maja 2008 - OGG

sobota, 31 maja 2008

ODRZUTY młodości.
Jak już to ze mną bezustannie bywa zaczynam mnóstwo rzeczy, ale zwykle kończę tylko jedną lub wcale. Oto różne opowiadania (z bujnego okresu dojrzewania i testowania nowych smaków herbat), które skończyły się na paru linijkach lub paragrafach. Świat bez nich wciąż żyje a tu możemy się z nich razem pośmiać. (Trzeba mieć dystans do siebie, inaczej czeka nas smuuutne życie:).

"Beata i Marcin" 10 sierpnia 2003:

Tego dnia padał deszcz.

Marcin i Beata spotykali się od paru tygodni. Przez większą część czasu pieprzyli się jak norki. Związki opierają się na różnych podstawach, ich opierał się na seksie, jeżeli w ogóle można nazwać to co ich łączyło związkiem.

Tego dnia kiedy padał deszcz i była środa zabierali się do rzeczy: Beata zaczęła mu zdejmować koszulkę całując się z nim.

- Czekaj – powiedział, gdy wyjął jej język ze swojego gardła – może porozmawiamy?

- Porozmawiajmy?!

"Para" 10 czerwca 2003

Tak więc siedziałem w domu i jadłem chleba. Chleb, masło, pomidor, to czerwone coś, wiecie co, jajka i majonez. To czerwone coś to rzodkiewka. Starałem się o niczym nie myśleć, ale nie mogłem. Niestety, wciąż znajdowałem jakąś rzecz, którą się dręczyłem. No i wiedziałem, że ona zaraz przyjdzie.

Ona. Właśnie. Mogłaby nie przychodzić w ogóle, nie obraziłbym się. Nawet bym się ucieszył. Ale! Była umówiona, przyjdzie. Kiedyś się cieszyłem, gdy przychodziła, kiedyś nie mogłem się jej doczekać. Kiedyś.

Kiedyś życie było inne, a szczęście mieszkało w moim sercu. Piękno zwykłego dnia dostarczało mi niezwykłych przeżyć, wszystko i nic na raz: podmuch wiatru, dzieci, plamy światła i cienia na trawie. A teraz dupa.


"Nowy dom" 1 listopada 2002:

?

Kiedy Angelika otworzyła oczy, w jej głowie pojawił się znak zapytania. Zamknęła je, odczekała dwie sekundy i ponownie otworzyła. Ale nic się nie zmieniło. A właściwie... to wszystko się zmieniło.

Miała przed sobą żółtą ścianę wraz z brązowymi drzwiami. Na lewo miała okno (obróciła głowę w lewo), przez które wdzierały się okruchy nowego dnia. Stamtąd też dolatywał ją monotonny szum fal. Po prawej (obróciła głowę w prawo), miała stolik nocny z budzikiem, dużą szafę przy ścianie i kilka innych mebli. Leżała pod ciepłą pierzyną w kwieciste wzorki. Ten normalny pokój nie miałby w sobie nic niezwykłego, ale to nie był jej pokój.

Jako z natury przezorna osoba, na razie postanowiła nic nie robić.

"Koniec świata" 20 listopada 2002:

Nadchodzący koniec świata tylko pogłębił depresję Johnnego i utwierdził go w przekonaniu, że życie nie warte jest funta kłaków. Czy się przejmował? Niezbyt. Szkoda mu było trochę swojego pieska Loksa, ale poza tym we wszystko wbijał.

I wtedy skończył się świat.

piątek, 30 maja 2008

ŻYCIE przed wygraniem w LOTTO.
Świat pełen kartonowych twarzy i uczuć zalanych uporczywym deszczem niezbyt zachęcał do wyjścia ze skorupy. Trzy drinki z ginem i tonikiem odprężały przeciążony umysł. Niespełnione obietnice wwiercały dodatkowe dziury w i tak już przypominającym szwajcarski ser mózg.

Gdzież jest ta ziemia obiecana, pełna zieleni, spokoju i ciepłych chmur na tle bezcennego błękitu? Czy istnieje tylko we snach bądź w transach? A uporne szare życie, które jak pijawka wysysa każdego dnia nadzieję i niewinność, czy ma ono zawsze tak wyglądać. I dlaczego jasne promyki szczęścia tak nas kojące bledną czasem lub gasną na zawsze?

Sens istnienia polegający na gromadzeniu doświadczeń, uczuć, przedmiotów, pieniędzy, wagi, na traceniu włosów, młodości, kolorów i kształtów.

Jest tu Wróg, na imię mu Leń. I jest jego legion. Towarzyszy mu chmara innych, nie warto ich wymieniać. Ciepły deszcz zmyje z nas wszystko. I zapomnimy.

W cyfrowym świecie z pomiętymi uczuciami, z żalem za wszystko.

Więcej żalu, kurwa.
WIEDŹMA: Więcej rysowania, mniej animowania.
Poszedłem dzisiaj wreszcie do Cartoon Saloon - studia filmów animowanych, w którym to już od prawie 3 lat marzy mi się pracować. Będzie musiało marzyć się dalej, gdyż najprędzej będą zatrudniali w 2009 z tego co mi powiedzieli.

Uzyskałem za to garść bardzo dobrych porad od Fabiana, animatora, który tam pracuje. Doradził mi, żebym jeśli mam czas (a w miarę mam), to żebym dorysował więcej rysunków zamiast bawić się w animowane elementy, bo jeśli już animować do dobrze i wszystko, a ja chciałem tylko kilka nielicznych rzeczy, które by kolidowały z nastrojem filmu. Tak więc jeżeli cokolwiek będę jednak animował, to jedynie chmury albo dym, co wtopi się w rysunki.

TAK też od dzisiaj nie nazywajmy mojego filmu na konkurs Paula Coelho filmem animowanym, tylko zwyczajnie: FILMEM.

Świetna darmowa porada, której nie znajdziesz w internecie, jestem bardzo wdzięczny. No i biorąc pod uwagę, że nie mam co liczyć na pracę tam w tym roku to nie mam pojęcia co też poczynię. Cokolwiek będzie, musi być dobrze.

czwartek, 29 maja 2008

WIEDŹMA: ODRZUTY: Znowu w życiu mi nie wyszło.
Dobry szkic ołówkowy
Zostać może spieprzony
Przez tuszowanie
I na nic to rysowanie.

Dobrze się jednak stało
Gdyż coś lepszego powstało
A odrzut znalazł tutaj miejsce swoje
Z rymowanką na poziomie Ich Troje.Niedoszły rysunek Pawła Podbielskiego, który miał otwierać film "animowany".

środa, 28 maja 2008

WIDEO: Kicz Nad Głomią 1999


Wkrótce dodam również krótki horror, który nakręciłem mając lat 13ście pt. "Mroczna ZEMSTA". Zrobiłbym to już dawno temu gdyby nie mój bardzo wolny internet. Tak w ogóle planuję zrobić DVD ze wszystkim co do tej pory narobiłem, ale o tym kiedy indziej.
KOMIKS: Batman NIE poddawał się jednak.
CZĘŚĆ PIERWSZA: Komiksowe rozterki.
Jest tyle świetnych komiksów: „V jak Vendetta”, „Watchmen”, „Maus”, „From Hell” (Alan, stary dobry pryk) czy też „Persepolis”, które niedawno nabyłem w wydaniu zbiorczym, tzn. obie części. Jeśli chcesz mieć dostęp do dobrych, aktualnych tytułów, to najlepiej znać choć angielski, nie trzeba wtedy czekać na drogie polskie wydania z bóg wie jakim przekładem i jakością.

Nie ma nic przyjemniejszego dla wielbiciela komiksów, a tym bardziej artysty komiksowego niż natrafianie na wybitne dzieła, którymi dla mnie są właśnie w.w. tytuły. A ten cały Batman?

T-M Semic, który wprowadził mnóstwo pozycji Marvelowskich i DC’oskich w latach 90tych na naszym rynku wprowadził nas w świat Batmana. Zdarzały się świetne historie, jak „Batman Venom” – historia uzależnionego od tablet Mrocznego Mściciela, czy Batman w czerni i bieli, kompilacja najsławniejszych artystów i ich krótkich form komiksowych. Ale poza tym większość historii nadaje się na gnój. No bo ile można w kółko robić to samo? Ameryka to maszynka do zarabiania pieniędzy, a podstawowy fan komiksów w sklepie wyrafinowanym to młody szczyl lub starszy wyjadaka z bródką, plecakiem i ubraniu w kolorach z Wietnamu. Dlaczego komiksy są wciąż traktowane nijak, a jeśli już to jako niższa forma sztuki? Gdyż takie było zapotrzebowanie, na krótkie proste wciągające historie, które umilą nam czas w tramwaju. I Ameryka wraz z ich dumnymi Amerykanami stworzyła to, czego ludzie chcieli. Większość sklepów komiksowych jest zalana amerykańskimi produkcjami polanymi na wierzchu mangą. Gdy spytasz o komiksy europejskie, to albo spojrzą na ciebie pustym wzrokiem, albo wskażą mały ciemny kącik z kilkoma pozycjami w którym oczywiście będzie i Asterix.

Jeśli mieszkasz w Polsce, lubisz komiksy i masz bogatą babcię, to możesz zaszaleć, gdyż jest dostęp do wielu świetnych światowych pozycji. Nie to co w kraju Człowieka – pająka.

CZĘŚĆ DRUGA: Faktyczna recenzja.

Po tym wstępie, które zeżre z pół całego tekstu rozumiecie chyba jakim zaskoczeniem było dla mnie natrafienie na Batmana, którego odkryłem, że chce mi się czytać. Wydane w TPB pod koniec 2007 „Batman Wampir” zbiera trzy przygody z multiuniwersum w którym to znane postacie schodzą na psy lub na inne drogi. Wydane kolejno w latach ’91, ’94 oraz ’99 pojedyncze historie łączą się w chronologiczną całość i pokazują przemianę Mrocznego Rycerza w istotę z kłami.

„Batman i Drakula: Czerwony Deszcz” jak sama nazwa wskazuje, przedstawia walkę z najsławniejszym wampirem wszechczasów stworzonym przez irlandzkiego pisarza. Jest tu dużo krwi i dużych cycków (w całym komiksie jest tego mnóstwo, a może i więcej). Pod sam koniec walki Batman zostaje dziabnięty, co przemienia jego dietę z warzywek na ludzką krew.

„Burza Krwi” – Oczywiście nasz legendarny bohater jest pozytywny i nie chce pić tej krwi, więc kombinuje z serum i szczurami. Do tego zjawia się Joker, który postanawia zostać szefem hordy wampirów i wycisnąć z nich ostatnie poty, aby tylko zgarnąć dużo kasy. Rodzi się Kobieta Kot, tylko trochę inna z filmu Tima Burtona, gdyż jest to Kobieta Kot Wilkołak, czy też, jeśli wolicie, Kotołak. Kotołak razem z Batmanem chodzą na randki i wspierają się wzajemnie w tym popapranym świecie. Do czasu…
„Karmazynowa mgła”. Zapomniałem wspomnieć, że pod koniec drugiej części Batman ginie od kołka w klatę. W rzeczywistości jednak tylko usypia. Miasto pozbawione go zaczyna szaleć, Dwie Twarze, Trujący Bluszcz, Strach na Wróble i wiele innych morduje i pastwi się na niewinnych obywatelach, więc nie ma wyjścia. Trzeba wyciągnąć Bruca z drzemki. Tu metamorfoza sięga zenitu i nad miastem lata już nie człowiek w pelerynie, lecz prawdziwy nietoperz ze skrzydłami.

To tyle jeśli chodzi o fabułę. Nie chciałem zdradzać za dużo, ale nie miałem wyjścia aby opowiedzieć o tych trzech częściach. Komiks narysowany jest dobrze, ale Batman narysowany jest fantastycznie. Był to jeden z powodów dla których kupiłem komiks. Często wygląda zbyt lalkowato w innych historiach, zbyt cukrowato lub po prostu drętwo, a tu wygląda tak jak należy. Co mnie tylko boli to zbyt dużo przewalających się przez cały komiks, dziecinnych dużych wyrazów dźwiękonaśladowczych, typu: fruuu! Trach! Bam! Aaałłaa! Skrzyyyyp! Itd. Dlatego bardzo lubię „Kaznodzieję” czy „Baśnie”. W tych ostatnich to chyba w ogóle nie ma takiego badziewia. Budynki i inne tła przypominają mi bardzo styl Kevina O’Neilla z „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, choć nie on za tym stoi. Scenariusz napisał Doug Moench, ołówki Kelley Jones, a Ink John Beatty oraz Malcolm Jones III. Scenarzysta skakał po różnych wydawnictwach tworząc historie ze znanymi nam bohaterami, jak podaje wikipedia, ale nie doczekał się niczego specjalnego, jak np. kultu ludzi z zapalniczkami i jego nazwiskiem na ich T-shirtach.

Reasumując jest w tym komiksie więcej krwi i akcji niż w żałosnym filmie „30 dni i nocy” czy jak on się tam nazywa. Jeśli więc masz ochotę na trochę rozrywki w niedzielne popołudnie, jest to pozycja dla ciebie.

Rysunki Copyright DC COMICS.
Batman: Vampire
Ok. 290 stron
Kreda.
Data wydania w USA: grudzień 2007

PS. Teks ten napisałem do portalu komiksowego, ale nie opublikowali, więc wrzucam go tu, żeby moja 2 godzinna bezinteresowna praca nie poszła na marne.

niedziela, 25 maja 2008

Powieściopisarstwo. MOI ?
Kończą mi się pomysły na dobre tytuły do OGGa. Ale to dlatego, że jestem zmęczony (wmawiał sobie).

Nigdy nie będę sławnym pisarzem. Mam fajne pomysły, lubię je, świetnie sprawdzają się w moich powstających z prędkością ewolucji ludzkiej komiksach czy filmach. Ale pisanie książek to nie dla mnie. Przede wszystkim popełniam mnóstwo błędów stylistycznych i gramatycznych. A to nie ujdzie. Poza tym jestem trywialny i lubię wymyślać składnie, które nie istnieją. Mi się podobają. Wydawcy wrzuciliby to do śmietnika. Nie żebym miał wielką potrzebę pisania książek. Wiem na czym stoję.

Na wątpliwym zielonym gruncie sfajtolonej psychiki chylącej czoła bajkom Disneya.

Z dialogiem nie miałbym większego problemu, ale to całe wkładanie postaci w ich życie, pracę, tworzenie tego wszystkiego to pewnie świetna zabawa, ale dla mnie męka. Ktoś powiedział kiedyś: nie pisz o czymś, o czy nie masz bladego pojęcia. Brawo. Jednak moją największą trudnością są opisy. Opisy czegokolwiek. Weź opisz dzień, pogodę, budynek czy cokolwiek w prawdziwie artystyczny sposób. Żeby pisać trzeba mieć talent do opowiadania.

Moje młodzieńcze pisarskie próby cofają się do szkoły podstawowej, kiedy to "tworzyłem" krótkie opowiadania, w których przeważały dialogi. Pierwszym poważniejszym wyczynem było opowiadnie "Z relacji sąsiadek", które spłodziłem raz w ciągu dwóch godzin czekając na jakiś film w TV. Było ono o reinkarnacji. Było ono dziwne, ale miało w sobie coś. Wysłałem je do magazynu literackiego "Akant", zdaje się z Bydgoszczy czy skądś tam. Przed gwiazdką dostałem kopertę z odpowiedzią, na małej kartce, odręcznym, pospiesznym pismem redaktor napisał, żebym zapalił świeczkę i zatańczył na golasa wyjąc do księżyca, bo opublikują. (W ostatnim zdaniu tylko końcówka, że opublikują, to prawda, tak dla jasności). Zadowolony jak byk poinformowałem rodzinę, sąsiadów, babcie i panią ze sklepu. Jednak nigdy nie opublikowali. Chamy. Zły, trzy czy cztery lata później napisałem do nich, postawiłem się i napisałem, że hej, tak nie wolno! Wpierw się dziecku pokazuje lizaka, mami, a potem samemu go zjada. Mój email doczekał się odzewu: wyślijta opowiadanie raz jeszcze, to zoboczym. W jakimś tam stopniu dopiąłem swego, tylko przegapiłem jeden mały fakt, że nie miałem przy sobie tego opowiadania. Zostało w innym kraju. Nauczyłem się jednak, że przyciskanie odnosi skutki.

No i potem był oczywiście pierwszy rozdział "Nie pozwól, by słońce zaszło nade mną". Horror o wampirach. Główny motyw historii do dziś mi się podoba i w przyszłości wykorzystam go do jednego z moich komiksów, ale o tym kiedy indziej. Problem w tym, że jeśli za dużo kogoś czytam, to potem, gdy próbuję napisać coś własnego, to odnajduję się papugując styl swojego ulubionego autora. Pewnie inni też tak mają. Tak było z tym. A! - tytuł jest zastrzeżony, więc wara!

No i to by było na tyle. Ostatni, niekomiksowy, acz opowiadaniowy przejaw twórczości nabazgrałem coś w okolicach 2004 roku. Jak ten czas sunie? Jak na saniach.
Wiedźma:
Pozyskawszy dwa miesiące ekstra na skończenie swojego filmu zacząłem snuć cudowne plany o szczęściu po drugiej strony tęczy: że porobię mnóstwo animowanych sekwencji, że dopieszczę ten 13 minutowy film do perfekcji i z dumą wyślę go na konkurs.

Coś mi się jednak zdaje, że to nie nastąpi. Ilekroć robię coś dużego dopadają mnie wątpliwości. Dotychczas moim największym osiągnięciem jest nakręcenie "Ponad Wszystko", filmu, który zajął mi 9 miesięcy. Podczas prac ze trzy razy byłem gotowy rzucić wszystko w cholerę, gdyż miałem dość, wydawało mi się, że zmierzam donikąd. Na szczęście dzięki życzliwym słowom ("Skończ ten film kurdę, albo Ci łeb ukręcę!") wysiłek nie poszedł na marne. Siedzenie wtedy, w 2004 w nowym złotowskim kinie z tą rzeszą ludzi, która przyszła, żeby obejrzeć nasz wysiłek, stało się jednym z moich najmilszych doświadczeń. Od tamtego czasu nie doświadczyłem niczego podobnego, ale wiem, że wcześniej czy później życie zatacza kolejne koło i znowu spotka mnie coś podobnego.

No i wracając do wiedźmy. Skończę ją. Wyślę. I wygram. Mam tylko duży problem ze swoim gniewem. Ostatnio szczególnie często szlag mnie trafia z różnych powodów, nie dość, że zbyt często, to na dodatek długo trzyma. A jak jestem zły, to nic mi nie wychodzi (z rysowania). Muszę więc sobie odpuścić, nauczyć się jakoś radzić z gniewem, bo jeśli będę mu pozwalał sobą rządzić, to nici z moich planów.

Póki co narysuję pozostałe rysunki, zmontuję to najprościej jak potrafię, tzn. z najlepszą możliwą oszczędnością czasu i wyślę. Jeśli natomiast zostanie mi jeszcze trochę czasu to mogę ewentualnie tu i ówdzie popoprawiać. Najważniejsze, to zajmować się jednym problemem na raz, nie wszystkimi na raz. (O czym wciąż zapominam).

Dzisiaj, chciałem zrobić tyle rzeczy że ho, ho! A kichę zrobiłem. Na siłę nic nie wychodzi.

niedziela, 18 maja 2008

Dziwactwa: Pobudka, kochasiu!
A! tak, miało być o dziwactwach.

W szkole średniej wyrobiłem sobie pewien zwyczaj. Ilekroć nie przygotowałem się na następną lekcję z historii czy czego tam, ale głównie historii, to wstawałem wcześniej rano, żeby się nauczyć tematu aby podczas odpytywania nie dostać pały. Moja wieża Aiwa, którą dostałem od brata z USA wiele lat temu, wyrywała mnie gwałtownie ze snu z utworem który nastawiłem bardzo głośno noc wcześniej. Była czasami 5ta, a czasem 6ta rano. Zaspany dźwigałem się z łóżka i zaczynałem się uczyć. Byłem nastolatkiem i miałem bardzo dużo energii, żeby temu podołać. To niesamowite, jak tylko kilka lat zmienia wszystko.

Teraz z wykształceniem, które ze mną nie ma nic wspólnego "technik handlowiec, ocena mierna" nie muszę już się męczyć, żeby wstawać do szkoły, ale póki co, muszę wstawać do pracy. I tak nastawiam sobie zegar na 6tą albo 7mą albo 7.30h. Telefon budzi mnie. Ja go biorę na "loop", czyli że znowu będzie dzwonił za 9 minut, i tak w kółko, aż nastaje godzina, że naprawdę muszę wstać.

To bardzo głupi zwyczaj. Muszę albo naprawdę wstawać tak wcześnie jak go sobie nastawiam, albo nastawiać na jakąś realną porę. Zmienię to. Jutro.

PS. Co dla mnie zawsze pozostaje tajemnicą, to ludzie w filmach, którzy wstają od razu jak ktoś ich budzi, czy to budzik czy telefon czy ktoś. I to bardzo często bez żadnego śladu zaspania ani zmęczenia. Czy ktoś tak naprawdę potrafi? Mi zajmuje zwykle koło 5/10 minut, żeby się dźwignąć z łóżka.
Rok 2063 tuż za ROGIEM.
Kiedy miałem naście lat mój mózg burzliwie przetwarzał rzeczywistość. Natrafiłem na wielki jak menhir Obeliksa problem przy tworzeniu: nie mogłem wymyślić żadnej oryginalnej historii. Wszystko zdawało się być już wcześniej wymyślone przez kogoś tam, więc po co się trudzić? Wtedy uświadomiłem sobie, że może i będę pisał o czymś, o czymś ktoś już tam dawno pisał, ale będzie to z mojej perspektywy, moimi oczami, a tego nikt jeszcze nie zrobił, bo tylko ja jestem sobą.

"Nie martw się. Tysiące lat temu, Salomon napisał następujące słowa: "To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem." (Koh 1,9)

Innymi słowy: jeśli tysiące lat temu nie było niczego nowego, pomyślcie sobie o dniu dzisiejszym!
Nasze uczucie szczęścia i cierpienia są wciąż takie same i nie powinniśmy ich ukrywać. Nawet jeśli nic nowego nie ma pod słońcem, wciąż pozostaje potrzeba, by przetłumaczyć to samemu sobie i swojemu pokoleniu.

Jorge Luis Borges powiedział kiedyś, że są tylko cztery rodzaje opowiadań, jakie można stworzyć:

a) opowieść o miłości dwojga ludzi

b) opowieść o miłości trojga ludzi

c) opowiadanie o walce o władzę

d) opowiadanie podróżnicze."

Dwa powyższe cytaty zostały przytocznone z kwietniowego newslettera Paula Coelho, możesz go sobie czytać po polsku i zachwycać się nim (tak jak ja) TUTAJ.


Cały sens bycia człowiekiem (tu już dalszy ciąg moich własnych opinii, nie Paula:) polega w głównej mierze na dzieleniu się. Ilekroć jesteśmy szczęśliwi, osiągniemy coś, nasz pierwszy (lub drugi) odruch, to powiedzenie o tym komuś, podzielenie się szczęściem. Gdybym wygrał konkurs (główny punkt zaczepny Sebastiana, jako że póki co nie zna innych sposobów na osiągnięcie swoich celów) to wpierw bym się bardzo bardzo ucieszył i zaraz chciałbym o tym powiadomić wszystkich. I byłoby smutne, gdyby tam nikogo nie było.

Dlatego rysuję komiksy. Chcę się podzielić swoimi doświadczeniami, spostrzeżeniami, dać część siebie innym, ukrócić cierpienia innych choć na chwilę. Taki mam cel. A najlepiej odnajduję się w komiksach i filmach. TAaa, nie mam edukacji w tym zakresie, ale kurde, mam smykałkę do tego. Jeśli spytasz mnie dziś, o czym marzę, odpowiem, że chcę pierwszą połowę swojego życia (które pozostało) poświęcić rysowaniu komiksów, które zostaną na zawsze z jego czytelnikami (z powodu swoich niesamowitych walorów, które dostarczy moje jestestwo oraz talent i charyzma), a drugą połowę na kręceniu filmów. Lubię sobie marzyć o tym, że moi starzy koledzy szkolni czy też podwórkowi, pewnego dnia widzą przed oczyma wysokobudżetowymi amerykański film wyreżyserowany przeze mnie. Heh.

Marzenia są po to, żeby do nich dążyć, żeby je spełnić. Ale trzeba mieć odwagę.

Kiedy jesteś mały, chcesz byś starszy, kiedy jesteś starszy ze strachem spoglądasz na kolejne urodziny, które zbliżają cię nieuchronnie do trumny. Ale przecież każda minuta zbiża nas do grobu. Pytanie: co z tym zrobimy?

W październiku skończę 25 lat. To ćwierć wieku. Urodziłem się 9 października 1983. Powiedzmy, że dożyję do 80tki, dobra? To znaczy, że umrę w 2063 (hipotetycznie). Teraz mamy 2008. Patrząc na to tak kalendarzowo, to naprawdę mało czasu zostało.
Te PLANY.
Plan:
1. Do końca maja mieć wszystkie rysunki do filmu skończone.
2. Przed końcem czerwca zedytować wszystko ładnie i pięknie z bitą śmietaną na wierzchu i wysłać na konkurs.
3. Lipiec z porywem do sierpnia: Narysować nową 8 stronicową propozycję na konkurs Zuda i wysłać.
4. Pomiędzy tym wszystkim: rysować dalej przygody "Herr Zeby: Alkholizmu" oraz "Mordercze przygody Ramireza i Kristosa". Ażeby w przyszłości wydać to w albumach. (Jeśli będzie wystarczająco dobre).
5. Znaleźć pokojówkę, osobistego kucharza i tłumacza/czkę, co by mi tego OGGa na angielski tłumaczyli, żebym nie musiał się męczyć. Tylko ten punkt musi poczekać, aż będę bogaty. Bogaty jak świnia. I będę się tarzał. I śmiał. I pił na śniadanie szampana. Prawdziwego.

sobota, 17 maja 2008

DZIŚ.
Obudziwszy się dzisiaj, 17 maja roku pańskiego 2008, Sebastian pomyślał, że to będzie świetny dzień. Było po 7dmej rano. Wkrótce potem świadomość ponownego, niemalże etnego już rzucania papierosów wspierana niewielką siłą woli, ale większym bólem gardła zadała ciosa myśli, o pięknym dniu.

Dzisiaj budzimy się starzy i pomarszczeni, z całym bagażem uczuć i doświadczeń. Z żalem za utraconą młodością i dorosłością. Sapiąc i stękając przy każdym ruchu.

Dzisiaj budzimy się młodzi i wybiegamy w pole, aby się bawić. Jesteśmy beztroscy, a więc wolni. Nie ma przeszłości, nie ma przyszłości. Jest dziś.

Czas jest względny. Krótko-długi. Wiedział, że będzie mu tęskno do dziś za wiele wiele lat. Jednak te wiele wiele lat jeszcze na szczęście nie nastąpiło. Dobrze jest być uwięzionym w tej chwili, gdyż w niej jesteśmy, a będąc w niej możemy coś z nią zrobić. Za te wiele wiele lat też będziemy więźniami tej chwili, ale nie fizycznie, tylko już psychicznie. Dół.

Przestał więc klepać w klawiaturę i usiadł przy biurku przed białą kartką papieru. Czas stworzyć historię.

środa, 14 maja 2008

Ludzie i PARAPETY: Mięśniak nie wymięka.
Muskularny palacz faj, który nawet zimą speceruje w podkoszulku i lekkiej kurtce z białym puszystym psem powraca w dzisiejszym poście.

Zacznę z grubej rury: przede wszyskim okazuje się, że jest to pedofil i siedział za to w więzieniu przez jakiś czas. Swojego psa wykorzystuje ponoć żeby zwabiać dzieciaki. Chyba nie chcę się więcej zgłębiać w jego historię.

W każdym razie kilka tygodni temu idę wieczorową porą do sklepu, ciemno wszędzie. Na ławce po przeciwnej stronie ulicy kto leży na plecach? On. W białym podkoszulku. Nieopodal pies. Wracając ze sklepu wciąż tam był, ale wstał tym razem i rozmawiał ze swoimi ziomami. Ludźmi. Chyba.

Przed wczoraj idę wykorzystując swoje nogi, patrzę, a tam oprócz białego pięknego dnia również i on: MuPaF (Muskularny Palacz Faj). I co robi? Stoi tuż przed wejściem do banku. W piłce ma ręce. (A w rękach piłkę). I odbija ją sobie od ściany tuż nad wejściem do banku. Raz. Drugi. Tak sporadycznie. Ten koleś ma jakieś 50 albo i więcej lat psia krew. No może mniej, ale coś koło tego. Gar ma zryty.

Gdy go mijam, to nie spoglądam mu w oczy. Jeszcze bym ujrzał pustą studnię i wpadł. Nie wiem czy jeszcze coś głupszego poza drzemaniem na ławce i rzucaniem piłką wymyśli, ale jeśli tak, to dam znać. Chyba, że mi się ten temat znudzi. Mupaf spędza całe dni w mieście, tak jakby w nim żył, na jego ulicach. Ciekawe czy ma dom.

niedziela, 11 maja 2008

Otwórzcie szampana i podajcie frytki! Kreatywny PROCES.
Tej cudownej nocy pozbawionej biesiady oraz anielskich głosów zza światów przyszedł do mnie email wydłużający. Paulo Coelho z powodu próśb uczestników konkursu wydłużył termin nadsyłania prac z 31 maja do 25 lipca 2008 !!! Co oznacza, że mogę sobie spokojnie skończyć i się nie stresować. Ach, szczęście.

A powodów do stresu nie brakuje. Narysować to wszystko nie jest łatwo, gdyż nie zadowalam się takimi wymiocinami jak np. to:Miało to być piękne drzewo. Nawet mi się na początku podobało, ale cały koncept tej sceny na szczęście szlag trafił i przerysowałem od nowa.
Oto pierwszy rzut okiem w Athenę, który publikuję publicznie. Jak widać ma czarne włosy. Jednak jest o wiele piękniejsza niż ta maszkara tu. No, może i nie maszkara, ale to zwykły rysunek, który wcale mi się nie podoba. Do kosza. Przerysowałem i jest o wiele leepiej.
A to to już szkoda gadać i pisać. Pomysł wydawał mi się fajny (bez wchodzenia w szczegóły), gdyż było to coś ode mnie w jego historii, ale nie chciało się dać narysować no nawet dobrze. Ze zmęczenia psychiczne czasami mi takie paskudy wychodzą. Ten tu z Pawłem na stole to jakbym się cofnął w rozwoju. Niektórzy jednak artyści z czegoś takiego by się cieszyli, dacie wiarę? I nawet by to w PL wydali w albumie. Uuu... Samo krytyka, do cholery, gdzieś się schowała, Samokrytyko?!

Czasami coś pięknie wychodzi za pierwszym razem, ale niezbyt często. Przeważnie jest to ciągnące się nieraz po kilka godzin szkicowanie jednej twarzy lub osoby lub miejsca, aby uczynić je perfekcyjnym, lub blisko perfekcji. A newet jeśli nie perfekcyjnie, to choć żeby to miało ręce i nogi. To jest mimo utrudnień alkoholika najprzyjemniejsza część pracy. Potem trzeba to zeskanować, oczyścić, wyrównać poziomy (bo po gumkowaniu robi się nieprzyzwoicie wyblakłe) no i pozmiejszać, dopieścić, pogłaskać, dać kość, ale nie wyprowadzić na spacer. To też jeszcze uchodzi. Następnie edycja w dwóch programach, których używam przemiennie. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, czego od dawna nie cierpię i mam nadzieję, że w przyszłości ktoś będzie robił za mnie: czyli wyszpachlowanie tego całego cholerstwa tak, żeby nie tylko miało i - wspomniane przed chwilą - ręce i nogi, ale żeby też wyglądało jak piękny młodzieniec, a nie zakapiorony żul z Arizoną pod pachą. I to jest dopiero mój gul! Kwestie techniczne: żeby nie było pikselozy, żeby było PŁYNNIE i żeby to się kupy trzymało. Niestety tej poprzeczki jeszcze nie zdołałem przeskoczyć, ale gdzie wola tam i sposób, więc nie zamarwiam się tym zbytnio, bo wiem, że ostatecznie dopnę swego i będzie to nawet wyglądało. Później kolejny ból, którym nie powinienem też za wczasu się przejmować: wyeksportować ten cały 13 minutowy projekt w pięknym płynnym i żwawym formacie, który będzie miał perfekcyjną jakość DVD i który będzie można wrzucić na youtube, aby mógł wziąść udział w konkursie.

Jeśli więc leziesz sobie, włóczysz się lub i nawet szwędasz po brudnych rynsztokach lub ceglanych drogach lub wyzutych dywanach w podrzędnych miejscach lub wspaniałych rozświetlonych neonami lokalach z muzyką saksofonu w tle i zastanawiasz się, hmm.. ciekawe o czym teraz myśli Sebastian Jaster? - No to masz powyżej wyczerpującą przez jakiś najbliższy czas odpowiedź. Z bogiem.

Alleluja.

piątek, 9 maja 2008

"Pokręcone i JĘDRNE"

Na szczęście lepiej rysuję niż piszę wiersze. Nigdy nie było mi dane być wielkim wierszopisarzem i wcale nie żałuję, gdyż są lepsi ode mnie i świat na nich czeka. Tak czy siak moje stare przejawy tejże twórczości są dobrym zapisem mojej świadomości, a jeśli ich tutaj nie zamieszczę, to przecież tak, jakby one nigdy nie istniały.
Herr ZEBA: Prześladowczyni.
Pośród wielu nieskończonych acz zaczętych przygód z moim alter ego Herr Zebą jest krótka historia, której pierwsze dwie strony narysowałem szybko (w miarę) na papierze kserograficznym A4 w roku 2004, a czas tak szybko gna, że to już kurde 4 lata minęły. W całej swojej naiwności nie tylko planuję pokolorować te dwie pierwsze strony, ale nawet i dorysować resztę, a może i całość, powiedzmy krótki 8-stronnicowy komiks. Czy to się stanie? Oto jest pytanie.

Póki co oto te dwie strony, w tym pierwsza, którą jak widzicie zaczęłem kolorować. Rysunki są takie sobie, teraz jestem o wiele lepszy. Jednak wciąż jest to i tak o niebo lepszejsze od niektórych badziewi, które wydają w Polsce:)

wtorek, 6 maja 2008

Odpowiednie zgranie w CZASIE.
Tak więc siedzę nad tym swoim krótkim filmem który zżera mnóstwo czasu i życia (ale warto!) i znowu powraca do mnie ta nowa prawda, której dopiero nauczyłem się stosunkowo niedawno. O ile nie skręcasz półek w sklepie bądź nie obsługujesz niższej człowieczej rasy obrzucającej cię bezustannie błotem za swoje własne życiowe niepowodzenia (kogoś trzeba winić), to bycie artystą może dać się we znaki.

Po kilku miesiącach rysowania, a ostatnio i montowania zawiesiłem się całkiem nieźle nabierająć wyrazisty wstręt do tego, co robię. Nie mogłem się za to wziąść, mimo, że bardzo chciałem. Dodatkowo regularne myśli, że po kiego mi to, lepiej rzucić wszystko w cholerę. Oczywiście jest mi to BARDZO po kiego i jeślibym rzucenie tego w cholerę z płaszczyzny myśli wcielił w czyn, to byłbym tylko kolejnym życiowym nieudacznikiem. Jedak nawet jeśli bardzo czegoś się chce, to na wszystko jest czas i miejsce, i czasami, gdy nic nie wychodzi, to znak, żeby sobie trochę odpocząć, a nawet bardzo. I tego też się trzymam.

Wracając do "na wszystko jest czas i miejsce" - świat kieruje się jakimś niewidzialnym systemem. Część ludzi ginie, część pozostaje, nigdy nie wiadomo dlaczego akurat ci, a nie inni. Większa część która pozostaje zachowuje się, jakby już dawno zginęła. W każdym razie.. niektóre rzeczy w naszym życiu, rzeczy których nie wiem jak bardzo byśmy chcieli, nie mogą się wydarzyć póki nie nastanie odpowiedni czas i miejsce. Nie będę tego tłumaczył więcej, jeśli wiesz o czym ja mówię, to wiesz.
Obiecanki CACANKI.
Dlaczegóż lubię powiedzenia? Gdyż (wciąż to gdyż) w kilku słowach wyrażają działanie "skomplikowanej" ludzkiej psychiki. I napisałem w cudzysłowiu, bo równie dobrze można by rzec: popapranej.

Ilekroć na czymś mi zależy obiecuję sobie niestworzone rzeczy których nigdy nie dotrzymuję. Zwykle te z cyklu: będę dobrym obywatelem nie nadużywającym używek i pomagającym babciom z zakupami a mamom z wózkami na krętych schodach.

Nie dotrzymuję, ale bardzo poważnie składam obietnice. Sumiennie, całym moim sercem.

sobota, 3 maja 2008

Tylko NOCE tak nieprzytomne są.
Rozejrzał się wokół. Powracające łóżko gromadziło coraz więcej niepoukładanych ubrań. Starając się nie garbić wpatrywał się w bardzo jasny monitor i przestawiał mnóstwo kwadracików i okienek wyborażając sobie, że jest kimś innym kto nie ma pojęcia co on robi. Miętowa herbata z miodem stała po lewej od komputera wyjątkowo tej nocy z miodem, jako że choróbsko czaiło się za rogiem z granatami i brakiem skrupułów.

Myślał bezustannie, w kółko to samo. Takie to męczące, ale póki co nie potrafił tego zmienić. Myślał o tym, że bardzo by chciał napisać w swoim OGGu o nowej płycie którą kupił dorzucając do tego pikantną historię z cmentarza, że chciałby napisać trochę o tym co ostatnio przeczytał w newsletterze Paula Coelho i odnieść to do jego własnych przemyśleń. Chciał napisać, że jest zmęczony, tak bardzo ostatnio i że ma nadzieję, że to tylko przejściowe. Chciał napisać, oczywiście nie dosłownie, ale dać do zrozumienia, jaki jest zajebiście mądry i jakież to niezmiernie ciekawe myśli kłębią się w jego głowie. Lecz po prostu nie mógł.

Czasami jest tak trudno być tu. W tej chwili. A on wiedział, że musi tu być i że właśnie w tej chwili, żeby nic mu nie umknęło. Gdzieś tam we wnętrzu chyba jednak się cieszył. I śmiał. Bo wiedział, że życie to wielki żart.

czwartek, 1 maja 2008

NIEKTÓRZY chyba rodzą się przegrani..
Małgocha opuściła dom
Nie zauważył tego nikt
Bo w kuchni zostawiony list
Ze stołu spadł przez wiatr
W tym liście było no to pa
Co złego to nie ja tak będzie lżej
O gębę do karmienia mniej

Niektórzy chyba rodzą się przegrani
Dlatego nigdzie miejsca nie ma dla nich
Choć może gdyby byli tacy sami jak wy
Nie schodziliby na psy

I co i co i co co teraz będzie z nią
I co i co i co co teraz będzie z nią

Tu biuro ludzi zagubionych
Na wszystkie cztery świata strony
Ogłasza się szukajcie jej
Bo czasu mniej i mniej i mniej
I jeśli nie odnajdzie się
To samo co i z nią stanie się z tobą
Mną i z całym światem popieprzonym
Gdzie tylu ludzi rodzi się przegranych
Dlatego nigdzie miejsca nie ma dla nich
Choć może gdyby byli tacy sami jak wy
Nie schodziliby na psy

Niektórzy chyba rodzą się przegrani…

To jedna z moich ulubionych piosenek. Zawsze daje mi kopa w dupę, gdy słyszę słowa o przegranych to automatycznie myślę sobie: o nie, nie ja!

No bo spójrzmy prawdzie w oczy: ile to razy dopada nas dół. myślimy, że jesteśmy nic nie warci, a nasze marzenia na śmietnik? Ja tak mam (zdarza się, gdy deszcz krzywo pada). No i w ten sposób nigdzie nie dojdziemy. Zadajmy sobie wtedy twardo to pytanie: Czy my urodziliśmy się przegrani? NIE do cholery, pewnie, że nie! To po cholerę biadolę, że mi rysunek nie wyszedł? Tu cię mam.

PS. Tak ją lubię, że nawet przepisałem słowa (no kopiuj-wklej, ale sam zrobiłem duże litery). To taka euforia zmęczonego człowieka, gdyż dzisiaj dopadłem ten utwór po raz pierwszy w życiu. Wcześniej radio. Nie wiem czy to legalne ale TU (kliknij prawym przyciskiem myszy, otwórz w nowym tabulatorze/oknie, ażeby przypadkiem nie wychodzić z tego pięknego OGGa dostarczającego karmy) jest ta piosenka, możecie sobie posłuchać, a nawet ściągnąć za darmo bez rejestracji ani nic. A to już z pewnością nielegalne.

sobota, 31 maja 2008

ODRZUTY młodości.

Jak już to ze mną bezustannie bywa zaczynam mnóstwo rzeczy, ale zwykle kończę tylko jedną lub wcale. Oto różne opowiadania (z bujnego okresu dojrzewania i testowania nowych smaków herbat), które skończyły się na paru linijkach lub paragrafach. Świat bez nich wciąż żyje a tu możemy się z nich razem pośmiać. (Trzeba mieć dystans do siebie, inaczej czeka nas smuuutne życie:).

"Beata i Marcin" 10 sierpnia 2003:

Tego dnia padał deszcz.

Marcin i Beata spotykali się od paru tygodni. Przez większą część czasu pieprzyli się jak norki. Związki opierają się na różnych podstawach, ich opierał się na seksie, jeżeli w ogóle można nazwać to co ich łączyło związkiem.

Tego dnia kiedy padał deszcz i była środa zabierali się do rzeczy: Beata zaczęła mu zdejmować koszulkę całując się z nim.

- Czekaj – powiedział, gdy wyjął jej język ze swojego gardła – może porozmawiamy?

- Porozmawiajmy?!

"Para" 10 czerwca 2003

Tak więc siedziałem w domu i jadłem chleba. Chleb, masło, pomidor, to czerwone coś, wiecie co, jajka i majonez. To czerwone coś to rzodkiewka. Starałem się o niczym nie myśleć, ale nie mogłem. Niestety, wciąż znajdowałem jakąś rzecz, którą się dręczyłem. No i wiedziałem, że ona zaraz przyjdzie.

Ona. Właśnie. Mogłaby nie przychodzić w ogóle, nie obraziłbym się. Nawet bym się ucieszył. Ale! Była umówiona, przyjdzie. Kiedyś się cieszyłem, gdy przychodziła, kiedyś nie mogłem się jej doczekać. Kiedyś.

Kiedyś życie było inne, a szczęście mieszkało w moim sercu. Piękno zwykłego dnia dostarczało mi niezwykłych przeżyć, wszystko i nic na raz: podmuch wiatru, dzieci, plamy światła i cienia na trawie. A teraz dupa.


"Nowy dom" 1 listopada 2002:

?

Kiedy Angelika otworzyła oczy, w jej głowie pojawił się znak zapytania. Zamknęła je, odczekała dwie sekundy i ponownie otworzyła. Ale nic się nie zmieniło. A właściwie... to wszystko się zmieniło.

Miała przed sobą żółtą ścianę wraz z brązowymi drzwiami. Na lewo miała okno (obróciła głowę w lewo), przez które wdzierały się okruchy nowego dnia. Stamtąd też dolatywał ją monotonny szum fal. Po prawej (obróciła głowę w prawo), miała stolik nocny z budzikiem, dużą szafę przy ścianie i kilka innych mebli. Leżała pod ciepłą pierzyną w kwieciste wzorki. Ten normalny pokój nie miałby w sobie nic niezwykłego, ale to nie był jej pokój.

Jako z natury przezorna osoba, na razie postanowiła nic nie robić.

"Koniec świata" 20 listopada 2002:

Nadchodzący koniec świata tylko pogłębił depresję Johnnego i utwierdził go w przekonaniu, że życie nie warte jest funta kłaków. Czy się przejmował? Niezbyt. Szkoda mu było trochę swojego pieska Loksa, ale poza tym we wszystko wbijał.

I wtedy skończył się świat.

piątek, 30 maja 2008

ŻYCIE przed wygraniem w LOTTO.

Świat pełen kartonowych twarzy i uczuć zalanych uporczywym deszczem niezbyt zachęcał do wyjścia ze skorupy. Trzy drinki z ginem i tonikiem odprężały przeciążony umysł. Niespełnione obietnice wwiercały dodatkowe dziury w i tak już przypominającym szwajcarski ser mózg.

Gdzież jest ta ziemia obiecana, pełna zieleni, spokoju i ciepłych chmur na tle bezcennego błękitu? Czy istnieje tylko we snach bądź w transach? A uporne szare życie, które jak pijawka wysysa każdego dnia nadzieję i niewinność, czy ma ono zawsze tak wyglądać. I dlaczego jasne promyki szczęścia tak nas kojące bledną czasem lub gasną na zawsze?

Sens istnienia polegający na gromadzeniu doświadczeń, uczuć, przedmiotów, pieniędzy, wagi, na traceniu włosów, młodości, kolorów i kształtów.

Jest tu Wróg, na imię mu Leń. I jest jego legion. Towarzyszy mu chmara innych, nie warto ich wymieniać. Ciepły deszcz zmyje z nas wszystko. I zapomnimy.

W cyfrowym świecie z pomiętymi uczuciami, z żalem za wszystko.

Więcej żalu, kurwa.

WIEDŹMA: Więcej rysowania, mniej animowania.

Poszedłem dzisiaj wreszcie do Cartoon Saloon - studia filmów animowanych, w którym to już od prawie 3 lat marzy mi się pracować. Będzie musiało marzyć się dalej, gdyż najprędzej będą zatrudniali w 2009 z tego co mi powiedzieli.

Uzyskałem za to garść bardzo dobrych porad od Fabiana, animatora, który tam pracuje. Doradził mi, żebym jeśli mam czas (a w miarę mam), to żebym dorysował więcej rysunków zamiast bawić się w animowane elementy, bo jeśli już animować do dobrze i wszystko, a ja chciałem tylko kilka nielicznych rzeczy, które by kolidowały z nastrojem filmu. Tak więc jeżeli cokolwiek będę jednak animował, to jedynie chmury albo dym, co wtopi się w rysunki.

TAK też od dzisiaj nie nazywajmy mojego filmu na konkurs Paula Coelho filmem animowanym, tylko zwyczajnie: FILMEM.

Świetna darmowa porada, której nie znajdziesz w internecie, jestem bardzo wdzięczny. No i biorąc pod uwagę, że nie mam co liczyć na pracę tam w tym roku to nie mam pojęcia co też poczynię. Cokolwiek będzie, musi być dobrze.

czwartek, 29 maja 2008

WIEDŹMA: ODRZUTY: Znowu w życiu mi nie wyszło.

Dobry szkic ołówkowy
Zostać może spieprzony
Przez tuszowanie
I na nic to rysowanie.

Dobrze się jednak stało
Gdyż coś lepszego powstało
A odrzut znalazł tutaj miejsce swoje
Z rymowanką na poziomie Ich Troje.Niedoszły rysunek Pawła Podbielskiego, który miał otwierać film "animowany".

środa, 28 maja 2008

WIDEO: Kicz Nad Głomią 1999



Wkrótce dodam również krótki horror, który nakręciłem mając lat 13ście pt. "Mroczna ZEMSTA". Zrobiłbym to już dawno temu gdyby nie mój bardzo wolny internet. Tak w ogóle planuję zrobić DVD ze wszystkim co do tej pory narobiłem, ale o tym kiedy indziej.

KOMIKS: Batman NIE poddawał się jednak.

CZĘŚĆ PIERWSZA: Komiksowe rozterki.
Jest tyle świetnych komiksów: „V jak Vendetta”, „Watchmen”, „Maus”, „From Hell” (Alan, stary dobry pryk) czy też „Persepolis”, które niedawno nabyłem w wydaniu zbiorczym, tzn. obie części. Jeśli chcesz mieć dostęp do dobrych, aktualnych tytułów, to najlepiej znać choć angielski, nie trzeba wtedy czekać na drogie polskie wydania z bóg wie jakim przekładem i jakością.

Nie ma nic przyjemniejszego dla wielbiciela komiksów, a tym bardziej artysty komiksowego niż natrafianie na wybitne dzieła, którymi dla mnie są właśnie w.w. tytuły. A ten cały Batman?

T-M Semic, który wprowadził mnóstwo pozycji Marvelowskich i DC’oskich w latach 90tych na naszym rynku wprowadził nas w świat Batmana. Zdarzały się świetne historie, jak „Batman Venom” – historia uzależnionego od tablet Mrocznego Mściciela, czy Batman w czerni i bieli, kompilacja najsławniejszych artystów i ich krótkich form komiksowych. Ale poza tym większość historii nadaje się na gnój. No bo ile można w kółko robić to samo? Ameryka to maszynka do zarabiania pieniędzy, a podstawowy fan komiksów w sklepie wyrafinowanym to młody szczyl lub starszy wyjadaka z bródką, plecakiem i ubraniu w kolorach z Wietnamu. Dlaczego komiksy są wciąż traktowane nijak, a jeśli już to jako niższa forma sztuki? Gdyż takie było zapotrzebowanie, na krótkie proste wciągające historie, które umilą nam czas w tramwaju. I Ameryka wraz z ich dumnymi Amerykanami stworzyła to, czego ludzie chcieli. Większość sklepów komiksowych jest zalana amerykańskimi produkcjami polanymi na wierzchu mangą. Gdy spytasz o komiksy europejskie, to albo spojrzą na ciebie pustym wzrokiem, albo wskażą mały ciemny kącik z kilkoma pozycjami w którym oczywiście będzie i Asterix.

Jeśli mieszkasz w Polsce, lubisz komiksy i masz bogatą babcię, to możesz zaszaleć, gdyż jest dostęp do wielu świetnych światowych pozycji. Nie to co w kraju Człowieka – pająka.

CZĘŚĆ DRUGA: Faktyczna recenzja.

Po tym wstępie, które zeżre z pół całego tekstu rozumiecie chyba jakim zaskoczeniem było dla mnie natrafienie na Batmana, którego odkryłem, że chce mi się czytać. Wydane w TPB pod koniec 2007 „Batman Wampir” zbiera trzy przygody z multiuniwersum w którym to znane postacie schodzą na psy lub na inne drogi. Wydane kolejno w latach ’91, ’94 oraz ’99 pojedyncze historie łączą się w chronologiczną całość i pokazują przemianę Mrocznego Rycerza w istotę z kłami.

„Batman i Drakula: Czerwony Deszcz” jak sama nazwa wskazuje, przedstawia walkę z najsławniejszym wampirem wszechczasów stworzonym przez irlandzkiego pisarza. Jest tu dużo krwi i dużych cycków (w całym komiksie jest tego mnóstwo, a może i więcej). Pod sam koniec walki Batman zostaje dziabnięty, co przemienia jego dietę z warzywek na ludzką krew.

„Burza Krwi” – Oczywiście nasz legendarny bohater jest pozytywny i nie chce pić tej krwi, więc kombinuje z serum i szczurami. Do tego zjawia się Joker, który postanawia zostać szefem hordy wampirów i wycisnąć z nich ostatnie poty, aby tylko zgarnąć dużo kasy. Rodzi się Kobieta Kot, tylko trochę inna z filmu Tima Burtona, gdyż jest to Kobieta Kot Wilkołak, czy też, jeśli wolicie, Kotołak. Kotołak razem z Batmanem chodzą na randki i wspierają się wzajemnie w tym popapranym świecie. Do czasu…
„Karmazynowa mgła”. Zapomniałem wspomnieć, że pod koniec drugiej części Batman ginie od kołka w klatę. W rzeczywistości jednak tylko usypia. Miasto pozbawione go zaczyna szaleć, Dwie Twarze, Trujący Bluszcz, Strach na Wróble i wiele innych morduje i pastwi się na niewinnych obywatelach, więc nie ma wyjścia. Trzeba wyciągnąć Bruca z drzemki. Tu metamorfoza sięga zenitu i nad miastem lata już nie człowiek w pelerynie, lecz prawdziwy nietoperz ze skrzydłami.

To tyle jeśli chodzi o fabułę. Nie chciałem zdradzać za dużo, ale nie miałem wyjścia aby opowiedzieć o tych trzech częściach. Komiks narysowany jest dobrze, ale Batman narysowany jest fantastycznie. Był to jeden z powodów dla których kupiłem komiks. Często wygląda zbyt lalkowato w innych historiach, zbyt cukrowato lub po prostu drętwo, a tu wygląda tak jak należy. Co mnie tylko boli to zbyt dużo przewalających się przez cały komiks, dziecinnych dużych wyrazów dźwiękonaśladowczych, typu: fruuu! Trach! Bam! Aaałłaa! Skrzyyyyp! Itd. Dlatego bardzo lubię „Kaznodzieję” czy „Baśnie”. W tych ostatnich to chyba w ogóle nie ma takiego badziewia. Budynki i inne tła przypominają mi bardzo styl Kevina O’Neilla z „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, choć nie on za tym stoi. Scenariusz napisał Doug Moench, ołówki Kelley Jones, a Ink John Beatty oraz Malcolm Jones III. Scenarzysta skakał po różnych wydawnictwach tworząc historie ze znanymi nam bohaterami, jak podaje wikipedia, ale nie doczekał się niczego specjalnego, jak np. kultu ludzi z zapalniczkami i jego nazwiskiem na ich T-shirtach.

Reasumując jest w tym komiksie więcej krwi i akcji niż w żałosnym filmie „30 dni i nocy” czy jak on się tam nazywa. Jeśli więc masz ochotę na trochę rozrywki w niedzielne popołudnie, jest to pozycja dla ciebie.

Rysunki Copyright DC COMICS.
Batman: Vampire
Ok. 290 stron
Kreda.
Data wydania w USA: grudzień 2007

PS. Teks ten napisałem do portalu komiksowego, ale nie opublikowali, więc wrzucam go tu, żeby moja 2 godzinna bezinteresowna praca nie poszła na marne.

niedziela, 25 maja 2008

Powieściopisarstwo. MOI ?

Kończą mi się pomysły na dobre tytuły do OGGa. Ale to dlatego, że jestem zmęczony (wmawiał sobie).

Nigdy nie będę sławnym pisarzem. Mam fajne pomysły, lubię je, świetnie sprawdzają się w moich powstających z prędkością ewolucji ludzkiej komiksach czy filmach. Ale pisanie książek to nie dla mnie. Przede wszystkim popełniam mnóstwo błędów stylistycznych i gramatycznych. A to nie ujdzie. Poza tym jestem trywialny i lubię wymyślać składnie, które nie istnieją. Mi się podobają. Wydawcy wrzuciliby to do śmietnika. Nie żebym miał wielką potrzebę pisania książek. Wiem na czym stoję.

Na wątpliwym zielonym gruncie sfajtolonej psychiki chylącej czoła bajkom Disneya.

Z dialogiem nie miałbym większego problemu, ale to całe wkładanie postaci w ich życie, pracę, tworzenie tego wszystkiego to pewnie świetna zabawa, ale dla mnie męka. Ktoś powiedział kiedyś: nie pisz o czymś, o czy nie masz bladego pojęcia. Brawo. Jednak moją największą trudnością są opisy. Opisy czegokolwiek. Weź opisz dzień, pogodę, budynek czy cokolwiek w prawdziwie artystyczny sposób. Żeby pisać trzeba mieć talent do opowiadania.

Moje młodzieńcze pisarskie próby cofają się do szkoły podstawowej, kiedy to "tworzyłem" krótkie opowiadania, w których przeważały dialogi. Pierwszym poważniejszym wyczynem było opowiadnie "Z relacji sąsiadek", które spłodziłem raz w ciągu dwóch godzin czekając na jakiś film w TV. Było ono o reinkarnacji. Było ono dziwne, ale miało w sobie coś. Wysłałem je do magazynu literackiego "Akant", zdaje się z Bydgoszczy czy skądś tam. Przed gwiazdką dostałem kopertę z odpowiedzią, na małej kartce, odręcznym, pospiesznym pismem redaktor napisał, żebym zapalił świeczkę i zatańczył na golasa wyjąc do księżyca, bo opublikują. (W ostatnim zdaniu tylko końcówka, że opublikują, to prawda, tak dla jasności). Zadowolony jak byk poinformowałem rodzinę, sąsiadów, babcie i panią ze sklepu. Jednak nigdy nie opublikowali. Chamy. Zły, trzy czy cztery lata później napisałem do nich, postawiłem się i napisałem, że hej, tak nie wolno! Wpierw się dziecku pokazuje lizaka, mami, a potem samemu go zjada. Mój email doczekał się odzewu: wyślijta opowiadanie raz jeszcze, to zoboczym. W jakimś tam stopniu dopiąłem swego, tylko przegapiłem jeden mały fakt, że nie miałem przy sobie tego opowiadania. Zostało w innym kraju. Nauczyłem się jednak, że przyciskanie odnosi skutki.

No i potem był oczywiście pierwszy rozdział "Nie pozwól, by słońce zaszło nade mną". Horror o wampirach. Główny motyw historii do dziś mi się podoba i w przyszłości wykorzystam go do jednego z moich komiksów, ale o tym kiedy indziej. Problem w tym, że jeśli za dużo kogoś czytam, to potem, gdy próbuję napisać coś własnego, to odnajduję się papugując styl swojego ulubionego autora. Pewnie inni też tak mają. Tak było z tym. A! - tytuł jest zastrzeżony, więc wara!

No i to by było na tyle. Ostatni, niekomiksowy, acz opowiadaniowy przejaw twórczości nabazgrałem coś w okolicach 2004 roku. Jak ten czas sunie? Jak na saniach.

Wiedźma:

Pozyskawszy dwa miesiące ekstra na skończenie swojego filmu zacząłem snuć cudowne plany o szczęściu po drugiej strony tęczy: że porobię mnóstwo animowanych sekwencji, że dopieszczę ten 13 minutowy film do perfekcji i z dumą wyślę go na konkurs.

Coś mi się jednak zdaje, że to nie nastąpi. Ilekroć robię coś dużego dopadają mnie wątpliwości. Dotychczas moim największym osiągnięciem jest nakręcenie "Ponad Wszystko", filmu, który zajął mi 9 miesięcy. Podczas prac ze trzy razy byłem gotowy rzucić wszystko w cholerę, gdyż miałem dość, wydawało mi się, że zmierzam donikąd. Na szczęście dzięki życzliwym słowom ("Skończ ten film kurdę, albo Ci łeb ukręcę!") wysiłek nie poszedł na marne. Siedzenie wtedy, w 2004 w nowym złotowskim kinie z tą rzeszą ludzi, która przyszła, żeby obejrzeć nasz wysiłek, stało się jednym z moich najmilszych doświadczeń. Od tamtego czasu nie doświadczyłem niczego podobnego, ale wiem, że wcześniej czy później życie zatacza kolejne koło i znowu spotka mnie coś podobnego.

No i wracając do wiedźmy. Skończę ją. Wyślę. I wygram. Mam tylko duży problem ze swoim gniewem. Ostatnio szczególnie często szlag mnie trafia z różnych powodów, nie dość, że zbyt często, to na dodatek długo trzyma. A jak jestem zły, to nic mi nie wychodzi (z rysowania). Muszę więc sobie odpuścić, nauczyć się jakoś radzić z gniewem, bo jeśli będę mu pozwalał sobą rządzić, to nici z moich planów.

Póki co narysuję pozostałe rysunki, zmontuję to najprościej jak potrafię, tzn. z najlepszą możliwą oszczędnością czasu i wyślę. Jeśli natomiast zostanie mi jeszcze trochę czasu to mogę ewentualnie tu i ówdzie popoprawiać. Najważniejsze, to zajmować się jednym problemem na raz, nie wszystkimi na raz. (O czym wciąż zapominam).

Dzisiaj, chciałem zrobić tyle rzeczy że ho, ho! A kichę zrobiłem. Na siłę nic nie wychodzi.

niedziela, 18 maja 2008

Dziwactwa: Pobudka, kochasiu!

A! tak, miało być o dziwactwach.

W szkole średniej wyrobiłem sobie pewien zwyczaj. Ilekroć nie przygotowałem się na następną lekcję z historii czy czego tam, ale głównie historii, to wstawałem wcześniej rano, żeby się nauczyć tematu aby podczas odpytywania nie dostać pały. Moja wieża Aiwa, którą dostałem od brata z USA wiele lat temu, wyrywała mnie gwałtownie ze snu z utworem który nastawiłem bardzo głośno noc wcześniej. Była czasami 5ta, a czasem 6ta rano. Zaspany dźwigałem się z łóżka i zaczynałem się uczyć. Byłem nastolatkiem i miałem bardzo dużo energii, żeby temu podołać. To niesamowite, jak tylko kilka lat zmienia wszystko.

Teraz z wykształceniem, które ze mną nie ma nic wspólnego "technik handlowiec, ocena mierna" nie muszę już się męczyć, żeby wstawać do szkoły, ale póki co, muszę wstawać do pracy. I tak nastawiam sobie zegar na 6tą albo 7mą albo 7.30h. Telefon budzi mnie. Ja go biorę na "loop", czyli że znowu będzie dzwonił za 9 minut, i tak w kółko, aż nastaje godzina, że naprawdę muszę wstać.

To bardzo głupi zwyczaj. Muszę albo naprawdę wstawać tak wcześnie jak go sobie nastawiam, albo nastawiać na jakąś realną porę. Zmienię to. Jutro.

PS. Co dla mnie zawsze pozostaje tajemnicą, to ludzie w filmach, którzy wstają od razu jak ktoś ich budzi, czy to budzik czy telefon czy ktoś. I to bardzo często bez żadnego śladu zaspania ani zmęczenia. Czy ktoś tak naprawdę potrafi? Mi zajmuje zwykle koło 5/10 minut, żeby się dźwignąć z łóżka.

Rok 2063 tuż za ROGIEM.

Kiedy miałem naście lat mój mózg burzliwie przetwarzał rzeczywistość. Natrafiłem na wielki jak menhir Obeliksa problem przy tworzeniu: nie mogłem wymyślić żadnej oryginalnej historii. Wszystko zdawało się być już wcześniej wymyślone przez kogoś tam, więc po co się trudzić? Wtedy uświadomiłem sobie, że może i będę pisał o czymś, o czymś ktoś już tam dawno pisał, ale będzie to z mojej perspektywy, moimi oczami, a tego nikt jeszcze nie zrobił, bo tylko ja jestem sobą.

"Nie martw się. Tysiące lat temu, Salomon napisał następujące słowa: "To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem." (Koh 1,9)

Innymi słowy: jeśli tysiące lat temu nie było niczego nowego, pomyślcie sobie o dniu dzisiejszym!
Nasze uczucie szczęścia i cierpienia są wciąż takie same i nie powinniśmy ich ukrywać. Nawet jeśli nic nowego nie ma pod słońcem, wciąż pozostaje potrzeba, by przetłumaczyć to samemu sobie i swojemu pokoleniu.

Jorge Luis Borges powiedział kiedyś, że są tylko cztery rodzaje opowiadań, jakie można stworzyć:

a) opowieść o miłości dwojga ludzi

b) opowieść o miłości trojga ludzi

c) opowiadanie o walce o władzę

d) opowiadanie podróżnicze."

Dwa powyższe cytaty zostały przytocznone z kwietniowego newslettera Paula Coelho, możesz go sobie czytać po polsku i zachwycać się nim (tak jak ja) TUTAJ.


Cały sens bycia człowiekiem (tu już dalszy ciąg moich własnych opinii, nie Paula:) polega w głównej mierze na dzieleniu się. Ilekroć jesteśmy szczęśliwi, osiągniemy coś, nasz pierwszy (lub drugi) odruch, to powiedzenie o tym komuś, podzielenie się szczęściem. Gdybym wygrał konkurs (główny punkt zaczepny Sebastiana, jako że póki co nie zna innych sposobów na osiągnięcie swoich celów) to wpierw bym się bardzo bardzo ucieszył i zaraz chciałbym o tym powiadomić wszystkich. I byłoby smutne, gdyby tam nikogo nie było.

Dlatego rysuję komiksy. Chcę się podzielić swoimi doświadczeniami, spostrzeżeniami, dać część siebie innym, ukrócić cierpienia innych choć na chwilę. Taki mam cel. A najlepiej odnajduję się w komiksach i filmach. TAaa, nie mam edukacji w tym zakresie, ale kurde, mam smykałkę do tego. Jeśli spytasz mnie dziś, o czym marzę, odpowiem, że chcę pierwszą połowę swojego życia (które pozostało) poświęcić rysowaniu komiksów, które zostaną na zawsze z jego czytelnikami (z powodu swoich niesamowitych walorów, które dostarczy moje jestestwo oraz talent i charyzma), a drugą połowę na kręceniu filmów. Lubię sobie marzyć o tym, że moi starzy koledzy szkolni czy też podwórkowi, pewnego dnia widzą przed oczyma wysokobudżetowymi amerykański film wyreżyserowany przeze mnie. Heh.

Marzenia są po to, żeby do nich dążyć, żeby je spełnić. Ale trzeba mieć odwagę.

Kiedy jesteś mały, chcesz byś starszy, kiedy jesteś starszy ze strachem spoglądasz na kolejne urodziny, które zbliżają cię nieuchronnie do trumny. Ale przecież każda minuta zbiża nas do grobu. Pytanie: co z tym zrobimy?

W październiku skończę 25 lat. To ćwierć wieku. Urodziłem się 9 października 1983. Powiedzmy, że dożyję do 80tki, dobra? To znaczy, że umrę w 2063 (hipotetycznie). Teraz mamy 2008. Patrząc na to tak kalendarzowo, to naprawdę mało czasu zostało.

Te PLANY.

Plan:
1. Do końca maja mieć wszystkie rysunki do filmu skończone.
2. Przed końcem czerwca zedytować wszystko ładnie i pięknie z bitą śmietaną na wierzchu i wysłać na konkurs.
3. Lipiec z porywem do sierpnia: Narysować nową 8 stronicową propozycję na konkurs Zuda i wysłać.
4. Pomiędzy tym wszystkim: rysować dalej przygody "Herr Zeby: Alkholizmu" oraz "Mordercze przygody Ramireza i Kristosa". Ażeby w przyszłości wydać to w albumach. (Jeśli będzie wystarczająco dobre).
5. Znaleźć pokojówkę, osobistego kucharza i tłumacza/czkę, co by mi tego OGGa na angielski tłumaczyli, żebym nie musiał się męczyć. Tylko ten punkt musi poczekać, aż będę bogaty. Bogaty jak świnia. I będę się tarzał. I śmiał. I pił na śniadanie szampana. Prawdziwego.

sobota, 17 maja 2008

DZIŚ.

Obudziwszy się dzisiaj, 17 maja roku pańskiego 2008, Sebastian pomyślał, że to będzie świetny dzień. Było po 7dmej rano. Wkrótce potem świadomość ponownego, niemalże etnego już rzucania papierosów wspierana niewielką siłą woli, ale większym bólem gardła zadała ciosa myśli, o pięknym dniu.

Dzisiaj budzimy się starzy i pomarszczeni, z całym bagażem uczuć i doświadczeń. Z żalem za utraconą młodością i dorosłością. Sapiąc i stękając przy każdym ruchu.

Dzisiaj budzimy się młodzi i wybiegamy w pole, aby się bawić. Jesteśmy beztroscy, a więc wolni. Nie ma przeszłości, nie ma przyszłości. Jest dziś.

Czas jest względny. Krótko-długi. Wiedział, że będzie mu tęskno do dziś za wiele wiele lat. Jednak te wiele wiele lat jeszcze na szczęście nie nastąpiło. Dobrze jest być uwięzionym w tej chwili, gdyż w niej jesteśmy, a będąc w niej możemy coś z nią zrobić. Za te wiele wiele lat też będziemy więźniami tej chwili, ale nie fizycznie, tylko już psychicznie. Dół.

Przestał więc klepać w klawiaturę i usiadł przy biurku przed białą kartką papieru. Czas stworzyć historię.

środa, 14 maja 2008

Ludzie i PARAPETY: Mięśniak nie wymięka.

Muskularny palacz faj, który nawet zimą speceruje w podkoszulku i lekkiej kurtce z białym puszystym psem powraca w dzisiejszym poście.

Zacznę z grubej rury: przede wszyskim okazuje się, że jest to pedofil i siedział za to w więzieniu przez jakiś czas. Swojego psa wykorzystuje ponoć żeby zwabiać dzieciaki. Chyba nie chcę się więcej zgłębiać w jego historię.

W każdym razie kilka tygodni temu idę wieczorową porą do sklepu, ciemno wszędzie. Na ławce po przeciwnej stronie ulicy kto leży na plecach? On. W białym podkoszulku. Nieopodal pies. Wracając ze sklepu wciąż tam był, ale wstał tym razem i rozmawiał ze swoimi ziomami. Ludźmi. Chyba.

Przed wczoraj idę wykorzystując swoje nogi, patrzę, a tam oprócz białego pięknego dnia również i on: MuPaF (Muskularny Palacz Faj). I co robi? Stoi tuż przed wejściem do banku. W piłce ma ręce. (A w rękach piłkę). I odbija ją sobie od ściany tuż nad wejściem do banku. Raz. Drugi. Tak sporadycznie. Ten koleś ma jakieś 50 albo i więcej lat psia krew. No może mniej, ale coś koło tego. Gar ma zryty.

Gdy go mijam, to nie spoglądam mu w oczy. Jeszcze bym ujrzał pustą studnię i wpadł. Nie wiem czy jeszcze coś głupszego poza drzemaniem na ławce i rzucaniem piłką wymyśli, ale jeśli tak, to dam znać. Chyba, że mi się ten temat znudzi. Mupaf spędza całe dni w mieście, tak jakby w nim żył, na jego ulicach. Ciekawe czy ma dom.

niedziela, 11 maja 2008

Otwórzcie szampana i podajcie frytki! Kreatywny PROCES.

Tej cudownej nocy pozbawionej biesiady oraz anielskich głosów zza światów przyszedł do mnie email wydłużający. Paulo Coelho z powodu próśb uczestników konkursu wydłużył termin nadsyłania prac z 31 maja do 25 lipca 2008 !!! Co oznacza, że mogę sobie spokojnie skończyć i się nie stresować. Ach, szczęście.

A powodów do stresu nie brakuje. Narysować to wszystko nie jest łatwo, gdyż nie zadowalam się takimi wymiocinami jak np. to:Miało to być piękne drzewo. Nawet mi się na początku podobało, ale cały koncept tej sceny na szczęście szlag trafił i przerysowałem od nowa.
Oto pierwszy rzut okiem w Athenę, który publikuję publicznie. Jak widać ma czarne włosy. Jednak jest o wiele piękniejsza niż ta maszkara tu. No, może i nie maszkara, ale to zwykły rysunek, który wcale mi się nie podoba. Do kosza. Przerysowałem i jest o wiele leepiej.
A to to już szkoda gadać i pisać. Pomysł wydawał mi się fajny (bez wchodzenia w szczegóły), gdyż było to coś ode mnie w jego historii, ale nie chciało się dać narysować no nawet dobrze. Ze zmęczenia psychiczne czasami mi takie paskudy wychodzą. Ten tu z Pawłem na stole to jakbym się cofnął w rozwoju. Niektórzy jednak artyści z czegoś takiego by się cieszyli, dacie wiarę? I nawet by to w PL wydali w albumie. Uuu... Samo krytyka, do cholery, gdzieś się schowała, Samokrytyko?!

Czasami coś pięknie wychodzi za pierwszym razem, ale niezbyt często. Przeważnie jest to ciągnące się nieraz po kilka godzin szkicowanie jednej twarzy lub osoby lub miejsca, aby uczynić je perfekcyjnym, lub blisko perfekcji. A newet jeśli nie perfekcyjnie, to choć żeby to miało ręce i nogi. To jest mimo utrudnień alkoholika najprzyjemniejsza część pracy. Potem trzeba to zeskanować, oczyścić, wyrównać poziomy (bo po gumkowaniu robi się nieprzyzwoicie wyblakłe) no i pozmiejszać, dopieścić, pogłaskać, dać kość, ale nie wyprowadzić na spacer. To też jeszcze uchodzi. Następnie edycja w dwóch programach, których używam przemiennie. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, czego od dawna nie cierpię i mam nadzieję, że w przyszłości ktoś będzie robił za mnie: czyli wyszpachlowanie tego całego cholerstwa tak, żeby nie tylko miało i - wspomniane przed chwilą - ręce i nogi, ale żeby też wyglądało jak piękny młodzieniec, a nie zakapiorony żul z Arizoną pod pachą. I to jest dopiero mój gul! Kwestie techniczne: żeby nie było pikselozy, żeby było PŁYNNIE i żeby to się kupy trzymało. Niestety tej poprzeczki jeszcze nie zdołałem przeskoczyć, ale gdzie wola tam i sposób, więc nie zamarwiam się tym zbytnio, bo wiem, że ostatecznie dopnę swego i będzie to nawet wyglądało. Później kolejny ból, którym nie powinienem też za wczasu się przejmować: wyeksportować ten cały 13 minutowy projekt w pięknym płynnym i żwawym formacie, który będzie miał perfekcyjną jakość DVD i który będzie można wrzucić na youtube, aby mógł wziąść udział w konkursie.

Jeśli więc leziesz sobie, włóczysz się lub i nawet szwędasz po brudnych rynsztokach lub ceglanych drogach lub wyzutych dywanach w podrzędnych miejscach lub wspaniałych rozświetlonych neonami lokalach z muzyką saksofonu w tle i zastanawiasz się, hmm.. ciekawe o czym teraz myśli Sebastian Jaster? - No to masz powyżej wyczerpującą przez jakiś najbliższy czas odpowiedź. Z bogiem.

Alleluja.

piątek, 9 maja 2008

"Pokręcone i JĘDRNE"


Na szczęście lepiej rysuję niż piszę wiersze. Nigdy nie było mi dane być wielkim wierszopisarzem i wcale nie żałuję, gdyż są lepsi ode mnie i świat na nich czeka. Tak czy siak moje stare przejawy tejże twórczości są dobrym zapisem mojej świadomości, a jeśli ich tutaj nie zamieszczę, to przecież tak, jakby one nigdy nie istniały.

Herr ZEBA: Prześladowczyni.

Pośród wielu nieskończonych acz zaczętych przygód z moim alter ego Herr Zebą jest krótka historia, której pierwsze dwie strony narysowałem szybko (w miarę) na papierze kserograficznym A4 w roku 2004, a czas tak szybko gna, że to już kurde 4 lata minęły. W całej swojej naiwności nie tylko planuję pokolorować te dwie pierwsze strony, ale nawet i dorysować resztę, a może i całość, powiedzmy krótki 8-stronnicowy komiks. Czy to się stanie? Oto jest pytanie.

Póki co oto te dwie strony, w tym pierwsza, którą jak widzicie zaczęłem kolorować. Rysunki są takie sobie, teraz jestem o wiele lepszy. Jednak wciąż jest to i tak o niebo lepszejsze od niektórych badziewi, które wydają w Polsce:)

wtorek, 6 maja 2008

Odpowiednie zgranie w CZASIE.

Tak więc siedzę nad tym swoim krótkim filmem który zżera mnóstwo czasu i życia (ale warto!) i znowu powraca do mnie ta nowa prawda, której dopiero nauczyłem się stosunkowo niedawno. O ile nie skręcasz półek w sklepie bądź nie obsługujesz niższej człowieczej rasy obrzucającej cię bezustannie błotem za swoje własne życiowe niepowodzenia (kogoś trzeba winić), to bycie artystą może dać się we znaki.

Po kilku miesiącach rysowania, a ostatnio i montowania zawiesiłem się całkiem nieźle nabierająć wyrazisty wstręt do tego, co robię. Nie mogłem się za to wziąść, mimo, że bardzo chciałem. Dodatkowo regularne myśli, że po kiego mi to, lepiej rzucić wszystko w cholerę. Oczywiście jest mi to BARDZO po kiego i jeślibym rzucenie tego w cholerę z płaszczyzny myśli wcielił w czyn, to byłbym tylko kolejnym życiowym nieudacznikiem. Jedak nawet jeśli bardzo czegoś się chce, to na wszystko jest czas i miejsce, i czasami, gdy nic nie wychodzi, to znak, żeby sobie trochę odpocząć, a nawet bardzo. I tego też się trzymam.

Wracając do "na wszystko jest czas i miejsce" - świat kieruje się jakimś niewidzialnym systemem. Część ludzi ginie, część pozostaje, nigdy nie wiadomo dlaczego akurat ci, a nie inni. Większa część która pozostaje zachowuje się, jakby już dawno zginęła. W każdym razie.. niektóre rzeczy w naszym życiu, rzeczy których nie wiem jak bardzo byśmy chcieli, nie mogą się wydarzyć póki nie nastanie odpowiedni czas i miejsce. Nie będę tego tłumaczył więcej, jeśli wiesz o czym ja mówię, to wiesz.

Obiecanki CACANKI.

Dlaczegóż lubię powiedzenia? Gdyż (wciąż to gdyż) w kilku słowach wyrażają działanie "skomplikowanej" ludzkiej psychiki. I napisałem w cudzysłowiu, bo równie dobrze można by rzec: popapranej.

Ilekroć na czymś mi zależy obiecuję sobie niestworzone rzeczy których nigdy nie dotrzymuję. Zwykle te z cyklu: będę dobrym obywatelem nie nadużywającym używek i pomagającym babciom z zakupami a mamom z wózkami na krętych schodach.

Nie dotrzymuję, ale bardzo poważnie składam obietnice. Sumiennie, całym moim sercem.

sobota, 3 maja 2008

Tylko NOCE tak nieprzytomne są.

Rozejrzał się wokół. Powracające łóżko gromadziło coraz więcej niepoukładanych ubrań. Starając się nie garbić wpatrywał się w bardzo jasny monitor i przestawiał mnóstwo kwadracików i okienek wyborażając sobie, że jest kimś innym kto nie ma pojęcia co on robi. Miętowa herbata z miodem stała po lewej od komputera wyjątkowo tej nocy z miodem, jako że choróbsko czaiło się za rogiem z granatami i brakiem skrupułów.

Myślał bezustannie, w kółko to samo. Takie to męczące, ale póki co nie potrafił tego zmienić. Myślał o tym, że bardzo by chciał napisać w swoim OGGu o nowej płycie którą kupił dorzucając do tego pikantną historię z cmentarza, że chciałby napisać trochę o tym co ostatnio przeczytał w newsletterze Paula Coelho i odnieść to do jego własnych przemyśleń. Chciał napisać, że jest zmęczony, tak bardzo ostatnio i że ma nadzieję, że to tylko przejściowe. Chciał napisać, oczywiście nie dosłownie, ale dać do zrozumienia, jaki jest zajebiście mądry i jakież to niezmiernie ciekawe myśli kłębią się w jego głowie. Lecz po prostu nie mógł.

Czasami jest tak trudno być tu. W tej chwili. A on wiedział, że musi tu być i że właśnie w tej chwili, żeby nic mu nie umknęło. Gdzieś tam we wnętrzu chyba jednak się cieszył. I śmiał. Bo wiedział, że życie to wielki żart.

czwartek, 1 maja 2008

NIEKTÓRZY chyba rodzą się przegrani..

Małgocha opuściła dom
Nie zauważył tego nikt
Bo w kuchni zostawiony list
Ze stołu spadł przez wiatr
W tym liście było no to pa
Co złego to nie ja tak będzie lżej
O gębę do karmienia mniej

Niektórzy chyba rodzą się przegrani
Dlatego nigdzie miejsca nie ma dla nich
Choć może gdyby byli tacy sami jak wy
Nie schodziliby na psy

I co i co i co co teraz będzie z nią
I co i co i co co teraz będzie z nią

Tu biuro ludzi zagubionych
Na wszystkie cztery świata strony
Ogłasza się szukajcie jej
Bo czasu mniej i mniej i mniej
I jeśli nie odnajdzie się
To samo co i z nią stanie się z tobą
Mną i z całym światem popieprzonym
Gdzie tylu ludzi rodzi się przegranych
Dlatego nigdzie miejsca nie ma dla nich
Choć może gdyby byli tacy sami jak wy
Nie schodziliby na psy

Niektórzy chyba rodzą się przegrani…

To jedna z moich ulubionych piosenek. Zawsze daje mi kopa w dupę, gdy słyszę słowa o przegranych to automatycznie myślę sobie: o nie, nie ja!

No bo spójrzmy prawdzie w oczy: ile to razy dopada nas dół. myślimy, że jesteśmy nic nie warci, a nasze marzenia na śmietnik? Ja tak mam (zdarza się, gdy deszcz krzywo pada). No i w ten sposób nigdzie nie dojdziemy. Zadajmy sobie wtedy twardo to pytanie: Czy my urodziliśmy się przegrani? NIE do cholery, pewnie, że nie! To po cholerę biadolę, że mi rysunek nie wyszedł? Tu cię mam.

PS. Tak ją lubię, że nawet przepisałem słowa (no kopiuj-wklej, ale sam zrobiłem duże litery). To taka euforia zmęczonego człowieka, gdyż dzisiaj dopadłem ten utwór po raz pierwszy w życiu. Wcześniej radio. Nie wiem czy to legalne ale TU (kliknij prawym przyciskiem myszy, otwórz w nowym tabulatorze/oknie, ażeby przypadkiem nie wychodzić z tego pięknego OGGa dostarczającego karmy) jest ta piosenka, możecie sobie posłuchać, a nawet ściągnąć za darmo bez rejestracji ani nic. A to już z pewnością nielegalne.

@templatesyard