kwietnia 2008 - OGG

wtorek, 29 kwietnia 2008

Z PIEKŁA: A ty jak się czułeś dzisiaj?

Dzień był mroźny i denerwujący.

Przechodnie zdawali się żyć w innym świecie, słońce tworzyło obłudę ciepła.

Dzień był kolejną częścią nocy pełnej psychodelicznych koszmarów. Wstręt spowijał ściany pokoju, a złość ściskała serce. Jak zwykle w tych chwilach, które regularnie przeplatały się z uśmiechami na cyfrowych fotografiach, leżał obojętnie na łóżku. W martwym spojrzeniu tkwiła nadzieja na świetlisty szlak, który byłby pozbawiony tych wszystkich drętwych, przyziemnych uczuć. Jednak tak trudno jest odzyskać chęć, jeszcze trudniej przemóc się, by chcieć ją odzyskać.

Po wielu długich i pustych jednostkach czasu, zdawkowych odpowiedziach, smętnego tonu i zniesmaczonych ust nadeszła zmiana. Zmiana, która wykopała huśtawkę uczuć i wszczepiła wolę walki.

Bez wiary nic nie pozostaje.

niedziela, 27 kwietnia 2008

Karp WALCZY.
"Karp walczy" jest to zdanie (o ile można nazwać dwa wyrazy zdaniem) które kiedyś zapisałem w swoim zeszycie z wyczesanymi i śmiałymi przemyśleniami. Co w nim wyjątkowego? Pewnie nic dla przypadkowego przechodnia, jednak mi to zdanie po prostu bardzo się podoba. (Fraza? może to fraza a nie zdanie? Ech, pal licho).

Jest kilka takich fajnych rzeczy, które niestety, w odróżnieniu do Walczącego Karpia, nie przetrwały do dnia dzisiejszego. Jedna z nich to oryginał mojego pierwszego komiksu z HZ, tak mam kopię na kompie, ale w chwili przygnębienia poszedłem za tory do lasu i spaliłem te nędzne wypociny. Szał dziki mnie dopadł. Było to w 1999. Żałuję tylko trochę, w końcu mam kopie a oryginał do dziś pewnie by już grzybem zaszedł.

Druga rzecz, której żałuję, to narysowany w zeszycie A5, takim szkolnym, komiks "Cień Wampira". Stworzyłem go w czasach podstawówki, kiedy to szkoła podstawowa wynosiła 8 długich i krętych lat. Pewnego ranka Max znajduje but pod swoim oknem. W szkole zauważa, że jego klasowa koleżanka Sabrina nie ma jednego buta... no i okazuje się, że ona jest wampirem, bla blah, bla, na końcu w kościele duży kawał drewna przebija ją na wylot. Koniec. Zrobienie tego zajeło mi jeden wieczór i nie pamiętam co się z tym stało. Żałuję, bo chciałbym to znowu zobaczyć z ciekawości.

No i dochodzimy do sedna tego posta, ponieważ o tam, niewierni, lepiej klęknijcie i trwóżcie się, bo ten post ma SEDNO! Pewnego dnia napisałem opowiadanie na jedną stronę A4 gęsto zapisaną. Całe się rymowało jak cholera i było zajebiste i gdzieś mi kurcze przepadło. Było to o Zychu którego zachipnotyzowały głosy z piecyka i kazały mu zabijać czy jakoś tak. Czasami myślę sobie, żeby to odtworzyć, choć nie byłoby to już to samo, ale kto wie. Jedyne co pamiętam to początek:

Zychu pokoik mały miał, a w pokoiku tym piecyk stał.

oraz chyba środek:

Głosy to owe były i właśnie tak mówiły:
Pomóż nam, pomóż, jesteśmy w piecyku!

Wciąż się modlę, że może gdzieś mam kopię. Wiem, że to opowiadanie to nie dzieło czy coś, ale mam do niego sentyment. Morał: dbaj o to co tworzysz i rób dużo kopii. Nawet jeśli ci się nie podoba, to za 28 lat, kiedy cię w plecach będzie łupało, i ty możesz poczuć sentyment.
KAC
Jestem człowiekiem któremu istnienie środków alkoholowych nie jest obce. Dlatego też czasami, aczkolwiek niezbyt często (dlatego napisałem czasami) zdarza mi się wypić za dużo. Właściwie gwóźdź do trumny przybija mieszanie tak jak zdarzyło mi się wczoraj: wpierw piwo, potem wino.

Ale nie jest to post o tym, że piłem, tylko o moich KAC'owych zwyczajach. Mianowicie spowijając się nad ranem w łóżku orientuję się już przy pierwszym spowiciu, iż jest ze mną źle. Wtedy wychodzę na spacer. No i to ten mój zwyczaj. Mam jedną taką trasę, po której czuję się o wiele lepiej, to moje najlepsze lekarstwo. Ktokolwiek mija mnie na ulicy nie widzi mnie, ale chodzącego trupa z rozczochranymi włosami, przekrwionymi wampirzymi oczami i bladą twarzą oraz miną, która mówi "Dziś nie czuję się najlepiej". Dodatkowo dzisiaj poszedłem na całość odczuwając potrzebę przewietrzenia się i ponieważ nie padało, a słonko prażyło uzbroiłem się w krótkie spodenki plażowe, nóż rzeźnicki, koszulkę w biało czarne paski i buty New Balance w których mam biegać regularnie, ale do tej pory zdarzyło mi się to tylko 6 razy. I było dobrze oprócz nielicznych chwil, kiedy słońce zasłaniała chmura.

Z nożem rzeźnickim to żart. Źle ze mną, ale nie aż tak.

sobota, 26 kwietnia 2008

Przeznaczenie
Część ludzi wierzy w przeznaczenie, pozostała wierzy, że coś takiego nie istnieje i wszystko to tylko przypadek. Ja wierzę, że przeznaczenie i przypadek to jedno i to samo. Ludzkość lubi bawić się w szufladkowanie, segregowanie i nazywanie wszystkiego, co w niektórych warunkach jest konieczne, ale bardzo często też niepotrzebnie wszystko komplikuje.

Rzeczy są nam przeznaczone, nasz byt przyciąga bezustannie siły, które albo pomogą nam w osiągnięciu naszych celów i marzeń, albo które nas zniszczą, jeżeli kierujemy się samozagładą. Istnieje taki fanomen, że jeśli o czymś wciąż myślisz, to wszędzie będziesz to widział. Przykład: kobieta, która chce mieć dziecko wszędzie widzi mnóstwo matek z dzieckiem. Nie oznacza to, że normalnie ich nie ma, tylko że jej umysł jest bardzo na to wyczulony. Drugi przykład: rysując pracę na konkurs Zuda stworzyłem papugę. Papugę widziałem wszędzie: w telewizji, w gazetach, w oknach ludzkich domów (taką szczuczną wypchaną). Początkowo myślałem, że to znak (gdyż wierzę w znaki), że wygram konkurs. Okazało się po wielu miesiącach, że nie wygrałem, ale zrozumiałem o co chodziło. Właśnie o ten fenomen, twój umysł wychwytuje wszystko co związane z tym, co jest ci w danej chwili bardzo potrzebne, tak jak mi była potrzebna papuga i znak. Dzięki czemu masz bardzo dużą szansę osiągnąć swój cel, gdyż nic nie umknie twojej uwadze. Przyciągasz do siebie coraz więcej okazji, to jakby takie niewidzialne promieniowanie.

Ostatni raz w tamtym okresie widziałem papugę w pracy osoby, która zwyciężyła ten konkurs. I jest to prosty znak, że też mi się uda go wygrać, tylko że muszę spróbować jeszcze raz.

Wszystko jest połączone w jakiejś idealnej sieci zła i dobra, wiary i przypadku, której nigdy nie dane będzie nam poznać. Wszystko jest jednością. Jakie jest największe marzenie naukowców? Ich cel? Znalezienie teorii, jednej jedynej teorii, która wytłumaczy wszystko. I początek świata, i naszą egzystencję, wszystko. Ja głęboko wierzę, że jest to możliwe.

Wczoraj dostałem w prezencie koszulę Paco Jeans. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie metka. Otóż na metce napisane jest, że została ona wyprodukowana na Ulicy Portobello, w Londynie. Halo?!! Toż to właśnie tam toczy się akcja książki "Wiedźma z Portobello" - i mojego filmu animowanego. Powtarzałem to już wielokrotnie i powtórzę to jeszcze raz: CZY MOŻNA BY BYŁO DOSTAĆ MOŻE MNIEJ OCZYWISTY ZNAK???

środa, 23 kwietnia 2008

Podróż w PRZESZŁOŚĆ
Ostatnio coraz częściej podróżuję w przeszłość. Z nostalgią. Trochę mnie to martwi, gdyż oznacza to, że próbuję uciec z teraźniejszości do świata, w którym może i nie było mi najlepiej i często łapałem doły, ale przynajmniej czułem się bezpiecznie (tak to sobie tłumaczę).

Oto drzwi od mojego starego pokoju zza czasów szkoły średniej, pełnej różnych wydarzeń i kilku ciekawych ludzi. Na tychże drzwiach wiszą trzy plakaty: od góry do dołu tak jak widać tutaj.

Pierwszy to wycinanki z różnych komiksów, które jak zwykle w tamtym okresie doczekały się góra jednej, dwóch stron. Pochodzą one, jak widać, z 2000 roku. Mamy tu dwie dziewczyny, którym coś się przydarzyło, nie pamiętam już co dokładnie. Gdy wreszcie skończę swój film animowany (nie obijałem się dziś, jako że zostało mi 37 dni coś tam wyskrobałem w ciągu dnia) biorę się od razu za nową stronę HZ: Alkoholizmu i kolejną stronę Ramireza i Kristosa (jeszcze 3 nowe i wyślę propozycję do wydawnictwa Egmont, które przyjmuje zgłoszenia od młodych utalentowanych, choć nic nie obiecuje, acz chce przynajmniej 8 stron). A przede wszystkim przygotuję nowe zgłoszenie do nieustającego konkursu Zuda (www.zuda.com), i tam też, oprócz niesamowiytch czarów-marów, będzie wersja tej śmierci, którą widać poniżej:


Drugi plakat to wycinanka ze starych przygód Herr ZEBY: możecie porównać jego początki poniżej z tym jak wygląda teraz . Planuję zresztą zrobić na swojej stronie takich kilka rysunków przedstawiających jak HZ rozwinął się przez te wszystkie lata. Oprócz HZ i Frau Hani (pierwszy komiks z Herr Zebą to narysowany w 1999 "W poszukiwaniu tego, co sypie", w którym to HZ zakochuje się we Frau Hani. Oryginał spaliłem, gdyż nie spodobał mi się, ale wciąż mam kopię cyfrową i może kiedyś opublikuję to na swojej stronie) i innych, znajdują się tu zdjęcia mojego taty (po prawej z psem) oraz dwa ze mną, (kiedy byłem małym chłopcem). Na zbliżeniu zobaczycie je lepiej. Również na zbliżeniu będzie w stanie odczytać moje najbardziej osobiste skryte rzeczy, których aby nie zapomnieć zapisałem na drzwiach.A ten ostatni plakat jest inspirowany książeczką z płyty "PInk Floyd: The Wall", wersja koncertowa w Berlinie czy gdzieś tam. Przedstawia on schizolską wersję mojej matki, w jej włosach zupełnie inny świat.
Koniec wspomnień. Póki co. Za ewentualne błędy składniowe, todzież ortograficzne, odpowiedzialne jest tylko i wyłącznie trzecie piwo.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Wiedźma bliżej.
"The witch of Portobello" zostało przetłumaczone jako "Czarownica z Portobello", co jest w porządku, pewnie, ale mi jakoś bardziej podoba się Wiedźma, więc tego będę się trzymał.

Zwykle rysuję to, co mi bardziej leży. Jeśli pracuję nad komiksem, a na jednej stronie jest np. 6 rysunków, to nie rysuję je chronologicznie, tylko raz jeden, raz drugi, począwszy od tego, który najbardziej chcę narysować. Z wiedźmą, jako, że jest to krótki film animowany, mam ileś-tam ilustracji do narysowania i rysuję też te, które mi najbardziej leżą. Ilekroć coś mi się nudzi, mam dość, odkładam brystol na bok, i biorę się za zupełnie nową ilustrację. Ma to swoje dobre i złe strony.

Dzisiaj po raz pierwszy jednorazowo w ciągu 4 godzin prawie skończyłem kartkę A4. Piszę prawie, bo mam 98% zrobione. Sukces. OCZYwiście wstawałem żeby coś zjeść itp. Zasady mojego konkursu zabraniają pokazywać ludziom skończony film, ale myślę, że mogę tu uchylić rąbka tajemnicy. Nie chcę jeszcze teraz pokazywać jak wygląda Athena - wiedźma (choć piękna z niej kobieta), a jednocześnie chcę ją Wam pokazać. Poniższe dwa rysunki nie mają ołówka wymazanego, gdyż to najokropniejsza część rysowania chyba dla każdego rysownika - gumkowanie.

Oczy/spojrzenie Atheny. Nos jest zbyt mały w porównaniu do gałek ocznych, a że robiłem to w dużym formacie nie jest usprawiedliwieniem. W filmie chyba pokażę same oczy. Zobaczymy.Athena w kościele, rzucająca klątwę na księdza, który odmówił jej komunii (miał swoje powody) - to nad tym spędziłem dzisiaj ponad 4 godziny. Aby narysować realistycznie jej prawą wyrzuconą w powietrze dłoń zrobiłem zdjęcie własnej dłoni telefonem.
Życie jako kryzys twórczy przenoszony drogą artystyczną.

Już będąc małym chłopcem zacząłem rysować. Nie wiem co mnie do tego popchnęło. Może szkice statków i żołnierzyków mojego starszego o 12 czy 13 lat brata znalezione w jego starym pokoju, może piękne bajki Disneya? A może zupełnie coś innego. Nie wiem.

Bozia dała ci talent.

Mając spaczone poczucie rzeczywistości myślałem, że miłość może być tylko jedna (bzdura) oraz dążyłem do perfekcji w swoich rysunkach. Jakiś czas temu zrozumiałem, że nigdy nie będę umiał tak dobrze rysować jakbym chciał, że nie mam wcale co przejmować się, jeśli coś nie wyjdzie mi tak jakbym sobie wymarzył, gdyż na tym polega praktyka. Z każdym rysunkiem staję się lepszy. Gdybym pewnego dnia stwierdził, że lepszy już nie będę, znaczyłoby to, że siadło mi na mózg i potrzebuję pomocy.

Duchowo rośniemy cały czas, aż do mementu naszej śmierci. Oznacza to, że jeśli wciąż pozostaniemy ciekawi świata i otwarci, to nigdy nie przyjdzie nam zanudzić się na śmierć, bo zawsze będzie coś nowego do okrycia.

Posiadanie talentu nie sprawia, że wszystko będzie szło jak po maśle. Są lepsze dni i gorsze. Nasze życie osobiste odbija się na naszym życiu artystycznym. Kiedy zaczynałem myśleć nad swoim filmem animowanym na filmowy konkurs Paula Coelho dość łatwo poszło mi planowanie jak przedstawić kolejne sceny. Wiedziałem już jak wygląda Paweł Podbielski, jeden z bohaterów i miałem narysować główną bohaterkę Athenę. I to mi szło nijak. Nie szło i nie szło, aż zacząłem się zastanawiać czy bóg (siła wszechświata, jestem ateistą) chce, żebym to zrobił czy nie? Pewnego dnia rysunek twarzy Atheny wyszedł mi świetnie (opinia „świetnie” pochodzi z momentu, w którym to ją narysowałem). I tak od tamtej pory idzie do przodu. Ale wymaga to dużo samozaparcia dla takiego lenia i alkoholika jak ja.

Wszystkie odpowiedzi na nasze problemy tkwią w naszej podświadomości. Jeśli nie żyjemy w zgodzie ze swoim duchem, to znalezienie rozwiązania problemu może nam sporo zająć. Niczego nie da się zrobić na siłę. Jeśli siadam przed kartką i nic mi nie wychodzi wstaję i odchodzę. Wracam za parę minut, godzin, za dzień. Jeśli znowu nie wychodzi to oznacza, że ten rysunek jest zły i nie chce być narysowany, więc biorę świeżą kartkę papieru i zaczynam od nowa. I działa. Tak sobie z tym radzę.

Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Czasami, nawet czując się dobrze nic nie osiągam. Myślę, że może to być spowodowane innymi sprawami, które zaprzątają mi mój umysł, mogą być to sprawy zepchnięte do podświadomości. Jeśli nic ci nie wychodzi, jak już pisałem, przerwij i odpocznij. Zastanów się dlaczego to ci nie wychodzi? Może ci się wydawać, że nie wiesz, ale jakaś część ciebie będzie już znała odpowiedź. Może nawet i oczywistą. Wszystko jest połączone.

Im bardziej się staramy, tym marniejsze rezultaty. Gdy bardzo nam na czymś zależy możemy się niepotrzebnie podenerwować i puszczą nam nerwy i wszystko stracimy. Dlatego trzeba nauczyć się odpuszczać sobie. Jest mnóstwo takich książek na rynku „Sztuka odpuszczania sobie”. Zasada jest prosta: jeśli najbardziej zależy ci na napisaniu książki, ale nie potrafisz splecić sensownego zdania, z którego można być zadowolonym, zapomnij o tym. Weź się za coś innego. Odpuść sobie. Przecież jak nie napiszesz książki, to nie koniec świata. A może akurat ta chęć jej napisania przysłaniała ci oczy na coś innego? W każdym razie, jak już sobie odpuścimy nasz umysł i duch się restartuje, zyskuje nową perspektywę, świeżość. Dzięki odpuszczeniu sobie tego, na czym najbardziej nam zależy po krótkim czasie dzieje się coś niesamowitego: to do nas samo wraca. I to bez żadnego bagażu w postaci kryzysu twórczego czy braku wiary w sens tego co robisz czy z wątpliwościami. Historia wraca, układa nam się sama w głowie, a my ją spisujemy. I już.

Dlaczego ludzie (ja też się tu zaliczam) mają problem z życiem? Depresje i tak dalej? Ponieważ traktują życie zbyt poważnie. Ze wszystkiego robią problem, gdyż chcą być dorośli i odpowiedzialni, a tak naprawdę wciąż siedzą w piaskownicy z pampersem. Gdy spotykasz kogoś, kto traktuje życie lekko może ci się wydawać, że coś jest nie tak z tą osobą, a ona tylko znalazła sposób, żeby wyzwolić się z nieustającej szarej rzeczywistości przyziemnych ludzi.

Życie jest tylko jedno. Tu i teraz. Nie tam gdzie wędruje twój umysł, nie wczoraj, nie jutro. Dziś. Teraz.

Przyszłość jest teraz.

sobota, 19 kwietnia 2008

Wiedźma walczy.
Właśnie zrobiłem sobie krótką przerwę w rysowaniu. Idzie dobrze i pomimo, że czasu coraz mniej wiem, że uda mi się skończyć na czas. Chcę to mieć już za sobą i brać się za inne projekty. (Taak, wiem, piszę to samo w prawie każdym poście).

Niedługo zacznę pisać swoją autobiografię. Tak, śmiejcie się pieprzoni ignoranci. Nie pamiętam dokładnie kto, ale chyba był to Edgar Allan Poe lub Nitze, który już w dzieciństwie wiedział, że czeka go wielka przyszłość wobec czego już w wieku 13 lat zaczął pisać swoją autobiografię. I też go pewnie wytykali palcami i się śmiali.

Jeszcze na chwilę o Nitze. Napisał mnóstwo przełomowych prac i wciąż się o nim mówi, więc w swojej naiwności poszedłem raz do biblioteki i wypożyczyłem "Tako rzecze zaratrusta". Wcale nie gruba książka, ale nie dość, że nudna jak cholera, to tego się wcale czytać nie da. Albo po prostu ułom ze mnie. Oddałem z powrotem i zapłaciłem karę, za przetrzymywanie.

Próbowałem pisać różne pamiętniki, dzienniki czy senniki, ale nigdy mi to nie szło, gdyż po kilku linijkach byłem już tak znudzony, że dawałem sobie spokój. Jedynie pisanie długich listów mi wychodzi. W każdym razie postanowiłem spisywać krótkie, ciekawe historie z dzieciństwa, żeby o nich nie zapomnieć i zacząć wreszcie tą autobiografię. Gdyby w przyszłości (kto wie, cóż ona nam przyniesie?) jednak tak wyszło, że stałbym się bogatym skurczybykiem z trzema podbródkami i wydawnictwo obojętnie które chciałoby zarobić na mnie jeszcze trochę pieniędzy, wycisnąć z cytrynki sok, to w dużej mierze miałbym część już gotową, wystarczyłoby zedytować posty w OGGu. To tyle tytułem tłumaczenia się. Nie lubię się tłumaczyć.

Coś tam chciałem ostatnio napisać, ale znowu zapomniałem co.

piątek, 18 kwietnia 2008

FILM: Ciapka - papka i inne.
Z pośród wielu rzeczy, których nie cierpię znajduje się powtarzanie tych samych utartych schematów. Będąc niewolnikiem własnej osobowości przeważnie na różne sprawy zawsze reaguję tak samo, co donikąd nie prowadzi. Jeśli chodzi o filmy, to głupie dla mnie jest, że Hollywood albo robi swoją własną, amerykańską wersję jakiegoś dobrego mniej lub bardziej japońskiego horroru (gdyż oni, amerykanie, nie lubią napisów na filmach, bo trzeba czytać, więc lepiej zrobić zupełnie ten sam film na nowo, ale po swojemu), albo robi to, co zrobiło z Hilary Swank.

Hilary, która zaczynała od "Karate Kid", odniosła sukces w "Million Dollar Baby" bóg jeden wie dlaczego przetłumaczony na "Za wszelką cenę" - zagrała w 2007 w filmie zatytułowanym "Freedom Writers" - "Wolność słowa". No i ten przeklęty film to nic innego jak nowa wersja "Młodych gniewnych" z Michelle Pfeiffer. Do jasnej cholery! Taa, bo dziś już nikt nie pamięta tamtego "starego filmu", więc czemu nie powtórzyć przepisu na zarobienie znowu trochę pieniędzy?

Co do głupich tłumaczeń, to utworzę dla nich osobną kategorię, gdyż czymkolwiek kierują się ludzie w Polsce tłumaczący tytuły zachodnich filmów, to z pewnością nie jest to rozum. W chwili obecnej przychodzi mi tylko do głowy film z młodym i pięknym Joshem Hartnettem (ten z "Sin City") "Black Hawk Down". Chodzi o helikopter, który nazywa się Black Hawk i że ktoś go strącił. Ja bym to przetłumaczył zgodnie z oryginałem: "Czarny jastrząb strącony". Polski tytuł musiał jednak bardziej zachęcić ludzi do pójścia na film, musiał im w trzech wyrazach przekazać o tym, że to film akcji, że Black Hawk to nie prawdziwy jastrząb, ale helikopter, żeby DO KAŻDEGO DOTARŁO. No i nasz tytuł to "Helikopter w ogniu". Kurde.

Jestem fanem Woodiego Allena, który wciąż kręci inteligętne filmy dzięki czemu jako taki kontakt z inteligencją mam. Ostatnio obejrzałem "Anything Else", który bardzo wszystkim polecam. Świetna komedia do której często będę wracał. Ach, polski tytuł "Życie i cała reszta". Jeszcze z "całą resztą się zgodzę, ale o życiu nic w tytule nie ma. Przeż ten tytuł znaczy dla nich to samo co "Cokolwiek innego" dla nas i tak też powinien być przetłumaczony.
Dziwactwa: Skurczowe wibracje.
Jak już chyba pisałem wcześniej, każdy z nas ma swoje tajone szczytnie dziwactwa. Dzisiaj przypomniało mi się jedno z moich kolejnych. Zwyklę noszę telefon komórkowy w kieszeni spodni (tak, jestem szczęśliwym posiadaczem tego wynalazku). Gdy mam dźwięk wyłączony o telefonie czy też smsie dają mi znak wibracje. Bardzo często jednak zdawało mi się, że czułem wibrację, sprawdzałem komórkę, a tam nic.

Bo to nie były wibracje, tylko skurcz nogi.

środa, 16 kwietnia 2008

Książka: Chrabia Monte Christo
? Co tu dużo pisać. Kilka lat temu, jako początkujący fan biblioteki "dla dorosłych" przeniosłem się z komiksów do działu z De Sadem i innymi zbokami. Trafiłem też na 3 tomy "Chrabiego" i przeczytałem je z zawzięciem dość szybko.

Jest to jedna z najlepszych, najciekawszych książek jakie w życiu czytałem. Będą ostatnio w Polsce chciałem sobie ją kupić, gdyż nie znam francuskiego jeszcze więc nie mógłbym czytać oryginału. Niestety w mojej księgarni mieli tylko trzy grube ciężkie tomy za 79 złotych (promocja! cena zeszła z 82), dałem sobie spokój.

Dziś kupiłem po angielsku, z braku laku i kit dobry, całość w jedym wydaniu w miękkiej oprawie za 14.10 euro. Wciąż taniej niż w tamtej polskiej księgarni. I tak książka ta dołączy do kupy moich nieprzeczytanych. Choć mam nadzieję, że się za nią wezmę. Póki co przeczytałem kilka linijek będąc w toalecie.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Z piekła: Klnij ile wlezie, cepie!
Znowu rzuciłem palenie, od dwóch dni zdaje się. Dzisiaj porządnie odczuwam brak nikotyny. Mam plastry nicorette, ale 15mg, bardzo silne, tak silne, że niedobrze mi po nich, więc nie bedę się tym kleił. Daję radę, piję piwo, to mnie uspokaja (od jednego uzależnienia w drugie).

Efekty rzucenia: poddenerwowanie, milczenie, jak już się odzywam to krótko i szorstko, wszystko mnie wkurza. Typowe. Do tego ci cholerni sąsiedzi z gór. Sąsiad ma samochód, przychodzą jego kuzyni czy kto tam i tak krzyczą za oknem (pewnie już po kilku wódki kielonkach): "Kurwa, jak diesel chodzi, kurwa, jak diesel kurwa. Słyszysz kurwa? Jak diesel. Kurwa." Ja pierdzielę, zamknijcie się! Ile można tak klnąć? Przeż to trzeba mieć coś z garem.

Ach no tak, sąsiad ma internet i często serfuje po necie, ale chyba nie zna adresu ani mojej strony ani bloga, więc póki co, jestem bezpieczny w wyrażaniu opini o sąsiadach.

piątek, 11 kwietnia 2008

Ludzie i PARAPETY.
No, dość rysowania na dziś, wciąż męczę kartkę A3 z widokiem na Regent's Park w Londynie, gdzie rozgrywa się jedna ze scen mojego filmu animowanego. W trakcie rysowania nie poleciała mi krew z nosa, więc nie jest źle = jest dobrze..

Te dwie kropki na końcu poprzedniego zdania to specjalnie. Bo któż robi dwie? Jedna to standart, trzy to wiadomo, ale dwie? Taki zabójczy oryginał ze mnie. Dieta. Muszę pójść na dietę, gdyż nie dość, że rośnie mi druga broda, to i brzuch. Ludzie mnie przestrzegają, ale nie złośliwie, tylko w trosce o moje dobro. Np. jedną z tych osób jest mój brat, który napisał, że tak jakoś w okolicach wieku, w którym jestem zaczął chodować brzuchol i teraz jest już dla niego za późno. Ja mam wciąż jeszcze szansę i biorę to poważnie. Moja cudna dieta będzie polegała na nie żarciu, aż nie można wstać oraz ćwiczeniach, np. podnoszenie ołówka na wysokość 5 cm 4x dziennie.

Ten OGG robi się bardzo osobisty.

Ludzie i parapety. Jest ino taki jeden cep, domokrążca, młody szczyl, który szwęda się pod moją ulicą od czasu do czasu i próbuje ludziom wciskać złote nasionka fasoli. Dzwoni raz, drugi, puka. Jak mu otworzysz, wysłuchasz i podziękujesz, to nie pozwoli ci odejść o ile nie zatrzaśniesz mu drzwi przed mordą. Mówi do ciebie per "przyjacielu". Nieczęsto go widzę, ale w tym tygodniu, to widziałem go już dwa razy. Wpierw mu otworzyłem, bo zapomniałem że to on (no co, mam znać twarze i pamiętać twarze wszystkich debili w okolicy? Nie). Podszedł mnie psychologicznie, spytał, czy wiem, która godzina. Odpowiedziałem która, a on, szeptem, do mnie: "Mam kamerę". W tym momencie zatrzasnąłem drzwi. Dziś znów dzwonił. Wyczaiłem go przez judasza i nie otwarłem. Pomylony jakiś.

W ogóle, to nie wiem czy wiesz, ale każde miasto ma kilka indywidualnych pokracznych jednostek, które wybijają się z tłumu. Zwykle to pijoki i moczymordy. Ten domokrążca należy do jednych z nich. Poza nim mam starego muskularnego palacza faj, który nawet zimą speceruje w podkoszulku i lekkiej kurtce z białym puszystym psem. Kurczę, podoba mi się ten opis. Dziwny jest. Jest też kobieta, która chodzi i klnie. To pewno ta choroba, której nie pamiętam nazwy, ale na żywo to wcale nie wygląda jak zespół Tureta czy jakoś tak. Ona idzie, twarz cała czerwona i wrzeszczy jak szalona. W furii. Ale do niej nic nie mam. Jak mi się jeszcze ktoś przypomni to napiszę.

Co kocham w tym OGGu, to to, że oprócz jednej kochanej osoby nikt jeszcze mi żadnego komentarza nie wystawił. A jestem na nie łasy. Ale na wszystko jest czas i miejsce. Wiem, że kiedyś będę miał ich pewnie zbyt dużo i w duchu będę przeklinał.

Tak, dziś jest dzień w którym dobrze mi idzie pisanie postów. Zwykle tak nie jest, dlatego nie często piszę. Do wszystkiego trzeba mieć nastrój. Jeszcze jedno piwo i zacznę prawić kazania jak kaznodzieja, co mam w zwyczaju, jak być szczęśliwym i jak należy żyć. Tak więc przerwa.

środa, 9 kwietnia 2008

Dziwny jest ten świat.
A skoro świat jest dziwny to i my też. Nikt nie jest normalny i każdy ma swoje dziwactwa. Tylko, że niektórzy mają ich więcej od innych i tych też wrzuca się do psychiatryków.

Tak więc mamy fetysze, czarne, zbrodnicze myśli i cały wachlarz pozostałych dziwact. Jednym z moich (choć jestem pewien, iż nie jestem jedyny) jest to, że lubię zapach świerzej książki czy też komiksu. Wtykam nos pomiędzy sklejone strony i się zaciągam. Różny papier i druk mają różne zapachy. Jest to dla mnie bardzo przyjemny zapach przeważnie.

Oczywiście po przeczytaniu tego możesz sobie pomyśleć "co za świr", ale spójrz na siebie i na to co tam się skrywa. Bo to, co robi człowiek gdy nikt inny nie widzi to jego tajemnica.

wtorek, 8 kwietnia 2008

Co tam w trawie piszczy?
Wciąż pracuję nad filmem animowanym, dlatego mało tu piszę i nie często. Mam jakieś 25% skończone i mniej niż 2 miesiące do końca konkursu, ale już teraz wiem, że wyrobię się na czas. Trudno jest ogłuszyć ludzi i zaciągnąć ich na swoją stronę internetową nawet dając im lizaki, szczególnie, kiedy nie pojawia się nic nowego, ale na razie nic na to nie poradzę, gdyż jak sami widzicie jestem zajęty. Nie żebym pieprzył Matta Damona czy Bena Aflecca...

No, ale postaram się pisać częściej i ogłuszyć tych ludzi i ich zaciągnąć na ten OGG oraz stronę. Dzisiaj jeśli się upiję, to może coś więcej napiszę, w końcu rysować już na pewno nie będę. (Dziś).

Ach... ee... No. Póki co średnio na miesiąc jest kilka osób, które odwiedzają moją stronę, z czego się cieszę, oraz jedna zaglądająca tu regularnie. Reszta olewa, ale karcić nie będę, gdyż nie jestem centrum świata. Promocja. Na tym muszę się skupić. Jak znajdę siły i czas. Czyli atak na naszą klasę.

wtorek, 29 kwietnia 2008

Z PIEKŁA: A ty jak się czułeś dzisiaj?

Dzień był mroźny i denerwujący.

Przechodnie zdawali się żyć w innym świecie, słońce tworzyło obłudę ciepła.

Dzień był kolejną częścią nocy pełnej psychodelicznych koszmarów. Wstręt spowijał ściany pokoju, a złość ściskała serce. Jak zwykle w tych chwilach, które regularnie przeplatały się z uśmiechami na cyfrowych fotografiach, leżał obojętnie na łóżku. W martwym spojrzeniu tkwiła nadzieja na świetlisty szlak, który byłby pozbawiony tych wszystkich drętwych, przyziemnych uczuć. Jednak tak trudno jest odzyskać chęć, jeszcze trudniej przemóc się, by chcieć ją odzyskać.

Po wielu długich i pustych jednostkach czasu, zdawkowych odpowiedziach, smętnego tonu i zniesmaczonych ust nadeszła zmiana. Zmiana, która wykopała huśtawkę uczuć i wszczepiła wolę walki.

Bez wiary nic nie pozostaje.

niedziela, 27 kwietnia 2008

Karp WALCZY.

"Karp walczy" jest to zdanie (o ile można nazwać dwa wyrazy zdaniem) które kiedyś zapisałem w swoim zeszycie z wyczesanymi i śmiałymi przemyśleniami. Co w nim wyjątkowego? Pewnie nic dla przypadkowego przechodnia, jednak mi to zdanie po prostu bardzo się podoba. (Fraza? może to fraza a nie zdanie? Ech, pal licho).

Jest kilka takich fajnych rzeczy, które niestety, w odróżnieniu do Walczącego Karpia, nie przetrwały do dnia dzisiejszego. Jedna z nich to oryginał mojego pierwszego komiksu z HZ, tak mam kopię na kompie, ale w chwili przygnębienia poszedłem za tory do lasu i spaliłem te nędzne wypociny. Szał dziki mnie dopadł. Było to w 1999. Żałuję tylko trochę, w końcu mam kopie a oryginał do dziś pewnie by już grzybem zaszedł.

Druga rzecz, której żałuję, to narysowany w zeszycie A5, takim szkolnym, komiks "Cień Wampira". Stworzyłem go w czasach podstawówki, kiedy to szkoła podstawowa wynosiła 8 długich i krętych lat. Pewnego ranka Max znajduje but pod swoim oknem. W szkole zauważa, że jego klasowa koleżanka Sabrina nie ma jednego buta... no i okazuje się, że ona jest wampirem, bla blah, bla, na końcu w kościele duży kawał drewna przebija ją na wylot. Koniec. Zrobienie tego zajeło mi jeden wieczór i nie pamiętam co się z tym stało. Żałuję, bo chciałbym to znowu zobaczyć z ciekawości.

No i dochodzimy do sedna tego posta, ponieważ o tam, niewierni, lepiej klęknijcie i trwóżcie się, bo ten post ma SEDNO! Pewnego dnia napisałem opowiadanie na jedną stronę A4 gęsto zapisaną. Całe się rymowało jak cholera i było zajebiste i gdzieś mi kurcze przepadło. Było to o Zychu którego zachipnotyzowały głosy z piecyka i kazały mu zabijać czy jakoś tak. Czasami myślę sobie, żeby to odtworzyć, choć nie byłoby to już to samo, ale kto wie. Jedyne co pamiętam to początek:

Zychu pokoik mały miał, a w pokoiku tym piecyk stał.

oraz chyba środek:

Głosy to owe były i właśnie tak mówiły:
Pomóż nam, pomóż, jesteśmy w piecyku!

Wciąż się modlę, że może gdzieś mam kopię. Wiem, że to opowiadanie to nie dzieło czy coś, ale mam do niego sentyment. Morał: dbaj o to co tworzysz i rób dużo kopii. Nawet jeśli ci się nie podoba, to za 28 lat, kiedy cię w plecach będzie łupało, i ty możesz poczuć sentyment.

KAC

Jestem człowiekiem któremu istnienie środków alkoholowych nie jest obce. Dlatego też czasami, aczkolwiek niezbyt często (dlatego napisałem czasami) zdarza mi się wypić za dużo. Właściwie gwóźdź do trumny przybija mieszanie tak jak zdarzyło mi się wczoraj: wpierw piwo, potem wino.

Ale nie jest to post o tym, że piłem, tylko o moich KAC'owych zwyczajach. Mianowicie spowijając się nad ranem w łóżku orientuję się już przy pierwszym spowiciu, iż jest ze mną źle. Wtedy wychodzę na spacer. No i to ten mój zwyczaj. Mam jedną taką trasę, po której czuję się o wiele lepiej, to moje najlepsze lekarstwo. Ktokolwiek mija mnie na ulicy nie widzi mnie, ale chodzącego trupa z rozczochranymi włosami, przekrwionymi wampirzymi oczami i bladą twarzą oraz miną, która mówi "Dziś nie czuję się najlepiej". Dodatkowo dzisiaj poszedłem na całość odczuwając potrzebę przewietrzenia się i ponieważ nie padało, a słonko prażyło uzbroiłem się w krótkie spodenki plażowe, nóż rzeźnicki, koszulkę w biało czarne paski i buty New Balance w których mam biegać regularnie, ale do tej pory zdarzyło mi się to tylko 6 razy. I było dobrze oprócz nielicznych chwil, kiedy słońce zasłaniała chmura.

Z nożem rzeźnickim to żart. Źle ze mną, ale nie aż tak.

sobota, 26 kwietnia 2008

Przeznaczenie

Część ludzi wierzy w przeznaczenie, pozostała wierzy, że coś takiego nie istnieje i wszystko to tylko przypadek. Ja wierzę, że przeznaczenie i przypadek to jedno i to samo. Ludzkość lubi bawić się w szufladkowanie, segregowanie i nazywanie wszystkiego, co w niektórych warunkach jest konieczne, ale bardzo często też niepotrzebnie wszystko komplikuje.

Rzeczy są nam przeznaczone, nasz byt przyciąga bezustannie siły, które albo pomogą nam w osiągnięciu naszych celów i marzeń, albo które nas zniszczą, jeżeli kierujemy się samozagładą. Istnieje taki fanomen, że jeśli o czymś wciąż myślisz, to wszędzie będziesz to widział. Przykład: kobieta, która chce mieć dziecko wszędzie widzi mnóstwo matek z dzieckiem. Nie oznacza to, że normalnie ich nie ma, tylko że jej umysł jest bardzo na to wyczulony. Drugi przykład: rysując pracę na konkurs Zuda stworzyłem papugę. Papugę widziałem wszędzie: w telewizji, w gazetach, w oknach ludzkich domów (taką szczuczną wypchaną). Początkowo myślałem, że to znak (gdyż wierzę w znaki), że wygram konkurs. Okazało się po wielu miesiącach, że nie wygrałem, ale zrozumiałem o co chodziło. Właśnie o ten fenomen, twój umysł wychwytuje wszystko co związane z tym, co jest ci w danej chwili bardzo potrzebne, tak jak mi była potrzebna papuga i znak. Dzięki czemu masz bardzo dużą szansę osiągnąć swój cel, gdyż nic nie umknie twojej uwadze. Przyciągasz do siebie coraz więcej okazji, to jakby takie niewidzialne promieniowanie.

Ostatni raz w tamtym okresie widziałem papugę w pracy osoby, która zwyciężyła ten konkurs. I jest to prosty znak, że też mi się uda go wygrać, tylko że muszę spróbować jeszcze raz.

Wszystko jest połączone w jakiejś idealnej sieci zła i dobra, wiary i przypadku, której nigdy nie dane będzie nam poznać. Wszystko jest jednością. Jakie jest największe marzenie naukowców? Ich cel? Znalezienie teorii, jednej jedynej teorii, która wytłumaczy wszystko. I początek świata, i naszą egzystencję, wszystko. Ja głęboko wierzę, że jest to możliwe.

Wczoraj dostałem w prezencie koszulę Paco Jeans. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie metka. Otóż na metce napisane jest, że została ona wyprodukowana na Ulicy Portobello, w Londynie. Halo?!! Toż to właśnie tam toczy się akcja książki "Wiedźma z Portobello" - i mojego filmu animowanego. Powtarzałem to już wielokrotnie i powtórzę to jeszcze raz: CZY MOŻNA BY BYŁO DOSTAĆ MOŻE MNIEJ OCZYWISTY ZNAK???

środa, 23 kwietnia 2008

Podróż w PRZESZŁOŚĆ

Ostatnio coraz częściej podróżuję w przeszłość. Z nostalgią. Trochę mnie to martwi, gdyż oznacza to, że próbuję uciec z teraźniejszości do świata, w którym może i nie było mi najlepiej i często łapałem doły, ale przynajmniej czułem się bezpiecznie (tak to sobie tłumaczę).

Oto drzwi od mojego starego pokoju zza czasów szkoły średniej, pełnej różnych wydarzeń i kilku ciekawych ludzi. Na tychże drzwiach wiszą trzy plakaty: od góry do dołu tak jak widać tutaj.

Pierwszy to wycinanki z różnych komiksów, które jak zwykle w tamtym okresie doczekały się góra jednej, dwóch stron. Pochodzą one, jak widać, z 2000 roku. Mamy tu dwie dziewczyny, którym coś się przydarzyło, nie pamiętam już co dokładnie. Gdy wreszcie skończę swój film animowany (nie obijałem się dziś, jako że zostało mi 37 dni coś tam wyskrobałem w ciągu dnia) biorę się od razu za nową stronę HZ: Alkoholizmu i kolejną stronę Ramireza i Kristosa (jeszcze 3 nowe i wyślę propozycję do wydawnictwa Egmont, które przyjmuje zgłoszenia od młodych utalentowanych, choć nic nie obiecuje, acz chce przynajmniej 8 stron). A przede wszystkim przygotuję nowe zgłoszenie do nieustającego konkursu Zuda (www.zuda.com), i tam też, oprócz niesamowiytch czarów-marów, będzie wersja tej śmierci, którą widać poniżej:


Drugi plakat to wycinanka ze starych przygód Herr ZEBY: możecie porównać jego początki poniżej z tym jak wygląda teraz . Planuję zresztą zrobić na swojej stronie takich kilka rysunków przedstawiających jak HZ rozwinął się przez te wszystkie lata. Oprócz HZ i Frau Hani (pierwszy komiks z Herr Zebą to narysowany w 1999 "W poszukiwaniu tego, co sypie", w którym to HZ zakochuje się we Frau Hani. Oryginał spaliłem, gdyż nie spodobał mi się, ale wciąż mam kopię cyfrową i może kiedyś opublikuję to na swojej stronie) i innych, znajdują się tu zdjęcia mojego taty (po prawej z psem) oraz dwa ze mną, (kiedy byłem małym chłopcem). Na zbliżeniu zobaczycie je lepiej. Również na zbliżeniu będzie w stanie odczytać moje najbardziej osobiste skryte rzeczy, których aby nie zapomnieć zapisałem na drzwiach.A ten ostatni plakat jest inspirowany książeczką z płyty "PInk Floyd: The Wall", wersja koncertowa w Berlinie czy gdzieś tam. Przedstawia on schizolską wersję mojej matki, w jej włosach zupełnie inny świat.
Koniec wspomnień. Póki co. Za ewentualne błędy składniowe, todzież ortograficzne, odpowiedzialne jest tylko i wyłącznie trzecie piwo.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Wiedźma bliżej.

"The witch of Portobello" zostało przetłumaczone jako "Czarownica z Portobello", co jest w porządku, pewnie, ale mi jakoś bardziej podoba się Wiedźma, więc tego będę się trzymał.

Zwykle rysuję to, co mi bardziej leży. Jeśli pracuję nad komiksem, a na jednej stronie jest np. 6 rysunków, to nie rysuję je chronologicznie, tylko raz jeden, raz drugi, począwszy od tego, który najbardziej chcę narysować. Z wiedźmą, jako, że jest to krótki film animowany, mam ileś-tam ilustracji do narysowania i rysuję też te, które mi najbardziej leżą. Ilekroć coś mi się nudzi, mam dość, odkładam brystol na bok, i biorę się za zupełnie nową ilustrację. Ma to swoje dobre i złe strony.

Dzisiaj po raz pierwszy jednorazowo w ciągu 4 godzin prawie skończyłem kartkę A4. Piszę prawie, bo mam 98% zrobione. Sukces. OCZYwiście wstawałem żeby coś zjeść itp. Zasady mojego konkursu zabraniają pokazywać ludziom skończony film, ale myślę, że mogę tu uchylić rąbka tajemnicy. Nie chcę jeszcze teraz pokazywać jak wygląda Athena - wiedźma (choć piękna z niej kobieta), a jednocześnie chcę ją Wam pokazać. Poniższe dwa rysunki nie mają ołówka wymazanego, gdyż to najokropniejsza część rysowania chyba dla każdego rysownika - gumkowanie.

Oczy/spojrzenie Atheny. Nos jest zbyt mały w porównaniu do gałek ocznych, a że robiłem to w dużym formacie nie jest usprawiedliwieniem. W filmie chyba pokażę same oczy. Zobaczymy.Athena w kościele, rzucająca klątwę na księdza, który odmówił jej komunii (miał swoje powody) - to nad tym spędziłem dzisiaj ponad 4 godziny. Aby narysować realistycznie jej prawą wyrzuconą w powietrze dłoń zrobiłem zdjęcie własnej dłoni telefonem.

Życie jako kryzys twórczy przenoszony drogą artystyczną.

Już będąc małym chłopcem zacząłem rysować. Nie wiem co mnie do tego popchnęło. Może szkice statków i żołnierzyków mojego starszego o 12 czy 13 lat brata znalezione w jego starym pokoju, może piękne bajki Disneya? A może zupełnie coś innego. Nie wiem.

Bozia dała ci talent.

Mając spaczone poczucie rzeczywistości myślałem, że miłość może być tylko jedna (bzdura) oraz dążyłem do perfekcji w swoich rysunkach. Jakiś czas temu zrozumiałem, że nigdy nie będę umiał tak dobrze rysować jakbym chciał, że nie mam wcale co przejmować się, jeśli coś nie wyjdzie mi tak jakbym sobie wymarzył, gdyż na tym polega praktyka. Z każdym rysunkiem staję się lepszy. Gdybym pewnego dnia stwierdził, że lepszy już nie będę, znaczyłoby to, że siadło mi na mózg i potrzebuję pomocy.

Duchowo rośniemy cały czas, aż do mementu naszej śmierci. Oznacza to, że jeśli wciąż pozostaniemy ciekawi świata i otwarci, to nigdy nie przyjdzie nam zanudzić się na śmierć, bo zawsze będzie coś nowego do okrycia.

Posiadanie talentu nie sprawia, że wszystko będzie szło jak po maśle. Są lepsze dni i gorsze. Nasze życie osobiste odbija się na naszym życiu artystycznym. Kiedy zaczynałem myśleć nad swoim filmem animowanym na filmowy konkurs Paula Coelho dość łatwo poszło mi planowanie jak przedstawić kolejne sceny. Wiedziałem już jak wygląda Paweł Podbielski, jeden z bohaterów i miałem narysować główną bohaterkę Athenę. I to mi szło nijak. Nie szło i nie szło, aż zacząłem się zastanawiać czy bóg (siła wszechświata, jestem ateistą) chce, żebym to zrobił czy nie? Pewnego dnia rysunek twarzy Atheny wyszedł mi świetnie (opinia „świetnie” pochodzi z momentu, w którym to ją narysowałem). I tak od tamtej pory idzie do przodu. Ale wymaga to dużo samozaparcia dla takiego lenia i alkoholika jak ja.

Wszystkie odpowiedzi na nasze problemy tkwią w naszej podświadomości. Jeśli nie żyjemy w zgodzie ze swoim duchem, to znalezienie rozwiązania problemu może nam sporo zająć. Niczego nie da się zrobić na siłę. Jeśli siadam przed kartką i nic mi nie wychodzi wstaję i odchodzę. Wracam za parę minut, godzin, za dzień. Jeśli znowu nie wychodzi to oznacza, że ten rysunek jest zły i nie chce być narysowany, więc biorę świeżą kartkę papieru i zaczynam od nowa. I działa. Tak sobie z tym radzę.

Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Czasami, nawet czując się dobrze nic nie osiągam. Myślę, że może to być spowodowane innymi sprawami, które zaprzątają mi mój umysł, mogą być to sprawy zepchnięte do podświadomości. Jeśli nic ci nie wychodzi, jak już pisałem, przerwij i odpocznij. Zastanów się dlaczego to ci nie wychodzi? Może ci się wydawać, że nie wiesz, ale jakaś część ciebie będzie już znała odpowiedź. Może nawet i oczywistą. Wszystko jest połączone.

Im bardziej się staramy, tym marniejsze rezultaty. Gdy bardzo nam na czymś zależy możemy się niepotrzebnie podenerwować i puszczą nam nerwy i wszystko stracimy. Dlatego trzeba nauczyć się odpuszczać sobie. Jest mnóstwo takich książek na rynku „Sztuka odpuszczania sobie”. Zasada jest prosta: jeśli najbardziej zależy ci na napisaniu książki, ale nie potrafisz splecić sensownego zdania, z którego można być zadowolonym, zapomnij o tym. Weź się za coś innego. Odpuść sobie. Przecież jak nie napiszesz książki, to nie koniec świata. A może akurat ta chęć jej napisania przysłaniała ci oczy na coś innego? W każdym razie, jak już sobie odpuścimy nasz umysł i duch się restartuje, zyskuje nową perspektywę, świeżość. Dzięki odpuszczeniu sobie tego, na czym najbardziej nam zależy po krótkim czasie dzieje się coś niesamowitego: to do nas samo wraca. I to bez żadnego bagażu w postaci kryzysu twórczego czy braku wiary w sens tego co robisz czy z wątpliwościami. Historia wraca, układa nam się sama w głowie, a my ją spisujemy. I już.

Dlaczego ludzie (ja też się tu zaliczam) mają problem z życiem? Depresje i tak dalej? Ponieważ traktują życie zbyt poważnie. Ze wszystkiego robią problem, gdyż chcą być dorośli i odpowiedzialni, a tak naprawdę wciąż siedzą w piaskownicy z pampersem. Gdy spotykasz kogoś, kto traktuje życie lekko może ci się wydawać, że coś jest nie tak z tą osobą, a ona tylko znalazła sposób, żeby wyzwolić się z nieustającej szarej rzeczywistości przyziemnych ludzi.

Życie jest tylko jedno. Tu i teraz. Nie tam gdzie wędruje twój umysł, nie wczoraj, nie jutro. Dziś. Teraz.

Przyszłość jest teraz.

sobota, 19 kwietnia 2008

Wiedźma walczy.

Właśnie zrobiłem sobie krótką przerwę w rysowaniu. Idzie dobrze i pomimo, że czasu coraz mniej wiem, że uda mi się skończyć na czas. Chcę to mieć już za sobą i brać się za inne projekty. (Taak, wiem, piszę to samo w prawie każdym poście).

Niedługo zacznę pisać swoją autobiografię. Tak, śmiejcie się pieprzoni ignoranci. Nie pamiętam dokładnie kto, ale chyba był to Edgar Allan Poe lub Nitze, który już w dzieciństwie wiedział, że czeka go wielka przyszłość wobec czego już w wieku 13 lat zaczął pisać swoją autobiografię. I też go pewnie wytykali palcami i się śmiali.

Jeszcze na chwilę o Nitze. Napisał mnóstwo przełomowych prac i wciąż się o nim mówi, więc w swojej naiwności poszedłem raz do biblioteki i wypożyczyłem "Tako rzecze zaratrusta". Wcale nie gruba książka, ale nie dość, że nudna jak cholera, to tego się wcale czytać nie da. Albo po prostu ułom ze mnie. Oddałem z powrotem i zapłaciłem karę, za przetrzymywanie.

Próbowałem pisać różne pamiętniki, dzienniki czy senniki, ale nigdy mi to nie szło, gdyż po kilku linijkach byłem już tak znudzony, że dawałem sobie spokój. Jedynie pisanie długich listów mi wychodzi. W każdym razie postanowiłem spisywać krótkie, ciekawe historie z dzieciństwa, żeby o nich nie zapomnieć i zacząć wreszcie tą autobiografię. Gdyby w przyszłości (kto wie, cóż ona nam przyniesie?) jednak tak wyszło, że stałbym się bogatym skurczybykiem z trzema podbródkami i wydawnictwo obojętnie które chciałoby zarobić na mnie jeszcze trochę pieniędzy, wycisnąć z cytrynki sok, to w dużej mierze miałbym część już gotową, wystarczyłoby zedytować posty w OGGu. To tyle tytułem tłumaczenia się. Nie lubię się tłumaczyć.

Coś tam chciałem ostatnio napisać, ale znowu zapomniałem co.

piątek, 18 kwietnia 2008

FILM: Ciapka - papka i inne.

Z pośród wielu rzeczy, których nie cierpię znajduje się powtarzanie tych samych utartych schematów. Będąc niewolnikiem własnej osobowości przeważnie na różne sprawy zawsze reaguję tak samo, co donikąd nie prowadzi. Jeśli chodzi o filmy, to głupie dla mnie jest, że Hollywood albo robi swoją własną, amerykańską wersję jakiegoś dobrego mniej lub bardziej japońskiego horroru (gdyż oni, amerykanie, nie lubią napisów na filmach, bo trzeba czytać, więc lepiej zrobić zupełnie ten sam film na nowo, ale po swojemu), albo robi to, co zrobiło z Hilary Swank.

Hilary, która zaczynała od "Karate Kid", odniosła sukces w "Million Dollar Baby" bóg jeden wie dlaczego przetłumaczony na "Za wszelką cenę" - zagrała w 2007 w filmie zatytułowanym "Freedom Writers" - "Wolność słowa". No i ten przeklęty film to nic innego jak nowa wersja "Młodych gniewnych" z Michelle Pfeiffer. Do jasnej cholery! Taa, bo dziś już nikt nie pamięta tamtego "starego filmu", więc czemu nie powtórzyć przepisu na zarobienie znowu trochę pieniędzy?

Co do głupich tłumaczeń, to utworzę dla nich osobną kategorię, gdyż czymkolwiek kierują się ludzie w Polsce tłumaczący tytuły zachodnich filmów, to z pewnością nie jest to rozum. W chwili obecnej przychodzi mi tylko do głowy film z młodym i pięknym Joshem Hartnettem (ten z "Sin City") "Black Hawk Down". Chodzi o helikopter, który nazywa się Black Hawk i że ktoś go strącił. Ja bym to przetłumaczył zgodnie z oryginałem: "Czarny jastrząb strącony". Polski tytuł musiał jednak bardziej zachęcić ludzi do pójścia na film, musiał im w trzech wyrazach przekazać o tym, że to film akcji, że Black Hawk to nie prawdziwy jastrząb, ale helikopter, żeby DO KAŻDEGO DOTARŁO. No i nasz tytuł to "Helikopter w ogniu". Kurde.

Jestem fanem Woodiego Allena, który wciąż kręci inteligętne filmy dzięki czemu jako taki kontakt z inteligencją mam. Ostatnio obejrzałem "Anything Else", który bardzo wszystkim polecam. Świetna komedia do której często będę wracał. Ach, polski tytuł "Życie i cała reszta". Jeszcze z "całą resztą się zgodzę, ale o życiu nic w tytule nie ma. Przeż ten tytuł znaczy dla nich to samo co "Cokolwiek innego" dla nas i tak też powinien być przetłumaczony.

Dziwactwa: Skurczowe wibracje.

Jak już chyba pisałem wcześniej, każdy z nas ma swoje tajone szczytnie dziwactwa. Dzisiaj przypomniało mi się jedno z moich kolejnych. Zwyklę noszę telefon komórkowy w kieszeni spodni (tak, jestem szczęśliwym posiadaczem tego wynalazku). Gdy mam dźwięk wyłączony o telefonie czy też smsie dają mi znak wibracje. Bardzo często jednak zdawało mi się, że czułem wibrację, sprawdzałem komórkę, a tam nic.

Bo to nie były wibracje, tylko skurcz nogi.

środa, 16 kwietnia 2008

Książka: Chrabia Monte Christo

? Co tu dużo pisać. Kilka lat temu, jako początkujący fan biblioteki "dla dorosłych" przeniosłem się z komiksów do działu z De Sadem i innymi zbokami. Trafiłem też na 3 tomy "Chrabiego" i przeczytałem je z zawzięciem dość szybko.

Jest to jedna z najlepszych, najciekawszych książek jakie w życiu czytałem. Będą ostatnio w Polsce chciałem sobie ją kupić, gdyż nie znam francuskiego jeszcze więc nie mógłbym czytać oryginału. Niestety w mojej księgarni mieli tylko trzy grube ciężkie tomy za 79 złotych (promocja! cena zeszła z 82), dałem sobie spokój.

Dziś kupiłem po angielsku, z braku laku i kit dobry, całość w jedym wydaniu w miękkiej oprawie za 14.10 euro. Wciąż taniej niż w tamtej polskiej księgarni. I tak książka ta dołączy do kupy moich nieprzeczytanych. Choć mam nadzieję, że się za nią wezmę. Póki co przeczytałem kilka linijek będąc w toalecie.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Z piekła: Klnij ile wlezie, cepie!

Znowu rzuciłem palenie, od dwóch dni zdaje się. Dzisiaj porządnie odczuwam brak nikotyny. Mam plastry nicorette, ale 15mg, bardzo silne, tak silne, że niedobrze mi po nich, więc nie bedę się tym kleił. Daję radę, piję piwo, to mnie uspokaja (od jednego uzależnienia w drugie).

Efekty rzucenia: poddenerwowanie, milczenie, jak już się odzywam to krótko i szorstko, wszystko mnie wkurza. Typowe. Do tego ci cholerni sąsiedzi z gór. Sąsiad ma samochód, przychodzą jego kuzyni czy kto tam i tak krzyczą za oknem (pewnie już po kilku wódki kielonkach): "Kurwa, jak diesel chodzi, kurwa, jak diesel kurwa. Słyszysz kurwa? Jak diesel. Kurwa." Ja pierdzielę, zamknijcie się! Ile można tak klnąć? Przeż to trzeba mieć coś z garem.

Ach no tak, sąsiad ma internet i często serfuje po necie, ale chyba nie zna adresu ani mojej strony ani bloga, więc póki co, jestem bezpieczny w wyrażaniu opini o sąsiadach.

piątek, 11 kwietnia 2008

Ludzie i PARAPETY.

No, dość rysowania na dziś, wciąż męczę kartkę A3 z widokiem na Regent's Park w Londynie, gdzie rozgrywa się jedna ze scen mojego filmu animowanego. W trakcie rysowania nie poleciała mi krew z nosa, więc nie jest źle = jest dobrze..

Te dwie kropki na końcu poprzedniego zdania to specjalnie. Bo któż robi dwie? Jedna to standart, trzy to wiadomo, ale dwie? Taki zabójczy oryginał ze mnie. Dieta. Muszę pójść na dietę, gdyż nie dość, że rośnie mi druga broda, to i brzuch. Ludzie mnie przestrzegają, ale nie złośliwie, tylko w trosce o moje dobro. Np. jedną z tych osób jest mój brat, który napisał, że tak jakoś w okolicach wieku, w którym jestem zaczął chodować brzuchol i teraz jest już dla niego za późno. Ja mam wciąż jeszcze szansę i biorę to poważnie. Moja cudna dieta będzie polegała na nie żarciu, aż nie można wstać oraz ćwiczeniach, np. podnoszenie ołówka na wysokość 5 cm 4x dziennie.

Ten OGG robi się bardzo osobisty.

Ludzie i parapety. Jest ino taki jeden cep, domokrążca, młody szczyl, który szwęda się pod moją ulicą od czasu do czasu i próbuje ludziom wciskać złote nasionka fasoli. Dzwoni raz, drugi, puka. Jak mu otworzysz, wysłuchasz i podziękujesz, to nie pozwoli ci odejść o ile nie zatrzaśniesz mu drzwi przed mordą. Mówi do ciebie per "przyjacielu". Nieczęsto go widzę, ale w tym tygodniu, to widziałem go już dwa razy. Wpierw mu otworzyłem, bo zapomniałem że to on (no co, mam znać twarze i pamiętać twarze wszystkich debili w okolicy? Nie). Podszedł mnie psychologicznie, spytał, czy wiem, która godzina. Odpowiedziałem która, a on, szeptem, do mnie: "Mam kamerę". W tym momencie zatrzasnąłem drzwi. Dziś znów dzwonił. Wyczaiłem go przez judasza i nie otwarłem. Pomylony jakiś.

W ogóle, to nie wiem czy wiesz, ale każde miasto ma kilka indywidualnych pokracznych jednostek, które wybijają się z tłumu. Zwykle to pijoki i moczymordy. Ten domokrążca należy do jednych z nich. Poza nim mam starego muskularnego palacza faj, który nawet zimą speceruje w podkoszulku i lekkiej kurtce z białym puszystym psem. Kurczę, podoba mi się ten opis. Dziwny jest. Jest też kobieta, która chodzi i klnie. To pewno ta choroba, której nie pamiętam nazwy, ale na żywo to wcale nie wygląda jak zespół Tureta czy jakoś tak. Ona idzie, twarz cała czerwona i wrzeszczy jak szalona. W furii. Ale do niej nic nie mam. Jak mi się jeszcze ktoś przypomni to napiszę.

Co kocham w tym OGGu, to to, że oprócz jednej kochanej osoby nikt jeszcze mi żadnego komentarza nie wystawił. A jestem na nie łasy. Ale na wszystko jest czas i miejsce. Wiem, że kiedyś będę miał ich pewnie zbyt dużo i w duchu będę przeklinał.

Tak, dziś jest dzień w którym dobrze mi idzie pisanie postów. Zwykle tak nie jest, dlatego nie często piszę. Do wszystkiego trzeba mieć nastrój. Jeszcze jedno piwo i zacznę prawić kazania jak kaznodzieja, co mam w zwyczaju, jak być szczęśliwym i jak należy żyć. Tak więc przerwa.

środa, 9 kwietnia 2008

Dziwny jest ten świat.

A skoro świat jest dziwny to i my też. Nikt nie jest normalny i każdy ma swoje dziwactwa. Tylko, że niektórzy mają ich więcej od innych i tych też wrzuca się do psychiatryków.

Tak więc mamy fetysze, czarne, zbrodnicze myśli i cały wachlarz pozostałych dziwact. Jednym z moich (choć jestem pewien, iż nie jestem jedyny) jest to, że lubię zapach świerzej książki czy też komiksu. Wtykam nos pomiędzy sklejone strony i się zaciągam. Różny papier i druk mają różne zapachy. Jest to dla mnie bardzo przyjemny zapach przeważnie.

Oczywiście po przeczytaniu tego możesz sobie pomyśleć "co za świr", ale spójrz na siebie i na to co tam się skrywa. Bo to, co robi człowiek gdy nikt inny nie widzi to jego tajemnica.

wtorek, 8 kwietnia 2008

Co tam w trawie piszczy?

Wciąż pracuję nad filmem animowanym, dlatego mało tu piszę i nie często. Mam jakieś 25% skończone i mniej niż 2 miesiące do końca konkursu, ale już teraz wiem, że wyrobię się na czas. Trudno jest ogłuszyć ludzi i zaciągnąć ich na swoją stronę internetową nawet dając im lizaki, szczególnie, kiedy nie pojawia się nic nowego, ale na razie nic na to nie poradzę, gdyż jak sami widzicie jestem zajęty. Nie żebym pieprzył Matta Damona czy Bena Aflecca...

No, ale postaram się pisać częściej i ogłuszyć tych ludzi i ich zaciągnąć na ten OGG oraz stronę. Dzisiaj jeśli się upiję, to może coś więcej napiszę, w końcu rysować już na pewno nie będę. (Dziś).

Ach... ee... No. Póki co średnio na miesiąc jest kilka osób, które odwiedzają moją stronę, z czego się cieszę, oraz jedna zaglądająca tu regularnie. Reszta olewa, ale karcić nie będę, gdyż nie jestem centrum świata. Promocja. Na tym muszę się skupić. Jak znajdę siły i czas. Czyli atak na naszą klasę.

@templatesyard