OGG

czwartek, 23 lutego 2017

Super Mario's Upodlenie
Jest parę metod na schudnięcie. Sensowne, jak na przykład niespożywanie węglowodanów (carbs baby), oraz głupie, jak po prostu niespożywanie niczego. Dzisiaj o tym drugim. Spotkamy się razem w kalorycznym raju.

Kilka słów wstępu. Przeszedłem przez prawie wszystko:
  • 11 dniowa dieta, znana również jako Dieta dla Głupków (która jest bazą mojego komiksu Denek + Kluska: Dieta)
  • Dieta Dukana. Nie żryj węgłowodanów, tylko kurczaka cały czas. Parę osób zaskarżyło Francuza Dukana, że im wątrobę zepsuł
  • Nie jedzenie po 18stej lub po 19stej.
  • Nie jedzenie w ogóle, oprócz obiadów. Wytrzymałem tydzień, jakoś w szkole średniej, kiedy obraziłem się na koleżankę z klasy, w której (jak się później okazało wszyscy wiedzieli) się kochałem.
Diety nie działają, bo są nieludzkie. Zatrzymują metabolizm i wcześniej czy później twój organizm przejmuje kontrolę i nadrabiasz za ten cały miesiąc bądź dwa, postu. Skuteczne, jeśli odchudzasz się do jakiegoś wydarzenia, na przykład ślub. Kiedy jadłem tylko obiady, zrobione przez tatę w szkole średniej, to będąc na przerwach patrzyłem na bułki i batony, spożywane przez koleżanki i kolegów, jakbym był obcym i patrzył na coś, czego nie rozumiem, a jednocześnie kurewsko pragnę. Jak pakują w siebie kolejne gryzy. Skurwieleee!

Mierzę 174cm wzrostu. Tyle mam w dowodzie i to prawda. Moja optymalna waga to tak 75-76kg. Nie wiem, czy to prawda. Ostatni raz byłem tak blisko jej dwa i pół miesiąca przed ślubem. Teraz mam tak 78-79.5 i to mnie męczy. Piję dużo wody Evian, bo mogę. Czasami robię coś głupiego i nie jem śniadania, a nawet lunchu. I potem mną miota. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Kalorie! Jak ich nie kochać? Serek, paróweczka, fryteczki, burgerek. Czipsy, żeberka, ziemniaczki, soczki. Gluten, gluten! Mrożona pizza, której jeden kawałek wymiata wieczorem i nad ranem. Fasolka z serkiem. Majonez (mayo, mayo), ketchup, musztarda dijon. Chlebek, białe pieczywo, cukry złożone. Genetycznie modyfikowana kukurydza, która jest prawie we wszystkim. Żyć nie umierać!

Pragnę zwrócić uwagę na cień miłego stworka, który uwielbia idealnych 5 plasterków salami na pizzy.
I do tego właśnie mnie ciągnie. Niestety, z serkiem się rozwiodłem. Żona mnie przekonała.

Kiedy jestem taki głodny, to właśnie do tego mnie ciągnie. W supermarkecie blisko, wieczorami wrzucają rzeczy z deli, które się nie sprzedały do toreb na gorącą powierzchnię, z którą romansuję. Jest taka gorąca, że często opakowanie się topi i żarcie się wysypuje. Dzisiaj były parówki, na które oczywiście miałem ochotę. Kupa tłuszczu. Skoro rozsypane, i tak wyrzucą. Mogłem sobie jedną skubnąć i chamsko zjeść. Ale się powstrzymałem.

Tych parówek było o 4 więcej, kiedy tam byłem godzinę wcześniej. Widać nie wszyscy mają takie skrupuły jak ja 😅


Ciąg dalszy: Więc po wielogodzinnym biciem się z myślami, ląduję w takeaway Mario's. Zaraz koło Lidla w mojej okolicy. Rzadko kiedy nie ma tam kolejki. Każdy chce swoje fryty i burgery. Smażone na głębokim jak Magda Gesler tłuszczu. Paczka frytek €1.90. 1/4 burger €3.00. Frytki jak zawsze suche jak ściana w opuszczonym magazynie, burger jak gąbka, mięsa ma tyle co kurczak z MacDonalda, czyli nic. Wszystko rakotwórcze. Kiedyś brałem moje ulubione, czyli frytki z serem i sosem czosnkowym, ale kosztuje 4.5, więc pierdolę, biorę bez sosu, którego i tak od nich nie lubię. Oszczędzam jedno euro.


W małej przestrzeni, jest miejsca wystarczająco dla tuzina takich jak ja, głodnych i chcących się upodlić. Jedyna różnica między mną i nimi jest taka, że ja robię to świadomie. Czekam grzecznie, aż mój numerek zostanie wywołany. Dziesięciolatki dostają wpierw, bo były sporo przede mną. Irlandzka kasjerka we włoskim takeaway pyta ich, czy chcą sól i ocet. Mówią, że tak. Irlandczycy tak jedzą, z solą i octem. Kochają to. Ja zawsze mówię, że tylko sól. Potem facet w dresie, po pracy, odbiera duże zamówienie. Patrzę, jak żarło się szykuje, bo widok mam na frytownicę i "kucharzy". Woła, myślę, że to ja, ale to ktoś inny odbiera. Czekam grzecznie dalej. Sprawdziłbym fejsa, ale internet mi się skończył. W końcu widzę, jak szykuje moje frytki. Bierze aluminiowy pojemnik, wrzuca mikro szpadel frytek, sypie na niego seropodobny twór. Zamyka tekturową pokrywką. Dodaje burgera i zawija w szarej papierowej torbie. Przyzywa mój numerek, ale ja już tam czekam. Chcę się wykazać, i mówię, że tylko sól. Ona coś bełkocze i mi daje torbę. Uśmiecham się głupio i wychodzę. Uświadamiam sobie, że mówiła, że to frytki z serem są, co znaczy, że ni soli, zapomnij.

Nie chcę się tak w domu pokazać. Siadam dupskiem na drewnianym kwadracie, w którym nie ma kwiatów, tuż przy Primo (która jest ich restauracją z pizzą i pastą na wynos, 50 metrów dalej). Patrzę, na zachodzące słońce i otwieram swoją zdobycz. Jem jak świnia. Czuję się, jak świnia. Wcale nie jest dobre, ale jem dalej. Wgryzam się w twór burgeropodobny, zauważam kobietę w samochodzie, parę metrów ode mnie, nie patrzy na mnie, ale na pewno widzi tą świnię. I staram się rozkoszować zachodzącym słońcem, różowym niebem. Staram się i mi nie wychodzi. Ciamam frytki na przemian z burgerem. Byłem wcześniej w Lidlu, gdzie mieli tydzień polski i kupiłem majonez Winiary. Staram się go znaleźć w mojej torbie. Znajduję i dodaję plastikowym widelcem do frytek (dlatego kupiłem tylko z serem, hah). Do kobiety w samochodzie dosiada się druga z pizzą na wynos z Primo. Zaczynają ją żreć w samochodzie. Nie czuję się tak źle. Frytka mi upada na ziemię. To nic, jakaś wrona ją potem zje.

Kończę, samochód też kończy, odjeżdża z ustami dziewczyny pożerającymi ostatni kawałek pizzy. Wracam do domu. Oto moja historia. Jakby zjadł śniadanie, to bym tak nie skończył.


piątek, 17 lutego 2017

T2 Trainspotting 2 - Recenzja Filmu
Jak wam się zdaje, czy te wszystkie piękne panie stoją w kolejce po T2 czy po Ciemniejszą Stronę Greya?



W Irlandii ludzie się nie skarżą, więc kiedy usiedliśmy w sali numer trzy i głośnik zaczął pierdzieć, gdyż basów nie wytrzymywał, wiedziałem, że ktoś przeczytał moje zażalenie, które wysłałem im dwa tygodnie wcześniej. Narzekałem tam, że nie puszczają T2, że dźwięk cichy i nie ma basów. Więc jebneli mi z grubej rury. Narzekasz? To masz: puszczamy T2 tydzień później po światowej premierze, głoś podkręcimy, że aż ci uszy pękną i damy bas na maksa, aż ci się płakać będzie chciało! Dziękuję, teraz wiem, że z wami nie wygram.

Trainspotting 2 to druga część klasycznego filmu. To sequel, który nie ma prawa istnieć, a jednak jest. Genialny. Przenosi nas z powrotem do naszych uczuć sprzed 20 lat i robi to przepięknie. Wzrusza, bawi, trzyma w napięciu. Główni bohaterowie to nasi przyjaciele, których tak nam brakowało, nawet, jeśli nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. To wycieczka w przeszłość osadzona w teraźniejszości.



Przede wszystkim, jest świetnie wyreżyserowany, cały czas trzyma tępo, a nawet więcej, trzyma w napięciu. Człowiek chodzi od lat do kina i myśli, że nic już nie zrobi na nim wrażenia jak kiedy był młodszy. A tu taka niespodzianka. Ostatni raz, kiedy wyszedłem z sensu taki podekscytowany, było to rok temu po Mad Max, który jest jednak zupełnie innym filmem. Tam akcja trzymała w napięciu, tutaj wszystko trzyma w napięciu i byłem o wiele bardziej zaangażowany.

T2 nie ma dłużyzn, nic tu nie jest wymuszone, każda scena ma sens, a kiedy odnosi się często do jedynki, to tylko wychodzi mu na dobre. Świetnie było zobaczyć te kilka scen z 1996 na dużym ekranie. Pomimo tego, że nie jest komedią, to nie pamiętam kiedy ostatni raz tak głośno i często się śmiałem podczas oglądania filmu. Szczególnie Begbie jest jak zawsze ostry jak brzytwa.

T2 zdaje jest samo świadomy tego, że jest sequelem i komentuje to w jednej scenie, kiedy trójka bohaterów udaje się pociągiem na łąkę, tak jak w oryginale. Simon pyta Rentona, po co tu w ogóle przyjechali, a on odpowiada, że z nostalgii, że chcemy być turystami, którzy odwiedzają swoją przeszłość. Trainspotting 2 jest osadzony w teraźniejszości, lecz świadomy swojej przeszłości. W przeciwieństwie do sequeli, którymi chce się rzygać jak tylko wspominają o poprzedniku, tutaj aż chce się więcej, tak pięknie jest to przedstawione.

Myślę, że w filmie oprócz 4 głównych bohaterów jest też 5. Jest nim Edinburgh. Stolica Szkocji towarzyszy nam na każdym kroku. Wspaniałe ujęcia z góry tworzą dodatkową warstwę historii bez pomocy słów. Tworzą klimat. Uwielbiam ujęcia z góry nakręcone z głową. Nie cierpię, kiedy film zamyka się tylko w paru lokacjach, do których ciągle wraca nie pokazując nam nic nowego.

Scenariusz bazuje na obu częściach książki, druga nazywa się Porno. Nie wiedziałem nic o fabule i bardzo dobrze, bo nie ma to jak nie wiedzieć, co się wydarzy. A dzieje się bardzo dużo i zawsze towarzyszy świetna muzyka. Jest parę genialnych scen, które zapadają w pamięć, a nie są kopią jedynki. Ale nie będę o nich opowiadał, bo po co?

Polecam T2 i daję my 10/10. Trzeba jeszcze raz obejrzeć. Najlepiej w kinie. I jak macie możliwość, to wybierzcie salę, w której nie nawaliło ogrzewanie i nie trzeba się chować w czapce i szalu. Nie tak jak ja.

środa, 1 lutego 2017

Autobus śmierdzi
Ze świata w którym seksbomba sąsiadka sypia z tobą w twoim ciepłym domu, w którym jakiś szaleniec powłączał wszystkie światła będąc ponad zaprzątania sobie głowy myślami o rachunku za prąd, wyrwał mnie budzik.

Była 6:30 rano i na początku nie wiedziałem co się dzieje. Mój kochany telefon (sarkazm) był bardzo nieczuły i nie chciał wyłączyć alarmu. W motłochu, nieudolnie zakrywając głośnik, udałem się do kuchni, gdzie wreszcie udało mi się go uciszyć.

Pół godziny później szedłem już do pracy. Za trzecim podejściem wysłałem moje środowe wideo przywitanie do Torów Przyjaźni, które są prywatną grupą na Whatsapp składającą się z moich trzech przyjaciół z dzieciństwa. Minąłem ciężarówkę pompującą szambo i rzuciłem “Morning” do obsługującej ją pana, który zrobił wcześniej krok w tył i w cień, żebym mógł przejść.

Autobus jak zawsze był spóźniony tak z 10 minut. W lepsze dni spóźnia sie o pięć. Wkurza mnie ignorancja przewoźników, którzy zamiast zmienić rozkład jazdy korespondujący z realiami, trzymają się kłamst. Jak ma być na 7:15 a jest na 7:25, to po prostu piszcie 7:25 do cholery. Szkoda im pieniędzy na nowe ulotki? Może i tak wciąż by się spóźniali, więc z 7:25 mielibyśmy 7:35? Takie błędne koło. Z drugiej strony raz jak zaspałem i pędziłem spocony, to okazało się, że wszystko jest w porządku, bo autobus też się spóźnił. Ale było tak tylko raz.

Wsiadłem do środka i usiadłem w 6 rzędzie od okna po lewej, żebym mógł sobie patrzeć na ludzi, jak dojadę do stolicy oraz  aby być z dala od kół, które wydają mi się trząść siedzeniami i powodować odruch wymiotny. Światła raziły mnie w oczy czym się zdenerwowałem, bo co gdybym sobie chciał film obejrzeć? A tyle trwa moja podróż. Światło odbijałoby mi się w ekranie. Na szczęście kiedy bus ruszył to i światło zgasło. I wtedy właśnie powitała mnie wiadomość od mojej kochanej żony, przestrzegająca mnie przed podróżą, gdyż  ma przeczucie, że coś niedobrego się wydarzy. Super. To już wiem o czym będę myślał przez cały dzień. Nawet gdybym mógł się zawrócić, gdybym odstawił “Final Destination” i zaczął się drzeć “Ten autobus wybuchnie!! Wypuście mnie wy draby!”, to nie miałem najmniejszego zamiaru wracać a potem znowu się budzić o 6:30, dwa razy w tym samym tygodniu.

Autobus zatrzymuje się w dwóch miejscach - zawsze tam gdzie ja oraz na stacji kolejowej. Parę osób więc dosiadło. Patrzyłem podejrzanie na każdą z nich. Czy mają brody? Czy mają plecaki? Czy mają tam w środku bomby i zginę w płomieniach? Póki co jestem cały, jest 8:29 i zrobiło się jasno. Oto dowód.



Tak więc może nie było bombiarza, ale pojawiło się o wiele gorsze zagrożenie. Mianowicie facet, który za mną usiadł cuchnął. Z początku myślałem, że tytoniem, ale smród był zbyt wielki, żeby był to tylko tytoń. Może się nie myje. Rozważyłem przesiąść się rząd wcześniej, ale nie chciało mi się i miałem głupią nadzieję, że przywyknę do smrodu.

Internet w autubusie autobusie autobusie nie działał. Musiałem używać z telefonu, gdzie mam tylko 1gb na miesiąc i już mi się kończy. Dostałem ostrzeżenie, że zostało mi tylko 50MB do 5tego.

Stwierdziłem, że nie będę nic oglądał, i myśląc o tym, czy zginę dzisiaj czy nie, założyłem słuchawki i puściłem sobie audiobooka Carrie Fisher “Wishful Drinking”. Ciekawy fakt, jej matką była Debbie Reynolds z “Deszczowej Piosenki”. Nie zdążyłem jednak się nacieszyć, kiedy kierowca spoliczkował mnie szumem fal radiowych. Jak już wreszcie znalazł stację, to poddałem się i wyjąłem słuchawki z uszu.

Nie mogłem sobie posłuchać audiobooka, a facet za mną nieznośnie cuchnął. Pięknie, pomyślałem. Zacząłem szukać słuchawek na internecie, które wyciszają otoczenie, Bose ma takie fajne, które ma mój kumpel z pracy, co siedzi obok mnie albo ja obok niego. Tylko ponad 200 euro, ale ponoć najlepsze. Nagle moim uszom obił się znajomy głos. Był to mój szef. Głos dochodził z RTE Radio 1 i Eoghan (czytaj ołen) wypowiadał się na temat uchodźców, którym Trump cofnął dostęp do US. Pomyślałem sobie, że fajnie tak go w radiu słyszeć, kiedy znam go na żywo. Pomyślałem, że to znak, to wszystko, bo gdybym miał słuchawki wyciszające, to by mnie to ominęło. To znak, że świat jest mały, i wystarczy parę połączeń, żeby dotrzeć gdzie chcemy. Utwierdziłem się w przekonaniu, że moje plany się spełnią. Uśmiechnąłem się pod brodą. Przesiadłem się nawet, bo facet jechał dalej.

Wszystko będzie dobrze.

O ile będę dzisiaj uważał na siebie :)

środa, 30 listopada 2016

Cytat jeden
Cytuję moją żonę "Ja, kiedy zobaczyłam trailer Trainspotting dwójkę, to się ucieszyłam jak dziecko"

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Szósta  rocznica.

Na naszą szósta  rocznicę, zaproszę cię na kolacje.

Będę jadł burgera. Największego jakiego mają. Z frytkami. W końcu rocznica. Ale nie będzie to droga restauracja, tylko ta do której chodzimy od święta. Nie dam też Ci kwiatów, bo w końcu jedzenie jest prezentem. Nie będę romantyczny, nie zatrudnię śpiewaków, skrzypka ani innych takich.

Wino, czerwone, puszka Coca-Coli, dużo dobrego białego chleba na zaostrzenie apetytu.

A, i zrobię nam zdjęcie. Jak tylko podadzą burgera, żeby ludzie wiedzieli, jak sobie żyjemy: pełno na talerzach, uśmiechnięci, stylowi, w tle żółte jak kredka okna. Selfie ze mną na pierwszym planie. Ty na drugim. Na końcu stołu. I się ciesz.  Tak, miło by było mieć nas równo po środku, z odległości dłuższej niż ramię i ręka. Tylko kto głupi w dzisiejszych czasach targa ze sobą statyw, albo nie daj boże, aparat nie z telefonu? Można by też ewentualnie poprosić kogoś z gości..  no tak, my jesteśmy jedynymi gośćmi, tak tu elitarnie mamy. Spytać kogoś z obsługi, czy nam zdjęcie zrobi. Ale ja nie lubię się prosić.

I potem, to te zdjęcie jebnę na fejsa i podpiszę "Nasza 6 rocznica :) ". Emoji będzie z tekstu, nie graficzny, bo nie umiem zrobić smiley face. I zrobię to, bo mnie tak ładnie poprosiłaś i twój telefon nie robi tak dobrych zdjęć jak mój. Prześlę Ci je na fejsa, bo tak najłatwiej, wrzucisz na swój profil, a ja udostępnię.

I będziemy liczyć lajki.

(31 póki co)

wtorek, 21 maja 2013

Oryginalny plakat Tomb Raider Reborn: Lara Croft na sprzedaż.
Zachęcam do zajrzenia do mojego sklepu gdzie znajdziecie jedyny w swoim rodzaju oryginalny plakat z Larą Croft formatu A1. W sam raz na prezent, czy żeby gdzieś powiesić. Kliknij TU.




czwartek, 23 lutego 2017

Super Mario's Upodlenie

Jest parę metod na schudnięcie. Sensowne, jak na przykład niespożywanie węglowodanów (carbs baby), oraz głupie, jak po prostu niespożywanie niczego. Dzisiaj o tym drugim. Spotkamy się razem w kalorycznym raju.

Kilka słów wstępu. Przeszedłem przez prawie wszystko:
  • 11 dniowa dieta, znana również jako Dieta dla Głupków (która jest bazą mojego komiksu Denek + Kluska: Dieta)
  • Dieta Dukana. Nie żryj węgłowodanów, tylko kurczaka cały czas. Parę osób zaskarżyło Francuza Dukana, że im wątrobę zepsuł
  • Nie jedzenie po 18stej lub po 19stej.
  • Nie jedzenie w ogóle, oprócz obiadów. Wytrzymałem tydzień, jakoś w szkole średniej, kiedy obraziłem się na koleżankę z klasy, w której (jak się później okazało wszyscy wiedzieli) się kochałem.
Diety nie działają, bo są nieludzkie. Zatrzymują metabolizm i wcześniej czy później twój organizm przejmuje kontrolę i nadrabiasz za ten cały miesiąc bądź dwa, postu. Skuteczne, jeśli odchudzasz się do jakiegoś wydarzenia, na przykład ślub. Kiedy jadłem tylko obiady, zrobione przez tatę w szkole średniej, to będąc na przerwach patrzyłem na bułki i batony, spożywane przez koleżanki i kolegów, jakbym był obcym i patrzył na coś, czego nie rozumiem, a jednocześnie kurewsko pragnę. Jak pakują w siebie kolejne gryzy. Skurwieleee!

Mierzę 174cm wzrostu. Tyle mam w dowodzie i to prawda. Moja optymalna waga to tak 75-76kg. Nie wiem, czy to prawda. Ostatni raz byłem tak blisko jej dwa i pół miesiąca przed ślubem. Teraz mam tak 78-79.5 i to mnie męczy. Piję dużo wody Evian, bo mogę. Czasami robię coś głupiego i nie jem śniadania, a nawet lunchu. I potem mną miota. I o tym jest dzisiejszy wpis.

Kalorie! Jak ich nie kochać? Serek, paróweczka, fryteczki, burgerek. Czipsy, żeberka, ziemniaczki, soczki. Gluten, gluten! Mrożona pizza, której jeden kawałek wymiata wieczorem i nad ranem. Fasolka z serkiem. Majonez (mayo, mayo), ketchup, musztarda dijon. Chlebek, białe pieczywo, cukry złożone. Genetycznie modyfikowana kukurydza, która jest prawie we wszystkim. Żyć nie umierać!

Pragnę zwrócić uwagę na cień miłego stworka, który uwielbia idealnych 5 plasterków salami na pizzy.
I do tego właśnie mnie ciągnie. Niestety, z serkiem się rozwiodłem. Żona mnie przekonała.

Kiedy jestem taki głodny, to właśnie do tego mnie ciągnie. W supermarkecie blisko, wieczorami wrzucają rzeczy z deli, które się nie sprzedały do toreb na gorącą powierzchnię, z którą romansuję. Jest taka gorąca, że często opakowanie się topi i żarcie się wysypuje. Dzisiaj były parówki, na które oczywiście miałem ochotę. Kupa tłuszczu. Skoro rozsypane, i tak wyrzucą. Mogłem sobie jedną skubnąć i chamsko zjeść. Ale się powstrzymałem.

Tych parówek było o 4 więcej, kiedy tam byłem godzinę wcześniej. Widać nie wszyscy mają takie skrupuły jak ja 😅


Ciąg dalszy: Więc po wielogodzinnym biciem się z myślami, ląduję w takeaway Mario's. Zaraz koło Lidla w mojej okolicy. Rzadko kiedy nie ma tam kolejki. Każdy chce swoje fryty i burgery. Smażone na głębokim jak Magda Gesler tłuszczu. Paczka frytek €1.90. 1/4 burger €3.00. Frytki jak zawsze suche jak ściana w opuszczonym magazynie, burger jak gąbka, mięsa ma tyle co kurczak z MacDonalda, czyli nic. Wszystko rakotwórcze. Kiedyś brałem moje ulubione, czyli frytki z serem i sosem czosnkowym, ale kosztuje 4.5, więc pierdolę, biorę bez sosu, którego i tak od nich nie lubię. Oszczędzam jedno euro.


W małej przestrzeni, jest miejsca wystarczająco dla tuzina takich jak ja, głodnych i chcących się upodlić. Jedyna różnica między mną i nimi jest taka, że ja robię to świadomie. Czekam grzecznie, aż mój numerek zostanie wywołany. Dziesięciolatki dostają wpierw, bo były sporo przede mną. Irlandzka kasjerka we włoskim takeaway pyta ich, czy chcą sól i ocet. Mówią, że tak. Irlandczycy tak jedzą, z solą i octem. Kochają to. Ja zawsze mówię, że tylko sól. Potem facet w dresie, po pracy, odbiera duże zamówienie. Patrzę, jak żarło się szykuje, bo widok mam na frytownicę i "kucharzy". Woła, myślę, że to ja, ale to ktoś inny odbiera. Czekam grzecznie dalej. Sprawdziłbym fejsa, ale internet mi się skończył. W końcu widzę, jak szykuje moje frytki. Bierze aluminiowy pojemnik, wrzuca mikro szpadel frytek, sypie na niego seropodobny twór. Zamyka tekturową pokrywką. Dodaje burgera i zawija w szarej papierowej torbie. Przyzywa mój numerek, ale ja już tam czekam. Chcę się wykazać, i mówię, że tylko sól. Ona coś bełkocze i mi daje torbę. Uśmiecham się głupio i wychodzę. Uświadamiam sobie, że mówiła, że to frytki z serem są, co znaczy, że ni soli, zapomnij.

Nie chcę się tak w domu pokazać. Siadam dupskiem na drewnianym kwadracie, w którym nie ma kwiatów, tuż przy Primo (która jest ich restauracją z pizzą i pastą na wynos, 50 metrów dalej). Patrzę, na zachodzące słońce i otwieram swoją zdobycz. Jem jak świnia. Czuję się, jak świnia. Wcale nie jest dobre, ale jem dalej. Wgryzam się w twór burgeropodobny, zauważam kobietę w samochodzie, parę metrów ode mnie, nie patrzy na mnie, ale na pewno widzi tą świnię. I staram się rozkoszować zachodzącym słońcem, różowym niebem. Staram się i mi nie wychodzi. Ciamam frytki na przemian z burgerem. Byłem wcześniej w Lidlu, gdzie mieli tydzień polski i kupiłem majonez Winiary. Staram się go znaleźć w mojej torbie. Znajduję i dodaję plastikowym widelcem do frytek (dlatego kupiłem tylko z serem, hah). Do kobiety w samochodzie dosiada się druga z pizzą na wynos z Primo. Zaczynają ją żreć w samochodzie. Nie czuję się tak źle. Frytka mi upada na ziemię. To nic, jakaś wrona ją potem zje.

Kończę, samochód też kończy, odjeżdża z ustami dziewczyny pożerającymi ostatni kawałek pizzy. Wracam do domu. Oto moja historia. Jakby zjadł śniadanie, to bym tak nie skończył.


piątek, 17 lutego 2017

T2 Trainspotting 2 - Recenzja Filmu

Jak wam się zdaje, czy te wszystkie piękne panie stoją w kolejce po T2 czy po Ciemniejszą Stronę Greya?



W Irlandii ludzie się nie skarżą, więc kiedy usiedliśmy w sali numer trzy i głośnik zaczął pierdzieć, gdyż basów nie wytrzymywał, wiedziałem, że ktoś przeczytał moje zażalenie, które wysłałem im dwa tygodnie wcześniej. Narzekałem tam, że nie puszczają T2, że dźwięk cichy i nie ma basów. Więc jebneli mi z grubej rury. Narzekasz? To masz: puszczamy T2 tydzień później po światowej premierze, głoś podkręcimy, że aż ci uszy pękną i damy bas na maksa, aż ci się płakać będzie chciało! Dziękuję, teraz wiem, że z wami nie wygram.

Trainspotting 2 to druga część klasycznego filmu. To sequel, który nie ma prawa istnieć, a jednak jest. Genialny. Przenosi nas z powrotem do naszych uczuć sprzed 20 lat i robi to przepięknie. Wzrusza, bawi, trzyma w napięciu. Główni bohaterowie to nasi przyjaciele, których tak nam brakowało, nawet, jeśli nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. To wycieczka w przeszłość osadzona w teraźniejszości.



Przede wszystkim, jest świetnie wyreżyserowany, cały czas trzyma tępo, a nawet więcej, trzyma w napięciu. Człowiek chodzi od lat do kina i myśli, że nic już nie zrobi na nim wrażenia jak kiedy był młodszy. A tu taka niespodzianka. Ostatni raz, kiedy wyszedłem z sensu taki podekscytowany, było to rok temu po Mad Max, który jest jednak zupełnie innym filmem. Tam akcja trzymała w napięciu, tutaj wszystko trzyma w napięciu i byłem o wiele bardziej zaangażowany.

T2 nie ma dłużyzn, nic tu nie jest wymuszone, każda scena ma sens, a kiedy odnosi się często do jedynki, to tylko wychodzi mu na dobre. Świetnie było zobaczyć te kilka scen z 1996 na dużym ekranie. Pomimo tego, że nie jest komedią, to nie pamiętam kiedy ostatni raz tak głośno i często się śmiałem podczas oglądania filmu. Szczególnie Begbie jest jak zawsze ostry jak brzytwa.

T2 zdaje jest samo świadomy tego, że jest sequelem i komentuje to w jednej scenie, kiedy trójka bohaterów udaje się pociągiem na łąkę, tak jak w oryginale. Simon pyta Rentona, po co tu w ogóle przyjechali, a on odpowiada, że z nostalgii, że chcemy być turystami, którzy odwiedzają swoją przeszłość. Trainspotting 2 jest osadzony w teraźniejszości, lecz świadomy swojej przeszłości. W przeciwieństwie do sequeli, którymi chce się rzygać jak tylko wspominają o poprzedniku, tutaj aż chce się więcej, tak pięknie jest to przedstawione.

Myślę, że w filmie oprócz 4 głównych bohaterów jest też 5. Jest nim Edinburgh. Stolica Szkocji towarzyszy nam na każdym kroku. Wspaniałe ujęcia z góry tworzą dodatkową warstwę historii bez pomocy słów. Tworzą klimat. Uwielbiam ujęcia z góry nakręcone z głową. Nie cierpię, kiedy film zamyka się tylko w paru lokacjach, do których ciągle wraca nie pokazując nam nic nowego.

Scenariusz bazuje na obu częściach książki, druga nazywa się Porno. Nie wiedziałem nic o fabule i bardzo dobrze, bo nie ma to jak nie wiedzieć, co się wydarzy. A dzieje się bardzo dużo i zawsze towarzyszy świetna muzyka. Jest parę genialnych scen, które zapadają w pamięć, a nie są kopią jedynki. Ale nie będę o nich opowiadał, bo po co?

Polecam T2 i daję my 10/10. Trzeba jeszcze raz obejrzeć. Najlepiej w kinie. I jak macie możliwość, to wybierzcie salę, w której nie nawaliło ogrzewanie i nie trzeba się chować w czapce i szalu. Nie tak jak ja.

środa, 1 lutego 2017

Autobus śmierdzi

Ze świata w którym seksbomba sąsiadka sypia z tobą w twoim ciepłym domu, w którym jakiś szaleniec powłączał wszystkie światła będąc ponad zaprzątania sobie głowy myślami o rachunku za prąd, wyrwał mnie budzik.

Była 6:30 rano i na początku nie wiedziałem co się dzieje. Mój kochany telefon (sarkazm) był bardzo nieczuły i nie chciał wyłączyć alarmu. W motłochu, nieudolnie zakrywając głośnik, udałem się do kuchni, gdzie wreszcie udało mi się go uciszyć.

Pół godziny później szedłem już do pracy. Za trzecim podejściem wysłałem moje środowe wideo przywitanie do Torów Przyjaźni, które są prywatną grupą na Whatsapp składającą się z moich trzech przyjaciół z dzieciństwa. Minąłem ciężarówkę pompującą szambo i rzuciłem “Morning” do obsługującej ją pana, który zrobił wcześniej krok w tył i w cień, żebym mógł przejść.

Autobus jak zawsze był spóźniony tak z 10 minut. W lepsze dni spóźnia sie o pięć. Wkurza mnie ignorancja przewoźników, którzy zamiast zmienić rozkład jazdy korespondujący z realiami, trzymają się kłamst. Jak ma być na 7:15 a jest na 7:25, to po prostu piszcie 7:25 do cholery. Szkoda im pieniędzy na nowe ulotki? Może i tak wciąż by się spóźniali, więc z 7:25 mielibyśmy 7:35? Takie błędne koło. Z drugiej strony raz jak zaspałem i pędziłem spocony, to okazało się, że wszystko jest w porządku, bo autobus też się spóźnił. Ale było tak tylko raz.

Wsiadłem do środka i usiadłem w 6 rzędzie od okna po lewej, żebym mógł sobie patrzeć na ludzi, jak dojadę do stolicy oraz  aby być z dala od kół, które wydają mi się trząść siedzeniami i powodować odruch wymiotny. Światła raziły mnie w oczy czym się zdenerwowałem, bo co gdybym sobie chciał film obejrzeć? A tyle trwa moja podróż. Światło odbijałoby mi się w ekranie. Na szczęście kiedy bus ruszył to i światło zgasło. I wtedy właśnie powitała mnie wiadomość od mojej kochanej żony, przestrzegająca mnie przed podróżą, gdyż  ma przeczucie, że coś niedobrego się wydarzy. Super. To już wiem o czym będę myślał przez cały dzień. Nawet gdybym mógł się zawrócić, gdybym odstawił “Final Destination” i zaczął się drzeć “Ten autobus wybuchnie!! Wypuście mnie wy draby!”, to nie miałem najmniejszego zamiaru wracać a potem znowu się budzić o 6:30, dwa razy w tym samym tygodniu.

Autobus zatrzymuje się w dwóch miejscach - zawsze tam gdzie ja oraz na stacji kolejowej. Parę osób więc dosiadło. Patrzyłem podejrzanie na każdą z nich. Czy mają brody? Czy mają plecaki? Czy mają tam w środku bomby i zginę w płomieniach? Póki co jestem cały, jest 8:29 i zrobiło się jasno. Oto dowód.



Tak więc może nie było bombiarza, ale pojawiło się o wiele gorsze zagrożenie. Mianowicie facet, który za mną usiadł cuchnął. Z początku myślałem, że tytoniem, ale smród był zbyt wielki, żeby był to tylko tytoń. Może się nie myje. Rozważyłem przesiąść się rząd wcześniej, ale nie chciało mi się i miałem głupią nadzieję, że przywyknę do smrodu.

Internet w autubusie autobusie autobusie nie działał. Musiałem używać z telefonu, gdzie mam tylko 1gb na miesiąc i już mi się kończy. Dostałem ostrzeżenie, że zostało mi tylko 50MB do 5tego.

Stwierdziłem, że nie będę nic oglądał, i myśląc o tym, czy zginę dzisiaj czy nie, założyłem słuchawki i puściłem sobie audiobooka Carrie Fisher “Wishful Drinking”. Ciekawy fakt, jej matką była Debbie Reynolds z “Deszczowej Piosenki”. Nie zdążyłem jednak się nacieszyć, kiedy kierowca spoliczkował mnie szumem fal radiowych. Jak już wreszcie znalazł stację, to poddałem się i wyjąłem słuchawki z uszu.

Nie mogłem sobie posłuchać audiobooka, a facet za mną nieznośnie cuchnął. Pięknie, pomyślałem. Zacząłem szukać słuchawek na internecie, które wyciszają otoczenie, Bose ma takie fajne, które ma mój kumpel z pracy, co siedzi obok mnie albo ja obok niego. Tylko ponad 200 euro, ale ponoć najlepsze. Nagle moim uszom obił się znajomy głos. Był to mój szef. Głos dochodził z RTE Radio 1 i Eoghan (czytaj ołen) wypowiadał się na temat uchodźców, którym Trump cofnął dostęp do US. Pomyślałem sobie, że fajnie tak go w radiu słyszeć, kiedy znam go na żywo. Pomyślałem, że to znak, to wszystko, bo gdybym miał słuchawki wyciszające, to by mnie to ominęło. To znak, że świat jest mały, i wystarczy parę połączeń, żeby dotrzeć gdzie chcemy. Utwierdziłem się w przekonaniu, że moje plany się spełnią. Uśmiechnąłem się pod brodą. Przesiadłem się nawet, bo facet jechał dalej.

Wszystko będzie dobrze.

O ile będę dzisiaj uważał na siebie :)

środa, 30 listopada 2016

Cytat jeden

Cytuję moją żonę "Ja, kiedy zobaczyłam trailer Trainspotting dwójkę, to się ucieszyłam jak dziecko"

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Szósta rocznica.

Na naszą szósta  rocznicę, zaproszę cię na kolacje.

Będę jadł burgera. Największego jakiego mają. Z frytkami. W końcu rocznica. Ale nie będzie to droga restauracja, tylko ta do której chodzimy od święta. Nie dam też Ci kwiatów, bo w końcu jedzenie jest prezentem. Nie będę romantyczny, nie zatrudnię śpiewaków, skrzypka ani innych takich.

Wino, czerwone, puszka Coca-Coli, dużo dobrego białego chleba na zaostrzenie apetytu.

A, i zrobię nam zdjęcie. Jak tylko podadzą burgera, żeby ludzie wiedzieli, jak sobie żyjemy: pełno na talerzach, uśmiechnięci, stylowi, w tle żółte jak kredka okna. Selfie ze mną na pierwszym planie. Ty na drugim. Na końcu stołu. I się ciesz.  Tak, miło by było mieć nas równo po środku, z odległości dłuższej niż ramię i ręka. Tylko kto głupi w dzisiejszych czasach targa ze sobą statyw, albo nie daj boże, aparat nie z telefonu? Można by też ewentualnie poprosić kogoś z gości..  no tak, my jesteśmy jedynymi gośćmi, tak tu elitarnie mamy. Spytać kogoś z obsługi, czy nam zdjęcie zrobi. Ale ja nie lubię się prosić.

I potem, to te zdjęcie jebnę na fejsa i podpiszę "Nasza 6 rocznica :) ". Emoji będzie z tekstu, nie graficzny, bo nie umiem zrobić smiley face. I zrobię to, bo mnie tak ładnie poprosiłaś i twój telefon nie robi tak dobrych zdjęć jak mój. Prześlę Ci je na fejsa, bo tak najłatwiej, wrzucisz na swój profil, a ja udostępnię.

I będziemy liczyć lajki.

(31 póki co)

wtorek, 21 maja 2013

Oryginalny plakat Tomb Raider Reborn: Lara Croft na sprzedaż.

Zachęcam do zajrzenia do mojego sklepu gdzie znajdziecie jedyny w swoim rodzaju oryginalny plakat z Larą Croft formatu A1. W sam raz na prezent, czy żeby gdzieś powiesić. Kliknij TU.




@templatesyard