w świecie nałogowego OGGera równe jest z nie braniem kokainy przez miesiąc przez narkomana (tak Jack!), Sebastian powrócił do pisania. A zrobił tak, gdyż musiał wylać swoją żółć. Na początek wstęp od pewnego miłego pana:

Nazywam się Błąd. James Błąd. Znany też jako 007. Nie 006 czy 008, ale 007. I nie chodzi o mój IQ. Jestem agentem. Żyję już z 80 lat, ale wciąż wyglądam na późną 30stkę. Tak działa Hollywood. Mam też AIDS, ale jestem taki twardy, że nawet po mnie nie widać.

Ostatnia moja przygoda nosi tytuł "Namiastka ukojenia", a po angielsku "Quantum of Solace". Quantum to kwant, odrobina. Solace to pocieszenie, ukojenie. Pewnie nie brzmiałoby to wystarczająco twardo w Polsce, dlatego zostali przy oryginalnym tytule. Bo ja jestem Brytyjczykiem z krwi i kości. A kości mam twarde. Ostatnio sobie odpoczywam, miałem w końcu tyle przygód przez lata. Masa pięknych kobiet przewinęła mi się przez palce i nie tylko. Tzn., nie, nie mężczyzn do licha, nie o to mi chodzi. Albo kumasz bazę albo nie.

Nowy Błąd wymiata.. nudą. Bład to filmy akcji z mnóstwem pięknych kobiet. Sex idzie tu tak w parze z serią jak sex i horrory. No i mamy dwie piękne kobiety. Jedna z pewnością jest piękna: Ukrainka Olga Kurylenko, która mówi płynnie oprócz swojego narodowego języka również po francusku i angielsku. I co? I guzik: seksu jest tyle co we wtorkową noc depresyjnego kawalera z krzywym zgryzem. Jest jeden numerek, który się kończy zanim mamy okazję się zorientować, że coś było. Ale za to widzimy kobiece ramię po fakcie. Nawet nie kawałek nóżki. A ja lubię ładne nogi. (No co?). I samo to to już nóż w plecy jeżeli chodzi o Błąda. Za film wzięła się dwójka kolesi, którzy pracowali przy Tożsamości Bourne'a. I to widać, film stara się być jak seria o Bournie, tylko że gorzej. W ostatnim James (też) Bourne skakał po dachach i raz wyskoczył z wąskiego okna na przeciwny budynek. Tutaj nasz Błąd nie tylko to powtarza, on to robi ze trzy razy! Tak. Tak jakby skakanie przez wąskie okna do następnego budynku było łatwe i ich w tym ćwiczyli pierwszego dnia w Akademii Błąda.

Fabuła razi jak majonez na dżemie truskawkowym a ujęcia są żywce wyjęte znowu z Tożsamości. Taki sam sposób kadrowania. Np. na początku Błąd szybko ucieka w samochodzie we Włoszech, wjeżdża na budowę po drodze zrzucając jakiś inny wóz w dół. Robi koło i mija ten sam wóz, który wciąż spada, a on zdążył tak szybko skręcić w dół. To trzeba zobaczyć (żart). Przeciwko tej scenie nic nie mam, ale pokazana jest nijak.

No i Błąd bez gadgetów to też kicha. Przydałyby mu się kolce, co wypadają z tułu jak Batmanowi, żeby załatwić pościg. Gadgetów nie ma, Pierca Brosnana nie ma, ale wszędzie mnóstwo nowoczesnej technologii. M. ma wyczesany gabinet z trójwymiarowym hologramem (jak to nazwać), zamiast tradycyjnie laptopa. Jako że film wyprodukował gigant Sony gdzie nie spojżeć pojawia się napis VAIO. No, raz tylko widziałem szczerze, ale się uśmiałem. W duchu. Tak więc Błąd ma cudny telefon-przekaźnik-aparat, którym w nocy podczas koncertu w czarodziejski sposób robi zdjęcia ludziom oddalonym od niego o 50 czy 100 metrów i pstrykając fotki tylko karku wyjebany program od razu ustala tożsamość tych, którym zdjęcia robił. Wiem, że o to niby chodzi, że nowoczesna technologia.. bleugh! Rzygi. W gadgety Seana Connerego jakoś prościej mi uwierzyć.

Początek jak zawsze szybki, a potem robi się coraz nudniej. O fabule nie będę pisał, bo według mnie, nie ma żadnej. I jeszcze jedno. Błąd z Olgą lecą na spacer. Chcą zobaczyć skałki. Dobra? Na piaszczystym lądowisku w jakimś dziwnym miejscu jest wielki samolot i mały samolocik. Błąd wybiera większy. Po kiego? Gdyby ktoś ich zaatakował, nie daj boże, łatwiej byłoby się wymigać małym, zwinniejszym. Ale NIE. Wielkim klocem sobie lecą, oglądają skałki i kiedy robi się między nimi romantycznie NAGLE ktoś ich atakuje. Śmigłowiec (zdaje się, że widziałem tam śmigłowca), jakiś inny, MAŁY, SZYBKI i ZWINNY samolocik i coś tam jeszcze (albo i nie, tak to szybko z głowy wypada) atakują. Nie będę opisywał co się dzieje dalej, żeby nie zepsuć frajdy, której nie ma, ale pragnę zadać jedno retoryczne niekoniecznie pytanie: Czy nie prościej byłoby po prostu poczekać, aż Błąd wyląduje i wtedy się z nim rozprawić??? Może ktoś po prostu nie mógł się doczekać albo bali się, że nie zaczają gdzie będzie lądował.

RE:asumując: lubię dobre filmy akcji. Lubię po seansie wyjść z kina i nie wiedzieć, gdzie jestem. Uwielbiam. Błąd nie był dobrym filmem akcji, a po seansie wiedziałem gdzie jestem. Postacie były płytkie, gadały jak z filmu (nikt tak w rzeczywistości do siebie nie gada monosylabami, nawet agenci). W jednej scenie aż błagałem, żeby Błąd rzucił choć:

Błąd:
Ale bym so zjadł hamburgera, zdycham z głodu.

Olga (patrząc uwodzicielsko):
A może hotdoga? Nie ma to jak dobra, gorąca parówka.

Ludzie, nie idźcie na ten film. Obejrzyjcie lepiej na Wyspę Nim - może i dla dzieci, ale film jest ciekawy, płynny, wszystko się w nim trzyma kupy i z chęcią obejrzę go sobie jeszcze raz. Dwóch ostatnich Błądów już nie.

@templatesyard