2008 - OGG

sobota, 20 grudnia 2008

CZAS relaksu to czas.
Sądziłem, że jesteśmy więźniami rzeczywistości. Jednak nie jesteśmy, gdyż rzeczywistość jest na tyle wysoka i szeroka i ma tyle aspektów, że możemy ją poznawać aż do śmierci. Jesteśmy jedynie więźniami samych siebie. Nas samych. Każdy czegoś chce w życiu: ja chcę wydawać swoje komiksy, kręcić filmy w Hollywood (bo tam jest duża kasa). Ktoś inny chce mieć swój własny dom, jeszcze ktoś chce znaleźć miłość... Wszystko to dąży do tego, że chcemy spełnić siebie, spełnić pragnienia naszej duszy. Jednak kiedy bardzo czegoś chcemy może to nas zaślepić i związać i wtedy jesteśmy tego więźniami. No bo jak uwolnić się od czegoś na czym najbardziej Ci w świecie zależy? I dlaczego mielibyśmy tak robić? Z powodu zaślepienia. Najlepiej opisać to na moim przykładzie: bardzo chcę być najlepszym rysownikiem na świecie, bardziej jeszcze chcę wygrać konkurs komiksowy który mam nadzieję zapoczątkuje moją karierę. Im bardziej tego chcę tym bardziej się stresuję. Jeśli nic nie narysuję dzisiaj, jutro, albo przez tydzień będę totalnie znerwicowany, że zmarnowałem swój czas, który przecież mogłem tak dobrze wykorzystać. Jeśli rysuję i idzie mi dobrze a nagle pojawia się szansa wyjścia na dwór albo wyjazdu gdzieś albo po prostu zrobienia czegoś innego z osobą, którą kochasz, to rodzi się złość i zniecierpliwienie, że teraz, właśnie teraz, kiedy przez cały dzień nic konstruktywnego nie robiłeś i wreszcie zaczęło ci iść całkiem nieźle ktoś proponuje, żebyś od tego odszedł na moment, na godzinę na dzień. I znowu rodzi się złość, czuję się jakbym był pod atakiem. A to tylko złudzenia. Stajemy się więźniem swojej pasji i nie możemy normalnie funkcjonować, a skoro jesteśmy perfekcjonistami to cokolwiek wyjdzie spod naszej ręki staje się dla nas mizerne i nic nie warte, bo przecież stać nas na o tyle więcej!

Załóżmy jednak, że czas nie istnieje. Naukowcy dowodzą, że czas to iluzja. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to wszystko do czego dążymy, całe nasze jestestwo i marzenia się spełnią, jeśli nigdy nie poprzestaniemy za nimi dążyć. W ten oto sposób już jestem profesjonalnym rysownikiem zarabiającym nieźle na komiksach, już jestem reżyserem, którego nazwisko pojawia się w amerykańskiej produkcji na ekranie polskiego kina i ci którzy poznali szemrają między sobą, że od początku wiedzieli, że on będzie kiedyś kimś wielkim. Z tej perspektywy wszystkie te momenty kiedy ci nie szło, kiedy wydawało ci się, że jest to stracony czas zyskują nowy wymiar. Iluzja znika. Każdy nowy dzień i moment to dar. Wszystkie książki o samopomocy tak piszą i to nie bujda na resorach o tyle, o ile potrafimy się odizolować od niszczących nas nie marzeń ale od naszego ułomnego sposobu na ich realizowanie. Rób coś z pasją, z miłością, a nie z myślą o pieniądzach, które może to ci przynieść czy o chwale. Pozostań szczery sobie.

Życie kończy się i umieramy. Jednak żyjemy tak jakbyśmy wcale o tym nie wiedzieli kurczowo trzymając się każdej miłosnej przygody, zauroczenia czy też niepowodzenia. Martwimy się bezustannie o to co myślą o nas inni. Martwimy się, że może nie powinniśmy byli używać tego jakiegoś słowa wtedy w rozmowie, kiedy byliśmy już lekko wstawieni. Martwimy się tym czy przetrwamy, tym czy będziemy szczęśliwi, tym czy osiągniemy swój życiowy cel - jeśli go znamy - jesteśmy tak cholernie uziemieni w tej szarej rzeczywistości od której staramy się być odziemieni, że omija nas to, co najważniejsze, czylie tu i teraz.

Jestem. Jesteś i Ty. Ktoś nam mówi, że jesteśmy nic nie warci, ktoś śmieje się z naszych planów i uważa je za mrzonki. Ktoś pod nami dołek kopie. Albo sami go kopiemy wmawiając sobie, że nie chcemy żyć tak jak nam mówi kto inny. Mamy wolną wolę i wszystko jest w naszych rękach. Trzeba robić najróżniejsze rzeczy, aby przetrwać. Nikt nie staje się kimś z dnia na dzień. A jeśli się staje to ma to swoją cenę. Można połączyć wszystko i wciąż być sobą. Można się wyzwolić.

Z drobnych niuansów mojego życia zależy mi na przykład na tym, aby mój OGG, moja strona miały dużą oglądalność. Szczerze? Żeby coraz więcej ludzi mnie poznawało, poznawało jaki to jestem o o! Tymczasem włączam google analytics i widzę. że wciąż odwiedzają mnie stałe osoby i że tak, jest wzrost w oglądalności stron, ale że te nowe osoby z różnych miast nie spędzają nawet 30 sekund na danej stronie, czyli że tak kliknęły i od razu okno zamknęły. Czy to znaczy że źle siebie marketinguję, czy to znaczy, że jestem nic nie wart? Uczestnik "Mam talent" pojawia się w jednym programie. Tylko w jednym i już ma pół miliona odwiedzających na swoich stronach. Cóż więc jest miarą sukcesu? Cóż jest miarą wartości? Świat opiera się na taniej prostocie - im jej więcej tym większa oglądalność. Stąd sukces telenowel, programów takich jak "Mam talent". Ola Rutowicz, czy jak jej tam, samym tym, że szczeka do kamery wietrząc smród dupy Dody, staje się Vipem i ma swoją sesję w CKM-ie. I wszyscy o niej mówią. I Kuba też. Bo nie ważne czy mówi się o kimś dobrze czy źle, najważniejsze, że się MÓWI. Ale czy niesie to za sobą jakieś przesłanie? Jakąś głębszą prawdę? Nie. Nie liczy się to kim jesteś, ale jakim cię widzą, komu zaszłeś/aś za skórę, tak? Nie! Gówno prawda. Życie to życie (zespół Opus: Life is life, na na na na!). To co TERAZ jest na topie: ale tylko teraz. Ludzie i media zapomną o niewyraźnych postaciach które gdzieś tam kiedyś czymś zaszumiały podnosząc oglądalnośc albo nawet występując w drętwym chujowym filmie. Co przetrwa to ktoś, kto ma coś do powiedzenia, to barwna postać tak jak Umeberto Eco, tak jak Markiz De Sade czy Vitor Hugo czy Alexandre Dumas (chcę być pośród nich!). Nic nas nie powstrzyma. Jedyną osobą, która może stanąć nam na przeszkodzie to my sami.

Tu post urywa się nagle (nagle = z powodu 2 godzin przerwy w trakcie której została spożyta zbyt duża ilość wina).

piątek, 19 grudnia 2008

Z PIEKŁA: Kolejki, kłamstwa, martwica mózgu i odchodzący paznokieć nie w tej kolejności.
Na ulotce z pizzerii uśmiecha się do mnie pizza i słowa opowiadające o tym jakim to też niezwykłym doznaniem jest ta nowa pizzeria. Opowiada ulotka o nowych sposobach przygotowania pizzy, o tym, że zawsze świeża, urocza i przebojowa. Więc nie czekaj - ZAMÓW. Tymczasem na samym końcu ulotki drobnym drukiem widnieją informacje o tym, że pomimo iż oni się bardzo ale i to bardzo starają, to mięcho może zawierać drobne kawałki kości. Szynka pochodzi z nogi świni i ma w sobie wodę. Wołowina przerobiona z kawałków wołowiny zawiera soję i przyprawska. Oliwki mogą zawierać kamienie. Ale nie żeby zawierały. No i gwóźdź programu: zdjęcia w ulotce są tak tylko, żeby się do Ciebie uśmiechać i nęcić, bo tak na prawdę to mogą mieć tyle wspólnego z produktem, który otrzymasz co szczypiorek z dziurkaczem.

Oszałamiające zdjęcia kobiet otyłych które już schudły za sprawą "sprawdzonych" tabletek czy też kuracji robione są na zamówienie gdzie artysta, ot taki wolny strzelec, otrzymuje zdjęcie Kobiety-Hamburgera i przerabia ją na szczupłą laskę. A Ty to widzisz w telewizji/prasie/internecie i WIERZYSZ. Reklama z natury kłamie pokazując się co to nie ona, a zupełnie na jej końcu ponownie drobnym druczkiem lub surrealistycznie szybkim głosem narratora dowiadujemy się (jeśli jesteśmy czujni), że ten powrót Chrystusa o którym przed chwilą się dowiedzieliśmy to tylko pic na wodę. Zaraz... tylko czy jak J.C. wróci to będzie dobrze czy będzie koniec? W każdym razie wiecie o co mi chodzi.

Jak już pisałem "jak już pisałem" ludzie to głupcy, którzy zamiast myśleć wybierają, żeby ktoś myślał za nich - przyjaciel, kochanka, show w TV czy elektroniczna inteligientna pralka. Jeśli brak Ci pomysłów to czemu nie rzucić się na to, co ktoś Ci podrzuca wieczorem/rano do skrzynki pocztowej???

Od głupoty blisko do ignorancji. Fascynująca historia pt. "Wczoraj w supermarkecie":
Wczoraj w supermarkecie zrobiłem zakupy i stanąłem przed takimi 4 maszynami przy których możesz samemu zeskanować przedmioty i zapłacić, czyli możesz się samemu obsłużyć jeśli się tych maszyn nie boisz. Na ich końcu czuwa czujna Pani w razie wu. (Po co samoobsługa, skoro i tak ktoś tam musi stać i czuwać? Zaraz się przekonamy). Tak więc stoję. Jedna maszyna już nieczynna (ach te noce, nie tylko niespokojne, ale i maszyny powoli kładą się spać. Też niespokojnie). Przy pozostałych 3 kobiety. Jedna z nich zrobiła zakupy i naciska na guzik KOŃCZŻEŚ I PŁAĆ wyświetlany na monitorze. Przycisk nie reaguje. Po wielokrotnym naciskaniu zjawia się zawołana wspomniania wcześniej niewiasta z obsługi i też zaczna wielokrotnie naciskać guzik (oczywiście oprócz tego robi też wiele innych czynności, np. zastanawia się, czy na kolację zjeść ziemniaki z jednym czy z dwoma schabowymi). Po kilku dobrych minutach bezefektownego naciskania idzie zadzwonić po Kogoś. W międzyczasie zbliża się kurczowo nowa asystentka zaintrygowana czarodziejskim gudzikiem mocy. Wychyla palec i też go wielokrotnie naciska. Bo za którymś razem kurwa magicznie zadziała! Tak jak zawieszony komputer, którego nigdy nie trzeba restartować tylko wystarczy bezlitośnie walić w klawiaturę dużo dużo razy.
Tymczasem zwalnia się inna maszyna i już - już mam iść, a tu jakiś stary jełop przemyka z mojego lewego boku i dopada mojej maszyny spokojnie skanując paczkę brukselek. A ja sobie myślę czy krzyknąć i robić aferę z powodu jego hamstwa? I nagle zwalnia się kolejne urządzenie i pochodzę do niego w trakcie transakcji odprowadzając wzrokiem Człowieka Brukselkę. Natomiast Pani co jej guzik nawalił przeszła gdzie indziej żeby zacząć wszystko od nowa zgodnie z nie wygłodniałymi polecaniami wypływającymi z ust pracownic w wieku średnim.

Chamsko. Może nie umiem odróżnić pościeli od podszewki ale ja tam się w kolejki nie wpycham. Tak więc jak widzicie większość tak zwanego "normalnego" świata ma martwicę mózgu a mi odchodzi paznokieć, którego przygniotłem sobie drzwiami.

Jeśli jednak czytasz tego OGGa to jest dla Ciebie NADZIEJA, że nie jesteś w tej zblazowanej większości. A paznokieć powróci.

czwartek, 11 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ:Detale.
Diabeł tkwi w szczegółach. Chciałem, żeby mój nowy projekt dla Zuda był bardzo szczegółowy. Nie cierpię komiksów w których wcale nie ma tła, a skoro szczególnie się to zdarza w amerykańskich mój komiks z detalami miałby właśnie tą przewagę. Jednak od dawien dawna ilekroć stałem pod posępną sosną przechodzili obok mnie podróżni rzucając we mnie, że rysuję za dużo szczegółów i że nic nie widać.

Mężnie przecierałem z twarzy te oszczerstwa chustą w kratę i szkicowałem dalej. Wszystko jednak musi być w balansie, a najważniejszym jest to, żeby ilustracja na którą patrzysz była czytelna. Jeśli nie potrafię tego zrobić powinienem ograniczyć detale, w końcu i tak będę miał ich o niebo więcej w porównaniu do prac innych artystów.

Byłem być może zbyt ambitny dlatego wciąż jeszcze nie skończyłem tego co skończone być miało w zeszłym miesiącu. POza tym to tak jak rzucać się z motyką na słońce. Kiedy jednak nie rysuję dużo tła to panele wydają mi się pustawe. I tak jakby wszystko było zbyt łatwe. Nie jestem tak dobry jak mi się narcystyczno-egoistycznie wydawało, więc skupię się na tym co mam już opanowane i stąd będę poszerzał swoje umiejętności. Bezpiecznie i sensownie. Poza tym Zuda to komiks internetowy przeznaczony przede wszystkim do oglądania w sieci na ekranie komputera/laptopa. Choć można oglądać komiksy na całym ekranie nie jest to wciąż to samo co komiks drukowany - nie ma aż takiej potrzeby na to o czym tu cały czas piszę i co jest też w tytule tego posta. Nie, nie chodzi o maślankę. Czy jest w tytule? Może w książce z maślanką? Tak jak w tej piosence "Zabrałaś mi książkę z maślanką w tytule i już zauważam zmiany".

Jakkolwiek "Krzykom wewnątrz" by nie poszło postanowiłem po ich ukończeniu zawiesić na czas nieokreślony HZ: Alkoholizm i nie wracać ani do niego ani do Remireza i Kristosa tylko wziąźć się za kolorowy album pełnometrażowy o Denku i Klusce. HZ: Alkoholizm chcę mieć wpierw całego rozszkicowanego, zaplanowanego, cały album niezależnie od tego ile stron będzie liczył. Ponieważ jest to bardzo osobisty projekt zależy mi na tym żeby był lepszy niż jest teraz więc przyłożę się, nikt mnie nie pogania. Denek i Kluska mają być narysowani prosto, bez zbędnej ilości szczegółów, czas oszczędzony na nich poświęcę ćwiczeniu kolorowania na komputerze i byczo.

Głowę mam pełną pomysłów więc nie zginę na tym morzu braku inspiracji. Znaczy chciałem zakończyć interesującą puentą, ale chyba spieprzyłem.

środa, 10 grudnia 2008

Jedenaście
Z całym porannym entuzjazmem spędziłem ponad godzinę na aktualizowaniu bloga z książką Anthonego DeMello. W obliczu czego aż do wtorku 6tego stycznia 2009 w każdy wtorek, piątek i niedzielę będzie pojawiał się nowy rozdział tej książki - tym razem bez opóźnień.

Zrobiłem to, bo miałem misję do spełnienia i mam nadzieję, że oszałamiająca liczba 14stu gości "Świadomości" z 5ciu różnych miast (Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Zory i Wrocław) poszerzy się wkrótce. Co tu zrobić? Może założyć konto religijne na naszej klasie i zapraszać zakony a potem promować ze świeczką Dobrą Nowinę o Nowym Blogu Co Ssię Objawił? (Dwa "s" specjalnie).

poniedziałek, 8 grudnia 2008

FILMY: Madagskar 2 i inne badziewia.
Rynek żyje tym co teraz. Nikogo w Hollywood nie obchodzi co tam kiedyś zrobiłeś, ale jakie masz plany. Nie ma nic nowego pod słońcem i mimo że od pokoleń dukamy te same tematy liczy się, że dukamy je teraz i że skoro jest to coś "nowego" to może się sprzedać.

No i oczywiście jesteśmy indywidualistami i mamy nasze własne subiektywne opinie i spojrzenie na te tematy o których wiadomo, że nie są niczym nowym pod słońcem.

Rynek napędzają pieniądze. Możemy kochać to co robimy ale wcześniej czy później stajemy przed wyborem (jeśli nie jesteśmy konsumpcyjnym produktem społeczeństwa, dla którego wybór jest jasny): albo robić coś dla pieniędzy pod publikę albo pozostać wiernym własnej duszy i tworzyć lecz prawdopodobnie nigdy nie być tak sławnym i popularnym jak Brad Pitt. Można to balansować i zaspokajać jednocześnie dwie potrzeby: duszy i ciała rzecz jasna. Tak więc decyzja należy do nas. Najważniejszym i podstawowym aspektem w tym wywodzie to być zajebiście dobrym w tym co się robi. Dzięki temu KTOŚ prędzej czy później nas zauważy i pomoże nam. Wtedy staniemy przed decyzjami: być sobą, czy być dziwką dla pieniędzy. Jak Marcin (Marcin?) Prokop czy Kuba Wojewódzki.

Ale miało być o filmach i jest: Jeżeli coś sprzedało się raz to czemu nie miałoby sprzedać się ponownie? Prawa rynku. Ludzie pójdą na coś do kina nawet jeżeli to 13sta część bo naiwnie w pamięci ich wciąż będzie tkwiło to pozytywne wspomnienie którego doświadczyli oglądając pierwszą część. No i mamy już 3 Shreków, 3 Epoki Lodowcowe (bleee) i 2wa Madagaskary. Pierwszy Madagaskar był śmieszny i błyskotliwy, jednak drugi, którego dzisiaj przed chwilą widziałem w kinie, to żenada.

Trwa półtorej godziny a powinien trwać godzinę. (Gdzie te piękne czasy, kiedy bajka DLA DZIECI trwała 60 czy 70 minut, hę?). Na cały film zabójczych akcji jest tylko kilka, zaś film wypełnia surrealistycznie wymiocinowy flashback z Króla Lwa. Przemoc. Przemocy nie powinno być w bajkach dla dzieci, które są nieświadome tego, że ich młode móżdżki dopiero się kształtują. A tu mamy bicie się pięściami oraz przejeżdżanie samochodem babci. HALO?! Oraz dłużyzny - kiedy to bohaterowie rozmawiają o uczuciach czy jakoś tak. Nie mam nic do rozmawianiu o uczuciach, ale w taki sposób, żeby to było intrygujące, nowe, nie bleee.

Rozumiem, że dzieci tak na to nie patrzą. Więc mówię tu o filmach dla dzieci z perspektywy dorosłego, albo lepiej dziecka, które nosimy w sobie.

"The day when the earth stood still" to nowy film z Keanu o inwazji kosmitów. To co, że Will Smith już raz ich pokonał w "Dniu Niepodległości" stary temat, ale jary. Ja bym ten tytuł przetłumaczył "Dzień, w którym ziemia stanęła dęba". Rzecz jasna z braku laku i wyobraźni i niezależności tytuł ten przetłumaczyli "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia". Tylko że wtedy powinno być "The day when the eart stood":) I tak dalej. Chciałbym, żeby przy premierach nowych filmów w Polsce zawsze podawali delikwenta, który przetłumczył tytuł.

Wtedy życie byłoby zbyt piękne.

PS. Filmów wychodzi kupa. Kupa z nich to kupa. Większość. ??? Prawa rynku. Poza tym nie na darmo dzieło nazywa się dziełem. Twórzmy najlepiej jak potrafimy zachowując krytyczne spojrzenie.

czwartek, 4 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: kRyZyS??
Od czego by tu zacząć? Ostatnio nic nie pisałem na OGGu. Nie, że nie chciałem - chciałem - miałem i mam dużo różnych pomysłów i rzeczy do przekazania (sweterki z golfem, kostki Rubika, ot, rzeczy) - ale nie mogłem nic wydusić. Życie. Na na la la la. Tego grudniowego poranka czuję jednak, że dam radę napisać coś. Powinno być pewnie coś napisać, ale u mnie z szykiem wyrazów w zdaniu zawsze było na opak, może dlatego panie od polskiego mnie nienawidziły i wyzywały od buntowników? Tak o Tobie mówię, Krycha. Świadomość tego, że coś napiszę napawa mnie optymizmem, może wreszcie spiszę wszystko to co chciałem do tej pory, może zrobię to właśnie teraz a gdy skończę nastawię tylko bloggera, żeby publikował jeden dziennie?

Tak więc o czym chciałem napisać?
1. O postępie z komiksem na konkurs.
2. O kolesiu trwodze z naszej klasy.
3. O starym wydaniu "Don Kitchota" i obsesji.
4. O kilku filmach.
5. Znowu o nowej stronie internetowej.

TAK.

Zatem od góry: Kobieta nad nami wrzeszczy na kogoś. Miała się znaleźć w komiksie na konkurs tak tylko, żeby wypełnić tło. Cała strona poszła się @#$% więc zeskanowałem szkic ołówkowy, wyrównałem poziomy w photoshopie i ta-da! Nie licząc godzin myślenia i planowania kadrów fizyczną pracę nad 8 stronami na Zuda liczę od 15 października, kiedy zakończyłem swoją pracę jako przewodnik na zamku w którym duchy nie straszą, tylko system. Nie spiesząc się rysowałem aż po kilku tygodniach dopadł mnie pierwszy kryzys twórczy z bliżej nie określonych powodów, które mógłbym określić jednak nie chce mi się robić znowu auto analizy czy też psycho. Faktem jest, że być może traciłem wiarę w powodzenie. Po kilku dniach przerwy prace ruszyły ponownie.

Autobus okazał się fatalny. Po spędzeniu kikunastu godzin na szkicowaniu zatuszowałem to, co miało być widowiskową futurystyczną zwyczajową sceną i okazało się, że nie wygląda lepiej od rolki papieru toaletowego (dowody w przyszłości). No, dramatyzuję, ale nie wyglądało profesjonalnie.

Do sedna:
Praca na komiksem idzie dobrze. Skończę niedługo. Wiem, że zbyt krytycznie podchodzę do swoich rysunków. Wciąż. Nie potrafię narysować tego tak, jak to widzę w głowie. Może dlatego, że w głowie nie mam obrazka tylko wizję, ideę, odczucie jak to ma wyglądać. Narysuję więc najlepiej jak potrafię i wyślę. W tym miesiącu okazało się, że do konkursu już dostała się 2jka Polaków - ich komiks możecie zobaczyć TUTAJ. Znak? Czyżby znak? Ogaręła mnie lekka zazdrość, no ale cieszę się, że komuś się udało choć dostać do konkursu. Może i mi choć się uda. Tak więc postanowiłem (po raz etny) wziąść się w garść i skończyć to wreszcie.

Ojć. Muszę urwać tutaj. Coś nie mam siły kontynuować. Napiszę tylko dlaczego tak czuję. Z OGGiem tak samo jak i z pisaniem pamiętnika: zaczynasz jakiś wpis (a wiadomo, że pisze się o wiele dłużej niż czyta) aby po kilku zdaniach odnaleźć się w stanie zwątpienia i rezygnacji. Wydaje ci się, że zamieszczasz więcej bełkotu niż treści. Że zmierzasz doNikąd. Że nie potrafisz prosto i jasno przekazać tego, o co ci chodzi. W zajebisty sposób. Nie musi być to prawda, ale wyraża twój wewnętrzny stan.

Poza tym muszę urwać tutaj, bo listonosz listy wrzucił.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Z PIEKŁA: Śmieciowy RAPORT.
Gdyby każdy po sobie sprzątał świat były czysty. Niestety nie leży to w naturze ludzkiej. Nie tylko na ulicach mamy syf. Mamy go też mnóstwo w internecie. Dobrze, że ten cyfrowy śmietnik nie wylewa się nam przed domem na trawnik, bo wtedy byłoby po nas. Ludzie zakładają darmowe strony tylko raz żeby sprawdzić czy działa albo tak dla jaj. I tak to sterczy w sieci latami: darmowe skrzynki pocztowe, strony internetowe no i oczywiście BLOGI.

Zrobiłem dzisiaj test na tylko mi znane potrzeby (nie, nie jestem szalonym naukowcem, nawet gdybym był i o tym wiedział, to bym wam się tu nie przyznał, chyba, że to by była taka gra psychologiczna maniaka... ee, nieważne, zamykam nawias) i założyłem nowego bloga na bloggerze, którego wkrótce po założeniu skasowałem. Tego przecinka chyba nie powinno tam być... W każdym razie zatytułowałem go test, bo to był test i chciałem wpisać byle jaką nazwę, żeby poszło. Tak jak np. www.test.blogspot.com. Co się okazało? Że taki adres już istnieje. Zanurtowany zacząłem szukać innych nazw, starając się dać te najbardziej niestworzone jednocześnie wchodząc na te, które ktoś mi ukradł sprzed nosa (no wiem, ukradł to złe słowo).

RAPORT: Blog z adresem test ma tylko jeden wpis i jest to blah blah blah blah z roku 2005, z kwietnia. O dziwo ma aż 25 bezsensownych komentarzy z których kilka to spam. Idąc dalej wpisałem testik: ma kilka wpisów i na tym się kończy. Wszystkie z 2002 roku i w obcym języku, być może po czesku. Jest też blog tescik i podobna sytuacja i rok ten sam. Alejajaja założony w 2006 nie ma żadnego wpisu podobnie jak alejaja (czyli o jedno ja mniej) z 2005 roku. Więc wpisałem szczecinek - tu blog pod nazwą "Szczecinek na serio", w którym też nic nie ma. Na serio? Potem (lekko już zniesmaczony) wpisałem kurwa - jest tam tylko kurwa dużą czcionką a pod nią zygote - cokolwiek ma to znaczyć. Pod adresem piernik jakiś koleś napisał 27 wpisów w 2007 strasznie podjarany tym faktem, że ma bloga i na tym się skończyło. Może mu tata internet odłączył. Dzięki bogu. I tacie. Zblazowany, nie mogąc znaleźć wolnego adresu po tylu próbach ile widzicie, wpisałem drewno - a tam ani lasu, ani drwala, tylko próba mikrofonu z lipca 2008r.

Moje męki skończyły się zaraz potem, kiedy to natchniony siłą wyższą wpisałem kijodszczotki. Adres dostępny. A!jako że skasowałem bloga, jeśli którykolwiek z drogich Czytelników lubi miotły tak bardzo, że nawet byłby gotów o tym regularnie blogować, niech chwyta okazję, póki adres www.kijodszczotki.blogspot.com wciąż jest wolny!

Jak więc widać zupełnie bezpożytecznie spędziłem dzisiaj część swojego życia. Nie zachęcam do wpisywania przypadkowych adresów w przeglądarce, bo najprawdopodobniej traficie na martwego bloga. Chyba że akurat czekacie na randkę, która się spóźnia a wpatrywania się w wirującą pralkę już macie dość od ostatniej godziny.

PS. Powinienem poszukać na necie, czy te blogi są automatycznie kasowane po latach jeśli ich nikt nie używa czy nie? Dam znać jeśli się dowiem. Albo jeszcze lepiej, napiszę do działu obsługi szarego użytkownika bloggera i przy okazji wspomnę, że mógłbym im znajdować takie martwe polskie strony. Może by mi dali kilka dolarów?

sobota, 22 listopada 2008

Cisza.
W kącie tego pokoju unosiła się cisza. Drobne kawałki jedzenia na zarośniętej twarzy nie mogły robić na nikim żadnego wrażenia, ponieważ dookoła była pustka. Martwe dźwięki z radia potłukły się na ziemi. Wspomnienie szczęścia nikło tak szybko jak deszczowy dzień za plastikowym oknem. Uczucia zamarzły w zepsutej lodówce. Pająki znieruchomiały, wysuszyły się i stały się pyłem. Skulony na krześle zapomniany list nie zostanie już nigdy odczytany, lecz pożółknie tak jak i słowa na nim niedoręczone. Skłębiona myśl nie mogła być chlebem dla ciała. Ekrany, diody i kable i baterie umarły. Kiedyś stał tu człowiek ze zmartwieniami i łupieżem, jednak i on przepadł w karłowatości wyrazów.

W kącie tego pokoju unosiła się cisza.
Flatow CORPSE
Po pół roku odkąd naszkicowałem logo i zespół "Flatow Corpse" w trakcie próby dla mojego przyjaciela Kijosa, który do zagrał krasnoluda Jamesa w moim filmie "Ponad Wszystko", wreszcie się wziąłem i poprawiłem cienkopisem, zmontowałem i wysłałem mu na pocztę. Jeszcze raz Kiju przepraszam za zwłokę. Wiem, że mnie nienawidzisz (:) i mam nadzieję, że nie zmieniłeś przez ten czas nazwy zespołu, bo wtedy ja będę Cię nienawidził.
Oto taki sobie szkic zespołu w trakcie próby z ich starą wokalistką, której się pozbyli, bo jej bardziej zależało na jedzeniu pierożków w domu niż śpiewaniu:

A to ten sam szkic przycięty, ze zmienionym kolorem i już z logo wtopionym:
Korzystając ze zdjęć Mateusza z jego strony myspace (kliknij, poznaj artystę!) pościągałem kilka zdjęć i eksperymentowałem z logiem. Ten motyw podoba mi się najbardziej:
Okładka BLOKU.
O!a co my tu mamy? Człowiek taki jak ja rysuje. To jego cel. Zbyt często jednak takiemu człowiekowi nie wychodzi. Wtedy zdarzyć się może, że łapie mazak i zaczyan rysować byle co na okładce bloku, z którego czerpie kartki dla swych potrzeb. I wtedy pojawia się urzeczywistnienie jego psychicznej kondycji, która wygląda tak:Twarz ta przynajmniej wymazała przekleństwa dwa, które napisałem również.

piątek, 21 listopada 2008

Wszystko się gdzieś powoli zaczyna.
Pierwsze pieniądze jakie dostałem za swoją sztukę pochodziły z rąk właściciela kawiarenki internetowej niedaleko stacji kolejowej i autobusowej. I może ktoś nie lubić autobusów, jednak stacja tam wciąż stoi. A było to tak:

Jeśli o czymś marzysz to się spełnia. Nie zawsze w taki sposób jakbyś chciał, nie zawsze wtedy kiedy byś chciał, ale jednak się spełnia. Czasem dlatego warto żyć. Tamtego bliżej niesprecyzowanego czasu, kiedy wszystko było świeże i nowe, kiedy zapach powietrza zatrzymywał cię w powietrzu a nowo poznani ludzie zdawali się mieć swoją niewidzialną aurę widoczną, właśnie wtedy wyobrażałem sobie, że ktoś pewnego dnia ot tak przypadkiem zobaczy moje rysunki i zaproponuje mi współpracę (pieniądze). Poszedłem wtedy do kawiarenki internetowej, wtedy kiedy o gg nie było jeszcze słychu, za to irc królował. Czy jak to się tam nazywało. Miałem ze sobą zupełnie przypadkiem swój pierwszy komiks zdaje się, czyli "Herr Zeba i Frau Hania: W poszukiwaniu tego, co sypie". Było to chyba w 1999r. Komiks żenada, ale mam go gdzieś w cyfrowej formię, więc wrzucę kiedyś na swoją stronę. Tak żeby całe trzy osoby, które się mną interesują mogły zobaczyć jak zaczynałem. Spaliłem ten komiks. Nienawidziłem tego, że rysunki są tak kiepskie i że jest amatorski. Więc poszedłem to lasu w pobliżu działek i podpaliłem go zapalniczką, żeby było dramatyczniej bardziej (Cierpienia Młodego Artysty) i wrzuciłem do rowu do którego ktoś podrzucał śmiecie. Na szczęście mój kolega Karol S. zeskanował go długo wcześniej. Wracając do opowieści opartej na faktach:

Zanim go spaliłem znalazłem się w kawiarence internetowej, która nie powinna nazywać się kawiarenką, bo nie sprzedawali tam kawy. Na komputerze położyłem komiks i wszedłem w sieć. Cały czas myśl kołatała mi się w głowie, że może go KTOŚ zauważy i powiem mi Ale ty ładnie rysujesz, Zenek! a ja powiem Ale ja nie jestem Zenek! i obaj zgodzimy się, że nieważne, bo ładnie rysuję. I tak się stało. Pomijając Zenka. Właściciel kawiarenki spytał, czy to ja narysowałem na co ja przytaknąłem. I już nie pamiętam czy on czy ja to zaproponował, ale wyszło na to, że narysuję dla niego duży plakat. Narysowałem więc bardzo duży plakat wielkości połowy drzwi. Przedstawiał laskę w samej bieliźnie z pędzlem w ręku. Wróciłem ze skończoną pracą i dostałem za nią 15 złotych. Byłem szczęśliwy. Kamil to pamięta, był wtedy ze mną.

Minęło mnóstwo czasu i zacząłem nękać właściciela Agencji Reklamowej "Nabu". Nękać to za dużo powiedziane. Poszedłem do niego raz z trzema rysunkami, z których jeden z nich to była moja wizja przyszłości, którą możesz zobaczyć TU, drugi to była jakaś twarz rozanielonej laski, a trzeciego rysunku już nie pamiętam (i tak dużo pamiętam). Adam (właściciel agencji), powiedział, że no to ładne, ale w tej chwili nie może mi dać żadnego zlecenia, gdyż nie ma takiego zapotrzebowania. Powiedziałem, że dobrze i że rozumiem uśmiechając się przy tym, jakby mi ktoś właśnie dał milion dolarów, a oczy świeciły mi się jak cała galaktyka. Adam powtórzył, że nic dla mnie nie ma, widząc tą twarz, która zdawała się mówić O dzięki Ci O'wielki za to, że jesteś! (ale tak na prawdę wcale tego nie mówiła). Ja odszedłem. Kilka tygodni później jakiś człowiek na poczcie zaczął się mi przyglądać. To był mężczyzna. Czując strach i zaniepokojenie pospiesznie wyszedłem z poczty, jednak dorwał mnie na zewnątrz. Okazało się, że to ten sam właściciel agencji reklamowej i powiedział, że będzie miał być może dla mnie zajęcie.

Od tamtej pory, a był to mniej więcej 2003 albo 2004, zacząłem pracować jako wolny strzelec. Narysowałem wiele, z czego 3 czy 4 pomysły przeszły i dostałem za nie pieniądze. Pod koniec zdaje się że dostałem 50 złotych za rysunek. To był szał prostego człowieka.

Wszystko to jakoś się skończyło a ja wyjechałem za granicę.

No i ostanie (do tej pory) pieniądze jakie dostałam za rysunki pochodziły z lokalnej gazety w mieście, w którym wciąż mieszkam. Publikowałem tam przez równe dwa lata komiks o hurlingu, dziwny pewnie dla Polaków sporcie, który jednak nie jest taki dziwny dla Irlandczyków, bo to ich życie. Na meczu nigdy nie byłem, sportem się nigdy nie interesowałem, ale to nie przeszkodziło mi w pisaniu co tydzień paska komiksowego na ten temat. Pierwsze 68 pasków, które przetłumaczyłem na Polski dostępne są TUTAJ. Zrobiłem ich o wiele więcej, tzn. ponad sto. Ostatecznie gazetę rozwiązano co bardzo mnie ucieszyło, bo miałem już trochę dość. Zamierzam przetłumaczyć kilka najśmieszniejszych pasków na Polski i dodać trochę informacji. To jednak trochę zajmie.

Tak więc jak widzicie, każdy gdzieś zaczyna. I zwykle nie jest to nic wielkiego. I zwykle trzeba czekać o wiele dłużej niż się marzyło, żeby do czegoś doszło. To jest jednak nie ważne, bo to wszystko to droga, którą musimy iść. I zmierza ona tylko ku jednemu: żeby się zrealizować.

czwartek, 20 listopada 2008

FILM: Domowy KRÓLICZEK.
Filmy to moja druga pasja. Pierwszą są komiksy. Kiedy widzę reklamę filmu przeważnie potrafię od razu stwierdzić czy da się go oglądać czy to szmira. Kiedy zobaczyłem reklamę "House Bunny" ucieszyłem się, bo w tytułowej roli zagrała Anna Faris, którą chyba każdy pamięta ze "Strasznego filmu" (tam była brunetką). Dla niej poszedłem do kina, bo jest cholernie zabawna i nie zawiodłem się.

Sebastian się nie zawiódł.

Komedie dzielą się na dwie grupy: na te śmieszne i na te nieśmieszne. Do nieśmiesznych można zaliczyć "Epic movie" i wszystkie jego pochodne. Filmy, które są przemiałem bodźców mających wywołać śmiech, takie komediowe parówki, którymi rzucają nas w twarz coraz mocniej i mocniej. Po takim seansie trudno mi się uśmiechać, w końcu ktoś mnie walił parówkami cały czas. Dobre komedie powinny być śmieszne. Wyczesane komedie powinny być przezabawne, że co chwila boki zrywasz. "Domowy króliczek" był dobrą komedią, ale nie bezustannie śmieszną, co tutaj nie jest minusem. Wszystko kupy się trzyma i film nie jest płytki i nie będę pisał o czym to jest, bo to najnudniejsze co można robić. Chyba, że dla pieniędzy. W każdym razie moja decyzja 4/5. Wszystko dzięki Annie Faris.

wtorek, 18 listopada 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: Autobus przyszłości.
Zamierzam skończyć "Krzyki wewnątrz" przed końcem tego miesiąca. Wszystkie 8 stron mam rozpoczęte. Kilka dni temu zacząłem stronę zdaje się 5tą, z którą miałem największe trudności. Dlaczego? Na stronie 5 bohaterka naszej opowieści, która wciąż nie ma imienia, dołuje się. Dołuje się bardzo z powodu okropnych głosów i istot, które ją prześladują. Z początku chciałem pokazać ją w wannie - duży rysunek na całą stronę. Woda kapiąca na nią, ona naga, w tle może wyraz jej czarnych myśli. Ale nie wiedziałem zbytnio jak to dobrze uchwycić. Narysowałem więc całą resztę paneli (mniej lub bardziej skończonych) odkładając to z czym miałem problem na koniec. W trakcie całego tego procesu już w dwóch filmach widziałem tytułowe bohaterki w dokładnie takiej samej sytuacji jak moja - z gulem w wannie. Nagie i smutne. Buu. "Strangers" czyli tym razem dobrze przetłumaczeni "Znieznajomi" z Liv Tyler - jeden z głupszych filmów w którym bohaterowie zachowują się jak ćwoki - Liv siedzi w wannie. "Oko" z Jessicą Albą (film o którym zdaje się wspomnę i w komiksie na konkurs narracją głównej bohaterki) strasznie tandetny film, również pokazało ją w wannie i to dokładnie w tym samym ujęciu i pozycji o której myślałem. I wtedy do mnie dotarło: TO JEST OGRANE. Nie ma nic prostszego niż wsiąść bohaterkę, rozebrać i wpakować do wanny. OCZYwiście w życiu ludzie tak postępują, dlatego przemysł filmowy tak bardzo to wykorzystuje latami. Ja jednak chcę być oryginalny. Tego wieczoru dałem sobie spokój i z nagością i z wanną (no nie do końca, bo kilka dni później narysowałem to co w poprzednim poście).

Tak więc zamiast szaleństwa łazienkowego rysuję przystanek autobusowy wysoko nad ziemią i podlatujący do niego autobus (czy już wspomniałem, że "Krzyki wewnątrz" osadzone są w przyszłości?). Pada (to będzie trudne do narysowania w czarno-białym świecie). Jedną z osób na przystanku jest Ona. Może ją rozpoznamy, może nie. To nieistotne tak długo jak widz odczyta/zauważy smutek i wyobcowanie w tym rysunku (to mój cel).

Autobus zacząłem i w trakcie, czyli po narysowaniu zarysu autobusu postanowiłem rozejrzeć się w sieci nie żeby zżynać pomysły innych, tylko żeby spojrzeć, czy ktoś przypadkiem już czegoś takiego jak ja nie wymyślił. Przy tej okazji natrafiłem na kilka interesujących zdjęć i faktów. Oto one:

INFO z 2006: Holendrzy wymyślają superbus który wygląda jak limuzyna i pędzi 155 mil na godzinę. Telefonem wystarczy wysłać sms-a żeby złapać autobus. INFO z 2007: Tu natomiast mamy The Capoco systems bezkierowcowy bus zaprojektowany, aby pozbyć się miłych zestresowanych spoconych panów kierowców. Używa mnóstwo elektroniki (nawigacja itp.) i też go można złapać komórką. Prototyp w tym roku. Czekam z ręką w nocniku.
A tu to nie wiem co, model robaka. Gdzie
No i kończąc w miejscu zwanym Curitiba mamy futurystyczne przystanki autobusowe gdzie płaci się za autobus nim wyjdziesz z przystanku. Sprytne. Mój przystanek będzie jednak wyglądał zwyczajniej, raczej. A że z geografii jestem do dupy sprawdziłem na wikipedii. Otóż Curitiba to stolica brazylijskiego stanu Paraná.

niedziela, 16 listopada 2008

Raport MNIEJSZOŚCI:

piątek, 7 listopada 2008

Namiastka ukojenia.
Po tygodniu milczenia, co w świecie nałogowego OGGera równe jest z nie braniem kokainy przez miesiąc przez narkomana (tak Jack!), Sebastian powrócił do pisania. A zrobił tak, gdyż musiał wylać swoją żółć. Na początek wstęp od pewnego miłego pana:

Nazywam się Błąd. James Błąd. Znany też jako 007. Nie 006 czy 008, ale 007. I nie chodzi o mój IQ. Jestem agentem. Żyję już z 80 lat, ale wciąż wyglądam na późną 30stkę. Tak działa Hollywood. Mam też AIDS, ale jestem taki twardy, że nawet po mnie nie widać.

Ostatnia moja przygoda nosi tytuł "Namiastka ukojenia", a po angielsku "Quantum of Solace". Quantum to kwant, odrobina. Solace to pocieszenie, ukojenie. Pewnie nie brzmiałoby to wystarczająco twardo w Polsce, dlatego zostali przy oryginalnym tytule. Bo ja jestem Brytyjczykiem z krwi i kości. A kości mam twarde. Ostatnio sobie odpoczywam, miałem w końcu tyle przygód przez lata. Masa pięknych kobiet przewinęła mi się przez palce i nie tylko. Tzn., nie, nie mężczyzn do licha, nie o to mi chodzi. Albo kumasz bazę albo nie.

Nowy Błąd wymiata.. nudą. Bład to filmy akcji z mnóstwem pięknych kobiet. Sex idzie tu tak w parze z serią jak sex i horrory. No i mamy dwie piękne kobiety. Jedna z pewnością jest piękna: Ukrainka Olga Kurylenko, która mówi płynnie oprócz swojego narodowego języka również po francusku i angielsku. I co? I guzik: seksu jest tyle co we wtorkową noc depresyjnego kawalera z krzywym zgryzem. Jest jeden numerek, który się kończy zanim mamy okazję się zorientować, że coś było. Ale za to widzimy kobiece ramię po fakcie. Nawet nie kawałek nóżki. A ja lubię ładne nogi. (No co?). I samo to to już nóż w plecy jeżeli chodzi o Błąda. Za film wzięła się dwójka kolesi, którzy pracowali przy Tożsamości Bourne'a. I to widać, film stara się być jak seria o Bournie, tylko że gorzej. W ostatnim James (też) Bourne skakał po dachach i raz wyskoczył z wąskiego okna na przeciwny budynek. Tutaj nasz Błąd nie tylko to powtarza, on to robi ze trzy razy! Tak. Tak jakby skakanie przez wąskie okna do następnego budynku było łatwe i ich w tym ćwiczyli pierwszego dnia w Akademii Błąda.

Fabuła razi jak majonez na dżemie truskawkowym a ujęcia są żywce wyjęte znowu z Tożsamości. Taki sam sposób kadrowania. Np. na początku Błąd szybko ucieka w samochodzie we Włoszech, wjeżdża na budowę po drodze zrzucając jakiś inny wóz w dół. Robi koło i mija ten sam wóz, który wciąż spada, a on zdążył tak szybko skręcić w dół. To trzeba zobaczyć (żart). Przeciwko tej scenie nic nie mam, ale pokazana jest nijak.

No i Błąd bez gadgetów to też kicha. Przydałyby mu się kolce, co wypadają z tułu jak Batmanowi, żeby załatwić pościg. Gadgetów nie ma, Pierca Brosnana nie ma, ale wszędzie mnóstwo nowoczesnej technologii. M. ma wyczesany gabinet z trójwymiarowym hologramem (jak to nazwać), zamiast tradycyjnie laptopa. Jako że film wyprodukował gigant Sony gdzie nie spojżeć pojawia się napis VAIO. No, raz tylko widziałem szczerze, ale się uśmiałem. W duchu. Tak więc Błąd ma cudny telefon-przekaźnik-aparat, którym w nocy podczas koncertu w czarodziejski sposób robi zdjęcia ludziom oddalonym od niego o 50 czy 100 metrów i pstrykając fotki tylko karku wyjebany program od razu ustala tożsamość tych, którym zdjęcia robił. Wiem, że o to niby chodzi, że nowoczesna technologia.. bleugh! Rzygi. W gadgety Seana Connerego jakoś prościej mi uwierzyć.

Początek jak zawsze szybki, a potem robi się coraz nudniej. O fabule nie będę pisał, bo według mnie, nie ma żadnej. I jeszcze jedno. Błąd z Olgą lecą na spacer. Chcą zobaczyć skałki. Dobra? Na piaszczystym lądowisku w jakimś dziwnym miejscu jest wielki samolot i mały samolocik. Błąd wybiera większy. Po kiego? Gdyby ktoś ich zaatakował, nie daj boże, łatwiej byłoby się wymigać małym, zwinniejszym. Ale NIE. Wielkim klocem sobie lecą, oglądają skałki i kiedy robi się między nimi romantycznie NAGLE ktoś ich atakuje. Śmigłowiec (zdaje się, że widziałem tam śmigłowca), jakiś inny, MAŁY, SZYBKI i ZWINNY samolocik i coś tam jeszcze (albo i nie, tak to szybko z głowy wypada) atakują. Nie będę opisywał co się dzieje dalej, żeby nie zepsuć frajdy, której nie ma, ale pragnę zadać jedno retoryczne niekoniecznie pytanie: Czy nie prościej byłoby po prostu poczekać, aż Błąd wyląduje i wtedy się z nim rozprawić??? Może ktoś po prostu nie mógł się doczekać albo bali się, że nie zaczają gdzie będzie lądował.

RE:asumując: lubię dobre filmy akcji. Lubię po seansie wyjść z kina i nie wiedzieć, gdzie jestem. Uwielbiam. Błąd nie był dobrym filmem akcji, a po seansie wiedziałem gdzie jestem. Postacie były płytkie, gadały jak z filmu (nikt tak w rzeczywistości do siebie nie gada monosylabami, nawet agenci). W jednej scenie aż błagałem, żeby Błąd rzucił choć:

Błąd:
Ale bym so zjadł hamburgera, zdycham z głodu.

Olga (patrząc uwodzicielsko):
A może hotdoga? Nie ma to jak dobra, gorąca parówka.

Ludzie, nie idźcie na ten film. Obejrzyjcie lepiej na Wyspę Nim - może i dla dzieci, ale film jest ciekawy, płynny, wszystko się w nim trzyma kupy i z chęcią obejrzę go sobie jeszcze raz. Dwóch ostatnich Błądów już nie.

środa, 29 października 2008

Denek + Kluska: XII
Oto ostatni z 12 pasków o Dence i Klusce. Muszę naprawdę się wziąć i zacząć działać nad nowym obliczem mojej strony www.sebastianjaster.com, gdzie powinienem wrzucać takie rzeczy jak Denek i Kluska.

wtorek, 28 października 2008

Dla mnie to!: Krzesło kula Eero Aarnio'ego
Lata '60 nie tylko dostarczyły nam narkotykowej rewolucji, ale również ciekawych mebli.Tak właśnie wygląda moje krzesło marzenie, które kiedyś będę miał. Nazywa się Ball Chair stworzone przez Eero Aarnio. Eero Aarnio urodził się w 1932 w Finlandii, gdzie studiował od 1954 do 1957 w Instytucie Sztuki Przemysłowej w Helskinkach. W 1962 otworzył własne biuro gdzie projektował swoje pionierskie meble przy użyciu plastiku. Wolny od ograniczeń konwencjonalnych materiałów Aarnio śmiało popuścił wodze fantazji. Zaprojektował kształty i kolory o których świat nie miał pojęcia. Do jego prac zalicza się Krzesło Bąbelek (bubble chair), Krzesło Kucyk, Pastil Chair no i moje ulubione - Krzesło Kula. Wszystkie one zaliczają się do nowoczesnej klasyki.
No i to jest właśnie mój styl, uwielbiam takie krztałty. Coś mi się zdaje, że przerysuję te pierwsze dwie strony HZ: Alkoholizmu i właśnie ten mebel będzie Herr Zeba miał w swoim pokoju. (A nawet jeśli nie przerysuję to i tak HZ będzie, nawet już jest szczęśliwym jego posiadaczem). Za nowe trzeba zapłacić około 1000 $ - £705.00.
Tęcza.
Dzisiaj wracając do domu odnalazła mnie na niebie piękna tęcza. Dawno tęczy nie widziałem, a taką jak dzisiaj to chyba wcale: było idealnie widać cały łuk z wyraźnymi kolorami i była blisko nie przysłonięta nigdzie. Porzucając prędko pomysł zrobienia zdjęcia kiepskim telefonem pobiegłem do domu po aparat, lecz kiedy wróciłem jej już nie było.

I się zdołowałem.
Denek + Kluska: XI

poniedziałek, 27 października 2008

niedziela, 26 października 2008

Denek + Kluska: IX
Przebudzenie: Anthony De Mello
Jakiś niewyraźny czas temu pisałem o książce "Awareness" - "Przebudzenie" (pomimo tego, że oryginał tłumaczy się świadomość polski tłumacz jak zawsze miał lepszy pomysł). Przypomnę, że książka ta pozwoliła mi chodzić 5 cm nad ziemią przez cały tydzień. Postanowiłem zamieszczać ją w częściach w nowym blogu zatytułowanym Przebudzenia czas pod adresem www.przebudzeniaczas.blogstpot.com. Chciałem adres nazwać świadomość ale cyrylica jest niedostępna w nazwach, a adres przebudzenie został hamsko wykorzystany przez jakąś laskę, co sobie w 2004 postanowiła stworzyć bloga i po kilku wpisach dała sobie spokój. Ale blog wciąż jest po 4 latach dokładając się do i tak już dużej kupy śmieci w internecie i blokując nazwę. Napiszę do ludzi z bloggera, żeby kasowali nie używane blogi. Chyba. Książka ma 57 rozdziałów, każdy rozdział jak bóg da będzie publikowany regularnie 3 razy w tygodniu: w niedziely, wtorki i piątki. Dzisiaj zamieszczam wstęp i pierwszy rozdział. Sprawdź to!

Jest to zabieg nielegalny, gdyż nie mam praw do rozpowszechniania tego materiału, dlatego też zakładam nowy blog w tym celu. Jeżeli (w co szczerze wątpię) ktoś się przyczepi, że staram się szerzyć Dobrą Nowinę (co było przecież celem Anthonego) jedyne co mi zrobią, to każą skasować blog. Luz.

Mam nadzieję, że ta książka pomoże wszystkim zainteresowanym tak jak i mi pomogła. Czyta się ją śmiesznie łatwo, bo jest zapiskiem jego rekolekcji, a rozdziały są krótkie. Link do bloga znajduje się jak zawsze po prawej.

czwartek, 23 października 2008

last.fm
Nikt mi na zaproszenie do www.weread.com jeszcze nie odpowiedział. Dzięki wielkie.

Więc o!to kolejne wyczesane miejsce, tym razem chodzi o muzykę! www.lastfm.com to zajebiste miejsce gdzie powinno się mieć konto jeśli tylko ma się dobre łącze internetowe i lubi się muzykę, a nie odgłosy piłowania na krajzedze drewna za oknem co rano i radio maRyja co wieczór zza ściany sąsiadki.

Last.fm pozwala Ci słuchać za darmo radia, co więcej, tworzy radio na podstawie twoich ulubionych wykonawców! I to wszystko za darmo. Można więc sobie dodawać ulubionych wykonawców, zapraszać znajomych, dzielić się muzyką, porównywać i wiele innych. Dla mnie najlepsze jest w tym, że można poznać nowe ciekawe zespoły lub piosenki zgodne z moim/Twoim upodobaniem.

Nie czekaj więc: sprawdź www.lastfm.com ! SZCZEGÓLNIE, że jest też po polsku! Jak widzicie na załączonym niżej obrazku, który to własną krwawizną i czasem tu wkleiłem wystarczy kliknąć w prawy górny róg i sobie ustawić język na polski. Jak to już w dzisiejszej erze bywa jest tam poczta itp. więc zapiszcie się, żebym miał więcej niż dwóch przyjaciół! Może nawet 4ech? Przynajmniej sprawdźcie nim powiedzie NIE: kciuk w dół.
H.W.D.P.

H.W.D.P., czyli Huj W Dupé Policji. Popularne hasło wśród ludzi w kapturach, ludzi palących trawkę lub po prostu tych, którzy wolę H. od P. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy to w szkole średnie wielbiciel tego hasła i tego wszystkiego co z nim związane, niejaki Arek W. zapragnął właśnie te 4 litery z tyłu swej bluzy z kapturem. Nadruk miał być dduuużyy a litery miały wyglądać jak te pradawne, kurczę, zapomniałem jak się taka czcionka nazywa. No i Arek jak mi o tym opowiadał w sklepiku szkolnym miał na karteczce narysowany własnoręcznie szkic tego loga, ponieważ Arek zawsze był artystą. I kiedy tak patrzył na te litery to promieniował szczęściem. Pomyślałem: Arek jest szczęśliwy, bo realizuje swoje marzenie (HWDP).

Jednak jak się pisze chuj? Od zarania dziejów ludziska wypisywały sprejem pod mostami HUJ w różnych tam zdaniach. Zawsze było przez samo h. Aż nadszedł ten niezapomniany dzień kiedy to profesor Miodek w telewizji powiedział, że chuj piszę się przez ch. Fakt o którym słyszałem i do którego się stosowałem już wcześniej zasłyszany z innego źródła, ale tego dnia zostało to potwierdzone prze Pr. Miodka.

Sęk w tym, że nie pamiętam jak on to uzasadnił. Jak uzasadnisz gramatykę słowa niecenzuralnego? Skąd wiemy, że ch a nie h? Co za różnica? Jeśli jest jakaś zasada, to jaka? Skąd się wywodzi ten wyraz? W internetowym słowniku poprawnej polszczyzny znajdujemy:
  • chuj
    1. wulg. «członek męski»
    2. wulg. «wyzwisko używane w stosunku do mężczyzny»
Luz. Wiemy jak się pisze, mimo tego, że pewnie większość luzaków nie chce tego uznawać, bo HWDP wyglądałby wtedy CHWDP. To już nie to samo:( O rany, wpisałem w google dlaczego chuj pisze się przez ch? i jak widzę nie tylko ja mam takie problemy wieczorami. Dałem sobie spokój jak na trzecim czy 4tym wyniku przeczytałem DLACZEGO NIKT NIE LUBI PUSZYSTYCH DZIEWCZYN, gdzie ktoś również komuś uzasadnił że przez ch i wyzwał od ignorantów.

Jeśli ktoś chce przeczytać więcej wystarczy kliknąć tu: http://hoombug.skunk.one.pl/node/21
na cudny artykuł z komentarzami zatytułowany:

Dlaczego HWDP a nie CHWDP?

, którego po prostu nie chce mi się czytać. Wiem, że zamiast tego posta mógłbym rysować, ale po piwie i o tej godzinie i tak mi nie wychodzi rysowanie. Przynajmniej póki mi za to nie płacą.
Systemowe ŻALE.
Nie wyspałem się dzisiaj. Czy do tego już dochodzi w tym OGGu, że nawet takie rzeczy wypisuję? Co dalej: zjadłem klapsztulę z jajkiem, selerem i pomidorem, której nie skończyłem wczoraj i owinąłem w folię i wsadziłem do lodówki gdzie czekała na mnie dziś rano uśmiechając się do mnie (sznytka to w pewnych rejonach kraju stara nazwa potoczna na kanapkę pojedynczą, a klapsztula na składaną - źródło: mój tata); zaraz pójdę i wezmę herbatę co się w kuchni spokojnie zaparza choć nie musi, skoro to ekspresowa, dodam mleka gdyż nie jest zbyt dobra i zjem ostatniego snickersa...

Hola! Basta!

Od początku: póki OGG nie opiera się wyłącznie na takich przyziemnych motywach pisanie o nich nie może zaszkodzić. Jestem zwyczajnym człowiekiem no i na prawdę się nie wyspałem. Włosi do piękny naród. Jeszcze tam nie byłem, ale w ciągu ostatnich dwóch lat przewinęło mi się przez ręce ich mnóstwo. Jedną z wielu rzeczy, które w nich lubię, to fakt (jeśli o tym wcześniej pisałem, błagam o wybaczenie sklerozy), że śniadanie zaczynają od czegoś słodkiego i kawy. Powiedzmy słodkie ciastko i ekspresso. I ma to dużo sensu, jeśli się nad tym zastanowić. Rano potrzebujemy boosta, nawet jeśli nie żłopiemy alkoholu i nie bierzemy narkotyków i w ogóle mamy nudne abstynenckie życie, to i tak budzimy się zmęczeni lub nie wyspani, a taka kawa i ciastko lub coś od razu daje nam energii i wprawia w dobry nastrój. Wszystkie polskie nauczycielki biologii, ochrony środowiska itp. propagują, że śniadanie to najważniejszy posiłek więc zjedz coś treściwego. Wbijać w to. Jedz to na co masz ochotę, jak nie jesteś głodny rano, to nie jedz. Łatwo jest powtarzać to, co jakiś tam naukowiec odkrył, ale każdy jest inny. Tak więc coś słodkiego zdążymy spalić spokojnie wciągu całego dnia, zamiast opychać się lodami wieczorem.

Jak widać upodobałem sobie bardzo te tematy narodowo - żywnościowe.

ŚWIAT nasz trzyma się jakoś kupy. JAKOŚ, ponieważ trudno mi jest uwierzyć w to, że stworzyliśmy sobie taki system z pracą, edukacją i tępieniu indywidualizmu i twórczości i inicjatywy na przełomie wieków kiedy widzę co się dzieje dookoła mnie. Mnóstwo ludzi i organizacji każdego dnia robi coś zupełnie bezcelowego. To jest PSYCHICZNE. Serio. Robią coś bezcelowego, ale tak totalnie głupiego albo celowo albo bo ktoś im kazał (SYSTEM). Najlepszym przykładem jest pan woźny, który każdego poranka stoi przy wjeździe do pewnej niezaczarowanej szkoły w którym nie ma przerośniętego Harrego. Otwiera on połowę bramy i stoi tam. Kiedy nadjeżdża samochód w którym siedzi nauczyciel, Pan woźny otwiera drugą połowę (bo przez jedną samochód się nie wciśnie, a nawet jeśliby się wcisnął to zbyt duże ryzyko dla skromnego szarego nauczyciela) i wpuszcza samochód. Wystarczyłoby otworzyć całą bramę i koleś nie musiałby tam stać w deszczu czy śniegu, w mrozie przez pół godziny czy bóg wie ile i mógłby się zająć czymś bardziej pożytecznym. Np. naprawieniem krzesła. I nie interesuje mnie, że pewnie ma jakiś powód, np. nie wpuszczać zwykłych ludzi albo rodziców z dziećmi żeby nie blokować wjazdu ani skromnego parkingu dla i tak już sflustrowanych nauczycieli, którzy właśnie dlatego go tam postawili na pierwszym miejscu. Więc nie obchodzi mnie to czy inne uzasadnienie wcale dlatego, że jakiekolwiek by ono nie było to i tak durnota. Pewnego dnia podejdę do niego i spytam, dlaczego tak tam głupio stoi. Ale nie powiem głupio.

Najwięcej ludzkiego imbecylizmu oraz obłudy systemu i wyciskania soków z naszych dusz doświadczyłem w sklepie w którym to pracowałem po raz pierwszy z książkami szkolnymi i artykułami papierniczymi. Po dziś dzień śni mi się to miejsce i mam nadzieję, że jak już napiszę i narysuję swój komiks: HZ: Sklep (na którego to kartki przeleję swoje doświadczenia i naukę z nich płynącą w nadzieii, że natchnę ludzi i pomogę im uniknąć podobnego upodlenia jakie mnie spotkało) przestanie mi się to miejsce śnić.

A! Basta - wyraz dobrze w polsce znany (przynajmniej mi) pochodzi w Włoch i oznacza to samo co u nas. Być może oba te wyrazy pochodzą po prostu z łaciny?

środa, 22 października 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: golizna.
8 paneli powoli się wypełnia. 1 tylko jest nie ruszony, panel nr 6 gdzie główna bohaterka przeżywająca załamanie nerwowe siedzi nago w wannie. Rysowanie idzie stopniowo do przodu i jestem zadowolony z efektu. Jak tym razem nie wygram, to nie wiem co jest nie tak z tym światem. Wiem, że nie powinienem uzależniać wszystkiego od tego konkursu i nie chodzi o to, żeby wygrać, tylko próbować, bla bla... Jednak mam dobre przeczucia:) No i dzisiaj od rana rysuję, idzie mi dobrze, więc mam dobre samopoczucie.

Muszę pokazać trochę golizny w komiksie jako że większość czytelników komiksów i Zuda to płeć męska. Oczywiście goliznę można wytłumaczyć, jak mój przyjaciel Noel, który pomaga mi z angielskim tekstem, powiedział, że ona jest naga bo to symbol tego, że jest naga na to wszystko co się dzieje, że jest bezbronna.

Tak na prawdę trzeba pokazać trochę golizny. Żeby się publiczność podnieciła i głosowała, jeśli historia lub rysunki jej nie urzekną. Wiem jak to brzmi, ale to zimny świat na którym żyjemy. Spośród wszystkich komiksów, które w ciągu roku od otwarcia przewinęły się przez Zuda (tych które wygrały i tych które nie) jest kilka niezłych rysunków kobiet. Ja - jako że to moja misja - mam zamiar narysować jeszcze lepsze.

Cóż, pożyjemy... zobaczymy.

wtorek, 21 października 2008

weRead
Chciałem, kombinowałem, ale brnąłem Donikąd. Aż tu dzięki facebookowi i mojej dziewczynie, która mi poleciła tą aplikację znalazłem stronę www.weread.com . Dzięki niej możesz z łatwością ułożyć sobie katalog książek/komiksów które przeczytałaś/eś, chcesz przeczytać lub czytasz, które posiadasz i te, które są Twoimi ulubionymi. Możesz też pisać recenzję. To nic nie kosztuje. Póki co strona jest tylko po angielsku, francusku i niemiecku, ale myślę, że to się wkrótce zmieniu, pozatym jest prosta w osłudze. Wystarczy się zarejestrować i już można układać swoją kolekcję. Wystarczy tytuł książki, imię/nazwisko autora, albo nr ISBN. A jeśli książki nie ma w spisie można samemu dodać.

Wysłałem dzisiaj kupie ludzi zaproszenie do tej strony więc jeśli dostaliście email od weRead, to właśnie to, a nie spam.

A! I można też polecać ksiązki znajomym i zapraszać znajomych. TAK! - wykrzyknął entuzjastycznie - Możemy zostać książkowymi przyjaciółmi! Tak więc jeśli chcesz wiedzieć co czytam i czy czytam, wystarczy, że klikniesz na link po prawej pod DORWIESZ GO TEŻ TUTAJ: On czyta (albo KLIKNIJ tu od razu). Póki co nawet nie wiem, czy mogę sobie ustawiać prywatność, więc nawet nie będąc zarejestrowanym możecie sprawdzić sobie mój profil.

W wyniku tak dobrego bezpłatnego programu tutaj raczej o swoich książkach nie będę pisał, chyba że nadejdzie ten dzień, w którym weRead będzie dostępne na bloggerze. Póki co dodałem widgeta na dnie po prawej z namiastką moich własnych książek. Jak długo tego widgeta będę tu trzymał też nie wiem, bo nie podoba mi się, że tyle zajmuje i nie można go zmiejszyć (dlatego dałem go na samo dno).

A teraz proszę o przeproszenie, ale czas ruszyć własną dupę z łóżka i wbrew atakom depresji rysować dzieło życia, które się sprzeda i uczyni takiego depresanta jak ja bogatym depresantem.

Wstawaj psie!
Przypowieści: Adaś
Pewnego złotego lata zacząłem pisać opowiadanie, które jak zwykle nie skończyłem... o Adasiu. Aby odsłuchać te 8min38sek opowiadania niedokończonego wraz ze wstępem kliknij w tytuł posta bądź wejdź na http://sebastianjaster.podbean.com/ - na tej stronie znajdziesz więcej nagrań. Póki co aż o dwa więcej o których wstyd mi tutaj pisać, więc wrzuciłem je tam. Jedno to improwizacja, a drugie to pamiętna Relacja sąsiadek wersja audio.

Póki co to ostatnie nagranie nadające się do pokazania z tych które kiedyś tam nagrałem.

C.D.N.
Podcast. Teraz.
Próbowałem sprawdzić na lingu jak przetłumaczyć słowo podcast na polski, ale nie znalazłem. Podcast oznacza nagranie radiowe, które możesz sobie odsłuchać w internecie, ale nie na żywo, tylko nagrane wcześniej.

Dla celów własnych znalazłem stronę www.podbean.com w której można za darmo publikować swoje audycje. Niestety blogger nie daje Ci takiej możliwości. Myślałem, że utwór pokaże się w tekście posta jako odtwarzacz i wystarczy kliknąć, a tu nie, przekierowuje Cię na drugą stronę. W każdym razie na prawo pod DORWIESZ GO TEŻ TUTAJ dodałem link do tych wszystkich nagrań, które wrzucam tu na OGGa. Można je tam łatwo odsłuchać a również sobie ściągnąć jeśli ma się ochotę. Można więcej: można skomentować tak samo jak na OGGu, ale w przeciewieńswie do OGGa można też wysłać emailem do babci (no, na OGGu posty też można komuś wysyłać emailem, ale nie udostępniłem tej funkcji) oraz można dawać GWIAZDKI. Piękne i żółte. Tak, lubię wyraz piękne.

poniedziałek, 20 października 2008

Przypowieści: ŻYCIE na ulicy Kujańskiej.
Życie na ulicy Kujańskiej opisuje prawdziwą historię w brzęczący sposób. Czas trwania nagrania: 13min 21sek. Rok produkcji: 2004.

Aby odsłuchać audycji kliknij w tytuł posta.
Przypowieści: INTRO
Internet to cudowna rzecz. Pozwala Ci nawet słuchać głosów. I to w dodatku nie tych w Twojej głowie. Mozart.

Już od jakiegoś czasu nosiłem się z myślą o publikowaniu jakiś historii czy czegotam na OGGu w formie Głosu, czyli nie czegoś co trzeba czytać, ale czegoś, co można słuchać. 3 czy 4 lata temu nagrałem pewne kabaretowo podobne rzeczy które nagrałem na płytę, którą oczywiście mam przy sobie. Z całego chłamu jedna/dwie nadają się na pokazanie światu. Po 2 godzinach pijackiej męki ułomnego człeka udało mi się osiągnąć swój cel.

Od czasu do czasu będę publikował Głos. Wystarczy wtedy klinąć na tytył audycji aby odsłuchać nagranie. Zawsze chciałem być recenzentem radiowym, to mam. Oto wstęp do tego, co czeka Cię wkrótce. Czyli taka część pierwsza.
Kliknij na tytuł posta ażeby przenieść się do krainy szczęścia i rozkoszy. Bynajmniej. Jakość jest taka sobie, brzęczy bezustannie, ale idzie zrozumieć każde słowo, mam nadzieję. W związku z nagrywaniem polskiej narracji dla Czarownicy z Portobello kupiłem nowy mikrofon, który jest cudny, oh oh, więc kiedy nagram coś nowego możecie spodziewać się dobrej jakości dźwięku.
KRZYKI WEWNĄTRZ: Śmierć przyszła wraz z jesiennymi liściami.
Od kiedy zostałem po raz drugi w swoim życiu bezrobotny mam czas na rysowanie. W tym miesiącu, najdalej w następnym mam zamiar skończyć moje 8 panelów na konkurs Zuda. Jak to mam w zwyczaju rysuję je na raz, jak coś mnie nie bawi lub stwarza trudność przerzucam się z jednego panelu na inny. Jako że wbrew regułom nie jest pokazywanie komiksu przed wysłaniem do nich, a już w ogóle im nie wadzi jeśli się pokazuje materiały w postaci szkicy itp. publikuję tu dzisiaj szkic (w miarę zaawansowany, na tak w połowie) 8mego panelu. Nie miałem zamiaru nic skanować dopóki szkice nie byłyby ukończone, ale tutaj pojawił się problem z proporcją i aranżacją przestrzeni, więc musiałem zeskanować, żeby w miejszym formacie móc lepiej ocenić jak to wygląda. (Każdy panel rysuję na brystolu A3). Poniżej szkic z poprawionymi poziomami w photoshopie, żeby miało co gołe oko zobaczyć:

Nie będę opisywał fabuły tylko przejdę wprost do sedna. Środkowa postać/kreatura (wzorowana na moim wczesnym szkicu Śmierci sprzed 8 lat, który pokazałem TUTAJ we wcześniejszym poście) fizycznie nie mogłaby stać tam gdzie stoi. Pomimo, że rzeczywistość i tak jest załamana w tej historii wciąż ma swoje granice. Będę więc musiał zaraz przerysować tę kreaturę i wysunąć ją na pierwszy plan. Nie będzie już wyglądała dokładnie tak samo (tak jak nigdy dwa razy nie przejdziesz tej samej rzeki).

Powinienem też ten szkic wrzucić na swój OGG angielski, ale jak pisałem wcześniej, szkoda zachodu. Łatwiej mi się wyrażać w moim ojczystym języku (poza tym więm, że tutaj przynajmniej Ktoś czyta te słowa). Jeśli dostanę się do konkursu wtedy reanimuję angielskiego OGGa, póki co umiera naturalną śmiercią. Istnieje możliwość, że odłączę go od prądu, skoro i tak tam nic nowego nie zamieszczam.

Ale się rozpisałem. Uu! Może to dlatego, że już od dwóch dni i 17 godzin nie miałem alkoholu we krwi?

A co robiłem wczoraj i przedwczoraj? Rysowałem autobus. Co nie jest takie proste jak mogłoby mi się wydawać. Robiłem też inne rzeczy, np. jadłem, piłem wodę. Używałem swoich gał do oglądania świata przez okno. Tak. To też robiłem.
Denek + Kluska: VIII

czwartek, 16 października 2008

Kto porwał syna Beaty K.?
Przygniotłem sobie palec, znowu. Boli.
Wszystko ma swój urok, potem przemija.
Często robimy różne rzeczy nie wiedząc dlaczego. Szczególnie, kiedy jesteśmy młodzi. Nasze pragnienia materializują się w rzeczywistości. Mamy więc świadomość i podświadomość. Obie niezbędne do życia. Podświadomość wie, czuje o wiele prędzej niż świadomość. Jeżeli ktoś ma ładne nogi, to o tym wie. Tylko osoba niesamowicie rozwinięta duchowo tworzy jedność z podświadomości i świadomości. Często coś robimy, cokolwiek. Robimy to coś nie zastanawiając się nad tym i TO się staje. Jest to zewnętrznym wyrazem naszej podświadomości. To COŚ się stało i mamy dwa wyjścia: przyjąć to jako chleb powszedni i iść dalej nie zastanawiając się wcale dlaczego to coś zrobiliśmy, ALBO: Zastanowić się dlaczego tak postąpiliśmy. Zrobić sobie psychoanalizę. To drugie rozwiązanie jest trudniejsze i często nie idziemy tą drogą woląc sobie oszczędzić kłopotu, ALE niestety jest to niezbędna droga do rozwoju. Większość ludzi jej nie wybiera. Większość ludzi nie chce się rozwijać.

Kiedy więc miałem trzynaście lat zaraz po lub tuż przed "Mroczną Zemstą" zrobiłem ten film (jak zawsze polecam kliknąć w ekran na youtube żeby otworzyć w lepszej jakości). Już wtedy byłem kiepskim aktorem:

Kto porwał syna Beaty K.? Część I:

I część druga:


Nigdy nie zastanawiałem się dlaczego zrobiłem ten film. Z tego co pamiętam, zawsze lubiłem kino i chciałem się wyrazić. Spoglądając z perspektywy czasu na ten przejaw amatorskiej twórczości stwierdzam, że to jest to co chcę robić. Nawet nie wiedząc o tym wtedy moja podświadomość już wiedziała.
Gdzie ja jestem? TUTAJ.
Słowa zatracają się. Nie są ważne. Nie ma ich. Otwórz oczy. Otwórz siebie i spójrz na osobę przed Tobą, osobę, która do Ciebie mówi. Widzisz? Lepiej niż widzisz: czujesz? Tak czujesz, czy ta Pani czy Pan, co do Ciebie mówią są pogodni bądź nie, czy chcą czegoś od Ciebie, czy Cię oszukują, czy po prostu Ciebie kochają i tak jak Ty są otwarci i łączy Was coś więcej niż słowa. Zresztą, jak już ustaliliśmy słów nie ma.

Są idee. Przekazujemy je ludziom, przekazujemy uczucia, dzielimy się energią lub też zachłannie (i oczywiście nieświadomie) ją kradniemy jak piraci. Są marzenia i te cudne chwile, kiedy nie uciekamy w przeszłość, kiedy nie uciekamy za myślą bądź myślami, które nas prześladują i które zalęgły się w nas jak żółte kleszcze. Są chwile, kiedy jesteśmy wolni. I są to najcudowniejsze chwile, jakie istnieją. Widzimy raj. (Świadkowie Sebastiana - pierwsze piętro, drzwi po prawej, sala nr 102).

Tak prędko jednak ten dobry czas ucieka. Dlaczego? Nie wierzymy, że może trwać dłużej, nie czujemy się goni, aby odczuwać go przez dłuższy czas. Nie wierzymy. Wypełniające nasz byt szczęście takie wielkie i zdawałoby się mocne znika błyskawicznie, a najczęściej zamienia się w złość gdy stawiamy czoła innemu człowiekowi. Wystarczy że coś powie lub krzywo na nas spojrzy (zrobi zeza), i wszystko z nas ucieka. Dlaczego? (Na dzisiejszej sesji, drodzy bracia i siostry nie tylko zadajemy pytania, ale również na nie odpowiadamy). Ponieważ nie jesteśmy pewni siebie. Jesteśmy jak ten domek z kart, byle podmuch i się rozpadamy. Nasze wierzenia są prawdziwe, nasze marzenia są na wyciągnięcie ręki, jednak brakuje nam tego ważnego elementu, który sprawi, że wyciągniemy te dłonie, że chwycimy te marzenia. I tym ważnym elementem nie jest już wiara, tylko PEWNOŚĆ. Jeśli jesteśmy pewni, jeśli wiemy, że to czego pragniemy się stanie i żadna siła na ziemi czy na niebie nie jest w stanie nas powstrzymać wtedy osiągnęliśmy swój cel. Wtedy czas się nie liczy. Pieniądze się nie liczą. Nic nas nie zatrzyma, bo już dotarliśmy.

Sebastian jak zawsze mógł się bardziej rozpisać i rozwinąć każdy ze swoich wątków, jednak głęboko wierzył, że plecie do rzeczy i że Drogi Czytelnik poruszy własną makówką i domyśli się reszty i że pozna to, co z pozoru nieznane.

piątek, 10 października 2008

PATRZ. Pe el.
Czym jest portal patrz.pl Sebastian nie wiedział. 3 dni temu otrzymał następującą wiadomość:

Witam,
odnalazłam Twój filmik na YouTubie i chce zaprosić Cie do wystąpieniem w nowym programie Pokaż się w Pino TV.
Program "Pokaż się" ma na celu promowanie ciekawych i odważnych ludzi oraz ich pasji, hobby czy zajawek.
Chcielibyśmy prosić o przesłaniem nam Twojego filmu w formie
linku (najlepiej gdy byłby umieszczony w portalu www.patrz.pl) wraz z jakąś krótką informacją o osobach w nim występujących. Film taki bedzie zaprezentowany w programia "Pokaż się", a osoby które prześlą nam najciekawsze filmiki będą zapraszane do studia w celu nagraniu indywidualnego programu.

Sebastian odpisał że całuje rączki, ale o który film chodzi? Miał ich tam kilka.

Hej,
dzięki za szybką odpowiedź.
Prosiłabym w takim razie o przesłanie linków do "Mrocznej zemsty" i
"Wiedźmy z Portobello".
Najlepiej jednak gdyby były one umieszczone na serwicie www.patrz.pl bo
stamtąd możemy emitować filmy.
W razie pytań pisz, a ja jak tylko dostane Twoje materiały napisze kiedy
odbędzie się nagranie i emisja programu "Pokaż się" z Twoimi produkcjami.

Pozdrawiam i czekam na linki

Olga

PinoTv

Sebastian nie wietrząc w tym swojego pierwszego miliona założył konto i wrzucił kilka filmów. Niestety okazało się, że portal filmy szerokoekranowe automatycznie rozciąga. Ścierwo. A rozciągniętych filmów, to nie chce, żeby oni kimkolwiek oni są, oglądali. Więc musi się depresyjny chłopak pomęczyć trochę, żeby zmienić format i żeby to wyglądało cacy, a nie tak jak teraz. Po prawej stronie OGGa znajduje się SEBASTIAN JASTER W SIECI, a poniżej link do jego konta na patrzPl. Jest tam dokładnie to samo co na youtube, a nawet mniej, ale zawsze można kliknąć, jeśli się akurat czeka na grzanki, aż się przypieką.

Ok, pinoTv to internetowa telewizja, to jeszcze rozumiał, ale motyw z wysyłaniem filmów zbyt bardzo przypominał mu youtube, który od patrz.pl był o wiele lepszy pod wieloma względami. PO KIEGO więc robić to samo tylko, że gorzej? Sebastian nie miał pojęcia. Bladego. A powinien mieć choć blade, w końcu wcale taki głupi nie był, jak wszyscy myśleli, a niektórzy nawet mówili.
Ćwierć WIEKU.
9 października 2008 roku szanowny pan Sebastian Jaster ukończył 25 lat, czyli ćwierć wieku. Informacja ta nie umknęła oka kilku dobrym znajomym, którzy z tej okazji nie złożyli mu ofiary w krwi postaci baranka . Spytany o wrażenia i przemyślenia odpowiedział milczeniem, czyli wcale nie odpowiedział. Można było domyślać się, że trochę go bolało, iż nie zrobił jeszcze swojego pierwszego miliona na rysunkach bądź też na prawach do sfilmowania jego rysunków ala komiksów.

Sebastian powinien się jednak cieszyć, że żyje i ma brzuszek pełny. Z łatwością przychodziło mu pisanie niewybitnych rozważań o tym jak być szczęśliwym i o co w tym całym szaleństwie nazywanym życiem chodzi. Sęk i ból jednak w tym, że on sam nie za bardzo stosował się do swoich opinii i prawd. Przekłamywał w ten sposób własną ideologię i wciąż brodził, brodził gołymi stopami w błocie, taka przenośna jego stanu umysłu.

Pomimo tego pewne był, iż pomimo, że wydawało mu się, że jego wiara słabnie, to wciąż ją miał. Wiedział, że okłamuje siebie w wielu różnych dziecinach, ale nawet i to nie mogło zmienić NIGDY tego o czym wiedziała i co czuła jego dusza. A mianowicie, że nie można się nigdy poddawać. Że trzeba uparcie dążyć do celu i że Anioł Stróż jakkolwiek odległy i mało realistyczny znajdował się tuż nad nim (lub za jego plecami) i dodawał mu otuchy. Można by pisać i opowiadać o marzeniach zszarganych szarą rzeczywistością, lecz tym razem nie było to ani miejsce ani czas na to. Faktem jest, że oprócz wiary potrzebował również pewności siebie. I pomimo tego, że jego dusza wiedziała (dając mu wizje przyszłości jako zapewnienia w postaci snów), że wszystko czego zapragnie, to osiągnie, to jego byt, jego zewnętrzna świadomość wciąż nie chciała uwierzyć w tą prostą prawdę. A przecież to nie kosztowało nic, wystarczyło uwierzyć. Na szczęście jeśli nawet nie obdarzony pewnością siebie i przebojowością jako cechami wrodzonymi, można się było ich nauczyć, lub też można się było przemóc i zburzyć mur i zacząć żyć własnym życiem bez durnych obaw. I to było w zasięgu jego rąk. I to było pozytywne.

Może pisał o sobie dużo, może był narcyzem, ktoś w końcu gdzieś go kiedyś tak nazwał, jednak dobrze się działo, że potrafił się otwierać tutaj, gdyż nie robił tego w rozmowach zbyt często. Strzępił języka nie będąc pewny co do wartości jego słuchaczy. Czy też swojej.

Minęło 25 lat.

czwartek, 2 października 2008

Bajki.
Nie wiem, czy tak jak każdy, ale najbardziej w dzieciństwie lubiłem bajki. Pewnie, że bieganie po drzewach i rzucanie śnieżkami też było fajne oraz odkrywanie nowych wymiarów w tajemniczych miejscach z tabliczkami TEREN PRYWATNY. NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY poszerzało horyzonty, jednak zawsze niecierpliwie czekałem na kolejną dobranockę oraz bajki Disney'a. To on między innymi zaszczepił we mnie zainteresowanie rysowaniem - oglądanie tych perfekcyjnie narysowanych intrygujących opowieści sprawiło, że ja też tak chciałem. Ale nie byle jak, chciałem być najlepszy!

Smerfy, Kacze Opowieści, Muminki, Gumisie oraz Denver, ostatni dinozaur, Kapitan Planeta i Planetarianie i inne - to były bajki. Pamiętam jak wczoraj kiedy stacja TVP1 w sobotę po puszczeniu Kaczych Opowieści z ramówki Walt Disney Przedstawia obwieściła, że był to już ostatni odcinek. ALE, że kiedyś do nich powrócą. I NIGDY CHAMUCHY NIE POWRÓCIŁY. Pamięć tych wcześniejszych bajek oraz późniejszej Czarodziejki z Księżyca emitowanej na Polsacie (która nigdy się nie poddała, nawet gdy przyciąganie ziemskie zostało zwiększone pięciokrotnie, ona i tak potrafiła się podnieść) przetrwała do dzisiaj, a wraz z nią chęć powtórnego ich obejrzenia. Udało mi się więc zdobyć część z tych seriali, nawet całe serie. Niestety, po obejrzeniu jednego czy dwóch odcinków dałem sobie spokój. Niestety, to nie jest już to samo co wtedy. Młodzieńcze spojrzenie i entuzjazm przepadły gdzieś z latami i jedyne co pozostało to wspomnienie. Teraz nie da się już utopić w takiej bajce i zapomnieć o bożym świecie, chyba że pod działaniem narkotyków. Na wszystko jest czas i miejsce. Czas na tamte bajki był wtedy. Teraz, pomimo, że mogę mieć je wszystkie i nie muszę niecierpliwie czekać całego tygodnia aby obejrzeć jeden tylko epizod, teraz jest już za późno. Czasu brakuje, a nawet kiedy jest, to wolę go przeznaczyć na coś ciekawszego jak na przykład dołowanie się na kanapie i ubolewanie nad losem i marzeniami.

I może robię się starym wapniakiem, ale dzisiejsze bajki to nawet nie nędzna namiastka tych tytułów, które wymieniłem na początku. Cartoon Network zdobywa serca młodych częstując ich walką, koktajlem kolorów i płytką powieszchnią. I dzieciaki to kochają. Odlotowe Agentki znaczą dla nich tyle, co Smerfy dla mnie wtedy.

Ciekawe, czy ktoś jeszcze pisał tak sentymentalnie o bajkach jak ja. Pewnie tak.

wtorek, 30 września 2008

Z PIEKŁA: chudnijmy wszyscy RAZEM!
Świat nasz sponiewierany jest tanimi nabijającymi ludzi w butelkę tekstami i ideami. To, że reklama coś twierdzi, albo że nauka dowodzi wcale nie oznacza, że to prawda. W latach 40 czy 60tych lekarze w stanach propagowali jedne marki papierosów nad drugimi twierdząc, że są zdrowsze i od Takich Tam nie dostanie się raka. I idę o zakład, że ludzie w to wierzyli.

Każdy chce żyć wiecznie i być piękny. Powszechna jest opinia, że żeby schudnąć, należy między innymi nie jeść nic po godzinie 18stej. Co za cholerny idiotyzm. Bo jeśli nie będziesz żarł po osiemnastej, to ci brzuch się skurczy i znów będziesz mógł z dumą spoglądać w lustro. Trzeba jeść wtedy, kiedy jest się głodnym. Choć znowu słyszałem, że trzeba jeść, kiedy nie jest się głodnym - żeby nie czekać z jedzeniem, aż już będziesz bardzo głodny, też durnota. Kolejna motyw to taki, żeby nie jeść na godzinę czy dwie przed zaśnięciem. To ma trochę sensu jeśli na dwie godziny przed zaśnięciem zamierzasz władować w siebie tłusty makaron, pizzę i trzy piwa. Żołądek obciążony odpłaci ci się we śnie koszmarami, w których Szynka Gigant dogoni cię, rzuci się na ciebie i cię przygniecie.

Wszystko to kwestia co się je i ile się tego je. Proste. Ja jem okropnie i wstyd mi. No, nie wstyd, ale wiem, że powinienem jeść więcej owoców. Miliony książek o diecie, każda mówi co innego, każda jest na rynku, żeby zarobić kasę na czyjejś otyłości i naiwności w tzw. diety cud. Jeżelibyśmy mieli w nie wierzyć i zgodnie z nimi postępować, to to by było wariactwo. Jeszcze jedna dieta mówi o tym, żeby schudnąć poprzez nadmierne jedzenie, czyli innymi słowy schudnij tyjąc.

To nie żryj po 18mnastej wkurza mnie bardzo. Dlaczego akurat po 18mnastej? Żeby więcej tłuszczu się nie gromadziło? Założę się, że jest pełno mnóstwo szczupłych ludzi, którzy jedzą po osiemnastej, a mimo to są szczupli. ??? ::: Ponieważ ĆWICZĄ. Ruszają dupę, biegają! A nie spędzają czas czytając te dietetyczne książki z nadzieją, że bez wysiłku osiągną wagowe zbawienie.

Nie muszę pisać 200 stronicowej książki z 150 stronami zdjęć i rysunków, żeby przekazać wam swoją opinię: wystarczy jeść aż się najesz, a nie opychać się (co ja robię nadmiernie), nie jeść dużo słodyczy po południu (rano wszystko się spala), jeść owoce i warzywa i uprawiać sporty i ćwiczyć. Proste. Ile z tych rzeczy ja robię? No, na pewno o nich piszę. Jeśli to się liczy.
Denek + Kluska: VII

piątek, 26 września 2008

czwartek, 25 września 2008

Nie UCIEKAJ.
Słońce wzeszło ponownie rzucając światło i gdzieniegdzie ciepło na ludzkie zmartwiono-umęczone głowy. Pisanie, nawet OGGa, nie jest łatwe. Mógłbym rzec jasna pisać co mi ślina na język przyniesie, ale to mijałoby się z celem. Przeszedłem przez wiele różnych tytułów dzisiejszego posta. Chciałem go zatytułować Witaj w cyberprzestrzeni, potem Przyszłość jest teraz! (mój ulubiony slogan), a nawet Nie mów do mnie. Ostatecznie zdecydowałem się na tytuł który widnieje na górze.

Nic nie przychodzi łatwo. Marzenia się spełniają, jednak nie same z siebie jak za sprawą magicznej różdżki. Trzeba do nich uparcie dążyć pomimo przeszkód, niepowodzeń i kalectwa własnego mózgu. I wtedy się spełnią. Ciężką pracą i przezwyciężaniem własnych słabości, a nie leniuchowaniem, żłopaniem piwsk i byczeniem się przed telewizorem. Jeżeli ktoś ma na tyle szczęścia (bogaci rodzice, znajomości, głosy w głowie), że nie musi się specjalnie trudzić aby coś osiągnąć i już w wieku 20 lat jest znany i kochany i uznany i rozchwytywany, to taka osoba jest jednym wielkim szczęśliwym skurczybykiem. Lecz KIM taka osoba jest? Przychodzimy na ten świat i próbujemy dowiedzieć się kim jesteśmy. Czasami zabiera to więcej niż jedno wcielenie ziemskie. Szukamy odpowiedzi i zrozumienia, gdyż jest to niezbędne do życia pełnią życia. Ten cały nieszczęsny chłam, który nami targa z dnia na dzień, te ochłapy, które rzuca nam drwiąco los - pomimo tego że boli i ugniata nas, to pomaga nam uświadomić kim naprawdę jesteśmy. Jeśli wiecie o co mi chodzi.

W jednej z tych moich duchowych książek wyśmiewanych przez niektórych zwolenników czegoś bardziej przyziemnego (czyli dobrych magazynów z ładnymi zdjęciami dużych ciastek z dziurką), w jednej z nich przeczytałem coś bardzo interesującego. Biblia opiera się na drzewie poznania Dobra i Zła z którego Ewa skubnęła jabłko nie pokryte woskiem i Bóg ich wychrzanił (napisałbym wyrzucił, ale byłoby zazwyczajnie). Gdyby nie ten incydent niedrobny wszystko byłoby cacy. Sęk w tym, że gdybyśmy nie mieli w sobie smutku, bólu i strachu to nie bylibyśmy również w stanie odczuwać szczęścia i miłości. My ludzie jesteśmy stworzeni z paradoksów - zaprzeczamy sobie nawzajem. Gdy kochamy to nienawidzimy, możemy być czuli i romantyczni i pisać wiersze, a jednocześnie napychać się śmieciowym żarciem, brechać z reality showów i nie wycierać twarzy po jedzeniu. Dobro i Zło istnieją w jedności. Bez Zła nie byłoby dobra i odwrotnie.

Żeby nauczyć się trwać w szczęściu trzeba nauczyć się wytrwania w nieszczęsciu.

John Lennon śpiewa, że Bóg to koncept na podstawie którego oceniamy swój ból. To proste zdanie świetnie wyraża motyw katolicki. I wiem, że religia to temat rzeka, ale rzec muszę kilka rzeczy:
1. Jeśli Bóg istnieje, to nie taki jaki nam się wydaje.
2. Wszystkie opinie o Bogu czerpane ze starożytnych zagrzybiałych źródeł są tylko formą interpretowaną przez człowieka.
3. Jeśli Bóg istnieje jest to jedność bez nazwy i zasad.
4. Bóg nie wymyślił tych wszystkich przykazań, tylko człowiek.
5. Religia to władza, siła, to organizacja, to system, to tradycja (a wiecie, co myślę o tradycji) - istnieje, żeby zaspokoić ludzki głód.
6. Prawdziwą wiarę poznasz zaglądając w głąb siebie, a potem dokoła siebie (no! zrób to, wyzywam Cię!).
7. Nikt nie ma prawa mówić Ci w co masz wierzyć czy w kogo i jak to praktykować. Jezus nikomu nie narzucał. Kościół narzuca.
8. Biblia interpretowana jest źle i zachłannie. Rzeczy które odpowiadają kościołowi są eksponowane, a mroczna reszta ukryta.

Życie to coś więcej niż widzimy i słyszymy. Życie to to, co czujemy. Dzięki tym odczuciom wiem, że jest coś więcej dookoła nas (i w nas). Nie da się tego opisać, ale jak spoglądam w przeszłość, to pamiętam uczucie z jakiegoś okresu, niewysłowione uczucie. To trochę tak jak kiedy się mówi, że coś wisi w powietrzu.

Nasze życie to szaleństwo, które owijamy szeroką białą taśmą z napisem NIE PRZEKRACZAĆ GRANICY, żebyśmy się czuli bezpieczniej i żebyśmy wierzyli, że to wszystko ma sens. MA. Dzięki tej taśmie hodujemy sobie zdrową depresję i stajemy się zażarcie śmiertelnie poważni. Byle co i wybuchamy. A gdzie uśmiech na twarzy? Gdzie?

Ludzie to ignoranci. Zamknięte w sobie drewniane pajace paplające bezustannie o swoich obolałych kończynach i pogodzie i drzazgach. Nie wszyscy. Większość.

Dlaczego jestem tak negatywnie nastawiony? Czemu nie? Poza tym, to prawda. Ludzie, którzy są guru, którzy osiągnęli duchowy orgazm, który im trwa po dziś dzień - czy naprawdę nigdy się nie denerwują? Powiedzmy, że takiemu spadnie duży kanciaty kamien na bosą stópkę w ogródku. Czy przeklnie Kurwa Mać!, czy też pozwoli bólowi przejść przez jego ciało (stopę), westchnie (opanuje stęknięcie), uśmiechnie się i będzie dalej spokojnie pielił chwasty jakgdyby nigdy nic? Którz wie?

Zakończyłbym jakimś dobrym cytatem z łaciny, żeby sprawić wrażenie, że jestem OCZYtany, ale pamiętem tylko veni, vidi, vici. Tak więc zamiast tego zakończą te prawie że z sobą powiązane wątki (lub też wcale nie) tym:

POFOLGUJMY SOBIE. ZJEDZMY SOBIE PRALINKĘ. NALEŻY SIĘ NAM.
PS. Cóż wiem, że to ogłupiałe zakończenie, ale na inne mnie nie stać.
Denek + Kluska: V
Denek + Kluska: IV - póki co rzymskich cyfr nie brak.

sobota, 20 września 2008

Denek + Kluska: III
Ponad WSZYSTKO - reklama.
Reklama z 2004 - roku kiedy to komedia ta powstała wrzucona tutaj aby przypomnieć o sobie i o nowej wersji nadchodzącej ślimaczym zastraszającym tempem.

piątek, 19 września 2008

czwartek, 18 września 2008

Gówniany SYSTEM.
Nie żebym bezustannie i zachłannie nadużywał przekleństw - może kiedy moja słaba psychika doprowadzana jest do ostateczności przez np. rozlane mleko - ale kto do cholery stworzył taki gówniany system w którym przyszło nam żyć? I po kiego?

Litości!

Powiedzmy, że masz marzenie (bo masz, nawet sporo). To marzenie - dzisiejsze, a może nawet jeszcze z dzieciństwa - zostaje brutalnie zgwałcone przez szarą rzeczywistość. Szara rzeczywistość nazywana jest Szarą Rzeczywistością z powodu szalonego systemu, który dzień po dniu zabija marzenia. Na szaloność tego systemu składają się: stare zasady=wysysająca krew tradycja, chciwość ludzka oraz imbecylizm. Durność. Głupota. Pracuj całe życie - z mniej więcej 4 tygodniami przerwy każdego roku, w sam raz tyle, żeby złapał cię dół albo choroba albo śmierć krewnego - żeby zarobić marne pieniądze, które jak wiemy szczęścia ostatecznego nie dają, lecz kradną jeszcze więcej czasu.
I ta przeklęta martwica mózgów obywateli: rozmowy o niczym (porównywalne niemalże jakością z jakością szamba), wypustoszałe powtarzanie tysięcy razy tych samych rzeczy (o pogodzie - ładna dzisiaj pogoda, ej?, albo o tym co kto komu zrobił i dlaczego i kiedy), wychodzenie na piwo tylko po to, żeby pokazać (nie że zawsze, ale zbyt często), jak niewiele różni nas od zwierząt.
I pomimo togo, że Śmierć czeka tuż za rogiem, wy w to bezustannie wbijamy. Nie tylko z powodu ignorancji (Panie, broń i chroń mnie przed ignorancją innych i mą własną), ale również z powodu systemu, który każe nam zapomnieć o śmierci, a nawet więcej: uwierzyć, że ona nie nadejdzie.
Dlaczego mielibyśmy robić to, czego nie lubimy robić; mówić to, czego nie chcemy; dlaczego mielibyśmy walczyć o przetrwanie, zamiast po prostu być tu i teraz, być szczęśliwi? Ponieważ potrzebujemy cholernych pieniędzy, żeby kupić sobie dom i piękne twarze. O tyle, o ile DOM jest potrzebny, o tyle te piękne twarze i wszystko co za nimi idzie i się kryje to na sztos! Pogubiłem się trochę.
Nie chcę czekać 4 wieków, żeby wyskrobać sobie łódkę z drewna i świadmość tego pozwoli mi umrzeć szczęśliwie. Tzn. to czego najbardziej chcemy od życia czyni nas tego niewolnikami. Dlatego podejście: osiągniesz to, czego chcesz tylko wtedy, jeśli to sobie odpuścisz ma sens i logikę. Której za bardzo jeszcze nie rozgryzłem, ale to namiętnie piszą Obdarowani w przewodnikach duchowych.
W każdym razie wracając do systemu - jest to gówniaty system, którego nie da się zmienić, ponieważ ludzie są chytrzy i prości i zamknięci na nowe poglądy, a każdy przejaw inicjatywy tłumiony jest przez ich agresję za którą skrywa się strach przed rewolucją, anarchią, a tak najbardziej to przed po prostu ZMIANĄ. Dość już mam tego i chcę coś z tym zrobić.

Tylko co?

Jeżeli chcesz zmienić świat zacznij od zmienienia siebie, a wtedy gdy otworzysz oczy zobaczysz, że i świat się zmienił. Łatwo powiedzieć. Śmiesznie łatwo. A jeszcze śmieszniej łatwo jest zapomnieć. Dlatego wciąż do tego wracam. Jednak wszystko jest w naszych rękach (jak leci piosnka Bjork: It's in our hands, trala la). Co tak naprawdę musimy i potrafimy zrobić - jak pisałem wcześniej - to obudzić się. Obudź się! Słyszysz? Słyszysz?!

Nie słyszysz. Papier toaletowy za pół ceny!! Oo, to słyszysz, nie? I te piękne niebieskie porcelanowe bezgustne duperele, których tak potrzebujesz do swojego salonu i te piiiinkne kolorowe strony internetowe, dzięki którym garbisz się przed ekranem, niszczysz sobie oczy, pocisz dłonie i nie wychodzisz z domu, bo masz tam zajebiste centrum świata (oczywiście z wykluczeniem tego OGGa:). To jest życie! Jaba-daba-duu!

sobota, 20 grudnia 2008

CZAS relaksu to czas.

Sądziłem, że jesteśmy więźniami rzeczywistości. Jednak nie jesteśmy, gdyż rzeczywistość jest na tyle wysoka i szeroka i ma tyle aspektów, że możemy ją poznawać aż do śmierci. Jesteśmy jedynie więźniami samych siebie. Nas samych. Każdy czegoś chce w życiu: ja chcę wydawać swoje komiksy, kręcić filmy w Hollywood (bo tam jest duża kasa). Ktoś inny chce mieć swój własny dom, jeszcze ktoś chce znaleźć miłość... Wszystko to dąży do tego, że chcemy spełnić siebie, spełnić pragnienia naszej duszy. Jednak kiedy bardzo czegoś chcemy może to nas zaślepić i związać i wtedy jesteśmy tego więźniami. No bo jak uwolnić się od czegoś na czym najbardziej Ci w świecie zależy? I dlaczego mielibyśmy tak robić? Z powodu zaślepienia. Najlepiej opisać to na moim przykładzie: bardzo chcę być najlepszym rysownikiem na świecie, bardziej jeszcze chcę wygrać konkurs komiksowy który mam nadzieję zapoczątkuje moją karierę. Im bardziej tego chcę tym bardziej się stresuję. Jeśli nic nie narysuję dzisiaj, jutro, albo przez tydzień będę totalnie znerwicowany, że zmarnowałem swój czas, który przecież mogłem tak dobrze wykorzystać. Jeśli rysuję i idzie mi dobrze a nagle pojawia się szansa wyjścia na dwór albo wyjazdu gdzieś albo po prostu zrobienia czegoś innego z osobą, którą kochasz, to rodzi się złość i zniecierpliwienie, że teraz, właśnie teraz, kiedy przez cały dzień nic konstruktywnego nie robiłeś i wreszcie zaczęło ci iść całkiem nieźle ktoś proponuje, żebyś od tego odszedł na moment, na godzinę na dzień. I znowu rodzi się złość, czuję się jakbym był pod atakiem. A to tylko złudzenia. Stajemy się więźniem swojej pasji i nie możemy normalnie funkcjonować, a skoro jesteśmy perfekcjonistami to cokolwiek wyjdzie spod naszej ręki staje się dla nas mizerne i nic nie warte, bo przecież stać nas na o tyle więcej!

Załóżmy jednak, że czas nie istnieje. Naukowcy dowodzą, że czas to iluzja. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to wszystko do czego dążymy, całe nasze jestestwo i marzenia się spełnią, jeśli nigdy nie poprzestaniemy za nimi dążyć. W ten oto sposób już jestem profesjonalnym rysownikiem zarabiającym nieźle na komiksach, już jestem reżyserem, którego nazwisko pojawia się w amerykańskiej produkcji na ekranie polskiego kina i ci którzy poznali szemrają między sobą, że od początku wiedzieli, że on będzie kiedyś kimś wielkim. Z tej perspektywy wszystkie te momenty kiedy ci nie szło, kiedy wydawało ci się, że jest to stracony czas zyskują nowy wymiar. Iluzja znika. Każdy nowy dzień i moment to dar. Wszystkie książki o samopomocy tak piszą i to nie bujda na resorach o tyle, o ile potrafimy się odizolować od niszczących nas nie marzeń ale od naszego ułomnego sposobu na ich realizowanie. Rób coś z pasją, z miłością, a nie z myślą o pieniądzach, które może to ci przynieść czy o chwale. Pozostań szczery sobie.

Życie kończy się i umieramy. Jednak żyjemy tak jakbyśmy wcale o tym nie wiedzieli kurczowo trzymając się każdej miłosnej przygody, zauroczenia czy też niepowodzenia. Martwimy się bezustannie o to co myślą o nas inni. Martwimy się, że może nie powinniśmy byli używać tego jakiegoś słowa wtedy w rozmowie, kiedy byliśmy już lekko wstawieni. Martwimy się tym czy przetrwamy, tym czy będziemy szczęśliwi, tym czy osiągniemy swój życiowy cel - jeśli go znamy - jesteśmy tak cholernie uziemieni w tej szarej rzeczywistości od której staramy się być odziemieni, że omija nas to, co najważniejsze, czylie tu i teraz.

Jestem. Jesteś i Ty. Ktoś nam mówi, że jesteśmy nic nie warci, ktoś śmieje się z naszych planów i uważa je za mrzonki. Ktoś pod nami dołek kopie. Albo sami go kopiemy wmawiając sobie, że nie chcemy żyć tak jak nam mówi kto inny. Mamy wolną wolę i wszystko jest w naszych rękach. Trzeba robić najróżniejsze rzeczy, aby przetrwać. Nikt nie staje się kimś z dnia na dzień. A jeśli się staje to ma to swoją cenę. Można połączyć wszystko i wciąż być sobą. Można się wyzwolić.

Z drobnych niuansów mojego życia zależy mi na przykład na tym, aby mój OGG, moja strona miały dużą oglądalność. Szczerze? Żeby coraz więcej ludzi mnie poznawało, poznawało jaki to jestem o o! Tymczasem włączam google analytics i widzę. że wciąż odwiedzają mnie stałe osoby i że tak, jest wzrost w oglądalności stron, ale że te nowe osoby z różnych miast nie spędzają nawet 30 sekund na danej stronie, czyli że tak kliknęły i od razu okno zamknęły. Czy to znaczy że źle siebie marketinguję, czy to znaczy, że jestem nic nie wart? Uczestnik "Mam talent" pojawia się w jednym programie. Tylko w jednym i już ma pół miliona odwiedzających na swoich stronach. Cóż więc jest miarą sukcesu? Cóż jest miarą wartości? Świat opiera się na taniej prostocie - im jej więcej tym większa oglądalność. Stąd sukces telenowel, programów takich jak "Mam talent". Ola Rutowicz, czy jak jej tam, samym tym, że szczeka do kamery wietrząc smród dupy Dody, staje się Vipem i ma swoją sesję w CKM-ie. I wszyscy o niej mówią. I Kuba też. Bo nie ważne czy mówi się o kimś dobrze czy źle, najważniejsze, że się MÓWI. Ale czy niesie to za sobą jakieś przesłanie? Jakąś głębszą prawdę? Nie. Nie liczy się to kim jesteś, ale jakim cię widzą, komu zaszłeś/aś za skórę, tak? Nie! Gówno prawda. Życie to życie (zespół Opus: Life is life, na na na na!). To co TERAZ jest na topie: ale tylko teraz. Ludzie i media zapomną o niewyraźnych postaciach które gdzieś tam kiedyś czymś zaszumiały podnosząc oglądalnośc albo nawet występując w drętwym chujowym filmie. Co przetrwa to ktoś, kto ma coś do powiedzenia, to barwna postać tak jak Umeberto Eco, tak jak Markiz De Sade czy Vitor Hugo czy Alexandre Dumas (chcę być pośród nich!). Nic nas nie powstrzyma. Jedyną osobą, która może stanąć nam na przeszkodzie to my sami.

Tu post urywa się nagle (nagle = z powodu 2 godzin przerwy w trakcie której została spożyta zbyt duża ilość wina).

piątek, 19 grudnia 2008

Z PIEKŁA: Kolejki, kłamstwa, martwica mózgu i odchodzący paznokieć nie w tej kolejności.

Na ulotce z pizzerii uśmiecha się do mnie pizza i słowa opowiadające o tym jakim to też niezwykłym doznaniem jest ta nowa pizzeria. Opowiada ulotka o nowych sposobach przygotowania pizzy, o tym, że zawsze świeża, urocza i przebojowa. Więc nie czekaj - ZAMÓW. Tymczasem na samym końcu ulotki drobnym drukiem widnieją informacje o tym, że pomimo iż oni się bardzo ale i to bardzo starają, to mięcho może zawierać drobne kawałki kości. Szynka pochodzi z nogi świni i ma w sobie wodę. Wołowina przerobiona z kawałków wołowiny zawiera soję i przyprawska. Oliwki mogą zawierać kamienie. Ale nie żeby zawierały. No i gwóźdź programu: zdjęcia w ulotce są tak tylko, żeby się do Ciebie uśmiechać i nęcić, bo tak na prawdę to mogą mieć tyle wspólnego z produktem, który otrzymasz co szczypiorek z dziurkaczem.

Oszałamiające zdjęcia kobiet otyłych które już schudły za sprawą "sprawdzonych" tabletek czy też kuracji robione są na zamówienie gdzie artysta, ot taki wolny strzelec, otrzymuje zdjęcie Kobiety-Hamburgera i przerabia ją na szczupłą laskę. A Ty to widzisz w telewizji/prasie/internecie i WIERZYSZ. Reklama z natury kłamie pokazując się co to nie ona, a zupełnie na jej końcu ponownie drobnym druczkiem lub surrealistycznie szybkim głosem narratora dowiadujemy się (jeśli jesteśmy czujni), że ten powrót Chrystusa o którym przed chwilą się dowiedzieliśmy to tylko pic na wodę. Zaraz... tylko czy jak J.C. wróci to będzie dobrze czy będzie koniec? W każdym razie wiecie o co mi chodzi.

Jak już pisałem "jak już pisałem" ludzie to głupcy, którzy zamiast myśleć wybierają, żeby ktoś myślał za nich - przyjaciel, kochanka, show w TV czy elektroniczna inteligientna pralka. Jeśli brak Ci pomysłów to czemu nie rzucić się na to, co ktoś Ci podrzuca wieczorem/rano do skrzynki pocztowej???

Od głupoty blisko do ignorancji. Fascynująca historia pt. "Wczoraj w supermarkecie":
Wczoraj w supermarkecie zrobiłem zakupy i stanąłem przed takimi 4 maszynami przy których możesz samemu zeskanować przedmioty i zapłacić, czyli możesz się samemu obsłużyć jeśli się tych maszyn nie boisz. Na ich końcu czuwa czujna Pani w razie wu. (Po co samoobsługa, skoro i tak ktoś tam musi stać i czuwać? Zaraz się przekonamy). Tak więc stoję. Jedna maszyna już nieczynna (ach te noce, nie tylko niespokojne, ale i maszyny powoli kładą się spać. Też niespokojnie). Przy pozostałych 3 kobiety. Jedna z nich zrobiła zakupy i naciska na guzik KOŃCZŻEŚ I PŁAĆ wyświetlany na monitorze. Przycisk nie reaguje. Po wielokrotnym naciskaniu zjawia się zawołana wspomniania wcześniej niewiasta z obsługi i też zaczna wielokrotnie naciskać guzik (oczywiście oprócz tego robi też wiele innych czynności, np. zastanawia się, czy na kolację zjeść ziemniaki z jednym czy z dwoma schabowymi). Po kilku dobrych minutach bezefektownego naciskania idzie zadzwonić po Kogoś. W międzyczasie zbliża się kurczowo nowa asystentka zaintrygowana czarodziejskim gudzikiem mocy. Wychyla palec i też go wielokrotnie naciska. Bo za którymś razem kurwa magicznie zadziała! Tak jak zawieszony komputer, którego nigdy nie trzeba restartować tylko wystarczy bezlitośnie walić w klawiaturę dużo dużo razy.
Tymczasem zwalnia się inna maszyna i już - już mam iść, a tu jakiś stary jełop przemyka z mojego lewego boku i dopada mojej maszyny spokojnie skanując paczkę brukselek. A ja sobie myślę czy krzyknąć i robić aferę z powodu jego hamstwa? I nagle zwalnia się kolejne urządzenie i pochodzę do niego w trakcie transakcji odprowadzając wzrokiem Człowieka Brukselkę. Natomiast Pani co jej guzik nawalił przeszła gdzie indziej żeby zacząć wszystko od nowa zgodnie z nie wygłodniałymi polecaniami wypływającymi z ust pracownic w wieku średnim.

Chamsko. Może nie umiem odróżnić pościeli od podszewki ale ja tam się w kolejki nie wpycham. Tak więc jak widzicie większość tak zwanego "normalnego" świata ma martwicę mózgu a mi odchodzi paznokieć, którego przygniotłem sobie drzwiami.

Jeśli jednak czytasz tego OGGa to jest dla Ciebie NADZIEJA, że nie jesteś w tej zblazowanej większości. A paznokieć powróci.

czwartek, 11 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ:Detale.

Diabeł tkwi w szczegółach. Chciałem, żeby mój nowy projekt dla Zuda był bardzo szczegółowy. Nie cierpię komiksów w których wcale nie ma tła, a skoro szczególnie się to zdarza w amerykańskich mój komiks z detalami miałby właśnie tą przewagę. Jednak od dawien dawna ilekroć stałem pod posępną sosną przechodzili obok mnie podróżni rzucając we mnie, że rysuję za dużo szczegółów i że nic nie widać.

Mężnie przecierałem z twarzy te oszczerstwa chustą w kratę i szkicowałem dalej. Wszystko jednak musi być w balansie, a najważniejszym jest to, żeby ilustracja na którą patrzysz była czytelna. Jeśli nie potrafię tego zrobić powinienem ograniczyć detale, w końcu i tak będę miał ich o niebo więcej w porównaniu do prac innych artystów.

Byłem być może zbyt ambitny dlatego wciąż jeszcze nie skończyłem tego co skończone być miało w zeszłym miesiącu. POza tym to tak jak rzucać się z motyką na słońce. Kiedy jednak nie rysuję dużo tła to panele wydają mi się pustawe. I tak jakby wszystko było zbyt łatwe. Nie jestem tak dobry jak mi się narcystyczno-egoistycznie wydawało, więc skupię się na tym co mam już opanowane i stąd będę poszerzał swoje umiejętności. Bezpiecznie i sensownie. Poza tym Zuda to komiks internetowy przeznaczony przede wszystkim do oglądania w sieci na ekranie komputera/laptopa. Choć można oglądać komiksy na całym ekranie nie jest to wciąż to samo co komiks drukowany - nie ma aż takiej potrzeby na to o czym tu cały czas piszę i co jest też w tytule tego posta. Nie, nie chodzi o maślankę. Czy jest w tytule? Może w książce z maślanką? Tak jak w tej piosence "Zabrałaś mi książkę z maślanką w tytule i już zauważam zmiany".

Jakkolwiek "Krzykom wewnątrz" by nie poszło postanowiłem po ich ukończeniu zawiesić na czas nieokreślony HZ: Alkoholizm i nie wracać ani do niego ani do Remireza i Kristosa tylko wziąźć się za kolorowy album pełnometrażowy o Denku i Klusce. HZ: Alkoholizm chcę mieć wpierw całego rozszkicowanego, zaplanowanego, cały album niezależnie od tego ile stron będzie liczył. Ponieważ jest to bardzo osobisty projekt zależy mi na tym żeby był lepszy niż jest teraz więc przyłożę się, nikt mnie nie pogania. Denek i Kluska mają być narysowani prosto, bez zbędnej ilości szczegółów, czas oszczędzony na nich poświęcę ćwiczeniu kolorowania na komputerze i byczo.

Głowę mam pełną pomysłów więc nie zginę na tym morzu braku inspiracji. Znaczy chciałem zakończyć interesującą puentą, ale chyba spieprzyłem.

środa, 10 grudnia 2008

Jedenaście

Z całym porannym entuzjazmem spędziłem ponad godzinę na aktualizowaniu bloga z książką Anthonego DeMello. W obliczu czego aż do wtorku 6tego stycznia 2009 w każdy wtorek, piątek i niedzielę będzie pojawiał się nowy rozdział tej książki - tym razem bez opóźnień.

Zrobiłem to, bo miałem misję do spełnienia i mam nadzieję, że oszałamiająca liczba 14stu gości "Świadomości" z 5ciu różnych miast (Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Zory i Wrocław) poszerzy się wkrótce. Co tu zrobić? Może założyć konto religijne na naszej klasie i zapraszać zakony a potem promować ze świeczką Dobrą Nowinę o Nowym Blogu Co Ssię Objawił? (Dwa "s" specjalnie).

poniedziałek, 8 grudnia 2008

FILMY: Madagskar 2 i inne badziewia.

Rynek żyje tym co teraz. Nikogo w Hollywood nie obchodzi co tam kiedyś zrobiłeś, ale jakie masz plany. Nie ma nic nowego pod słońcem i mimo że od pokoleń dukamy te same tematy liczy się, że dukamy je teraz i że skoro jest to coś "nowego" to może się sprzedać.

No i oczywiście jesteśmy indywidualistami i mamy nasze własne subiektywne opinie i spojrzenie na te tematy o których wiadomo, że nie są niczym nowym pod słońcem.

Rynek napędzają pieniądze. Możemy kochać to co robimy ale wcześniej czy później stajemy przed wyborem (jeśli nie jesteśmy konsumpcyjnym produktem społeczeństwa, dla którego wybór jest jasny): albo robić coś dla pieniędzy pod publikę albo pozostać wiernym własnej duszy i tworzyć lecz prawdopodobnie nigdy nie być tak sławnym i popularnym jak Brad Pitt. Można to balansować i zaspokajać jednocześnie dwie potrzeby: duszy i ciała rzecz jasna. Tak więc decyzja należy do nas. Najważniejszym i podstawowym aspektem w tym wywodzie to być zajebiście dobrym w tym co się robi. Dzięki temu KTOŚ prędzej czy później nas zauważy i pomoże nam. Wtedy staniemy przed decyzjami: być sobą, czy być dziwką dla pieniędzy. Jak Marcin (Marcin?) Prokop czy Kuba Wojewódzki.

Ale miało być o filmach i jest: Jeżeli coś sprzedało się raz to czemu nie miałoby sprzedać się ponownie? Prawa rynku. Ludzie pójdą na coś do kina nawet jeżeli to 13sta część bo naiwnie w pamięci ich wciąż będzie tkwiło to pozytywne wspomnienie którego doświadczyli oglądając pierwszą część. No i mamy już 3 Shreków, 3 Epoki Lodowcowe (bleee) i 2wa Madagaskary. Pierwszy Madagaskar był śmieszny i błyskotliwy, jednak drugi, którego dzisiaj przed chwilą widziałem w kinie, to żenada.

Trwa półtorej godziny a powinien trwać godzinę. (Gdzie te piękne czasy, kiedy bajka DLA DZIECI trwała 60 czy 70 minut, hę?). Na cały film zabójczych akcji jest tylko kilka, zaś film wypełnia surrealistycznie wymiocinowy flashback z Króla Lwa. Przemoc. Przemocy nie powinno być w bajkach dla dzieci, które są nieświadome tego, że ich młode móżdżki dopiero się kształtują. A tu mamy bicie się pięściami oraz przejeżdżanie samochodem babci. HALO?! Oraz dłużyzny - kiedy to bohaterowie rozmawiają o uczuciach czy jakoś tak. Nie mam nic do rozmawianiu o uczuciach, ale w taki sposób, żeby to było intrygujące, nowe, nie bleee.

Rozumiem, że dzieci tak na to nie patrzą. Więc mówię tu o filmach dla dzieci z perspektywy dorosłego, albo lepiej dziecka, które nosimy w sobie.

"The day when the earth stood still" to nowy film z Keanu o inwazji kosmitów. To co, że Will Smith już raz ich pokonał w "Dniu Niepodległości" stary temat, ale jary. Ja bym ten tytuł przetłumaczył "Dzień, w którym ziemia stanęła dęba". Rzecz jasna z braku laku i wyobraźni i niezależności tytuł ten przetłumaczyli "Dzień, w którym zatrzymała się ziemia". Tylko że wtedy powinno być "The day when the eart stood":) I tak dalej. Chciałbym, żeby przy premierach nowych filmów w Polsce zawsze podawali delikwenta, który przetłumczył tytuł.

Wtedy życie byłoby zbyt piękne.

PS. Filmów wychodzi kupa. Kupa z nich to kupa. Większość. ??? Prawa rynku. Poza tym nie na darmo dzieło nazywa się dziełem. Twórzmy najlepiej jak potrafimy zachowując krytyczne spojrzenie.

czwartek, 4 grudnia 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: kRyZyS??

Od czego by tu zacząć? Ostatnio nic nie pisałem na OGGu. Nie, że nie chciałem - chciałem - miałem i mam dużo różnych pomysłów i rzeczy do przekazania (sweterki z golfem, kostki Rubika, ot, rzeczy) - ale nie mogłem nic wydusić. Życie. Na na la la la. Tego grudniowego poranka czuję jednak, że dam radę napisać coś. Powinno być pewnie coś napisać, ale u mnie z szykiem wyrazów w zdaniu zawsze było na opak, może dlatego panie od polskiego mnie nienawidziły i wyzywały od buntowników? Tak o Tobie mówię, Krycha. Świadomość tego, że coś napiszę napawa mnie optymizmem, może wreszcie spiszę wszystko to co chciałem do tej pory, może zrobię to właśnie teraz a gdy skończę nastawię tylko bloggera, żeby publikował jeden dziennie?

Tak więc o czym chciałem napisać?
1. O postępie z komiksem na konkurs.
2. O kolesiu trwodze z naszej klasy.
3. O starym wydaniu "Don Kitchota" i obsesji.
4. O kilku filmach.
5. Znowu o nowej stronie internetowej.

TAK.

Zatem od góry: Kobieta nad nami wrzeszczy na kogoś. Miała się znaleźć w komiksie na konkurs tak tylko, żeby wypełnić tło. Cała strona poszła się @#$% więc zeskanowałem szkic ołówkowy, wyrównałem poziomy w photoshopie i ta-da! Nie licząc godzin myślenia i planowania kadrów fizyczną pracę nad 8 stronami na Zuda liczę od 15 października, kiedy zakończyłem swoją pracę jako przewodnik na zamku w którym duchy nie straszą, tylko system. Nie spiesząc się rysowałem aż po kilku tygodniach dopadł mnie pierwszy kryzys twórczy z bliżej nie określonych powodów, które mógłbym określić jednak nie chce mi się robić znowu auto analizy czy też psycho. Faktem jest, że być może traciłem wiarę w powodzenie. Po kilku dniach przerwy prace ruszyły ponownie.

Autobus okazał się fatalny. Po spędzeniu kikunastu godzin na szkicowaniu zatuszowałem to, co miało być widowiskową futurystyczną zwyczajową sceną i okazało się, że nie wygląda lepiej od rolki papieru toaletowego (dowody w przyszłości). No, dramatyzuję, ale nie wyglądało profesjonalnie.

Do sedna:
Praca na komiksem idzie dobrze. Skończę niedługo. Wiem, że zbyt krytycznie podchodzę do swoich rysunków. Wciąż. Nie potrafię narysować tego tak, jak to widzę w głowie. Może dlatego, że w głowie nie mam obrazka tylko wizję, ideę, odczucie jak to ma wyglądać. Narysuję więc najlepiej jak potrafię i wyślę. W tym miesiącu okazało się, że do konkursu już dostała się 2jka Polaków - ich komiks możecie zobaczyć TUTAJ. Znak? Czyżby znak? Ogaręła mnie lekka zazdrość, no ale cieszę się, że komuś się udało choć dostać do konkursu. Może i mi choć się uda. Tak więc postanowiłem (po raz etny) wziąść się w garść i skończyć to wreszcie.

Ojć. Muszę urwać tutaj. Coś nie mam siły kontynuować. Napiszę tylko dlaczego tak czuję. Z OGGiem tak samo jak i z pisaniem pamiętnika: zaczynasz jakiś wpis (a wiadomo, że pisze się o wiele dłużej niż czyta) aby po kilku zdaniach odnaleźć się w stanie zwątpienia i rezygnacji. Wydaje ci się, że zamieszczasz więcej bełkotu niż treści. Że zmierzasz doNikąd. Że nie potrafisz prosto i jasno przekazać tego, o co ci chodzi. W zajebisty sposób. Nie musi być to prawda, ale wyraża twój wewnętrzny stan.

Poza tym muszę urwać tutaj, bo listonosz listy wrzucił.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Z PIEKŁA: Śmieciowy RAPORT.

Gdyby każdy po sobie sprzątał świat były czysty. Niestety nie leży to w naturze ludzkiej. Nie tylko na ulicach mamy syf. Mamy go też mnóstwo w internecie. Dobrze, że ten cyfrowy śmietnik nie wylewa się nam przed domem na trawnik, bo wtedy byłoby po nas. Ludzie zakładają darmowe strony tylko raz żeby sprawdzić czy działa albo tak dla jaj. I tak to sterczy w sieci latami: darmowe skrzynki pocztowe, strony internetowe no i oczywiście BLOGI.

Zrobiłem dzisiaj test na tylko mi znane potrzeby (nie, nie jestem szalonym naukowcem, nawet gdybym był i o tym wiedział, to bym wam się tu nie przyznał, chyba, że to by była taka gra psychologiczna maniaka... ee, nieważne, zamykam nawias) i założyłem nowego bloga na bloggerze, którego wkrótce po założeniu skasowałem. Tego przecinka chyba nie powinno tam być... W każdym razie zatytułowałem go test, bo to był test i chciałem wpisać byle jaką nazwę, żeby poszło. Tak jak np. www.test.blogspot.com. Co się okazało? Że taki adres już istnieje. Zanurtowany zacząłem szukać innych nazw, starając się dać te najbardziej niestworzone jednocześnie wchodząc na te, które ktoś mi ukradł sprzed nosa (no wiem, ukradł to złe słowo).

RAPORT: Blog z adresem test ma tylko jeden wpis i jest to blah blah blah blah z roku 2005, z kwietnia. O dziwo ma aż 25 bezsensownych komentarzy z których kilka to spam. Idąc dalej wpisałem testik: ma kilka wpisów i na tym się kończy. Wszystkie z 2002 roku i w obcym języku, być może po czesku. Jest też blog tescik i podobna sytuacja i rok ten sam. Alejajaja założony w 2006 nie ma żadnego wpisu podobnie jak alejaja (czyli o jedno ja mniej) z 2005 roku. Więc wpisałem szczecinek - tu blog pod nazwą "Szczecinek na serio", w którym też nic nie ma. Na serio? Potem (lekko już zniesmaczony) wpisałem kurwa - jest tam tylko kurwa dużą czcionką a pod nią zygote - cokolwiek ma to znaczyć. Pod adresem piernik jakiś koleś napisał 27 wpisów w 2007 strasznie podjarany tym faktem, że ma bloga i na tym się skończyło. Może mu tata internet odłączył. Dzięki bogu. I tacie. Zblazowany, nie mogąc znaleźć wolnego adresu po tylu próbach ile widzicie, wpisałem drewno - a tam ani lasu, ani drwala, tylko próba mikrofonu z lipca 2008r.

Moje męki skończyły się zaraz potem, kiedy to natchniony siłą wyższą wpisałem kijodszczotki. Adres dostępny. A!jako że skasowałem bloga, jeśli którykolwiek z drogich Czytelników lubi miotły tak bardzo, że nawet byłby gotów o tym regularnie blogować, niech chwyta okazję, póki adres www.kijodszczotki.blogspot.com wciąż jest wolny!

Jak więc widać zupełnie bezpożytecznie spędziłem dzisiaj część swojego życia. Nie zachęcam do wpisywania przypadkowych adresów w przeglądarce, bo najprawdopodobniej traficie na martwego bloga. Chyba że akurat czekacie na randkę, która się spóźnia a wpatrywania się w wirującą pralkę już macie dość od ostatniej godziny.

PS. Powinienem poszukać na necie, czy te blogi są automatycznie kasowane po latach jeśli ich nikt nie używa czy nie? Dam znać jeśli się dowiem. Albo jeszcze lepiej, napiszę do działu obsługi szarego użytkownika bloggera i przy okazji wspomnę, że mógłbym im znajdować takie martwe polskie strony. Może by mi dali kilka dolarów?

sobota, 22 listopada 2008

Cisza.

W kącie tego pokoju unosiła się cisza. Drobne kawałki jedzenia na zarośniętej twarzy nie mogły robić na nikim żadnego wrażenia, ponieważ dookoła była pustka. Martwe dźwięki z radia potłukły się na ziemi. Wspomnienie szczęścia nikło tak szybko jak deszczowy dzień za plastikowym oknem. Uczucia zamarzły w zepsutej lodówce. Pająki znieruchomiały, wysuszyły się i stały się pyłem. Skulony na krześle zapomniany list nie zostanie już nigdy odczytany, lecz pożółknie tak jak i słowa na nim niedoręczone. Skłębiona myśl nie mogła być chlebem dla ciała. Ekrany, diody i kable i baterie umarły. Kiedyś stał tu człowiek ze zmartwieniami i łupieżem, jednak i on przepadł w karłowatości wyrazów.

W kącie tego pokoju unosiła się cisza.

Flatow CORPSE

Po pół roku odkąd naszkicowałem logo i zespół "Flatow Corpse" w trakcie próby dla mojego przyjaciela Kijosa, który do zagrał krasnoluda Jamesa w moim filmie "Ponad Wszystko", wreszcie się wziąłem i poprawiłem cienkopisem, zmontowałem i wysłałem mu na pocztę. Jeszcze raz Kiju przepraszam za zwłokę. Wiem, że mnie nienawidzisz (:) i mam nadzieję, że nie zmieniłeś przez ten czas nazwy zespołu, bo wtedy ja będę Cię nienawidził.
Oto taki sobie szkic zespołu w trakcie próby z ich starą wokalistką, której się pozbyli, bo jej bardziej zależało na jedzeniu pierożków w domu niż śpiewaniu:

A to ten sam szkic przycięty, ze zmienionym kolorem i już z logo wtopionym:
Korzystając ze zdjęć Mateusza z jego strony myspace (kliknij, poznaj artystę!) pościągałem kilka zdjęć i eksperymentowałem z logiem. Ten motyw podoba mi się najbardziej:

Okładka BLOKU.

O!a co my tu mamy? Człowiek taki jak ja rysuje. To jego cel. Zbyt często jednak takiemu człowiekowi nie wychodzi. Wtedy zdarzyć się może, że łapie mazak i zaczyan rysować byle co na okładce bloku, z którego czerpie kartki dla swych potrzeb. I wtedy pojawia się urzeczywistnienie jego psychicznej kondycji, która wygląda tak:Twarz ta przynajmniej wymazała przekleństwa dwa, które napisałem również.

piątek, 21 listopada 2008

Wszystko się gdzieś powoli zaczyna.

Pierwsze pieniądze jakie dostałem za swoją sztukę pochodziły z rąk właściciela kawiarenki internetowej niedaleko stacji kolejowej i autobusowej. I może ktoś nie lubić autobusów, jednak stacja tam wciąż stoi. A było to tak:

Jeśli o czymś marzysz to się spełnia. Nie zawsze w taki sposób jakbyś chciał, nie zawsze wtedy kiedy byś chciał, ale jednak się spełnia. Czasem dlatego warto żyć. Tamtego bliżej niesprecyzowanego czasu, kiedy wszystko było świeże i nowe, kiedy zapach powietrza zatrzymywał cię w powietrzu a nowo poznani ludzie zdawali się mieć swoją niewidzialną aurę widoczną, właśnie wtedy wyobrażałem sobie, że ktoś pewnego dnia ot tak przypadkiem zobaczy moje rysunki i zaproponuje mi współpracę (pieniądze). Poszedłem wtedy do kawiarenki internetowej, wtedy kiedy o gg nie było jeszcze słychu, za to irc królował. Czy jak to się tam nazywało. Miałem ze sobą zupełnie przypadkiem swój pierwszy komiks zdaje się, czyli "Herr Zeba i Frau Hania: W poszukiwaniu tego, co sypie". Było to chyba w 1999r. Komiks żenada, ale mam go gdzieś w cyfrowej formię, więc wrzucę kiedyś na swoją stronę. Tak żeby całe trzy osoby, które się mną interesują mogły zobaczyć jak zaczynałem. Spaliłem ten komiks. Nienawidziłem tego, że rysunki są tak kiepskie i że jest amatorski. Więc poszedłem to lasu w pobliżu działek i podpaliłem go zapalniczką, żeby było dramatyczniej bardziej (Cierpienia Młodego Artysty) i wrzuciłem do rowu do którego ktoś podrzucał śmiecie. Na szczęście mój kolega Karol S. zeskanował go długo wcześniej. Wracając do opowieści opartej na faktach:

Zanim go spaliłem znalazłem się w kawiarence internetowej, która nie powinna nazywać się kawiarenką, bo nie sprzedawali tam kawy. Na komputerze położyłem komiks i wszedłem w sieć. Cały czas myśl kołatała mi się w głowie, że może go KTOŚ zauważy i powiem mi Ale ty ładnie rysujesz, Zenek! a ja powiem Ale ja nie jestem Zenek! i obaj zgodzimy się, że nieważne, bo ładnie rysuję. I tak się stało. Pomijając Zenka. Właściciel kawiarenki spytał, czy to ja narysowałem na co ja przytaknąłem. I już nie pamiętam czy on czy ja to zaproponował, ale wyszło na to, że narysuję dla niego duży plakat. Narysowałem więc bardzo duży plakat wielkości połowy drzwi. Przedstawiał laskę w samej bieliźnie z pędzlem w ręku. Wróciłem ze skończoną pracą i dostałem za nią 15 złotych. Byłem szczęśliwy. Kamil to pamięta, był wtedy ze mną.

Minęło mnóstwo czasu i zacząłem nękać właściciela Agencji Reklamowej "Nabu". Nękać to za dużo powiedziane. Poszedłem do niego raz z trzema rysunkami, z których jeden z nich to była moja wizja przyszłości, którą możesz zobaczyć TU, drugi to była jakaś twarz rozanielonej laski, a trzeciego rysunku już nie pamiętam (i tak dużo pamiętam). Adam (właściciel agencji), powiedział, że no to ładne, ale w tej chwili nie może mi dać żadnego zlecenia, gdyż nie ma takiego zapotrzebowania. Powiedziałem, że dobrze i że rozumiem uśmiechając się przy tym, jakby mi ktoś właśnie dał milion dolarów, a oczy świeciły mi się jak cała galaktyka. Adam powtórzył, że nic dla mnie nie ma, widząc tą twarz, która zdawała się mówić O dzięki Ci O'wielki za to, że jesteś! (ale tak na prawdę wcale tego nie mówiła). Ja odszedłem. Kilka tygodni później jakiś człowiek na poczcie zaczął się mi przyglądać. To był mężczyzna. Czując strach i zaniepokojenie pospiesznie wyszedłem z poczty, jednak dorwał mnie na zewnątrz. Okazało się, że to ten sam właściciel agencji reklamowej i powiedział, że będzie miał być może dla mnie zajęcie.

Od tamtej pory, a był to mniej więcej 2003 albo 2004, zacząłem pracować jako wolny strzelec. Narysowałem wiele, z czego 3 czy 4 pomysły przeszły i dostałem za nie pieniądze. Pod koniec zdaje się że dostałem 50 złotych za rysunek. To był szał prostego człowieka.

Wszystko to jakoś się skończyło a ja wyjechałem za granicę.

No i ostanie (do tej pory) pieniądze jakie dostałam za rysunki pochodziły z lokalnej gazety w mieście, w którym wciąż mieszkam. Publikowałem tam przez równe dwa lata komiks o hurlingu, dziwny pewnie dla Polaków sporcie, który jednak nie jest taki dziwny dla Irlandczyków, bo to ich życie. Na meczu nigdy nie byłem, sportem się nigdy nie interesowałem, ale to nie przeszkodziło mi w pisaniu co tydzień paska komiksowego na ten temat. Pierwsze 68 pasków, które przetłumaczyłem na Polski dostępne są TUTAJ. Zrobiłem ich o wiele więcej, tzn. ponad sto. Ostatecznie gazetę rozwiązano co bardzo mnie ucieszyło, bo miałem już trochę dość. Zamierzam przetłumaczyć kilka najśmieszniejszych pasków na Polski i dodać trochę informacji. To jednak trochę zajmie.

Tak więc jak widzicie, każdy gdzieś zaczyna. I zwykle nie jest to nic wielkiego. I zwykle trzeba czekać o wiele dłużej niż się marzyło, żeby do czegoś doszło. To jest jednak nie ważne, bo to wszystko to droga, którą musimy iść. I zmierza ona tylko ku jednemu: żeby się zrealizować.

czwartek, 20 listopada 2008

FILM: Domowy KRÓLICZEK.

Filmy to moja druga pasja. Pierwszą są komiksy. Kiedy widzę reklamę filmu przeważnie potrafię od razu stwierdzić czy da się go oglądać czy to szmira. Kiedy zobaczyłem reklamę "House Bunny" ucieszyłem się, bo w tytułowej roli zagrała Anna Faris, którą chyba każdy pamięta ze "Strasznego filmu" (tam była brunetką). Dla niej poszedłem do kina, bo jest cholernie zabawna i nie zawiodłem się.

Sebastian się nie zawiódł.

Komedie dzielą się na dwie grupy: na te śmieszne i na te nieśmieszne. Do nieśmiesznych można zaliczyć "Epic movie" i wszystkie jego pochodne. Filmy, które są przemiałem bodźców mających wywołać śmiech, takie komediowe parówki, którymi rzucają nas w twarz coraz mocniej i mocniej. Po takim seansie trudno mi się uśmiechać, w końcu ktoś mnie walił parówkami cały czas. Dobre komedie powinny być śmieszne. Wyczesane komedie powinny być przezabawne, że co chwila boki zrywasz. "Domowy króliczek" był dobrą komedią, ale nie bezustannie śmieszną, co tutaj nie jest minusem. Wszystko kupy się trzyma i film nie jest płytki i nie będę pisał o czym to jest, bo to najnudniejsze co można robić. Chyba, że dla pieniędzy. W każdym razie moja decyzja 4/5. Wszystko dzięki Annie Faris.

wtorek, 18 listopada 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: Autobus przyszłości.

Zamierzam skończyć "Krzyki wewnątrz" przed końcem tego miesiąca. Wszystkie 8 stron mam rozpoczęte. Kilka dni temu zacząłem stronę zdaje się 5tą, z którą miałem największe trudności. Dlaczego? Na stronie 5 bohaterka naszej opowieści, która wciąż nie ma imienia, dołuje się. Dołuje się bardzo z powodu okropnych głosów i istot, które ją prześladują. Z początku chciałem pokazać ją w wannie - duży rysunek na całą stronę. Woda kapiąca na nią, ona naga, w tle może wyraz jej czarnych myśli. Ale nie wiedziałem zbytnio jak to dobrze uchwycić. Narysowałem więc całą resztę paneli (mniej lub bardziej skończonych) odkładając to z czym miałem problem na koniec. W trakcie całego tego procesu już w dwóch filmach widziałem tytułowe bohaterki w dokładnie takiej samej sytuacji jak moja - z gulem w wannie. Nagie i smutne. Buu. "Strangers" czyli tym razem dobrze przetłumaczeni "Znieznajomi" z Liv Tyler - jeden z głupszych filmów w którym bohaterowie zachowują się jak ćwoki - Liv siedzi w wannie. "Oko" z Jessicą Albą (film o którym zdaje się wspomnę i w komiksie na konkurs narracją głównej bohaterki) strasznie tandetny film, również pokazało ją w wannie i to dokładnie w tym samym ujęciu i pozycji o której myślałem. I wtedy do mnie dotarło: TO JEST OGRANE. Nie ma nic prostszego niż wsiąść bohaterkę, rozebrać i wpakować do wanny. OCZYwiście w życiu ludzie tak postępują, dlatego przemysł filmowy tak bardzo to wykorzystuje latami. Ja jednak chcę być oryginalny. Tego wieczoru dałem sobie spokój i z nagością i z wanną (no nie do końca, bo kilka dni później narysowałem to co w poprzednim poście).

Tak więc zamiast szaleństwa łazienkowego rysuję przystanek autobusowy wysoko nad ziemią i podlatujący do niego autobus (czy już wspomniałem, że "Krzyki wewnątrz" osadzone są w przyszłości?). Pada (to będzie trudne do narysowania w czarno-białym świecie). Jedną z osób na przystanku jest Ona. Może ją rozpoznamy, może nie. To nieistotne tak długo jak widz odczyta/zauważy smutek i wyobcowanie w tym rysunku (to mój cel).

Autobus zacząłem i w trakcie, czyli po narysowaniu zarysu autobusu postanowiłem rozejrzeć się w sieci nie żeby zżynać pomysły innych, tylko żeby spojrzeć, czy ktoś przypadkiem już czegoś takiego jak ja nie wymyślił. Przy tej okazji natrafiłem na kilka interesujących zdjęć i faktów. Oto one:

INFO z 2006: Holendrzy wymyślają superbus który wygląda jak limuzyna i pędzi 155 mil na godzinę. Telefonem wystarczy wysłać sms-a żeby złapać autobus. INFO z 2007: Tu natomiast mamy The Capoco systems bezkierowcowy bus zaprojektowany, aby pozbyć się miłych zestresowanych spoconych panów kierowców. Używa mnóstwo elektroniki (nawigacja itp.) i też go można złapać komórką. Prototyp w tym roku. Czekam z ręką w nocniku.
A tu to nie wiem co, model robaka. Gdzie
No i kończąc w miejscu zwanym Curitiba mamy futurystyczne przystanki autobusowe gdzie płaci się za autobus nim wyjdziesz z przystanku. Sprytne. Mój przystanek będzie jednak wyglądał zwyczajniej, raczej. A że z geografii jestem do dupy sprawdziłem na wikipedii. Otóż Curitiba to stolica brazylijskiego stanu Paraná.

niedziela, 16 listopada 2008

piątek, 7 listopada 2008

Namiastka ukojenia.

Po tygodniu milczenia, co w świecie nałogowego OGGera równe jest z nie braniem kokainy przez miesiąc przez narkomana (tak Jack!), Sebastian powrócił do pisania. A zrobił tak, gdyż musiał wylać swoją żółć. Na początek wstęp od pewnego miłego pana:

Nazywam się Błąd. James Błąd. Znany też jako 007. Nie 006 czy 008, ale 007. I nie chodzi o mój IQ. Jestem agentem. Żyję już z 80 lat, ale wciąż wyglądam na późną 30stkę. Tak działa Hollywood. Mam też AIDS, ale jestem taki twardy, że nawet po mnie nie widać.

Ostatnia moja przygoda nosi tytuł "Namiastka ukojenia", a po angielsku "Quantum of Solace". Quantum to kwant, odrobina. Solace to pocieszenie, ukojenie. Pewnie nie brzmiałoby to wystarczająco twardo w Polsce, dlatego zostali przy oryginalnym tytule. Bo ja jestem Brytyjczykiem z krwi i kości. A kości mam twarde. Ostatnio sobie odpoczywam, miałem w końcu tyle przygód przez lata. Masa pięknych kobiet przewinęła mi się przez palce i nie tylko. Tzn., nie, nie mężczyzn do licha, nie o to mi chodzi. Albo kumasz bazę albo nie.

Nowy Błąd wymiata.. nudą. Bład to filmy akcji z mnóstwem pięknych kobiet. Sex idzie tu tak w parze z serią jak sex i horrory. No i mamy dwie piękne kobiety. Jedna z pewnością jest piękna: Ukrainka Olga Kurylenko, która mówi płynnie oprócz swojego narodowego języka również po francusku i angielsku. I co? I guzik: seksu jest tyle co we wtorkową noc depresyjnego kawalera z krzywym zgryzem. Jest jeden numerek, który się kończy zanim mamy okazję się zorientować, że coś było. Ale za to widzimy kobiece ramię po fakcie. Nawet nie kawałek nóżki. A ja lubię ładne nogi. (No co?). I samo to to już nóż w plecy jeżeli chodzi o Błąda. Za film wzięła się dwójka kolesi, którzy pracowali przy Tożsamości Bourne'a. I to widać, film stara się być jak seria o Bournie, tylko że gorzej. W ostatnim James (też) Bourne skakał po dachach i raz wyskoczył z wąskiego okna na przeciwny budynek. Tutaj nasz Błąd nie tylko to powtarza, on to robi ze trzy razy! Tak. Tak jakby skakanie przez wąskie okna do następnego budynku było łatwe i ich w tym ćwiczyli pierwszego dnia w Akademii Błąda.

Fabuła razi jak majonez na dżemie truskawkowym a ujęcia są żywce wyjęte znowu z Tożsamości. Taki sam sposób kadrowania. Np. na początku Błąd szybko ucieka w samochodzie we Włoszech, wjeżdża na budowę po drodze zrzucając jakiś inny wóz w dół. Robi koło i mija ten sam wóz, który wciąż spada, a on zdążył tak szybko skręcić w dół. To trzeba zobaczyć (żart). Przeciwko tej scenie nic nie mam, ale pokazana jest nijak.

No i Błąd bez gadgetów to też kicha. Przydałyby mu się kolce, co wypadają z tułu jak Batmanowi, żeby załatwić pościg. Gadgetów nie ma, Pierca Brosnana nie ma, ale wszędzie mnóstwo nowoczesnej technologii. M. ma wyczesany gabinet z trójwymiarowym hologramem (jak to nazwać), zamiast tradycyjnie laptopa. Jako że film wyprodukował gigant Sony gdzie nie spojżeć pojawia się napis VAIO. No, raz tylko widziałem szczerze, ale się uśmiałem. W duchu. Tak więc Błąd ma cudny telefon-przekaźnik-aparat, którym w nocy podczas koncertu w czarodziejski sposób robi zdjęcia ludziom oddalonym od niego o 50 czy 100 metrów i pstrykając fotki tylko karku wyjebany program od razu ustala tożsamość tych, którym zdjęcia robił. Wiem, że o to niby chodzi, że nowoczesna technologia.. bleugh! Rzygi. W gadgety Seana Connerego jakoś prościej mi uwierzyć.

Początek jak zawsze szybki, a potem robi się coraz nudniej. O fabule nie będę pisał, bo według mnie, nie ma żadnej. I jeszcze jedno. Błąd z Olgą lecą na spacer. Chcą zobaczyć skałki. Dobra? Na piaszczystym lądowisku w jakimś dziwnym miejscu jest wielki samolot i mały samolocik. Błąd wybiera większy. Po kiego? Gdyby ktoś ich zaatakował, nie daj boże, łatwiej byłoby się wymigać małym, zwinniejszym. Ale NIE. Wielkim klocem sobie lecą, oglądają skałki i kiedy robi się między nimi romantycznie NAGLE ktoś ich atakuje. Śmigłowiec (zdaje się, że widziałem tam śmigłowca), jakiś inny, MAŁY, SZYBKI i ZWINNY samolocik i coś tam jeszcze (albo i nie, tak to szybko z głowy wypada) atakują. Nie będę opisywał co się dzieje dalej, żeby nie zepsuć frajdy, której nie ma, ale pragnę zadać jedno retoryczne niekoniecznie pytanie: Czy nie prościej byłoby po prostu poczekać, aż Błąd wyląduje i wtedy się z nim rozprawić??? Może ktoś po prostu nie mógł się doczekać albo bali się, że nie zaczają gdzie będzie lądował.

RE:asumując: lubię dobre filmy akcji. Lubię po seansie wyjść z kina i nie wiedzieć, gdzie jestem. Uwielbiam. Błąd nie był dobrym filmem akcji, a po seansie wiedziałem gdzie jestem. Postacie były płytkie, gadały jak z filmu (nikt tak w rzeczywistości do siebie nie gada monosylabami, nawet agenci). W jednej scenie aż błagałem, żeby Błąd rzucił choć:

Błąd:
Ale bym so zjadł hamburgera, zdycham z głodu.

Olga (patrząc uwodzicielsko):
A może hotdoga? Nie ma to jak dobra, gorąca parówka.

Ludzie, nie idźcie na ten film. Obejrzyjcie lepiej na Wyspę Nim - może i dla dzieci, ale film jest ciekawy, płynny, wszystko się w nim trzyma kupy i z chęcią obejrzę go sobie jeszcze raz. Dwóch ostatnich Błądów już nie.

środa, 29 października 2008

Denek + Kluska: XII

Oto ostatni z 12 pasków o Dence i Klusce. Muszę naprawdę się wziąć i zacząć działać nad nowym obliczem mojej strony www.sebastianjaster.com, gdzie powinienem wrzucać takie rzeczy jak Denek i Kluska.

wtorek, 28 października 2008

Dla mnie to!: Krzesło kula Eero Aarnio'ego

Lata '60 nie tylko dostarczyły nam narkotykowej rewolucji, ale również ciekawych mebli.Tak właśnie wygląda moje krzesło marzenie, które kiedyś będę miał. Nazywa się Ball Chair stworzone przez Eero Aarnio. Eero Aarnio urodził się w 1932 w Finlandii, gdzie studiował od 1954 do 1957 w Instytucie Sztuki Przemysłowej w Helskinkach. W 1962 otworzył własne biuro gdzie projektował swoje pionierskie meble przy użyciu plastiku. Wolny od ograniczeń konwencjonalnych materiałów Aarnio śmiało popuścił wodze fantazji. Zaprojektował kształty i kolory o których świat nie miał pojęcia. Do jego prac zalicza się Krzesło Bąbelek (bubble chair), Krzesło Kucyk, Pastil Chair no i moje ulubione - Krzesło Kula. Wszystkie one zaliczają się do nowoczesnej klasyki.
No i to jest właśnie mój styl, uwielbiam takie krztałty. Coś mi się zdaje, że przerysuję te pierwsze dwie strony HZ: Alkoholizmu i właśnie ten mebel będzie Herr Zeba miał w swoim pokoju. (A nawet jeśli nie przerysuję to i tak HZ będzie, nawet już jest szczęśliwym jego posiadaczem). Za nowe trzeba zapłacić około 1000 $ - £705.00.

Tęcza.

Dzisiaj wracając do domu odnalazła mnie na niebie piękna tęcza. Dawno tęczy nie widziałem, a taką jak dzisiaj to chyba wcale: było idealnie widać cały łuk z wyraźnymi kolorami i była blisko nie przysłonięta nigdzie. Porzucając prędko pomysł zrobienia zdjęcia kiepskim telefonem pobiegłem do domu po aparat, lecz kiedy wróciłem jej już nie było.

I się zdołowałem.

Denek + Kluska: XI

poniedziałek, 27 października 2008

niedziela, 26 października 2008

Denek + Kluska: IX

Przebudzenie: Anthony De Mello

Jakiś niewyraźny czas temu pisałem o książce "Awareness" - "Przebudzenie" (pomimo tego, że oryginał tłumaczy się świadomość polski tłumacz jak zawsze miał lepszy pomysł). Przypomnę, że książka ta pozwoliła mi chodzić 5 cm nad ziemią przez cały tydzień. Postanowiłem zamieszczać ją w częściach w nowym blogu zatytułowanym Przebudzenia czas pod adresem www.przebudzeniaczas.blogstpot.com. Chciałem adres nazwać świadomość ale cyrylica jest niedostępna w nazwach, a adres przebudzenie został hamsko wykorzystany przez jakąś laskę, co sobie w 2004 postanowiła stworzyć bloga i po kilku wpisach dała sobie spokój. Ale blog wciąż jest po 4 latach dokładając się do i tak już dużej kupy śmieci w internecie i blokując nazwę. Napiszę do ludzi z bloggera, żeby kasowali nie używane blogi. Chyba. Książka ma 57 rozdziałów, każdy rozdział jak bóg da będzie publikowany regularnie 3 razy w tygodniu: w niedziely, wtorki i piątki. Dzisiaj zamieszczam wstęp i pierwszy rozdział. Sprawdź to!

Jest to zabieg nielegalny, gdyż nie mam praw do rozpowszechniania tego materiału, dlatego też zakładam nowy blog w tym celu. Jeżeli (w co szczerze wątpię) ktoś się przyczepi, że staram się szerzyć Dobrą Nowinę (co było przecież celem Anthonego) jedyne co mi zrobią, to każą skasować blog. Luz.

Mam nadzieję, że ta książka pomoże wszystkim zainteresowanym tak jak i mi pomogła. Czyta się ją śmiesznie łatwo, bo jest zapiskiem jego rekolekcji, a rozdziały są krótkie. Link do bloga znajduje się jak zawsze po prawej.

czwartek, 23 października 2008

last.fm

Nikt mi na zaproszenie do www.weread.com jeszcze nie odpowiedział. Dzięki wielkie.

Więc o!to kolejne wyczesane miejsce, tym razem chodzi o muzykę! www.lastfm.com to zajebiste miejsce gdzie powinno się mieć konto jeśli tylko ma się dobre łącze internetowe i lubi się muzykę, a nie odgłosy piłowania na krajzedze drewna za oknem co rano i radio maRyja co wieczór zza ściany sąsiadki.

Last.fm pozwala Ci słuchać za darmo radia, co więcej, tworzy radio na podstawie twoich ulubionych wykonawców! I to wszystko za darmo. Można więc sobie dodawać ulubionych wykonawców, zapraszać znajomych, dzielić się muzyką, porównywać i wiele innych. Dla mnie najlepsze jest w tym, że można poznać nowe ciekawe zespoły lub piosenki zgodne z moim/Twoim upodobaniem.

Nie czekaj więc: sprawdź www.lastfm.com ! SZCZEGÓLNIE, że jest też po polsku! Jak widzicie na załączonym niżej obrazku, który to własną krwawizną i czasem tu wkleiłem wystarczy kliknąć w prawy górny róg i sobie ustawić język na polski. Jak to już w dzisiejszej erze bywa jest tam poczta itp. więc zapiszcie się, żebym miał więcej niż dwóch przyjaciół! Może nawet 4ech? Przynajmniej sprawdźcie nim powiedzie NIE: kciuk w dół.

H.W.D.P.


H.W.D.P., czyli Huj W Dupé Policji. Popularne hasło wśród ludzi w kapturach, ludzi palących trawkę lub po prostu tych, którzy wolę H. od P. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy to w szkole średnie wielbiciel tego hasła i tego wszystkiego co z nim związane, niejaki Arek W. zapragnął właśnie te 4 litery z tyłu swej bluzy z kapturem. Nadruk miał być dduuużyy a litery miały wyglądać jak te pradawne, kurczę, zapomniałem jak się taka czcionka nazywa. No i Arek jak mi o tym opowiadał w sklepiku szkolnym miał na karteczce narysowany własnoręcznie szkic tego loga, ponieważ Arek zawsze był artystą. I kiedy tak patrzył na te litery to promieniował szczęściem. Pomyślałem: Arek jest szczęśliwy, bo realizuje swoje marzenie (HWDP).

Jednak jak się pisze chuj? Od zarania dziejów ludziska wypisywały sprejem pod mostami HUJ w różnych tam zdaniach. Zawsze było przez samo h. Aż nadszedł ten niezapomniany dzień kiedy to profesor Miodek w telewizji powiedział, że chuj piszę się przez ch. Fakt o którym słyszałem i do którego się stosowałem już wcześniej zasłyszany z innego źródła, ale tego dnia zostało to potwierdzone prze Pr. Miodka.

Sęk w tym, że nie pamiętam jak on to uzasadnił. Jak uzasadnisz gramatykę słowa niecenzuralnego? Skąd wiemy, że ch a nie h? Co za różnica? Jeśli jest jakaś zasada, to jaka? Skąd się wywodzi ten wyraz? W internetowym słowniku poprawnej polszczyzny znajdujemy:
  • chuj
    1. wulg. «członek męski»
    2. wulg. «wyzwisko używane w stosunku do mężczyzny»
Luz. Wiemy jak się pisze, mimo tego, że pewnie większość luzaków nie chce tego uznawać, bo HWDP wyglądałby wtedy CHWDP. To już nie to samo:( O rany, wpisałem w google dlaczego chuj pisze się przez ch? i jak widzę nie tylko ja mam takie problemy wieczorami. Dałem sobie spokój jak na trzecim czy 4tym wyniku przeczytałem DLACZEGO NIKT NIE LUBI PUSZYSTYCH DZIEWCZYN, gdzie ktoś również komuś uzasadnił że przez ch i wyzwał od ignorantów.

Jeśli ktoś chce przeczytać więcej wystarczy kliknąć tu: http://hoombug.skunk.one.pl/node/21
na cudny artykuł z komentarzami zatytułowany:

Dlaczego HWDP a nie CHWDP?

, którego po prostu nie chce mi się czytać. Wiem, że zamiast tego posta mógłbym rysować, ale po piwie i o tej godzinie i tak mi nie wychodzi rysowanie. Przynajmniej póki mi za to nie płacą.

Systemowe ŻALE.

Nie wyspałem się dzisiaj. Czy do tego już dochodzi w tym OGGu, że nawet takie rzeczy wypisuję? Co dalej: zjadłem klapsztulę z jajkiem, selerem i pomidorem, której nie skończyłem wczoraj i owinąłem w folię i wsadziłem do lodówki gdzie czekała na mnie dziś rano uśmiechając się do mnie (sznytka to w pewnych rejonach kraju stara nazwa potoczna na kanapkę pojedynczą, a klapsztula na składaną - źródło: mój tata); zaraz pójdę i wezmę herbatę co się w kuchni spokojnie zaparza choć nie musi, skoro to ekspresowa, dodam mleka gdyż nie jest zbyt dobra i zjem ostatniego snickersa...

Hola! Basta!

Od początku: póki OGG nie opiera się wyłącznie na takich przyziemnych motywach pisanie o nich nie może zaszkodzić. Jestem zwyczajnym człowiekiem no i na prawdę się nie wyspałem. Włosi do piękny naród. Jeszcze tam nie byłem, ale w ciągu ostatnich dwóch lat przewinęło mi się przez ręce ich mnóstwo. Jedną z wielu rzeczy, które w nich lubię, to fakt (jeśli o tym wcześniej pisałem, błagam o wybaczenie sklerozy), że śniadanie zaczynają od czegoś słodkiego i kawy. Powiedzmy słodkie ciastko i ekspresso. I ma to dużo sensu, jeśli się nad tym zastanowić. Rano potrzebujemy boosta, nawet jeśli nie żłopiemy alkoholu i nie bierzemy narkotyków i w ogóle mamy nudne abstynenckie życie, to i tak budzimy się zmęczeni lub nie wyspani, a taka kawa i ciastko lub coś od razu daje nam energii i wprawia w dobry nastrój. Wszystkie polskie nauczycielki biologii, ochrony środowiska itp. propagują, że śniadanie to najważniejszy posiłek więc zjedz coś treściwego. Wbijać w to. Jedz to na co masz ochotę, jak nie jesteś głodny rano, to nie jedz. Łatwo jest powtarzać to, co jakiś tam naukowiec odkrył, ale każdy jest inny. Tak więc coś słodkiego zdążymy spalić spokojnie wciągu całego dnia, zamiast opychać się lodami wieczorem.

Jak widać upodobałem sobie bardzo te tematy narodowo - żywnościowe.

ŚWIAT nasz trzyma się jakoś kupy. JAKOŚ, ponieważ trudno mi jest uwierzyć w to, że stworzyliśmy sobie taki system z pracą, edukacją i tępieniu indywidualizmu i twórczości i inicjatywy na przełomie wieków kiedy widzę co się dzieje dookoła mnie. Mnóstwo ludzi i organizacji każdego dnia robi coś zupełnie bezcelowego. To jest PSYCHICZNE. Serio. Robią coś bezcelowego, ale tak totalnie głupiego albo celowo albo bo ktoś im kazał (SYSTEM). Najlepszym przykładem jest pan woźny, który każdego poranka stoi przy wjeździe do pewnej niezaczarowanej szkoły w którym nie ma przerośniętego Harrego. Otwiera on połowę bramy i stoi tam. Kiedy nadjeżdża samochód w którym siedzi nauczyciel, Pan woźny otwiera drugą połowę (bo przez jedną samochód się nie wciśnie, a nawet jeśliby się wcisnął to zbyt duże ryzyko dla skromnego szarego nauczyciela) i wpuszcza samochód. Wystarczyłoby otworzyć całą bramę i koleś nie musiałby tam stać w deszczu czy śniegu, w mrozie przez pół godziny czy bóg wie ile i mógłby się zająć czymś bardziej pożytecznym. Np. naprawieniem krzesła. I nie interesuje mnie, że pewnie ma jakiś powód, np. nie wpuszczać zwykłych ludzi albo rodziców z dziećmi żeby nie blokować wjazdu ani skromnego parkingu dla i tak już sflustrowanych nauczycieli, którzy właśnie dlatego go tam postawili na pierwszym miejscu. Więc nie obchodzi mnie to czy inne uzasadnienie wcale dlatego, że jakiekolwiek by ono nie było to i tak durnota. Pewnego dnia podejdę do niego i spytam, dlaczego tak tam głupio stoi. Ale nie powiem głupio.

Najwięcej ludzkiego imbecylizmu oraz obłudy systemu i wyciskania soków z naszych dusz doświadczyłem w sklepie w którym to pracowałem po raz pierwszy z książkami szkolnymi i artykułami papierniczymi. Po dziś dzień śni mi się to miejsce i mam nadzieję, że jak już napiszę i narysuję swój komiks: HZ: Sklep (na którego to kartki przeleję swoje doświadczenia i naukę z nich płynącą w nadzieii, że natchnę ludzi i pomogę im uniknąć podobnego upodlenia jakie mnie spotkało) przestanie mi się to miejsce śnić.

A! Basta - wyraz dobrze w polsce znany (przynajmniej mi) pochodzi w Włoch i oznacza to samo co u nas. Być może oba te wyrazy pochodzą po prostu z łaciny?

środa, 22 października 2008

Krzyki WEWNĄTRZ: golizna.

8 paneli powoli się wypełnia. 1 tylko jest nie ruszony, panel nr 6 gdzie główna bohaterka przeżywająca załamanie nerwowe siedzi nago w wannie. Rysowanie idzie stopniowo do przodu i jestem zadowolony z efektu. Jak tym razem nie wygram, to nie wiem co jest nie tak z tym światem. Wiem, że nie powinienem uzależniać wszystkiego od tego konkursu i nie chodzi o to, żeby wygrać, tylko próbować, bla bla... Jednak mam dobre przeczucia:) No i dzisiaj od rana rysuję, idzie mi dobrze, więc mam dobre samopoczucie.

Muszę pokazać trochę golizny w komiksie jako że większość czytelników komiksów i Zuda to płeć męska. Oczywiście goliznę można wytłumaczyć, jak mój przyjaciel Noel, który pomaga mi z angielskim tekstem, powiedział, że ona jest naga bo to symbol tego, że jest naga na to wszystko co się dzieje, że jest bezbronna.

Tak na prawdę trzeba pokazać trochę golizny. Żeby się publiczność podnieciła i głosowała, jeśli historia lub rysunki jej nie urzekną. Wiem jak to brzmi, ale to zimny świat na którym żyjemy. Spośród wszystkich komiksów, które w ciągu roku od otwarcia przewinęły się przez Zuda (tych które wygrały i tych które nie) jest kilka niezłych rysunków kobiet. Ja - jako że to moja misja - mam zamiar narysować jeszcze lepsze.

Cóż, pożyjemy... zobaczymy.

wtorek, 21 października 2008

weRead

Chciałem, kombinowałem, ale brnąłem Donikąd. Aż tu dzięki facebookowi i mojej dziewczynie, która mi poleciła tą aplikację znalazłem stronę www.weread.com . Dzięki niej możesz z łatwością ułożyć sobie katalog książek/komiksów które przeczytałaś/eś, chcesz przeczytać lub czytasz, które posiadasz i te, które są Twoimi ulubionymi. Możesz też pisać recenzję. To nic nie kosztuje. Póki co strona jest tylko po angielsku, francusku i niemiecku, ale myślę, że to się wkrótce zmieniu, pozatym jest prosta w osłudze. Wystarczy się zarejestrować i już można układać swoją kolekcję. Wystarczy tytuł książki, imię/nazwisko autora, albo nr ISBN. A jeśli książki nie ma w spisie można samemu dodać.

Wysłałem dzisiaj kupie ludzi zaproszenie do tej strony więc jeśli dostaliście email od weRead, to właśnie to, a nie spam.

A! I można też polecać ksiązki znajomym i zapraszać znajomych. TAK! - wykrzyknął entuzjastycznie - Możemy zostać książkowymi przyjaciółmi! Tak więc jeśli chcesz wiedzieć co czytam i czy czytam, wystarczy, że klikniesz na link po prawej pod DORWIESZ GO TEŻ TUTAJ: On czyta (albo KLIKNIJ tu od razu). Póki co nawet nie wiem, czy mogę sobie ustawiać prywatność, więc nawet nie będąc zarejestrowanym możecie sprawdzić sobie mój profil.

W wyniku tak dobrego bezpłatnego programu tutaj raczej o swoich książkach nie będę pisał, chyba że nadejdzie ten dzień, w którym weRead będzie dostępne na bloggerze. Póki co dodałem widgeta na dnie po prawej z namiastką moich własnych książek. Jak długo tego widgeta będę tu trzymał też nie wiem, bo nie podoba mi się, że tyle zajmuje i nie można go zmiejszyć (dlatego dałem go na samo dno).

A teraz proszę o przeproszenie, ale czas ruszyć własną dupę z łóżka i wbrew atakom depresji rysować dzieło życia, które się sprzeda i uczyni takiego depresanta jak ja bogatym depresantem.

Wstawaj psie!

Przypowieści: Adaś

Pewnego złotego lata zacząłem pisać opowiadanie, które jak zwykle nie skończyłem... o Adasiu. Aby odsłuchać te 8min38sek opowiadania niedokończonego wraz ze wstępem kliknij w tytuł posta bądź wejdź na http://sebastianjaster.podbean.com/ - na tej stronie znajdziesz więcej nagrań. Póki co aż o dwa więcej o których wstyd mi tutaj pisać, więc wrzuciłem je tam. Jedno to improwizacja, a drugie to pamiętna Relacja sąsiadek wersja audio.

Póki co to ostatnie nagranie nadające się do pokazania z tych które kiedyś tam nagrałem.

C.D.N.

Podcast. Teraz.

Próbowałem sprawdzić na lingu jak przetłumaczyć słowo podcast na polski, ale nie znalazłem. Podcast oznacza nagranie radiowe, które możesz sobie odsłuchać w internecie, ale nie na żywo, tylko nagrane wcześniej.

Dla celów własnych znalazłem stronę www.podbean.com w której można za darmo publikować swoje audycje. Niestety blogger nie daje Ci takiej możliwości. Myślałem, że utwór pokaże się w tekście posta jako odtwarzacz i wystarczy kliknąć, a tu nie, przekierowuje Cię na drugą stronę. W każdym razie na prawo pod DORWIESZ GO TEŻ TUTAJ dodałem link do tych wszystkich nagrań, które wrzucam tu na OGGa. Można je tam łatwo odsłuchać a również sobie ściągnąć jeśli ma się ochotę. Można więcej: można skomentować tak samo jak na OGGu, ale w przeciewieńswie do OGGa można też wysłać emailem do babci (no, na OGGu posty też można komuś wysyłać emailem, ale nie udostępniłem tej funkcji) oraz można dawać GWIAZDKI. Piękne i żółte. Tak, lubię wyraz piękne.

poniedziałek, 20 października 2008

Przypowieści: ŻYCIE na ulicy Kujańskiej.

Życie na ulicy Kujańskiej opisuje prawdziwą historię w brzęczący sposób. Czas trwania nagrania: 13min 21sek. Rok produkcji: 2004.

Aby odsłuchać audycji kliknij w tytuł posta.

Przypowieści: INTRO

Internet to cudowna rzecz. Pozwala Ci nawet słuchać głosów. I to w dodatku nie tych w Twojej głowie. Mozart.

Już od jakiegoś czasu nosiłem się z myślą o publikowaniu jakiś historii czy czegotam na OGGu w formie Głosu, czyli nie czegoś co trzeba czytać, ale czegoś, co można słuchać. 3 czy 4 lata temu nagrałem pewne kabaretowo podobne rzeczy które nagrałem na płytę, którą oczywiście mam przy sobie. Z całego chłamu jedna/dwie nadają się na pokazanie światu. Po 2 godzinach pijackiej męki ułomnego człeka udało mi się osiągnąć swój cel.

Od czasu do czasu będę publikował Głos. Wystarczy wtedy klinąć na tytył audycji aby odsłuchać nagranie. Zawsze chciałem być recenzentem radiowym, to mam. Oto wstęp do tego, co czeka Cię wkrótce. Czyli taka część pierwsza.
Kliknij na tytuł posta ażeby przenieść się do krainy szczęścia i rozkoszy. Bynajmniej. Jakość jest taka sobie, brzęczy bezustannie, ale idzie zrozumieć każde słowo, mam nadzieję. W związku z nagrywaniem polskiej narracji dla Czarownicy z Portobello kupiłem nowy mikrofon, który jest cudny, oh oh, więc kiedy nagram coś nowego możecie spodziewać się dobrej jakości dźwięku.

KRZYKI WEWNĄTRZ: Śmierć przyszła wraz z jesiennymi liściami.

Od kiedy zostałem po raz drugi w swoim życiu bezrobotny mam czas na rysowanie. W tym miesiącu, najdalej w następnym mam zamiar skończyć moje 8 panelów na konkurs Zuda. Jak to mam w zwyczaju rysuję je na raz, jak coś mnie nie bawi lub stwarza trudność przerzucam się z jednego panelu na inny. Jako że wbrew regułom nie jest pokazywanie komiksu przed wysłaniem do nich, a już w ogóle im nie wadzi jeśli się pokazuje materiały w postaci szkicy itp. publikuję tu dzisiaj szkic (w miarę zaawansowany, na tak w połowie) 8mego panelu. Nie miałem zamiaru nic skanować dopóki szkice nie byłyby ukończone, ale tutaj pojawił się problem z proporcją i aranżacją przestrzeni, więc musiałem zeskanować, żeby w miejszym formacie móc lepiej ocenić jak to wygląda. (Każdy panel rysuję na brystolu A3). Poniżej szkic z poprawionymi poziomami w photoshopie, żeby miało co gołe oko zobaczyć:

Nie będę opisywał fabuły tylko przejdę wprost do sedna. Środkowa postać/kreatura (wzorowana na moim wczesnym szkicu Śmierci sprzed 8 lat, który pokazałem TUTAJ we wcześniejszym poście) fizycznie nie mogłaby stać tam gdzie stoi. Pomimo, że rzeczywistość i tak jest załamana w tej historii wciąż ma swoje granice. Będę więc musiał zaraz przerysować tę kreaturę i wysunąć ją na pierwszy plan. Nie będzie już wyglądała dokładnie tak samo (tak jak nigdy dwa razy nie przejdziesz tej samej rzeki).

Powinienem też ten szkic wrzucić na swój OGG angielski, ale jak pisałem wcześniej, szkoda zachodu. Łatwiej mi się wyrażać w moim ojczystym języku (poza tym więm, że tutaj przynajmniej Ktoś czyta te słowa). Jeśli dostanę się do konkursu wtedy reanimuję angielskiego OGGa, póki co umiera naturalną śmiercią. Istnieje możliwość, że odłączę go od prądu, skoro i tak tam nic nowego nie zamieszczam.

Ale się rozpisałem. Uu! Może to dlatego, że już od dwóch dni i 17 godzin nie miałem alkoholu we krwi?

A co robiłem wczoraj i przedwczoraj? Rysowałem autobus. Co nie jest takie proste jak mogłoby mi się wydawać. Robiłem też inne rzeczy, np. jadłem, piłem wodę. Używałem swoich gał do oglądania świata przez okno. Tak. To też robiłem.

Denek + Kluska: VIII

czwartek, 16 października 2008

Kto porwał syna Beaty K.?

Przygniotłem sobie palec, znowu. Boli.
Wszystko ma swój urok, potem przemija.
Często robimy różne rzeczy nie wiedząc dlaczego. Szczególnie, kiedy jesteśmy młodzi. Nasze pragnienia materializują się w rzeczywistości. Mamy więc świadomość i podświadomość. Obie niezbędne do życia. Podświadomość wie, czuje o wiele prędzej niż świadomość. Jeżeli ktoś ma ładne nogi, to o tym wie. Tylko osoba niesamowicie rozwinięta duchowo tworzy jedność z podświadomości i świadomości. Często coś robimy, cokolwiek. Robimy to coś nie zastanawiając się nad tym i TO się staje. Jest to zewnętrznym wyrazem naszej podświadomości. To COŚ się stało i mamy dwa wyjścia: przyjąć to jako chleb powszedni i iść dalej nie zastanawiając się wcale dlaczego to coś zrobiliśmy, ALBO: Zastanowić się dlaczego tak postąpiliśmy. Zrobić sobie psychoanalizę. To drugie rozwiązanie jest trudniejsze i często nie idziemy tą drogą woląc sobie oszczędzić kłopotu, ALE niestety jest to niezbędna droga do rozwoju. Większość ludzi jej nie wybiera. Większość ludzi nie chce się rozwijać.

Kiedy więc miałem trzynaście lat zaraz po lub tuż przed "Mroczną Zemstą" zrobiłem ten film (jak zawsze polecam kliknąć w ekran na youtube żeby otworzyć w lepszej jakości). Już wtedy byłem kiepskim aktorem:

Kto porwał syna Beaty K.? Część I:

I część druga:


Nigdy nie zastanawiałem się dlaczego zrobiłem ten film. Z tego co pamiętam, zawsze lubiłem kino i chciałem się wyrazić. Spoglądając z perspektywy czasu na ten przejaw amatorskiej twórczości stwierdzam, że to jest to co chcę robić. Nawet nie wiedząc o tym wtedy moja podświadomość już wiedziała.

Gdzie ja jestem? TUTAJ.

Słowa zatracają się. Nie są ważne. Nie ma ich. Otwórz oczy. Otwórz siebie i spójrz na osobę przed Tobą, osobę, która do Ciebie mówi. Widzisz? Lepiej niż widzisz: czujesz? Tak czujesz, czy ta Pani czy Pan, co do Ciebie mówią są pogodni bądź nie, czy chcą czegoś od Ciebie, czy Cię oszukują, czy po prostu Ciebie kochają i tak jak Ty są otwarci i łączy Was coś więcej niż słowa. Zresztą, jak już ustaliliśmy słów nie ma.

Są idee. Przekazujemy je ludziom, przekazujemy uczucia, dzielimy się energią lub też zachłannie (i oczywiście nieświadomie) ją kradniemy jak piraci. Są marzenia i te cudne chwile, kiedy nie uciekamy w przeszłość, kiedy nie uciekamy za myślą bądź myślami, które nas prześladują i które zalęgły się w nas jak żółte kleszcze. Są chwile, kiedy jesteśmy wolni. I są to najcudowniejsze chwile, jakie istnieją. Widzimy raj. (Świadkowie Sebastiana - pierwsze piętro, drzwi po prawej, sala nr 102).

Tak prędko jednak ten dobry czas ucieka. Dlaczego? Nie wierzymy, że może trwać dłużej, nie czujemy się goni, aby odczuwać go przez dłuższy czas. Nie wierzymy. Wypełniające nasz byt szczęście takie wielkie i zdawałoby się mocne znika błyskawicznie, a najczęściej zamienia się w złość gdy stawiamy czoła innemu człowiekowi. Wystarczy że coś powie lub krzywo na nas spojrzy (zrobi zeza), i wszystko z nas ucieka. Dlaczego? (Na dzisiejszej sesji, drodzy bracia i siostry nie tylko zadajemy pytania, ale również na nie odpowiadamy). Ponieważ nie jesteśmy pewni siebie. Jesteśmy jak ten domek z kart, byle podmuch i się rozpadamy. Nasze wierzenia są prawdziwe, nasze marzenia są na wyciągnięcie ręki, jednak brakuje nam tego ważnego elementu, który sprawi, że wyciągniemy te dłonie, że chwycimy te marzenia. I tym ważnym elementem nie jest już wiara, tylko PEWNOŚĆ. Jeśli jesteśmy pewni, jeśli wiemy, że to czego pragniemy się stanie i żadna siła na ziemi czy na niebie nie jest w stanie nas powstrzymać wtedy osiągnęliśmy swój cel. Wtedy czas się nie liczy. Pieniądze się nie liczą. Nic nas nie zatrzyma, bo już dotarliśmy.

Sebastian jak zawsze mógł się bardziej rozpisać i rozwinąć każdy ze swoich wątków, jednak głęboko wierzył, że plecie do rzeczy i że Drogi Czytelnik poruszy własną makówką i domyśli się reszty i że pozna to, co z pozoru nieznane.

piątek, 10 października 2008

PATRZ. Pe el.

Czym jest portal patrz.pl Sebastian nie wiedział. 3 dni temu otrzymał następującą wiadomość:

Witam,
odnalazłam Twój filmik na YouTubie i chce zaprosić Cie do wystąpieniem w nowym programie Pokaż się w Pino TV.
Program "Pokaż się" ma na celu promowanie ciekawych i odważnych ludzi oraz ich pasji, hobby czy zajawek.
Chcielibyśmy prosić o przesłaniem nam Twojego filmu w formie
linku (najlepiej gdy byłby umieszczony w portalu www.patrz.pl) wraz z jakąś krótką informacją o osobach w nim występujących. Film taki bedzie zaprezentowany w programia "Pokaż się", a osoby które prześlą nam najciekawsze filmiki będą zapraszane do studia w celu nagraniu indywidualnego programu.

Sebastian odpisał że całuje rączki, ale o który film chodzi? Miał ich tam kilka.

Hej,
dzięki za szybką odpowiedź.
Prosiłabym w takim razie o przesłanie linków do "Mrocznej zemsty" i
"Wiedźmy z Portobello".
Najlepiej jednak gdyby były one umieszczone na serwicie www.patrz.pl bo
stamtąd możemy emitować filmy.
W razie pytań pisz, a ja jak tylko dostane Twoje materiały napisze kiedy
odbędzie się nagranie i emisja programu "Pokaż się" z Twoimi produkcjami.

Pozdrawiam i czekam na linki

Olga

PinoTv

Sebastian nie wietrząc w tym swojego pierwszego miliona założył konto i wrzucił kilka filmów. Niestety okazało się, że portal filmy szerokoekranowe automatycznie rozciąga. Ścierwo. A rozciągniętych filmów, to nie chce, żeby oni kimkolwiek oni są, oglądali. Więc musi się depresyjny chłopak pomęczyć trochę, żeby zmienić format i żeby to wyglądało cacy, a nie tak jak teraz. Po prawej stronie OGGa znajduje się SEBASTIAN JASTER W SIECI, a poniżej link do jego konta na patrzPl. Jest tam dokładnie to samo co na youtube, a nawet mniej, ale zawsze można kliknąć, jeśli się akurat czeka na grzanki, aż się przypieką.

Ok, pinoTv to internetowa telewizja, to jeszcze rozumiał, ale motyw z wysyłaniem filmów zbyt bardzo przypominał mu youtube, który od patrz.pl był o wiele lepszy pod wieloma względami. PO KIEGO więc robić to samo tylko, że gorzej? Sebastian nie miał pojęcia. Bladego. A powinien mieć choć blade, w końcu wcale taki głupi nie był, jak wszyscy myśleli, a niektórzy nawet mówili.

Ćwierć WIEKU.

9 października 2008 roku szanowny pan Sebastian Jaster ukończył 25 lat, czyli ćwierć wieku. Informacja ta nie umknęła oka kilku dobrym znajomym, którzy z tej okazji nie złożyli mu ofiary w krwi postaci baranka . Spytany o wrażenia i przemyślenia odpowiedział milczeniem, czyli wcale nie odpowiedział. Można było domyślać się, że trochę go bolało, iż nie zrobił jeszcze swojego pierwszego miliona na rysunkach bądź też na prawach do sfilmowania jego rysunków ala komiksów.

Sebastian powinien się jednak cieszyć, że żyje i ma brzuszek pełny. Z łatwością przychodziło mu pisanie niewybitnych rozważań o tym jak być szczęśliwym i o co w tym całym szaleństwie nazywanym życiem chodzi. Sęk i ból jednak w tym, że on sam nie za bardzo stosował się do swoich opinii i prawd. Przekłamywał w ten sposób własną ideologię i wciąż brodził, brodził gołymi stopami w błocie, taka przenośna jego stanu umysłu.

Pomimo tego pewne był, iż pomimo, że wydawało mu się, że jego wiara słabnie, to wciąż ją miał. Wiedział, że okłamuje siebie w wielu różnych dziecinach, ale nawet i to nie mogło zmienić NIGDY tego o czym wiedziała i co czuła jego dusza. A mianowicie, że nie można się nigdy poddawać. Że trzeba uparcie dążyć do celu i że Anioł Stróż jakkolwiek odległy i mało realistyczny znajdował się tuż nad nim (lub za jego plecami) i dodawał mu otuchy. Można by pisać i opowiadać o marzeniach zszarganych szarą rzeczywistością, lecz tym razem nie było to ani miejsce ani czas na to. Faktem jest, że oprócz wiary potrzebował również pewności siebie. I pomimo tego, że jego dusza wiedziała (dając mu wizje przyszłości jako zapewnienia w postaci snów), że wszystko czego zapragnie, to osiągnie, to jego byt, jego zewnętrzna świadomość wciąż nie chciała uwierzyć w tą prostą prawdę. A przecież to nie kosztowało nic, wystarczyło uwierzyć. Na szczęście jeśli nawet nie obdarzony pewnością siebie i przebojowością jako cechami wrodzonymi, można się było ich nauczyć, lub też można się było przemóc i zburzyć mur i zacząć żyć własnym życiem bez durnych obaw. I to było w zasięgu jego rąk. I to było pozytywne.

Może pisał o sobie dużo, może był narcyzem, ktoś w końcu gdzieś go kiedyś tak nazwał, jednak dobrze się działo, że potrafił się otwierać tutaj, gdyż nie robił tego w rozmowach zbyt często. Strzępił języka nie będąc pewny co do wartości jego słuchaczy. Czy też swojej.

Minęło 25 lat.

czwartek, 2 października 2008

Bajki.

Nie wiem, czy tak jak każdy, ale najbardziej w dzieciństwie lubiłem bajki. Pewnie, że bieganie po drzewach i rzucanie śnieżkami też było fajne oraz odkrywanie nowych wymiarów w tajemniczych miejscach z tabliczkami TEREN PRYWATNY. NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY poszerzało horyzonty, jednak zawsze niecierpliwie czekałem na kolejną dobranockę oraz bajki Disney'a. To on między innymi zaszczepił we mnie zainteresowanie rysowaniem - oglądanie tych perfekcyjnie narysowanych intrygujących opowieści sprawiło, że ja też tak chciałem. Ale nie byle jak, chciałem być najlepszy!

Smerfy, Kacze Opowieści, Muminki, Gumisie oraz Denver, ostatni dinozaur, Kapitan Planeta i Planetarianie i inne - to były bajki. Pamiętam jak wczoraj kiedy stacja TVP1 w sobotę po puszczeniu Kaczych Opowieści z ramówki Walt Disney Przedstawia obwieściła, że był to już ostatni odcinek. ALE, że kiedyś do nich powrócą. I NIGDY CHAMUCHY NIE POWRÓCIŁY. Pamięć tych wcześniejszych bajek oraz późniejszej Czarodziejki z Księżyca emitowanej na Polsacie (która nigdy się nie poddała, nawet gdy przyciąganie ziemskie zostało zwiększone pięciokrotnie, ona i tak potrafiła się podnieść) przetrwała do dzisiaj, a wraz z nią chęć powtórnego ich obejrzenia. Udało mi się więc zdobyć część z tych seriali, nawet całe serie. Niestety, po obejrzeniu jednego czy dwóch odcinków dałem sobie spokój. Niestety, to nie jest już to samo co wtedy. Młodzieńcze spojrzenie i entuzjazm przepadły gdzieś z latami i jedyne co pozostało to wspomnienie. Teraz nie da się już utopić w takiej bajce i zapomnieć o bożym świecie, chyba że pod działaniem narkotyków. Na wszystko jest czas i miejsce. Czas na tamte bajki był wtedy. Teraz, pomimo, że mogę mieć je wszystkie i nie muszę niecierpliwie czekać całego tygodnia aby obejrzeć jeden tylko epizod, teraz jest już za późno. Czasu brakuje, a nawet kiedy jest, to wolę go przeznaczyć na coś ciekawszego jak na przykład dołowanie się na kanapie i ubolewanie nad losem i marzeniami.

I może robię się starym wapniakiem, ale dzisiejsze bajki to nawet nie nędzna namiastka tych tytułów, które wymieniłem na początku. Cartoon Network zdobywa serca młodych częstując ich walką, koktajlem kolorów i płytką powieszchnią. I dzieciaki to kochają. Odlotowe Agentki znaczą dla nich tyle, co Smerfy dla mnie wtedy.

Ciekawe, czy ktoś jeszcze pisał tak sentymentalnie o bajkach jak ja. Pewnie tak.

wtorek, 30 września 2008

Z PIEKŁA: chudnijmy wszyscy RAZEM!

Świat nasz sponiewierany jest tanimi nabijającymi ludzi w butelkę tekstami i ideami. To, że reklama coś twierdzi, albo że nauka dowodzi wcale nie oznacza, że to prawda. W latach 40 czy 60tych lekarze w stanach propagowali jedne marki papierosów nad drugimi twierdząc, że są zdrowsze i od Takich Tam nie dostanie się raka. I idę o zakład, że ludzie w to wierzyli.

Każdy chce żyć wiecznie i być piękny. Powszechna jest opinia, że żeby schudnąć, należy między innymi nie jeść nic po godzinie 18stej. Co za cholerny idiotyzm. Bo jeśli nie będziesz żarł po osiemnastej, to ci brzuch się skurczy i znów będziesz mógł z dumą spoglądać w lustro. Trzeba jeść wtedy, kiedy jest się głodnym. Choć znowu słyszałem, że trzeba jeść, kiedy nie jest się głodnym - żeby nie czekać z jedzeniem, aż już będziesz bardzo głodny, też durnota. Kolejna motyw to taki, żeby nie jeść na godzinę czy dwie przed zaśnięciem. To ma trochę sensu jeśli na dwie godziny przed zaśnięciem zamierzasz władować w siebie tłusty makaron, pizzę i trzy piwa. Żołądek obciążony odpłaci ci się we śnie koszmarami, w których Szynka Gigant dogoni cię, rzuci się na ciebie i cię przygniecie.

Wszystko to kwestia co się je i ile się tego je. Proste. Ja jem okropnie i wstyd mi. No, nie wstyd, ale wiem, że powinienem jeść więcej owoców. Miliony książek o diecie, każda mówi co innego, każda jest na rynku, żeby zarobić kasę na czyjejś otyłości i naiwności w tzw. diety cud. Jeżelibyśmy mieli w nie wierzyć i zgodnie z nimi postępować, to to by było wariactwo. Jeszcze jedna dieta mówi o tym, żeby schudnąć poprzez nadmierne jedzenie, czyli innymi słowy schudnij tyjąc.

To nie żryj po 18mnastej wkurza mnie bardzo. Dlaczego akurat po 18mnastej? Żeby więcej tłuszczu się nie gromadziło? Założę się, że jest pełno mnóstwo szczupłych ludzi, którzy jedzą po osiemnastej, a mimo to są szczupli. ??? ::: Ponieważ ĆWICZĄ. Ruszają dupę, biegają! A nie spędzają czas czytając te dietetyczne książki z nadzieją, że bez wysiłku osiągną wagowe zbawienie.

Nie muszę pisać 200 stronicowej książki z 150 stronami zdjęć i rysunków, żeby przekazać wam swoją opinię: wystarczy jeść aż się najesz, a nie opychać się (co ja robię nadmiernie), nie jeść dużo słodyczy po południu (rano wszystko się spala), jeść owoce i warzywa i uprawiać sporty i ćwiczyć. Proste. Ile z tych rzeczy ja robię? No, na pewno o nich piszę. Jeśli to się liczy.

Denek + Kluska: VII

czwartek, 25 września 2008

Nie UCIEKAJ.

Słońce wzeszło ponownie rzucając światło i gdzieniegdzie ciepło na ludzkie zmartwiono-umęczone głowy. Pisanie, nawet OGGa, nie jest łatwe. Mógłbym rzec jasna pisać co mi ślina na język przyniesie, ale to mijałoby się z celem. Przeszedłem przez wiele różnych tytułów dzisiejszego posta. Chciałem go zatytułować Witaj w cyberprzestrzeni, potem Przyszłość jest teraz! (mój ulubiony slogan), a nawet Nie mów do mnie. Ostatecznie zdecydowałem się na tytuł który widnieje na górze.

Nic nie przychodzi łatwo. Marzenia się spełniają, jednak nie same z siebie jak za sprawą magicznej różdżki. Trzeba do nich uparcie dążyć pomimo przeszkód, niepowodzeń i kalectwa własnego mózgu. I wtedy się spełnią. Ciężką pracą i przezwyciężaniem własnych słabości, a nie leniuchowaniem, żłopaniem piwsk i byczeniem się przed telewizorem. Jeżeli ktoś ma na tyle szczęścia (bogaci rodzice, znajomości, głosy w głowie), że nie musi się specjalnie trudzić aby coś osiągnąć i już w wieku 20 lat jest znany i kochany i uznany i rozchwytywany, to taka osoba jest jednym wielkim szczęśliwym skurczybykiem. Lecz KIM taka osoba jest? Przychodzimy na ten świat i próbujemy dowiedzieć się kim jesteśmy. Czasami zabiera to więcej niż jedno wcielenie ziemskie. Szukamy odpowiedzi i zrozumienia, gdyż jest to niezbędne do życia pełnią życia. Ten cały nieszczęsny chłam, który nami targa z dnia na dzień, te ochłapy, które rzuca nam drwiąco los - pomimo tego że boli i ugniata nas, to pomaga nam uświadomić kim naprawdę jesteśmy. Jeśli wiecie o co mi chodzi.

W jednej z tych moich duchowych książek wyśmiewanych przez niektórych zwolenników czegoś bardziej przyziemnego (czyli dobrych magazynów z ładnymi zdjęciami dużych ciastek z dziurką), w jednej z nich przeczytałem coś bardzo interesującego. Biblia opiera się na drzewie poznania Dobra i Zła z którego Ewa skubnęła jabłko nie pokryte woskiem i Bóg ich wychrzanił (napisałbym wyrzucił, ale byłoby zazwyczajnie). Gdyby nie ten incydent niedrobny wszystko byłoby cacy. Sęk w tym, że gdybyśmy nie mieli w sobie smutku, bólu i strachu to nie bylibyśmy również w stanie odczuwać szczęścia i miłości. My ludzie jesteśmy stworzeni z paradoksów - zaprzeczamy sobie nawzajem. Gdy kochamy to nienawidzimy, możemy być czuli i romantyczni i pisać wiersze, a jednocześnie napychać się śmieciowym żarciem, brechać z reality showów i nie wycierać twarzy po jedzeniu. Dobro i Zło istnieją w jedności. Bez Zła nie byłoby dobra i odwrotnie.

Żeby nauczyć się trwać w szczęściu trzeba nauczyć się wytrwania w nieszczęsciu.

John Lennon śpiewa, że Bóg to koncept na podstawie którego oceniamy swój ból. To proste zdanie świetnie wyraża motyw katolicki. I wiem, że religia to temat rzeka, ale rzec muszę kilka rzeczy:
1. Jeśli Bóg istnieje, to nie taki jaki nam się wydaje.
2. Wszystkie opinie o Bogu czerpane ze starożytnych zagrzybiałych źródeł są tylko formą interpretowaną przez człowieka.
3. Jeśli Bóg istnieje jest to jedność bez nazwy i zasad.
4. Bóg nie wymyślił tych wszystkich przykazań, tylko człowiek.
5. Religia to władza, siła, to organizacja, to system, to tradycja (a wiecie, co myślę o tradycji) - istnieje, żeby zaspokoić ludzki głód.
6. Prawdziwą wiarę poznasz zaglądając w głąb siebie, a potem dokoła siebie (no! zrób to, wyzywam Cię!).
7. Nikt nie ma prawa mówić Ci w co masz wierzyć czy w kogo i jak to praktykować. Jezus nikomu nie narzucał. Kościół narzuca.
8. Biblia interpretowana jest źle i zachłannie. Rzeczy które odpowiadają kościołowi są eksponowane, a mroczna reszta ukryta.

Życie to coś więcej niż widzimy i słyszymy. Życie to to, co czujemy. Dzięki tym odczuciom wiem, że jest coś więcej dookoła nas (i w nas). Nie da się tego opisać, ale jak spoglądam w przeszłość, to pamiętam uczucie z jakiegoś okresu, niewysłowione uczucie. To trochę tak jak kiedy się mówi, że coś wisi w powietrzu.

Nasze życie to szaleństwo, które owijamy szeroką białą taśmą z napisem NIE PRZEKRACZAĆ GRANICY, żebyśmy się czuli bezpieczniej i żebyśmy wierzyli, że to wszystko ma sens. MA. Dzięki tej taśmie hodujemy sobie zdrową depresję i stajemy się zażarcie śmiertelnie poważni. Byle co i wybuchamy. A gdzie uśmiech na twarzy? Gdzie?

Ludzie to ignoranci. Zamknięte w sobie drewniane pajace paplające bezustannie o swoich obolałych kończynach i pogodzie i drzazgach. Nie wszyscy. Większość.

Dlaczego jestem tak negatywnie nastawiony? Czemu nie? Poza tym, to prawda. Ludzie, którzy są guru, którzy osiągnęli duchowy orgazm, który im trwa po dziś dzień - czy naprawdę nigdy się nie denerwują? Powiedzmy, że takiemu spadnie duży kanciaty kamien na bosą stópkę w ogródku. Czy przeklnie Kurwa Mać!, czy też pozwoli bólowi przejść przez jego ciało (stopę), westchnie (opanuje stęknięcie), uśmiechnie się i będzie dalej spokojnie pielił chwasty jakgdyby nigdy nic? Którz wie?

Zakończyłbym jakimś dobrym cytatem z łaciny, żeby sprawić wrażenie, że jestem OCZYtany, ale pamiętem tylko veni, vidi, vici. Tak więc zamiast tego zakończą te prawie że z sobą powiązane wątki (lub też wcale nie) tym:

POFOLGUJMY SOBIE. ZJEDZMY SOBIE PRALINKĘ. NALEŻY SIĘ NAM.
PS. Cóż wiem, że to ogłupiałe zakończenie, ale na inne mnie nie stać.

Denek + Kluska: V

Denek + Kluska: IV - póki co rzymskich cyfr nie brak.

sobota, 20 września 2008

Denek + Kluska: III

Ponad WSZYSTKO - reklama.

Reklama z 2004 - roku kiedy to komedia ta powstała wrzucona tutaj aby przypomnieć o sobie i o nowej wersji nadchodzącej ślimaczym zastraszającym tempem.

czwartek, 18 września 2008

Gówniany SYSTEM.

Nie żebym bezustannie i zachłannie nadużywał przekleństw - może kiedy moja słaba psychika doprowadzana jest do ostateczności przez np. rozlane mleko - ale kto do cholery stworzył taki gówniany system w którym przyszło nam żyć? I po kiego?

Litości!

Powiedzmy, że masz marzenie (bo masz, nawet sporo). To marzenie - dzisiejsze, a może nawet jeszcze z dzieciństwa - zostaje brutalnie zgwałcone przez szarą rzeczywistość. Szara rzeczywistość nazywana jest Szarą Rzeczywistością z powodu szalonego systemu, który dzień po dniu zabija marzenia. Na szaloność tego systemu składają się: stare zasady=wysysająca krew tradycja, chciwość ludzka oraz imbecylizm. Durność. Głupota. Pracuj całe życie - z mniej więcej 4 tygodniami przerwy każdego roku, w sam raz tyle, żeby złapał cię dół albo choroba albo śmierć krewnego - żeby zarobić marne pieniądze, które jak wiemy szczęścia ostatecznego nie dają, lecz kradną jeszcze więcej czasu.
I ta przeklęta martwica mózgów obywateli: rozmowy o niczym (porównywalne niemalże jakością z jakością szamba), wypustoszałe powtarzanie tysięcy razy tych samych rzeczy (o pogodzie - ładna dzisiaj pogoda, ej?, albo o tym co kto komu zrobił i dlaczego i kiedy), wychodzenie na piwo tylko po to, żeby pokazać (nie że zawsze, ale zbyt często), jak niewiele różni nas od zwierząt.
I pomimo togo, że Śmierć czeka tuż za rogiem, wy w to bezustannie wbijamy. Nie tylko z powodu ignorancji (Panie, broń i chroń mnie przed ignorancją innych i mą własną), ale również z powodu systemu, który każe nam zapomnieć o śmierci, a nawet więcej: uwierzyć, że ona nie nadejdzie.
Dlaczego mielibyśmy robić to, czego nie lubimy robić; mówić to, czego nie chcemy; dlaczego mielibyśmy walczyć o przetrwanie, zamiast po prostu być tu i teraz, być szczęśliwi? Ponieważ potrzebujemy cholernych pieniędzy, żeby kupić sobie dom i piękne twarze. O tyle, o ile DOM jest potrzebny, o tyle te piękne twarze i wszystko co za nimi idzie i się kryje to na sztos! Pogubiłem się trochę.
Nie chcę czekać 4 wieków, żeby wyskrobać sobie łódkę z drewna i świadmość tego pozwoli mi umrzeć szczęśliwie. Tzn. to czego najbardziej chcemy od życia czyni nas tego niewolnikami. Dlatego podejście: osiągniesz to, czego chcesz tylko wtedy, jeśli to sobie odpuścisz ma sens i logikę. Której za bardzo jeszcze nie rozgryzłem, ale to namiętnie piszą Obdarowani w przewodnikach duchowych.
W każdym razie wracając do systemu - jest to gówniaty system, którego nie da się zmienić, ponieważ ludzie są chytrzy i prości i zamknięci na nowe poglądy, a każdy przejaw inicjatywy tłumiony jest przez ich agresję za którą skrywa się strach przed rewolucją, anarchią, a tak najbardziej to przed po prostu ZMIANĄ. Dość już mam tego i chcę coś z tym zrobić.

Tylko co?

Jeżeli chcesz zmienić świat zacznij od zmienienia siebie, a wtedy gdy otworzysz oczy zobaczysz, że i świat się zmienił. Łatwo powiedzieć. Śmiesznie łatwo. A jeszcze śmieszniej łatwo jest zapomnieć. Dlatego wciąż do tego wracam. Jednak wszystko jest w naszych rękach (jak leci piosnka Bjork: It's in our hands, trala la). Co tak naprawdę musimy i potrafimy zrobić - jak pisałem wcześniej - to obudzić się. Obudź się! Słyszysz? Słyszysz?!

Nie słyszysz. Papier toaletowy za pół ceny!! Oo, to słyszysz, nie? I te piękne niebieskie porcelanowe bezgustne duperele, których tak potrzebujesz do swojego salonu i te piiiinkne kolorowe strony internetowe, dzięki którym garbisz się przed ekranem, niszczysz sobie oczy, pocisz dłonie i nie wychodzisz z domu, bo masz tam zajebiste centrum świata (oczywiście z wykluczeniem tego OGGa:). To jest życie! Jaba-daba-duu!

@templatesyard